Dziedzictwo odc. 859: Yusuf dzwoni do Yamana!

Yusuf trzyma telefon Trucizny przy uchu.

„Dziedzictwo” Odc. 859 – streszczenie

Ferit zostaje w swoim gabinecie do późna. Siedząc w fotelu, zagłębia się w myślach, analizując przeszłość i wszystkie ostatnie odkrycia. Stara się połączyć rozrzucone fragmenty układanki w jedną, logiczną całość. Nagle gwałtownie podnosi się na nogi, uderza dłonią w biurko, a gniew rozbrzmiewa w jego głosie:

— Oszukiwali mnie od samego początku?! To jest sekret, który łączy Ayse i Koraya?! Doga… Doga jest moją córką?!

Zaczyna nerwowo przechadzać się po gabinecie, jakby próbował poskromić burzę szalejącą w jego wnętrzu. Oddech ma przyspieszony, a pięści zaciskają się same.

— Wszystko staje się jasne — mówi przez zaciśnięte zęby. — Ayse myślała, że ją zdradziłem. Była w ciąży. Była pewna, że nie chcę naszej córki… Dlatego zwróciła się do swojego nic niewartego przyjaciela. Poprosiła go, żeby został ojcem mojego dziecka! A kiedy prawda zaczęła wychodzić na jaw, dopadły ją wyrzuty sumienia i chciała naprawić swój błąd. Ale Koray… — Ferit zaciska dłonie w pięści — Koray oszalał.

Opada ciężko na fotel i przeciera twarz dłońmi, próbując opanować emocje, choć jego serce bije jak szalone.

— Bała się mojego gniewu, kiedy drążyłem sprawę Dogi — mówi półgłosem. — Była przerażona i… znowu uciekła do niego. Ten łajdak sfałszował wyniki testu DNA! Jedyne, co mogła zrobić, by raz na zawsze zamknąć tę sprawę, to ponownie go poślubić. Ale wtedy… wtedy zobaczyła prawdę. Dzięki nagraniu uświadomiła sobie, kim on naprawdę jest. Chciała się wycofać, ale było już za późno. Koray zaczął jej grozić, szantażować ją. I wtedy Ayse… wtedy zdecydowała się na ostateczny krok. Strzeliła do niego.

Cisza zalega w gabinecie, gęsta i ciężka jak ołów. W końcu przerywa ją niski, poważny głos komisarza:

— Stopniowo docierasz do prawdy, Fero. Ale potrzebujesz jednego, niepodważalnego dowodu. Kolejnego testu DNA, którego wyniku nikt nie będzie mógł zmanipulować.

Ferit unosi wzrok. Jego spojrzenie płonie.

— Jeśli Doga naprawdę jest moją córką… jeśli mnie od niej oddzieliliście… — Jego głos staje się niebezpiecznie spokojny. — Wtedy… bójcie się mnie.

***

Akca przegrywa walkę o życie. W szpitalnym korytarzu rozbrzmiewa jedynie stłumiony szloch. Yaman, Nana, Aynur i Adalet przybywają, by po raz ostatni pożegnać seniorkę, lecz zamiast ciepłego uśmiechu, który niegdyś koił ich serca, widzą jedynie łóżko nakryte białym prześcieradłem.

Zatrzymują się przed szybą, za którą spoczywa kobieta, która była dla nich opoką.

— Była dla nas jak matka — mówi z trudem Aynur, zaciskając drżące dłonie. — Nie mogę uwierzyć, że odeszła…

Adalet ociera łzy, choć głos wciąż jej się łamie:

— Niech spoczywa w pokoju… Niech Bóg obdarzy ją wiecznym rajem.

Yaman, w milczeniu, przekracza próg sali. Każdy krok wydaje się ważyć tonę. Ostrożnie podchodzi do łóżka i unosi prześcieradło, odsłaniając twarz Akcy. Widok jej bezwładnego ciała ściska go za gardło, ale nie pozwala sobie na łzy. Nie teraz. Jeszcze nie.

— Przyszedłem się z tobą pożegnać — mówi cicho, a jego głos wypełnia duszną ciszę pomieszczenia. — Wszyscy płaczą. Ale ja… ja nie mogę. Powstrzymuję się, bo jeszcze mam coś do zrobienia. Czekam, aby wymierzyć sprawiedliwość łajdakowi, który ci to zrobił. Czekam, aby odzyskać twojego wnuka, Yusufa.

Jego pięści zaciskają się na prześcieradle. Gdyby tylko mógł cofnąć czas… Gdyby tylko mógł ją ochronić…

— Wiem, że chciałabyś, żebym właśnie tak postąpił — szepcze, wpatrując się w nieruchome oblicze Akcy. — Gdybyś tu była, powiedziałabyś mi: „Na co czekasz? Idź po mojego wnuka!”. I przysięgam ci, ciociu, zrobię to. Przyprowadzę ci Yusufa. A potem… potem ten, kto cię skrzywdził, zapłaci za wszystko.

Jego głos drży, ale nie pozwala sobie na słabość.

Powoli kuca przy łóżku, ujmuje pomarszczoną dłoń Akcy i składa na niej pocałunek pełen bólu i winy.

— Wybacz mi, że nie zdołałem cię ochronić — mówi ledwie słyszalnie. — Ale dotrzymam swojej obietnicy. Przysięgam.

Delikatnie nakrywa twarz zmarłej prześcieradłem i prostuje się. Ostatni raz spogląda na nią, a potem odwraca się i wychodzi.

Po drugiej stronie szyby Nana, Aynur i Adalet nie mogą wydobyć z siebie słowa. Nie potrzeba ich. Wszystko, co czują, wyrażają łzy, które spływają po ich policzkach. Cisza wypełnia pomieszczenie, przerywana jedynie ciężkimi oddechami i drżeniem ramion pogrążonych w żalu.

***

W magazynie rozbrzmiewa dźwięk tłuczonych fiolek. Yusuf, drżący z determinacji, rozbija kolejne ampułki o betonową podłogę, a ich zawartość rozlewa się po zimnym betonie. Jego oddech jest przyspieszony, ale w oczach płonie gniew.

— Nie możesz mi już dawać tych zastrzyków! — krzyczy, cofając się pod ścianę. — Nie skrzywdzisz mnie!

Trucizna uśmiecha się leniwie, jak drapieżnik, który właśnie wytropił swoją ofiarę. Powoli pochyla się nad chłopcem, kładzie dłonie na jego barkach i wbija w niego przenikliwe spojrzenie.

— Mały Kirimli… Opierasz się, więc… dobrze — mówi cicho, z dziwną satysfakcją. — Najbardziej lubię przełamywać opór. Wiesz dlaczego? Bo im bardziej się bronisz, tym większą przyjemność sprawia mi złamanie cię.

Yusuf patrzy na niego z nienawiścią, ale jego ciało zdradza strach. Trucizna pochyla się bliżej, a jego głos przechodzi niemal w szept:

— Wiesz, co widzę, kiedy na ciebie patrzę? Małe lwiątko z wyszczerzonymi kłami i ostrymi pazurami. Ale lwiątka w końcu tracą swój instynkt, stają się potulne… i wtedy zmieniają się w zwykłe kotki. Nie martw się, nie wyrwę ci zębów. Wyrwę ci duszę. To jest cena niewoli.

— Jesteś potworem! — Yusuf pluje mu prosto w twarz.

Trucizna tylko się uśmiecha i wolno ociera policzek.

— Wiem. Dziękuję za komplement. Ale nie myśl, że unikniesz trzeciej dawki.

Z nonszalancją ściąga kurtkę i sięga po neseser. Otwiera go z cichym kliknięciem, a Yusuf cofa się jeszcze bardziej, z sercem walącym w piersi. Jest przerażony, ale nie traci wiary w to, że stryjek go uratuje.

***

Trucizna sięga po telefon i wybiera numer.

— Partia leku, którą przygotowałeś, została zniszczona — mówi zimnym tonem do słuchawki. — Potrzebuję nowej. Natychmiast.

— Na rozkaz — odpowiada rozmówca. — Ale musiałem się ukryć poza miastem. Przygotowanie leku i dostarczenie go zajmie trochę czasu.

Trucizna zaciska szczękę. Jego palce bieleją na uchwycie telefonu.

— Pospiesz się — mówi ostrzegawczo. — Dopóki nie wystawisz mojej cierpliwości na próbę, wszystko będzie w porządku.

Odkłada telefon i odwraca się powoli w stronę skulonego pod ścianą Yusufa. Na jego twarzy pojawia się szyderczy uśmiech.

— Zapłacisz za swoje psoty, ale zajmiemy się tym po zastrzyku. Co się dzieje, mały Kirimli? Jesteś wyczerpany? — Pochyla się nad chłopcem, przyglądając się mu z chorą fascynacją. — Nie jadłeś od dawna, prawda? Ja też. Idę zrobić sobie coś pysznego. Nie martw się, zostawię ci to, co zostanie.

Parskając cicho śmiechem, odchodzi, by się przebrać. Yusuf czeka, aż kroki jego oprawcy ucichną. Serce wali mu jak młot, ale działa błyskawicznie. Porusza się cicho jak cień, sięga po kurtkę Trucizny i wsuwa dłoń do kieszeni. Dotyka chłodnego metalu – klucz! Ściska go mocno, walcząc z drżeniem palców.

Czeka. Każda sekunda wydaje się wiecznością. W końcu, gdy magazyn znów ogarnia cisza, otwiera zamkniętą szufladę i wyciąga telefon. Oddycha płytko, intensywnie szukając w pamięci znajomego ciągu cyfr. I nagle – pojawiają się. Szybko wbija numer i przykłada telefon do ucha.

— Stryjku? To ty? — szepcze drżącym głosem.

Po drugiej stronie słychać wstrzymany oddech.

— Mistrzu? — rozlega się znajomy, głęboki głos Yamana.

— Kochanie! — krzyczy Nana, niemal płacząc ze wzruszenia.

— Bardzo mi was brakuje — mówi Yusuf łamiącym się głosem.

— Gdzie jesteś, mistrzu? — pyta Yaman.

— Nie wiem. On wyszedł. To bardzo zły człowiek. Nie czuję się dobrze, stryjku. Ten potwór podaje mi lekarstwa, przez które jestem zdezorientowany.

— Wiem, kochanie. Ale znajdę cię — Yaman stara się brzmieć spokojnie, choć całe jego ciało krzyczy z wściekłości. — Obiecuję ci, sprowadzę cię do domu.

— Czekaj na nas, kochanie — dodaje Nana, również drżącym głosem. — Szukamy cię wszędzie. Proszę, wytrzymaj jeszcze trochę.

— Gdzie jesteś? Opisz mi otoczenie. Widzisz coś charakterystycznego?

— To magazyn. Wszędzie są jakieś rzeczy… — Yusuf marszczy brwi, próbując skupić wzrok. — Nie wiem, gdzie jestem.

— Pamiętasz, co ci mówiłam? Po każdej nocy wstaje poranek — przypomina Nana. — Nie trać nadziei. Pokonamy zło, mój jedyny.

— Nie płacz, bądź silny — mówi stanowczo Yaman. — Jesteś Yusufem Kirimlim, moim bratankiem. Czy telefon ma internet? Możesz wysłać swoją lokalizację?

— Nie… to stary model. — Yusuf zaciska powieki. — Gdzie jest ciocia? Bardzo za nią tęsknię. Czy ona też tęskni?

— Wszyscy za tobą tęsknimy, ale teraz musisz się skupić — mówi Yaman. — Rozejrzyj się jeszcze raz. Widzisz okno?

— Nie. — Yusuf rozgląda się gorączkowo po spowitym mrokiem pomieszczeniu. — Ale… po drodze widziałem wysoką wieżę.

— Wieżę? To może być stacja bazowa. — Yaman natychmiast analizuje trop. — Czy ta wieża jest blisko magazynu?

— Nie pamiętam. — Yusuf ściska telefon. — Ten potwór robi mi zastrzyki… Zniszczyłem jego zapasy, nie mógł mi podać kolejnego. Przyjdź po mnie, zanim znajdzie nowe, stryjku.

Nagle rozlega się trzask. Yusuf zamiera. Syczenie wypełnia ciszę.

— On nie przyjdzie, mały Kirimli — mówi lodowaty głos.

Trucizna wrócił.

Chłopiec czuje, jak lodowate palce zaciskają się na jego dłoni. Telefon wypada mu z ręki.

— Nie waż się go dotknąć! — wrzeszczy Yaman po drugiej stronie.

Trucizna podnosi telefon i przybliża go do ust.

— Mały Kirimli się nie poddaje — mówi z podziwem podszytym kpiną. — Po stryjku odziedziczył inteligencję i odwagę.

— Znajdę cię! — wścieka się Yaman. — Zapłacisz za wszystko!

— Wiesz, kogo mi przypominasz? — Trucizna ignoruje jego gniew. — Mnie samego. Ja też nie mogłem zaakceptować śmierci mojego syna. Krzyczałem: „Synu, otwórz oczy! Canerze, otwórz oczy!”. Myślałem, że jeśli będę powtarzać to dość długo, to się obudzi. Ale nie otworzył oczu…

Cisza po drugiej stronie.

— Ty też teraz myślisz, że uratujesz swojego bratanka — kontynuuje Trucizna. — Ale wiesz co? Nie uratujesz. Jego los został przypieczętowany w dniu, w którym mój syn umarł. Współczuję. Naprawdę.

I rozłącza się.

***

W pokoju Yamana zapada grobowa cisza.

Nagle szklanka rozbija się o lustro.

— ROZERWĘ CIĘ NA STRZĘPY! — grzmi Yaman, zaciskając pięści z taką siłą, że skóra na jego kostkach stała się blada jak papier.

Nana cofa się, przerażona jego gniewem.

— Boże, co teraz mamy zrobić? — pyta, chowając twarz w dłoniach. — Proszę, wskaż nam drogę…

Yaman bierze głęboki oddech. Gdy znów się odzywa, w jego głosie słychać żelazną determinację.

— Wiem, od czego zacząć. Znalazłem sposób. Trucizna zostawił ślad. Swój własny jad.

Nana patrzy na niego pytająco.

— Jak mogłem tego nie skojarzyć wcześniej? — Yaman zaciska zęby. — Yusuf powiedział, że rozbił fiolki. Broń Trucizny to substancje chemiczne. A to oznacza, że możemy go namierzyć.

— Ale jak? — Nana nie ukrywa niepokoju.

— Kiedy mnie otruli, lekarz powiedział, że to rzadki środek. Trudny do zdobycia. I jeszcze trudniejszy do ukrycia. Znajdziemy go. A potem znajdziemy Yusufa.

I przysięgam… ten człowiek za to zapłaci.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Emanet. Inspiracją do jego stworzenia był film Emanet 619. Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

Podobne wpisy