„Panna młoda” Odc. 19 – streszczenie
W rezydencji Develioglu odbywa się kameralny ślub Cihana i Hancer. Bez kwiatowych girland, bez muzyki i bez radości, jaką zwykle niesie ten moment. Tylko najbliższa rodzina, kilka chłodnych spojrzeń i cisza, która ciąży bardziej niż słowa.
Urzędnik zadaje rutynowe pytania, wyraźnie nieświadomy emocji kłębiących się pod powierzchnią. Cihan odpowiada pewnym, spokojnym głosem. Hancer również nie waha się ani przez chwilę — jej „tak” jest ciche, ale stanowcze. Nie ma w nim ani drżenia, ani nadziei.
Chwilę później oboje pochylają się nad dokumentami i składają podpisy pod aktem małżeństwa. Dwa nazwiska, połączone jedną linią tuszu — jak wyrok, którego nie da się już cofnąć.
Świadkami zostają Engin i Cemil. Mała Mine, stojąc z boku, nagrywa krótką ceremonię telefonem, nie do końca rozumiejąc, dlaczego nikt się nie uśmiecha.
Po zakończeniu formalności Cemil podchodzi do Cihana. W jego dłoniach spoczywa eleganckie, stare pudełko.
— To zegarek mojego ojca — mówi cicho. — Chciałbym, żebyś go nosił. Jako pamiątkę… i zobowiązanie.
Cihan przyjmuje prezent bez komentarza, skinieniem głowy dziękując za gest.
Chwilę później Mukadder staje naprzeciwko Hancer. W jej rękach znajduje się otwarte pudełko z biżuterią — naszyjnik i kolczyki, ciężkie, kosztowne, chłodne jak spojrzenie kobiety, która je wręcza.
— Proszę, panno młoda — mówi sucho. — Jeśli będziesz mnie słuchać, życie w tej rodzinie stanie się prostsze. — Zawiesza głos. — A jeśli nie… to będzie twój wybór.
Hancer pochyla głowę z należytą uprzejmością, ukrywając napięcie, które ściska jej gardło. Bierze biżuterię, choć czuje, że wraz z nią przyjmuje coś znacznie cięższego niż złoto.
Niemal natychmiast po ceremonii Cihan i Engin opuszczają rezydencję. Bez pożegnania. Bez spojrzenia wstecz.
— Dokąd poszedł szwagier? — pyta zaskoczony Cemil, rozglądając się niepewnie.
— Ma ważną pracę — odpowiada szybko Derya, z wymuszonym spokojem. — Pani Mukadder uprzedziła mnie, że tak będzie.
Mukadder podchodzi do Cemila i Deryi. Jej ton jest uprzejmy, lecz nie pozostawia złudzeń.
— Wasza córka stała się Develioglu — oznajmia. — Ceremonia dobiegła końca. Możemy się już żegnać.
Cemil patrzy na nią przez chwilę w milczeniu, z wyraźnym zdziwieniem, ale nie wdaje się w dyskusję. Podchodzi do Hancer, obejmuje ją i mówi łamiącym się głosem:
— Małżeństwo niczego między nami nie zmienia. Jesteś moją duszą, siostro. Zawsze będę przy tobie.
Delikatnie ociera łzę, która wymknęła się spod jej powiek.
Mukadder przywołuje Fadime gestem dłoni.
— Zaprowadź pannę młodą do starego domu — poleca krótko.
Cemil, Derya i Emir opuszczają rezydencję. Drzwi zamykają się za nimi z cichym, ostatecznym dźwiękiem.
Dopiero wtedy Hancer naprawdę rozumie, co się stało. Zostaje sama — wśród obcych ludzi, w świecie, do którego nigdy nie należała i który właśnie stał się jej jedyną rzeczywistością.
***
Wieczorem w starym domu zapada cisza, ciężka i obca. Drewniane ściany skrzypią pod naporem nocnego chłodu, a słabe światło lampy wydobywa z półmroku sylwetkę Hancer. Wciąż ma na sobie suknię ślubną — pogniecioną, zbyt ciężką, jakby przypominała jej o decyzji, z której nie ma już odwrotu. Siedzi nieruchomo, jakby bała się ją zdjąć, jakby wraz z nią mogło rozsypać się wszystko, co jeszcze trzyma ją w całości.
Drzwi otwierają się bez pukania.
Cihan wchodzi do środka pewnym krokiem. Jego obecność natychmiast wypełnia pomieszczenie chłodem i napięciem. Nawet na nią nie patrzy.
— Bądź jutro gotowa o dwunastej — mówi rzeczowo. — Kierowca po ciebie przyjedzie.
Podchodzi bliżej i wkłada jej coś do dłoni. Mały, sztywny kartonik. Hancer opuszcza wzrok. Na czerwonym tle białe litery rażą ją w oczy:
Klinika In Vitro
dr Yasemin Önder
Unosi głowę gwałtownie. Patrzy na niego z niedowierzaniem.
— Ale… ja nie rozumiem… — jej głos jest cichy, jakby należał do kogoś innego.
— Pojedziemy sprawdzić, czy możesz zajść w ciążę — odpowiada bez wahania, jakby mówił o terminie spotkania albo stanie technicznym samochodu.
Słowa uderzają w nią jak policzek. Palce Hancer zaciskają się, zgniatając wizytówkę. Papier trzaska cicho w jej dłoni.
Cihan odwraca się, gotów odejść. Jakby wszystko zostało już powiedziane.
— Cihanie Develioglu! — woła za nim nagle.
Jej głos drży, ale jest w nim siła. Rusza szybkim krokiem i staje mu na drodze, zmuszając go, by się zatrzymał.
— Od początku wiedziałam, że to nie będzie prawdziwe małżeństwo — mówi, łapiąc oddech. — Nigdy nie oczekiwałam od ciebie miłości ani czułości. Nie łudziłam się, że człowiek o sercu z kamienia nagle stanie się kimś innym. — Unosi podbródek. — Ale cokolwiek jest między nami, pamiętaj jedno: masz przed sobą człowieka. Nie rzecz. Nie przedmiot do sprawdzenia i użycia. Nie możesz się tak zachowywać.
Cihan patrzy na nią przez chwilę w milczeniu, po czym robi krok w jej stronę. Jego spojrzenie jest twarde, niemal lodowate.
— A co sobie wyobrażałaś? — pyta niskim głosem. — Że będę traktował cię jak mąż żonę? — Zawiesza głos. — To ty przyszłaś do mnie. Ty poprosiłaś o pieniądze. Zgodziłem się na twoje warunki. Sama przed chwilą to powiedziałaś — to nie jest prawdziwe małżeństwo.
Robi kolejny krok, zmniejszając dystans między nimi.
— Będziesz mieszkać w tym domu. Będziesz żyć w bogactwie. Urodzisz mi dziecko i wychowasz je tutaj. — Jego głos nie podnosi się ani na moment. — To jest twój obowiązek. I twoje miejsce w moim życiu.
Patrzy na nią uważnie, jakby chciał się upewnić, że każde słowo dotarło do celu.
— Myślę, że wszystko jest jasne. Bądź gotowa jutro o dwunastej.
Przez dłuższą chwilę stoją naprzeciw siebie w ciszy gęstej od niewypowiedzianych emocji. Wreszcie Cihan obraca się na pięcie, schodzi po skrzypiących drewnianych schodach i opuszcza dom, nie oglądając się za siebie.
Drzwi zamykają się z głuchym trzaskiem.
Hancer zostaje sama.
Łzy w końcu wymykają się spod kontroli. Osuwa się na krzesło, ściskając w dłoni zgniecioną wizytówkę. Oddycha ciężko, jakby zabrakło jej powietrza. Wzrok kieruje ku górze, a jej głos łamie się w szept:
— Boże… jak ja to zniosę? — mówi cicho. — Jak przetrwam to piekło, nie niszcząc samej siebie? Jesteś moim jedynym wsparciem… proszę, pomóż mi.
Cisza starego domu odpowiada jej echem.
***
Po wyrzuceniu z rezydencji Beyza przebywa w domu ojca, ale nie czuje się tu ani bezpieczna, ani spokojna. Salon tonie w półmroku. Zasłony są zaciągnięte, a powietrze ciężkie od niewypowiedzianych emocji. Beyza siedzi na kanapie, skulona, z ramionami ciasno oplecionymi wokół siebie. Jej oczy są zaczerwienione od płaczu, powieki spuchnięte, a makijaż dawno rozmazany.
Na kolanach trzyma album ze zdjęciami. Przewraca kartki powoli, jakby każda kolejna sprawiała jej fizyczny ból. Nagle zatrzymuje się. Jej palce drżą.
To zdjęcie ślubne.
Ona i Cihan. Uśmiechnięci. Blisko siebie. Jak para, która miała przyszłość.
Beyza wyciąga fotografię z albumu. Przez krótką chwilę tylko na nią patrzy — z nienawiścią, bólem i rozpaczą wymieszaną w jedno. Potem bez wahania rozrywa zdjęcie na strzępy. Papier trzaska głośno w ciszy salonu. Skrawki opadają na podłogę jak martwe liście.
— Wszystko mi zabrali… — szepcze przez zaciśnięte zęby.
W tej chwili do salonu wchodzi Nusret. Zatrzymuje się w progu, jednym spojrzeniem ocenia sytuację: porozrzucane kawałki zdjęcia, album, zapłakana córka. Wzdycha ciężko i podchodzi bliżej. Siada obok niej, wyprostowany, opanowany.
— Jak ty wyglądasz? — mówi stanowczo. — Weź się w garść.
Beyza unosi na niego oczy pełne łez.
— Nie udało nam się pozbyć tej wieśniaczki — wyrzuca z siebie z goryczą. — Pobrali się. I to oni pozbyli się mnie. — Jej głos się łamie. — Straciłam wszystko, tato. Wszystko!
Nusret patrzy na nią uważnie, chłodno, jakby analizował sytuację, a nie emocje.
— Nic nie straciłaś — odpowiada spokojnie. — Ale jeśli nie wyjdziesz z tego stanu psychicznego raz na zawsze, naprawdę możesz wszystko przegrać. — Robi krótką pauzę. — Czy mam cię jutro zabrać do rezydencji z takimi zapuchniętymi oczami?
— Ciocia wzięła mnie za rękę i wyrzuciła za drzwi — odpowiada Beyza drżącym głosem. — Byłeś przy tym. Widziałeś to. — Zaciska dłonie. — Myślisz, że pozwolą mi tam teraz wrócić?
— Zrobią to — odpowiada bez wahania.
Beyza prycha gorzko.
— Jak możesz być tego taki pewien?
Nusret pochyla się lekko w jej stronę.
— Zostaw to mnie. — Jego ton jest twardy, niemal mentorski. — Jeśli poddasz się emocjom, nie dostaniesz tego, czego naprawdę pragniesz.
— Nie rozumiesz mnie, tato — mówi Beyza z rozpaczą. — Cihan spędzi dzisiejszą noc z inną kobietą. — Jej głos łamie się całkowicie. — Nie potrafię tego zaakceptować.
— Rozmawialiśmy już o tym — przerywa jej stanowczo. — Przegrasz, jeśli będziesz się tak zachowywać. Musisz robić dokładnie to, co ci mówię.
Beyza spuszcza wzrok. Jej ramiona opadają, jakby nagle uszło z niej całe powietrze.
— Dobrze, tato — mówi cicho. — Będę cię słuchać. — Podnosi na niego oczy. — Jestem synową Develioglu. Proszę… nie pozwól, żebym straciła to nazwisko na zawsze.
Nusret milknie na moment, po czym mówi wolno i wyraźnie:
— Jutro zabiorę cię do rezydencji. Wejdziesz przez te drzwi z pokorą. — Akcentuje każde słowo. — Zaakceptujesz wszystko, co usłyszysz i zobaczysz. Przekonasz do siebie swoją ciotkę. Rozumiesz mnie?
Beyza kręci głową z gorzkim uśmiechem.
— Tylko ty w to wierzysz, tato…
Nusret prostuje się i spogląda na nią z determinacją.
— Nikt nie ma prawa skreślić mojej córki — mówi twardo. — I nigdy na to nie pozwolę.
Beyza patrzy na porozrzucane strzępy zdjęcia na podłodze. W jej oczach nie ma już łez — pojawia się coś znacznie groźniejszego.
Zimna determinacja.
***
Nazajutrz rano ciszę starego domu przerywa stłumione pukanie do drzwi.
— Pani Hancer… śniadanie — odzywa się zza drzwi głos pokojówki Gülsüm.
Hancer porusza się niespokojnie. Otwiera oczy z trudem, jakby dopiero teraz docierało do niej, gdzie jest. Przez chwilę nie rozumie, dlaczego materiał ciąży jej na ramionach. Dopiero po sekundzie przypomina sobie wszystko.
Zasnęła w sukni ślubnej.
Serce zaczyna bić jej szybciej. Zrywa się na łokciach i nerwowo rozgląda po pokoju. Zmarszczona suknia, welon rzucony niedbale na krzesło, cisza tak głęboka, że aż boli.
— Nie mogę tak wyjść… — szepcze do siebie.
— Pani Hancer? — dopytuje Gülsüm. — Wszystko w porządku?
Hancer bierze głęboki oddech, próbując opanować drżenie głosu.
— Tak… nic mi nie jest. Już wychodzę — odpowiada cicho, niemal szeptem.
Po chwili narzuca na siebie szlafrok i wychodzi z pokoju. W jadalni jej wzrok natychmiast zatrzymuje się na stole — bogato zastawionym, niemal przesadnie. Ciepłe pieczywo, sery, oliwki, owoce, miseczki z miodem i konfiturami. Widok, który bardziej onieśmiela niż cieszy.
Hancer stoi nieruchomo, nie wiedząc, czy powinna usiąść.
— Proszę — mówi Gülsüm głośniej. — Śniadanie gotowe.
— To… to dla mnie? — pyta Hancer niepewnie. — Mam zjeść tu… sama?
— Kazano mi przynieść jedzenie do starego domu — odpowiada pokojówka beznamiętnie. — Ja tylko wykonuję polecenia.
— Kto kazał? — pyta Hancer, unosząc wzrok.
— Ja.
Głos spada na nią jak zimna woda.
Mukadder wchodzi po schodach powoli, z wyprostowaną sylwetką i twarzą pozbawioną jakichkolwiek emocji. Jednym ruchem ręki odprawia Gülsüm.
— Możesz odejść.
Pokojówka znika bez słowa. Mukadder zatrzymuje się naprzeciwko Hancer i mierzy ją surowym spojrzeniem — od stóp do głów, jakby oceniała towar, nie człowieka.
— Dobrze spałaś? — pyta chłodno. — Miałaś dla siebie wyjątkowo dużo miejsca w łóżku.
Hancer spuszcza wzrok. Palce nerwowo ściskają krawędź szlafroka.
— Ja… — zaczyna niepewnie.
— Nie przyjęłaś mojego syna — przerywa jej Mukadder lodowatym tonem. — O tym mówię.
— Ale… to on nie chciał… — wyrzuca z siebie Hancer, zanim zdąży się powstrzymać.
Ułamek sekundy później wszystko dzieje się zbyt szybko.
Dłoń Mukadder uderza ją w policzek.
Dźwięk jest ostry, suchy. Hancer cofa się o krok, oszołomiona. Pieczenie rozlewa się po twarzy, a w oczach natychmiast zbierają się łzy — nie z bólu, lecz z upokorzenia.
— Nie waż się oczerniać mojego syna! — krzyczy Mukadder, a jej głos drży od gniewu. — Znaj swoje miejsce!
Podchodzi bliżej, tak blisko, że Hancer czuje jej oddech.
— Gdybyś była prawdziwą kobietą — syczy — nie pozwoliłabyś mężowi spać osobno. — Wskazuje na nią palcem. — Zanim następnym razem otworzysz usta, pomyśl. Sto razy. Dopiero potem możesz coś powiedzieć. Czy to jasne?
Hancer stoi nieruchomo. Nie płacze. Nie odpowiada. Tylko kiwa głową, ledwie zauważalnie.
Mukadder patrzy na nią jeszcze przez chwilę, po czym odwraca się i odchodzi, zostawiając za sobą ciszę cięższą niż krzyk.
Hancer powoli unosi dłoń do piekącego policzka. Jej spojrzenie pada na zastawiony stół — bogactwo, które miało być nagrodą, a stało się klatką.
— Boże… — myśli bezgłośnie. — Dopiero zaczął się mój koszmar.
Staje przy stole, ale nie siada.
Nie ma siły jeść.
Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia był film Gelin 9.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.


















