„Panna młoda” Odc. 20 – streszczenie
Beyza przyjeżdża wraz z ojcem do rezydencji. Gdy od pokojówki dowiaduje się, że Cihan i Hancer spędzili noc poślubną osobno, jej humor natychmiast się poprawia. Na jej twarzy pojawia się cień satysfakcji.
Zostaje sama. Przez chwilę stoi w milczeniu, po czym mówi cicho do siebie:
— Zatem nie postrzega jej jako żony. Zostawił tę wieśniaczkę samą w noc poślubną. Ta kobieta jest tylko inkubatorem. W oczach Cihana nie ma żadnej wartości. Kiedy spełni swoje zadanie, sama wyrzucę ją z domu.
Jej spojrzenie twardnieje, a w oczach pojawia się zimna determinacja — nie ma w nim już zazdrości, jest tylko kalkulacja i poczucie nadchodzącego zwycięstwa.
***
Mukadder i Nusret rozmawiają na osobności w pokoju kobiety. Siedzą naprzeciwko siebie w masywnych, drewnianych fotelach obitych czerwoną tapicerką. Między nimi stoi niewielki, okrągły stoliczek z dwiema filiżankami kawy, z których unosi się jeszcze delikatna para. Atmosfera jest gęsta, ciężka od niewypowiedzianych pretensji i dawnych win.
— Jak mam z tobą rozmawiać? — pyta Nusret po chwili, chłodno, niemal beznamiętnie. — Jak z moją siostrą… czy jak z osobą, dla której zabiłem jej męża?
Mukadder ani drgnie. Jej spojrzenie pozostaje twarde, nieprzeniknione.
— Zostaw zamknięte rozdziały — odpowiada sucho. — Jesteś moim jedynym wsparciem. A ja jestem twoją siostrą. Tą, która zawsze stała po twojej stronie i która dzieliła się z tobą bogactwem oraz władzą.
Nusret pochyla się lekko do przodu.
— Skoro tak, docenisz również moją córkę, siostro.
Mukadder zaciska usta.
— Zrobiłam wszystko, co było w mojej mocy. Wydałam ją za mąż za mojego syna. Była moją najdroższą synową. — Jej głos twardnieje. — Co jeszcze mam zrobić? Nusrecie, spróbuj choć raz spojrzeć na swoją córkę krytycznym okiem.
— Beyza zrozumiała swój błąd — odpowiada stanowczo. — Wymaże przeszłość i zacznie od nowa. Jeśli ty też to zrobisz, nie będzie problemu. Grzebanie w tym, co było, zaszkodzi każdemu z nas. — Robi krótką pauzę. — To jest dom Beyzy. Wiem, że ty również tak uważasz, dlatego ją sprowadziłem. Ale będę ją miał na oku.
— Twoim obowiązkiem jest ją kontrolować i nauczyć, jak powinna się zachowywać — mówi Mukadder lodowato. — Zawsze powtarzałam, że to także twój dom. Ty również powinieneś się tu przenieść.
Nusret zdaje się nie słyszeć tej sugestii.
— Powiem jej, żeby cię przeprosiła i pocałowała w rękę — oznajmia. — I na tym zakończymy ten temat.
Mukadder przez chwilę milczy, po czym kiwa głową.
— Dobrze. Jak sam powiedziałeś, nie wracajmy do przeszłości. To, co boli mnie… boli również ciebie.
Nusret wstaje i bez słowa opuszcza pokój.
Po chwili drzwi otwierają się ponownie. Wchodzi Beyza. Zatrzymuje się przed ciotką, spuszcza wzrok i mówi cicho:
— Przepraszam. Tracę rozum, kiedy chodzi o Cihana. Nie potrafiłam zaakceptować tego, że wybrał właśnie ją.
Chce pocałować Mukadder w rękę, ale ta cofa dłoń.
— Przemyślałaś wszystko podczas pobytu w domu ojca? — pyta chłodno. — Nadal nie mogę uwierzyć, że wbiłaś mi nóż w plecy. Jak mam ci ponownie zaufać?
— Masz rację — odpowiada Beyza bez wahania. — Zrobiłam to, żeby nie dopuścić do ich ślubu. Ale to już się stało. Teraz mogę tylko pogodzić się ze swoim losem.
— Gdyby nie twój ojciec, nigdy byś tu nie wróciła — ucina Mukadder. — Od tej chwili uważaj na każdy krok. Nie będę tolerować nawet najmniejszego błędu.
Wyciąga dłoń. Dopiero teraz pozwala ją pocałować.
Beyza spełnia gest z pokorą. Kiedy jednak Mukadder odwraca wzrok, na jej ustach pojawia się ledwie dostrzegalny, przebiegły uśmiech.
Dopięła swego. Wróciła do rezydencji — do miejsca, które od zawsze uważała za swoje.
***
Hancer siedzi na starej, nieco zapadniętej sofie. W dłoniach obraca szmacianą lalkę — jedyną rzecz, która daje jej namiastkę bezpieczeństwa. Materiał jest wytarty, miękki od dotyku, jakby pamiętał jeszcze czasy dzieciństwa, gdy świat był prostszy i mniej okrutny.
— Jak ja mam się przyzwyczaić do tego życia? — szepcze z ciężkim westchnieniem. — Ten dom, ten bezduszny człowiek, jego matka… Czuję się, jakbym trafiła między potwory. Takie, które śpią z otwartymi oczami i w każdej chwili mogą się obudzić… i mnie pożreć.
Przytula lalkę do piersi, zamyka oczy, jakby chciała schować się przed rzeczywistością. W tej samej chwili ciszę rozdziera pukanie do drzwi. Hancer drga, odkłada lalkę na sofę i powoli schodzi na dół. Otwiera.
W progu stoi Beyza.
— Dzień dobry, kochana — mówi z ciepłym, niemal siostrzanym uśmiechem. — Czy przyjmujesz gości? Bardzo chciałam być twoim pierwszym gościem.
— Witaj — odpowiada Hancer uprzejmie, choć w jej głosie nie ma ani krzty entuzjazmu.
— A ja witam cię w naszej rodzinie — ciągnie Beyza. — Nie było mnie na ślubie. Moja przyjaciółka przeszła operację, została zupełnie sama… potrzebowała mnie.
Nie czekając na zaproszenie, wchodzi do środka i kieruje się na górę. Hancer, zaskoczona, rusza za nią.
— Nie chcę plotkować o twojej teściowej już pierwszego dnia — mówi Beyza, odwracając się nagle — ale moja ciocia to kobieta autorytarna. Nie toleruje, gdy cokolwiek dzieje się bez jej wiedzy. Ona nie wie, że tu przyszłam. Zostawmy to między nami, dobrze?
— Dobrze, nie powiem jej — odpowiada Hancer cicho.
— Cihan nie przyszedł tu zeszłej nocy — dodaje Beyza i delikatnie dotyka jej ramienia. — Nie musisz się wstydzić. Jestem jego kuzynką, ale przede wszystkim kobietą. Martwię się o ciebie.
— Dziękuję…
— Rozumiem też Cihana — mówi dalej, miękko. — On jest zdesperowany. Rozwiódł się pod naciskiem mojej ciotki. Tylko dlatego, że ona pragnie wnuka.
— Naprawdę? — w głosie Hancer pojawia się szczere zaskoczenie.
— Nie powiedział ci? — Beyza robi krótką pauzę, uważnie obserwując jej twarz. — Ale nie smuć się z powodu wczorajszej nocy. To nie twoja wina. Myślę, że nie został tu, bo nie potrafi zapomnieć swojej byłej żony. Trudno zerwać z kimś, kogo wciąż się kocha… Rozwód z taką osobą musi boleć bardziej niż śmierć.
Siadają na sofie. Beyza patrzy na Hancer z wyreżyserowaną troską.
— Byłam pewna, że Cihan powiedział ci, dlaczego się rozwiódł — mówi. — Trochę namieszałam… przepraszam.
— Żałuję, że nie dowiedziałam się o tym wcześniej — przyznaje Hancer.
— Nie bądź smutna. — Beyza ujmuje jej dłoń. — Rozwód nie miał z tobą nic wspólnego. Skąd mogłaś wiedzieć, że serce mężczyzny, którego poślubiłaś, wciąż należy do jego pierwszej żony? Bardzo go kochasz, prawda? Skoro przeszłaś przez to wszystko… żadna kobieta nie zrobiłaby tego bez miłości. Ale pamiętaj — żadna miłość nie jest cenniejsza niż kobieca duma. Bez względu na powód, nie powinnaś pozwalać na coś takiego w noc poślubną. Nawet jeśli umierasz z miłości.
— Nie pozwoliłam mu na to — odpowiada Hancer, z oczami zaczerwienionymi od łez i drżącym głosem. — To, co się wydarzyło, nie miało nic wspólnego z miłością.
Znów rozlega się pukanie do drzwi.
— Mam nadzieję, że to nie Cihan — mówi Beyza z niepokojem. — Jeśli to ktoś z rezydencji, nie zdradzaj, że tu jestem.
Hancer zerka na zegar wiszący na ścianie. Wskazówki pokazują dokładnie dwunastą.
— To kierowca — mówi, wstając. — Przyszedł po mnie.
— Wybierasz się gdzieś?
Hancer nie odpowiada. Schodzi na dół i otwiera drzwi.
— Przepraszam — odzywa się szofer. — Ponieważ nie wychodziła pani, przyszedłem osobiście. Jeśli jest pani gotowa, możemy jechać.
— Nigdzie nie jadę — odpowiada Hancer twardo.
— Ale pan Cihan powiedział…
— Proszę powiedzieć Cihanowi, że nie przyjdę — przerywa mu spokojnie, lecz stanowczo. — Miłego dnia.
Zamyka drzwi. Po raz pierwszy od ślubu decyduje o czymś sama.
***
Akcja przenosi się do kliniki in vitro. Korytarz jest jasny, sterylny, przesycony zapachem środków dezynfekujących. Echo kroków odbija się od gładkich ścian. Dr Yasemin Onder idzie szybkim, zdecydowanym krokiem w stronę swojego gabinetu, przeglądając w myślach plan dnia. Przed drzwiami dostrzega Cihana.
— Dzień dobry — mówi, zatrzymując się przed nim z lekkim uśmiechem. — Mam nadzieję, że się nie spóźniłam. Przepraszam, dziś znów jestem rozerwana między biurem a laboratorium.
— Spokojnie — odpowiada Cihan chłodno. — To ja przyjechałem wcześniej.
— Jak zawsze — zauważa z lekką nutą ironii. Po chwili spogląda na niego uważniej. — A gdzie Hancer?
— Już jedzie. Zaraz tu będzie.
Lekarka otwiera drzwi gabinetu i wpuszcza go do środka. Pomieszczenie jest nowoczesne, surowe, urządzone z medyczną precyzją. Yasemin zdejmuje płaszcz, odwiesza go na wieszaku i siada za biurkiem, splatając dłonie.
— Przyznam, że byłam zaskoczona, widząc twoje nazwisko na liście pacjentów — zaczyna wprost. — To klinika in vitro. Wiesz o tym, prawda? Z tego, co wiem, Hancer jest zdrową kobietą. Tobie również nic nie dolega.
Cihan opiera się o oparcie krzesła, a jego twarz pozostaje niewzruszona.
— Powiedziałem ci, kiedy tu przyszedłem — odpowiada spokojnie. — Tym razem nie chcę zostawiać kwestii dziecka przypadkowi. Chcę działać konkretnie. Jasno. Bez domysłów.
Yasemin przygląda mu się uważnie, jakby ważyła każde słowo.
— Rozumiem twoją determinację — mówi w końcu. — Ale jako lekarz muszę zasugerować, byście najpierw spróbowali naturalnej drogi. To najbardziej oczywiste i najmniej obciążające rozwiązanie. Co Hancer o tym myśli? Czy zgadza się na taki plan?
— Niedługo tu będzie — ucina Cihan. — Możesz zapytać ją sama.
W tej samej chwili jego telefon zaczyna dzwonić. Cihan marszczy brwi, wstaje i odchodzi kilka kroków, odbierając połączenie.
— Panie Cihanie… — odzywa się głos szofera. — Pani Hancer nie przyjdzie. Kazała przekazać, że nie zamierza się pojawić.
Cihan zastyga.
— Jak to: nie przyjdzie? — pyta niskim, napiętym głosem.
— Tak zdecydowała.
— W porządku — odpowiada po chwili, tonem pozbawionym emocji. — Dziękuję.
Rozłącza się. Przez sekundę stoi nieruchomo, z telefonem w dłoni. Jego szczęka napina się, a spojrzenie twardnieje. Bez wahania wybiera kolejny numer.
— Pani Fadime — mówi lodowato, gdy pokojówka odbiera. — Proszę natychmiast udać się do starego domu. Niech Hancer się przygotuje. — Robi krótką pauzę. — Proszę jej powiedzieć, że Cihan po nią jedzie.
Rozłącza się bez pożegnania. W gabinecie zapada ciężka cisza. Yasemin patrzy na niego z niepokojem, widząc w jego opanowaniu rysę, cienką, ale niebezpieczną.
***
Wkrótce pod stary dom z piskiem opon podjeżdża samochód Cihana. Drzwi trzaskają, a ciężkie, szybkie kroki rozbrzmiewają na drewnianych schodach. Hancer, słysząc je, zamyka się w pokoju i opiera plecami o drzwi, jakby mogła powstrzymać nadciągającą burzę. Na próżno. Jedno mocne uderzenie wystarcza — zamek puszcza, a drzwi otwierają się z hukiem.
Dziewczyna cofa się instynktownie pod ścianę. Serce wali jej w piersi. Cihan wchodzi do środka, cały napięty, z twarzą stwardniałą od gniewu. Zbliża się do niej powoli, krok po kroku, jak drapieżnik do ofiary.
— Jaki jest twój problem? — pyta niskim, groźnym głosem. — Co ty sobie właściwie wyobrażasz? Co ci chodzi po głowie?
— Nie pójdę do tej kliniki — odpowiada Hancer twardo, choć głos lekko jej drży. — Nie masz prawa mnie tam ciągnąć.
Cihan unosi kącik ust w zimnym, pozbawionym humoru uśmiechu.
— Rozumiem… — mówi cicho. — Chcesz grać.
Nachyla się ku niej, zaglądając jej prosto w oczy.
— Przyszłaś do mnie po pieniądze. Zgodziłem się. Zawarliśmy umowę. A teraz co? Chcesz zabawy? Chcesz sprawdzić, jak daleko możesz się posunąć?
Hancer nie wytrzymuje. Z całej siły policzkuje go, a potem odpycha, jakby parzył ją sam jego dotyk.
— Nie zbliżaj się do mnie! — krzyczy. — Wynoś się stąd! Nie chcę cię widzieć! Nie pojadę z tobą do żadnej kliniki!
Cihan przez chwilę stoi nieruchomo. Powoli prostuje się, a jego spojrzenie staje się jeszcze chłodniejsze.
— Znowu robisz to samo — mówi lodowato. — Działasz impulsywnie, nie myśląc o konsekwencjach. Zawsze taka jesteś: decyzja, a potem zdziwienie.
Robi krok w tył.
— Wiesz, co się teraz wydarzy? Za swoją krnąbrność zapłacisz. Przygotuj się na dzisiejszy wieczór. Będę tutaj. Mam dla ciebie prezent.
Na twarzy Hancer pojawia się strach, którego nie potrafi ukryć.
— Co… co to znaczy? — pyta drżącym głosem. — Przyjdziesz tu wieczorem?
— Postanowiłaś nie iść do lekarza — odpowiada spokojnie. — Szanuję tę decyzję.
Odwraca się w stronę drzwi.
— Do zobaczenia wieczorem.
Zaczyna schodzić po schodach ciężkim, głośnym krokiem. Hancer, zdesperowana, biegnie za nim i dopada go przy wyjściu.
— Czego ty właściwie ode mnie chcesz?! — pyta z rozpaczą.
Cihan odwraca się jeszcze raz.
— Tylko jednego — mówi beznamiętnie. — Żebyś dotrzymała umowy. Pobraliśmy się po to, żebyś dała mi dziecko. Metoda nie ma znaczenia.
Otwiera drzwi.
— Do zobaczenia wieczorem.
Wychodzi, trzaskając drzwiami tak, że ściany starego domu drżą. Hancer osuwa się na schody. Siada bez sił, obejmując ramionami kolana. Strach przed nadchodzącą nocą spada na nią jak ciężar, którego nie potrafi z siebie zrzucić.
Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia był film Gelin 10.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.











