„Panna młoda” Odc. 30 – streszczenie
Beyza bez trudu odnajduje nową klinikę. Jasna fasada, eleganckie wnętrze, cisza pachnąca środkami dezynfekującymi i drogimi perfumami — wszystko krzyczy „prestiż” i „legalność”. Zupełne przeciwieństwo miejsca, w którym kilka lat temu zostawiła część siebie.
Wchodzi do gabinetu i siada naprzeciwko lekarki.
Doktor Fusun Kaba wygląda nienagannie: biały fartuch perfekcyjnie dopasowany do sylwetki, pod nim czerwona bluzka, starannie upięte włosy odsłaniające chłodną, spokojną twarz. Jej spojrzenie jest przenikliwe, profesjonalne, niemal bezemocjonalne. Na biurku leżą równo ułożone dokumenty, laptop i kubek z kawą. Wszystko ma tu swoje miejsce — także milczenie.
— Pamiętasz mnie? — pyta Beyza cicho, z naciskiem.
Fusun unosi wzrok znad teczki, marszczy brwi, przygląda się jej uważniej.
— Przepraszam, ale nie — odpowiada spokojnie. — Mam wielu pacjentów.
— Zanim przeniosłaś się do tej luksusowej dzielnicy — Beyza uśmiecha się krzywo — skorzystałam z twoich usług w klinice na przedmieściach.
— Chyba mnie z kimś mylisz — mówi Fusun ostrzej. — Pracuję tu od lat i zawsze zgodnie z prawem.
Beyza wstaje. Krzesło skrzypi głośno, zbyt głośno jak na ten sterylny spokój. Podchodzi do biurka.
— Doprawdy? — pochyla się ku niej. — A ja wciąż mam pokwitowania. Czarny rynek, gotówka do ręki. Dokonałaś u mnie aborcji w czwartym miesiącu ciąży.
Twarz Fusun blednie.
— Zmasakrowałaś mnie jak rzeźnik — ciągnie Beyza drżącym głosem. — Przez ciebie już nigdy nie zajdę w ciążę. Odebrałaś mi macierzyństwo. Przyszłość. Marzenia. Przez ciebie rozpadło się moje małżeństwo.
Lekarka wstaje gwałtownie. Wyciąga rękę, jakby chciała ją uspokoić.
— Usiądź. Porozmawiajmy spokojnie — mówi ciszej, z wyraźnym niepokojem.
— O czym?! — wybucha Beyza. — O tym, jak zniszczyłaś mi życie?!
— Dość! — Fusun podnosi głos. Jej profesjonalna maska pęka. — Nic ci nie zrobiłam. Sama tego chciałaś. Ostrzegałam cię. To nie ja cię okaleczyłam — to twoje decyzje.
Beyza zaciska pięści.
— Zamknij się. — Wraca na krzesło, powoli, demonstracyjnie. — Nie przyszłam tu po prawdę. Przyszłam się rozliczyć.
Zapada ciężka cisza.
— Dziś przyjdzie tu dziewczyna. Ma na imię Hancer — mówi Beyza lodowato. — Zniszczysz jej życie tak samo, jak zniszczyłaś moje. Albo ja zniszczę twoje. Wybór należy do ciebie.
Fusun patrzy na nią w milczeniu. W jej oczach pojawia się strach — prawdziwy, nie do ukrycia.
Beyza uśmiecha się blado, niemal z satysfakcją.
Nowa gra właśnie się zaczęła.
***
W następnej scenie Hancer i Cihan zjawiają się w gabinecie doktor Fusun Kaby. Jasne światło wpadające przez okno i sterylna cisza pomieszczenia tylko potęgują napięcie. Hancer siedzi sztywno na krześle, z dłońmi splecionymi tak mocno, że bieleją jej palce. Cihan przeciwnie — wyprostowany, opanowany, sprawia wrażenie człowieka, który dokładnie wie, po co tu przyszedł.
— W czym mogę wam pomóc? — pyta lekarka rzeczowym tonem, spoglądając na nich znad dokumentów.
— Chcemy mieć dziecko dzięki zapłodnieniu in vitro — odpowiada Cihan bez wahania. Hancer spuszcza wzrok, nerwowo przełykając ślinę.
Fusun sięga po teczkę i przez chwilę przegląda wyniki.
— Zapoznałam się z pani badaniami, pani Hancer. Nie ma tu żadnych nieprawidłowości. Jest pani całkowicie zdrowa. — Unosi wzrok i przenosi go na Cihana. — A sądząc po pana wcześniejszych testach, również nie widzę powodów do niepokoju.
— Chcę je powtórzyć — mówi Cihan chłodno. — Nie chcę żadnych przeoczeń.
Lekarka kiwa głową, notując coś w dokumentach.
— Z medycznego punktu widzenia nie ma przeszkód, by przeprowadzić procedurę in vitro. Nie zamierzam jednak obciążać was zbędnymi działaniami. Muszę tylko zapytać… — zawiesza głos. — Próbowaliście zajść w ciążę w sposób naturalny?
W gabinecie zapada niezręczna cisza. Hancer nieruchomieje, a Cihan przez moment milczy.
— Widzę — kontynuuje Fusun spokojnie — że do takich prób jeszcze nie doszło. To jednak nie ma znaczenia. Rozumiem waszą decyzję i nie będę dociekać powodów, skoro wybraliście już tę drogę.
— Dziękujemy za zrozumienie — odpowiada Cihan.
— Część moich kolegów ma wobec tej metody zastrzeżenia — dodaje lekarka — ale ja wierzę w elastyczne podejście. To para decyduje, z jaką metodą czuje się bezpiecznie. Chcę jednak jasno powiedzieć: odpowiedzialność za tę decyzję spoczywa na was.
— Jestem tego świadomy — mówi Cihan stanowczo. — I biorę pełną odpowiedzialność.
Fusun zwraca się teraz bezpośrednio do Hancer.
— Czy wie pani, jak przebiega cała procedura?
— Podaje się… leki? — odpowiada dziewczyna niepewnie, unosząc wzrok.
— Tak, ale to tylko część procesu. — Lekarka mówi spokojnie, niemal łagodnie. — Konieczne będzie również pobranie komórek jajowych. Chciałam omówić to otwarcie, zanim przejdziemy dalej.
— Pobranie…? — głos Hancer lekko drży. — Czy to groźne?
— Wymaga zabiegu — wyjaśnia Fusun. — Skoro, jak rozumiem, nie współżyliście jeszcze, będzie to dla pani szczególnie delikatny temat. Dlatego mówię o tym teraz. Gdyby nie była pani na to gotowa, nie siedziałaby pani dziś w tym gabinecie.
Lekarka przenosi spojrzenie na Cihana.
— Pańska żona jest młoda i zdrowa. Szanse powodzenia terapii są bardzo wysokie. W niedalekiej przyszłości może pan trzymać w ramionach jedno dziecko… a może nawet więcej.
Hancer blednie. Jej oddech staje się płytszy, a dłonie zaczynają drżeć.
— Myślę, że na dziś wystarczy — mówi Cihan, zauważając jej stan. — Lepiej już pójdziemy.
— Oczywiście — odpowiada Fusun bez sprzeciwu. — Skontaktuję się z państwem, gdy przygotuję plan leczenia.
Małżonkowie opuszczają gabinet. Hancer wychodzi w milczeniu, przytłoczona lękiem i niepewnością, podczas gdy Cihan idzie obok niej pewnym krokiem, jakby decyzja była już dawno podjęta — i nieodwołalna.
***
Beyza chodzi nerwowo po swoim pokoju, raz po raz spoglądając na telefon. Każdy dźwięk z zewnątrz sprawia, że podrywa głowę, jakby miała nadzieję, że to właśnie teraz. Zatrzymuje się przy oknie, po czym znów rusza, ściskając aparat w dłoni.
— Ta wizyta musiała się już skończyć… — mruczy do siebie, coraz bardziej poirytowana. — Dlaczego lekarka jeszcze do mnie nie zadzwoniła? Co oni robią tam tak długo.
Nagle telefon wibruje. Beyza niemal podskakuje. Spogląda na ekran… i jej twarz momentalnie twardnieje. To nie numer Fusun.
— Jak śmiesz do mnie dzwonić?! — wybucha, odbierając bez chwili wahania.
— Dzwonię, żeby ci pogratulować — odpowiada Yonca z przesadną wesołością. — Naprawdę, Beyza, muszę przyznać, że masz talent. Jak pięknie odwróciłaś historię… Ta bajeczka o in vitro, te dramatyczne łzy, głos łamiący się w odpowiednich momentach… Oscarowy występ. Serio. Może powinnaś spróbować aktorstwa? Z takim talentem mogłabyś dostać Oscara.
— Uważaj, co mówisz — syczy Beyza, zaciskając palce na telefonie. — Nie myśl, że pozostaniesz bezkarna.
— Bezkarna? — Yonca parska śmiechem. — Ja nic nie zrobiłam. Po prostu pokazałam ci, jak daleko mogę się posunąć. Od teraz będziesz bardzo uważać, w jaki sposób się do mnie odzywasz.
— To ty powinnaś znać granice — odpowiada Beyza lodowato. — Ale spokojnie. Pomogę ci je zrozumieć.
— Nic nie możesz zrobić — ripostuje Yonca bez cienia strachu. — Gdybym naprawdę chciała cię zdemaskować, już teraz nie byłoby cię w tej rezydencji. Mukadder wyrzuciłaby cię na zbity pysk, zanim zdążyłabyś cokolwiek wyjaśnić. Ale po co robić zamieszanie? Dostałam pieniądze, jesteśmy kwita. — Jej głos staje się nagle rzeczowy. — Możemy więc przejść do konkretów. Jestem gotowa na nowe zadanie.
— Nie współpracuję ze zdrajcami — odpowiada Beyza, cedząc słowa. — Nie dzwoń do mnie więcej.
Rozłącza się gwałtownie i rzuca telefon na łóżko. Przez chwilę stoi nieruchomo, oddychając ciężko, jakby próbowała odzyskać kontrolę.
***
Kamera pokazuje Yoncę. Kobieta powoli opuszcza telefon, a na jej ustach pojawia się spokojny, niepokojący uśmiech. Przez moment patrzy na wygaszony ekran, po czym mówi cicho, niemal czule:
— Och, moja droga… — Unosi brwi. — Naprawdę sądzisz, że to już koniec?
Jej uśmiech staje się szerszy. To jeszcze nie była jej ostatnia zagrywka.
***
Yonca pojawia się w siedzibie firmy Develioglu pewnym krokiem, choć pod eleganckim płaszczem kryje się napięcie. Przy recepcji pyta o Nusreta. Sekretarka mierzy ją krótkim, profesjonalnym spojrzeniem, po czym wskazuje drogę do jego gabinetu.
Kilka chwil później Yonca stoi już naprzeciwko mężczyzny.
— Czemu zawdzięczam tę miłą wizytę? — pyta Nusret z uprzejmym, lecz uważnym uśmiechem.
— Wspomniałeś, że spróbujesz znaleźć dla mnie pracę — odpowiada Yonca ostrożnie. — Przyszłam bez zapowiedzi. Jeśli to nieodpowiedni moment…
— Wręcz przeciwnie — przerywa jej spokojnie. — Dobrze, że przyszłaś. Usiądź.
Yonca siada, splatając dłonie na kolanach.
— Pilnie potrzebuję pracy — mówi ciszej, z wyraźną nutą szczerości. — Jeśli jest taka możliwość… proszę, pomóż mi.
Nusret przygląda jej się przez chwilę, jakby ważył słowa.
— Nie znamy się jeszcze dobrze — zaczyna — ale jedno mogę powiedzieć na pewno: nie rzucam słów na wiatr. Skoro coś obiecałem, dotrzymam tego. Znajdziemy dla ciebie odpowiednie stanowisko.
Sięga po słuchawkę.
— Córko, przynieś mi proszę formularz przyjęć — mówi do sekretarki.
Yonca otwiera szeroko oczy.
— Czyli… zaczynam od razu? — pyta z niedowierzaniem. — Naprawdę? Już dziś?
— Czy nie po to tu przyszłaś? — Nusret unosi brew. — Chyba chcesz pracować.
— Oczywiście, że chcę — odpowiada szybko. — Po prostu… nie spodziewałam się, że wszystko potoczy się tak szybko.
— Nie lubię niepotrzebnych opóźnień — ucina spokojnie.
Yonca uśmiecha się, a w jej głosie pojawia się nuta wzruszenia.
— Nie masz pojęcia, jak wiele to dla mnie znaczy. Jak mówiłam, nie mam nikogo. Zawsze musiałam radzić sobie sama. To rzadkość spotkać kogoś, kto dbałby tak o innych ludzi. Świat jest pełen oportunistów.
— Niestety — przyznaje Nusret. — Nie każdemu można ufać.
— Nikt wcześniej nie okazał mi takiego wsparcia — dodaje Yonca cicho. — Ale wygląda na to, że w końcu los się do mnie uśmiechnął.
Do gabinetu wchodzi sekretarka z formularzem. Nusret podaje go Yoncy.
— Proszę, wypełnij.
Yonca bierze dokument bez wahania i natychmiast zaczyna pisać. Jej twarz pozostaje skupiona, lecz w oczach pojawia się błysk satysfakcji. W myślach widzi już reakcję Beyzy — jej zaskoczenie i gniew — gdy dowie się, że została pracownicą w ich rodzinnej firmie.
I właśnie to sprawia, że długopis w dłoni Yoncy ani przez chwilę nie drży.
***
Telefon Beyzy w końcu zaczyna dzwonić. Kobieta zatrzymuje się w pół kroku, a na jej twarzy pojawia się niecierpliwy, niemal drapieżny uśmiech. Chwyta aparat bez wahania.
— No wreszcie! — rzuca ostro do słuchawki. — Co się stało? Przyjechali? Była wizyta?
— Tak — odpowiada cicho doktor Fusun. — Rozmawialiśmy. Wszystko się odbyło.
— I co? — Beyza nie kryje ekscytacji. — Kiedy operacja?
Po drugiej stronie zapada krótka, ciężka cisza.
— Przemyślałam to — mówi w końcu Fusun, wyraźnie spięta. — Nie mogę tego zrobić.
Uśmiech znika z twarzy Beyzy.
— Jak to nie możesz?! — wybucha. — Nie próbuj mi teraz opowiadać bajek o etyce! Zawarłyśmy umowę. Warunki były jasne. Ta dziewczyna ma być bezpłodna. Tak jak ja!
— Ty podjęłaś decyzję świadomie — odpowiada lekarka, coraz bardziej zdenerwowana. — Zgodziłaś się na aborcję, wiedząc, jakie mogą być konsekwencje. Ona nie ma pojęcia, jakie ryzyko ponosi. Pracowałam latami na swoje nazwisko. Nie zniszczę tego dla ciebie.
Beyza uśmiecha się chłodno, niemal z pobłażaniem.
— Uważaj, Fusun. Jedno moje słowo wystarczy, żeby twoje zdjęcie znalazło się na pierwszych stronach gazet. A pod nim nagłówek: „Rzeźniczka Fusun Kaba”. W jednej chwili stracisz licencję, reputację i wszystko, co zbudowałaś.
— Przestań… — głos lekarki drży. — Niech przeklęty dzień, w którym cię poznałam.
— Doskonale — odpowiada Beyza miękko, niemal czule. — Zrób to, co mówię, a będziesz mogła żyć spokojnie. Długo. I szczęśliwie. Nigdy więcej się nie spotkamy.
Zapada cisza. Beyza czeka kilka sekund, wpatrzona w pustą przestrzeń przed sobą.
— Świetnie — mówi w końcu. — Tę ciszę uznaję za zgodę. Będziesz mnie informować o rozwoju sytuacji.
Rozłącza się bez pożegnania.
Przez chwilę stoi nieruchomo, po czym podchodzi do lustra. Patrzy na swoje odbicie, poprawia włosy i powoli unosi kąciki ust w szerokim, triumfalnym uśmiechu.
— To dziecko się nie urodzi — szepcze. — A piękność ze slumsów wyleci z rezydencji raz na zawsze.
Jej oczy błyszczą. Dla niej ta wojna właśnie weszła w decydującą fazę.
Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia był film Gelin 17.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.












