Panna młoda odc. 37: Łóżko obsypane płatkami róż czeka na Cihana i Hancer!

Hancer i Cihan stoją przy łóżku, które zostało obsypane płatkami czerwonych róż. Po drugiej stronie łóżka stoi Derya.

„Panna młoda” Odc. 37 – streszczenie

Cihan i Hancer wciąż są zamknięci w starym domu. Cisza, ciężka i duszna, wypełnia salon, przerywana jedynie suchym stukotem klawiszy laptopa. Cihan siedzi na jednej z kanap, pochylony nad ekranem, skupiony, jakby praca była jedynym sposobem, by nie patrzeć na kobietę naprzeciwko.

Hancer siedzi na drugiej kanapie. Ma dłonie splecione na kolanach, plecy wyprostowane, a spojrzenie spuszczone. Jej sweter miękko opada na ramiona – wykonany na szydełku, misterny, pełen detali. Pastelowe odcienie błękitu, beżu, szarości i przygaszonego różu splatają się w geometryczne, niemal mandalowe wzory. Na środku piersi dominuje okrągły motyw, przypominający rozetę lub słońce zamknięte w koronce – warstwa na warstwie, jak emocje, których nigdy nie wypowiedziała na głos. Rękawy są luźne, długie, zakończone delikatnymi prześwitami, jakby sweter był jednocześnie tarczą i odsłonięciem duszy.

– Dzień dobry, pani Zeliho – mówi Cihan do telefonu, tonem chłodnym i rzeczowym. – Tak… już sprawdzam.

Otwiera skrzynkę mailową, klika jedno ze zdjęć i marszczy brwi.

– Jest lepiej niż wcześniej – przyznaje. – Ale to wciąż nie jest dokładnie ten motyw, o który mi chodziło.

W tej samej chwili jego wzrok odrywa się od ekranu. Zatrzymuje się na Hancer. A właściwie – na jej swetrze. Na splocie kolorów, na rytmie wzoru, który nagle wydaje mu się boleśnie znajomy.

– Najlepiej będzie, jeśli wyślę ci przykład – dodaje, po czym rozłącza się i odkłada telefon.

Hancer natychmiast to zauważa. Spogląda na siebie, omiata sweter nerwowym spojrzeniem, jakby szukała plamy albo niedoskonałości.

– Czy mogę go obejrzeć? – pyta Cihan niespodziewanie.

– Po co?

– Ten wzór… przykuł moją uwagę.

Unosi brwi z lekką ironią.

– Tak nagle? – mówi chłodno. – Zresztą nie będę szukać logiki w naszym związku. Skoro jestem twoim więźniem, domyślam się, że nie mam prawa sprzeciwu.

Cihan wstaje i podchodzi bliżej. Ich dystans skraca się do kilku kroków.

– Gdzie kupiłaś ten sweter?

– Nie kupiłam. Sama go zrobiłam.

Zatrzymuje się.

– Sama?

– Tak.

– A wzór?

– Wymyśliłam go – odpowiada spokojnie. – To było to, co czułam w tamtym momencie.

Przez ułamek sekundy Cihan patrzy na nią inaczej. Uważniej.

– Masz talent – mówi cicho. – Zrobię ci zdjęcie. Nie ruszaj się.

– Po co?

– Bo podoba mi się ten wzór. Chcę go zapisać. Jako przykład.

Hancer uśmiecha się gorzko.

– Dziwne. Podoba ci się coś, co wymyśliła dziewczyna ze slumsów taka jak ja? Rób zdjęcie. I tak nie musisz pytać mnie o zdanie.

– Możesz wstać? – prosi Cihan po chwili. – Tak będzie lepiej widać.

Hancer podnosi się powoli. Cihan unosi telefon. Najpierw zbliża obiektyw do swetra – fotografuje centralny motyw, delikatne przejścia kolorów i precyzję splotu. Potem cofa się odruchowo o krok… i naciska spust migawki jeszcze raz.

Tym razem w kadrze mieści się cała jej sylwetka. I twarz.

Hancer patrzy prosto w obiektyw. Dumnie. Twardo. Jakby nawet zamknięta, nie zamierzała się złamać.

***

Cihan siedzi pochylony nad małym stolikiem, jakby cały świat skurczył się do kilku kartek papieru. Na blacie leżą luźne szkice, linie krzyżują się nerwowo, miejscami są poprawiane, pogrubiane. W jednej dłoni trzyma telefon, na którego ekranie widać zdjęcie swetra Hancer – centralny, okrągły motyw przypominający mandalę: koncentryczne kręgi pastelowego błękitu, beżu i przygaszonego żółtego, oplatane koronkowym splotem. Drugą ręką prowadzi ołówek, przenosząc miękki, rękodzielniczy wzór na surową, geometryczną formę szkicu.

Hancer siedzi naprzeciwko, na kanapie. Ma dłonie splecione i ramiona lekko przygarbione, jakby cała energia powoli z niej uchodziła. Jej wzrok co chwilę wraca do niego – do jego skupionej twarzy, do brwi ściągniętych w koncentracji, do tego milczenia, które boli bardziej niż krzyk.

– Masz to, czego chciałeś – mówi w końcu cicho, lecz wyraźnie. – Skoro już skopiowałeś mój sweter, przynajmniej nie powstrzymuj mnie przed pójściem na otwarcie sklepu mojego brata. Proszę.

Cihan nie podnosi głowy. Trzymany przez niego ołówek sunie dalej po papierze.

– Jeśli myślisz, że wykorzystasz swojego brata jako pretekst, żeby pójść do Yasemin, zapomnij o tym – odpowiada chłodno.

– Chcę tylko pójść do brata! – w jej głosie pojawia się pęknięcie. – On na mnie czeka. Będzie mu przykro, jeśli się nie pojawię. Wystarczy, że sprawiasz, że jest mi ciężko. Nie rób tego samego jemu.

Cihan na moment przestaje rysować. Wciąga powietrze i unosi wzrok znad kartki.

– Nie chcę nikogo zasmucać – mówi spokojniej. – Działasz pod wpływem złości. Przez to nie oceniasz tego, co się dzieje, właściwie.

Hancer gorzko się uśmiecha.

– Jak bardzo jestem zła w twoich oczach…

– To właśnie zrozumiałaś z tego, co powiedziałem? – pyta, wyraźnie zirytowany.

– Tylko kilka godzin – nie ustępuje. – Spotkam się z bratem i wrócę. Czy naprawdę nie mam do tego prawa? Gdybyś był na moim miejscu, gdybyś wiedział, że twój brat na ciebie czeka… zostawiłbyś go samego, pogrążonego w smutku?

W tym momencie coś w nim pęka. Cihan odwraca głowę i mruży oczy. W jego spojrzeniu pojawia się cień bólu, którego zwykle nie dopuszcza do głosu. Jego starszy brat już nigdy na niego nie poczeka. Już nigdy nie zapyta. Już nigdy nie da mu szansy, by coś naprawić.

– Myślisz, że to w porządku – ciągnie Hancer, nieświadoma, jak głęboko trafiają jej słowa – kiedy ktoś zamyka cię w domu, żebyś nie mógł spotkać się z własnym bratem? Jak byś się czuł? Nie byłoby ci smutno?

– Zakończ ten temat! – wybucha Cihan, ostrzej, niż zamierzał.

To wystarcza, by Hancer zrozumiała, że dotknęła rany, która nigdy się nie zagoiła.

– Mówię na próżno… – rzuca z goryczą. – Pytam człowieka o sercu z kamienia, co zrobiłby na moim miejscu.

– Nie mamy prawa krytykować się nawzajem, jeśli chodzi o miłość – odpowiada cicho, niemal zmęczonym głosem.

– To się między nami nigdy nie skończy, prawda? – mówi Hancer, wstając. – Nie musisz mi przypominać o umowie. Nie zapomniałam.

Odchodzi do sypialni, zamykając za sobą drzwi. Cisza wraca do salonu.

Sekundę później telefon Cihana zaczyna dzwonić. Odbiera. Twarz mu twardnieje.

– Sytuacja nie jest najlepsza – mówi mężczyzna po drugiej stronie. To lekarz, którego poprosił o zapoznanie się z wynikami badań Cemila. – Choroba jest w końcowym stadium.

Cihan prostuje się gwałtownie.

– Co możemy zrobić?

– Niestety… nic. Jego dni są policzone.

– To niemożliwe – odpowiada niemal szeptem. – Musi istnieć jakieś rozwiązanie. Alternatywne leczenie. Cokolwiek.

– Diagnoza została postawiona zbyt późno. Możemy jedynie złagodzić objawy. Pomóc mu przejść przez ostatnie dni. Przykro mi.

Cihan rozłącza się powoli. Opiera palce o nasadę nosa i zamyka oczy. Przed oczami staje mu obraz grillowego wieczoru w domu Cemila: jego śmiech, bliskość z synem, szczęście wypisane na twarzy mężczyzny, który nie wiedział jeszcze, że czas już się kończy.

Jeśli to naprawdę jego ostatnie dni, nie może pozwolić, by Hancer była od niego odcięta.

Wstaje zdecydowanym krokiem i wchodzi do sypialni.

– Gülşüm przyjdzie i otworzy drzwi – oznajmia bez wstępów. – Przygotuj się. Nie możesz spóźnić się na otwarcie sklepu. I nie zapomnij o faszerowanym bakłażanie.

Hancer unosi na niego wzrok. Przez chwilę nie mówi nic. Potem na jej twarzy pojawia się nieśmiały, zaskoczony uśmiech.

Po raz pierwszy widzi w nim nie tylko kontrolę i chłód, ale też człowieka.

***

Derya klęczy na zimnych kafelkach kuchni, tuż przy szafce pod zlewem. Drzwiczki są szeroko otwarte, a z wnętrza uderza zapach detergentów i wilgoci. Jeszcze przed chwilą serce biło jej jak oszalałe — Cemil znów był o krok od tego, by odkryć pieniądze ukryte w poduszce. Tym razem nie może ryzykować.

Wyciąga z torby czarny, foliowy worek. W środku szeleszczą banknoty — ciężkie, zbite w ciasne pliki, jakby same miały świadomość, że są jedynym zabezpieczeniem jej przyszłości. Przez moment waha się, po czym wkłada worek głęboko do plastikowego pojemnika stojącego w szafce.

Sięga po opakowanie proszku do prania. Otwiera je i zaczyna zasypywać worek białym, sypkim proszkiem. Kryjówka znika pod warstwą detergentu, jak pod śniegiem, aż nie zostaje po niej żaden ślad. Derya domyka pojemnik i odsuwa go w głąb szafki.

– Tutaj będziecie bezpieczne – szepcze do siebie, jakby mówiła do żywych istot. – Nikt was nie znajdzie. Tylko ja. Tylko wasza matka.

Zamyka drzwiczki i prostuje się powoli. Otrzepuje dłonie z proszku, ale biały pył osiada na mankietach jej bluzki. Wtedy jej wzrok zatrzymuje się na złotych bransoletkach na nadgarstku. Ciężkie, chłodne, lśniące. Prezent od Mukadder. Dowód wdzięczności i obietnica kolejnych.

Przez twarz Deryi przebiega cień uśmiechu. Krótki. Wyrachowany.

– Wzbudziłam litość u szwagra – mówi półgłosem. – Na pewno już skonsultował wyniki Cemila. I na pewno usłyszał to, co nim wstrząsnęło.

Unosi rękę i obraca nadgarstek, obserwując, jak złoto łapie światło.

– Zagram kartą Cemila – dodaje spokojnie, niemal bez emocji. – A wtedy dostanę kolejne bransoletki.

Jej spojrzenie twardnieje. W tej kuchni nie ma przerażonej żony. Jest tylko kobieta, która dokładnie wie, jaką cenę ma ludzkie współczucie.

***

Cihan i Hancer przyjeżdżają razem na uroczyste otwarcie sklepu. Samochód zatrzymuje się tuż przy krawężniku, naprzeciwko niewielkiego lokalu, który tego dnia wygląda zupełnie inaczej niż zwykle. Nad wejściem wisi elegancki szyld z nazwą sklepu „Dekoracje Derya”, ozdobiony złotymi ornamentami. Drzwi obramowują niebiesko-białe balony, a w przejściu migoczą błyszczące, metaliczne wstążki, które poruszają się przy każdym podmuchu wiatru. Przed sklepem ustawiono stoliki z jasnymi obrusami – pełne talerzy z domowymi wypiekami, słodkościami i napojami. Goście rozmawiają głośno, śmieją się, składają gratulacje, a atmosfera przypomina małe, rodzinne święto.

Hancer wysiada pierwsza. Rozgląda się z widocznym wzruszeniem – w jej oczach pojawia się duma i ulga, że mimo wszystkich przeszkód zdołała tu dotrzeć.

– Dziękuję, że mnie przywiozłeś – mówi do Cihana ciszej, gdy zamykają drzwi auta. – Jeśli masz coś do załatwienia, możesz jechać. Poradzę sobie.

Cihan poprawia marynarkę i spogląda na nią stanowczo.

– Nigdzie się nie wybieram – odpowiada bez wahania. – Zostanę. Pomogę twojemu bratu i bratowej, jeśli będzie trzeba.

Hancer marszczy lekko brwi.

– Naprawdę nie musisz mnie pilnować – mówi spokojniej. – Nie martw się, nie zniknę. Nigdzie stąd nie pójdę.

– Powiedziałem, że zostaję – ucina krótko. – Lepiej, żebyś była w zasięgu mojego wzroku.

Hancer wypuszcza powietrze powoli. Chciałaby zaprotestować, ale wie, że to nie ma sensu. Zamiast tego odwraca się i rusza w stronę gości, witana uśmiechami, uściskami i gratulacjami. Na chwilę wtapia się w tłum, próbując zapomnieć o napięciu, które wciąż czuje w ramionach.

Cihan zostaje nieco z boku. Wtedy podchodzi do niego Derya. Ma na twarzy uprzejmy, wyćwiczony uśmiech, lecz w jej spojrzeniu czai się czujna, przebiegła iskra.

– Nie spodziewałam się ciebie – mówi, starając się brzmieć naturalnie. – Cieszę się, że przyszedłeś.

– Przyszedłem porozmawiać – odpowiada cicho. – Pokazałem wyniki Cemila znajomemu lekarzowi.

Uśmiech Deryi natychmiast gaśnie. Jej twarz blednie.

– Patrząc na ciebie… to chyba nie są dobre wieści.

– Sytuacja jest poważna – przyznaje Cihan. – Mam jeszcze kilku innych znajomych lekarzy. Skontaktuję się z nimi. Może ktoś spojrzy na to inaczej. Może znajdzie się jakieś rozwiązanie.

Derya odwraca wzrok. Przez chwilę obserwuje gości: śmiejących się ludzi, rozmowy przy stołach, Hancer, która właśnie obejmuje brata i gratuluje mu z błyskiem w oczach.

– Boże… – szepcze. – Jak mam udawać radość przed tymi wszystkimi ludźmi, kiedy w środku się rozpadam? Spójrz na nich. – Wskazuje dyskretnie w stronę Hancer i Cihana. – Są tacy szczęśliwi. Gdyby Hancer dowiedziała się o chorobie brata, zabiłoby ją to szybciej niż jego.

– Musi się dowiedzieć – mówi Cihan twardo. – I to jak najszybciej.

Derya natychmiast kręci głową.

– Nie teraz. Powiedziałeś, że masz jeszcze innych znajomych lekarzy. Porozmawiasz z nimi, a potem zdecydujemy. Nie chcę niszczyć tego dnia. – Spogląda na niego błagalnie. – Szwagrze… nie chcesz, żeby Hancer była smutna, prawda?

Cihan milczy przez chwilę. Potem nieznacznie kiwa głową.

Muzyka, rozmowy i śmiech toczą się dalej, jakby nic złego nie mogło się wydarzyć. A jednak pod tą radosną fasadą zaczyna narastać cisza, która wkrótce może wszystko zburzyć.

***

Beyza od dłuższego czasu obserwuje komisariat policji z ukrycia. Stoi nieruchomo, częściowo zasłonięta drzewami i zaparkowanymi samochodami, jak myśliwy czekający na odpowiedni moment. Wreszcie pojawia się osoba, na którą czekała. Z budynku wychodzi doktor Fusun Kaba. Ubrana jest cała na czarno, z włosami ciasno upiętymi i przyciemnianymi okularami na twarzy. Porusza się szybkim, nerwowym krokiem, jakby chciała zniknąć z tego miejsca, zanim ktoś ją rozpozna.

Idąc chodnikiem, Fusun nagle się zatrzymuje. Jej ciało sztywnieje, gdy dostrzega Beyzę, która wyrasta przed nią niespodziewanie, niemal jak spod ziemi.

– Proszę chwilę zaczekać, pani doktor – odzywa się Beyza, starając się opanować drżenie głosu.

Fusun nerwowo ogląda się przez ramię, sprawdzając, czy nikt ich nie obserwuje.

– Co ty tutaj robisz?! – syczy. – Wszędzie kręcą się dziennikarze. Chcesz, żeby ktoś nas zobaczył?

Chwyta Beyzę za ramię i niemal siłą odciąga ją na bok, za wysoki, gęsty żywopłot, który odcina je od ulicy.

– To robota twojego byłego męża – mówi z narastającą furią. – Oboje mnie zniszczyliście. Zamknęli moją klinikę, a gazety nie przestają o mnie pisać. Jestem o krok od więzienia.

Beyza blednie.

– Czy… czy powiedziałaś o mnie policji? – pyta cicho, z trudem łapiąc oddech.

Fusun zdejmuje okulary i wbija w nią lodowate spojrzenie.

– Czy wyglądam na idiotkę, która przyznałaby się do czegoś sprzed lat? – odpowiada ostro.

– Bałam się, że możesz nie wytrzymać presji – przyznaje Beyza. – Że pękniesz.

– Gdybym pękła, straciłabym wszystko – ucina lekarka. – Zaprzeczyłam oskarżeniom. Powiedziałam, że zwolniona pielęgniarka mnie oczernia. Walczę o siebie. O przetrwanie.

Zapada krótka cisza. Nagle Fusun ściska ramię Beyzy z siłą, która sprawia, że dziewczyna wstrzymuje oddech.

– Nie pokazuj mi się więcej na oczy – mówi kategorycznie. – Jeśli jeszcze raz się do mnie zbliżysz, zadzwonię do Cihana Develioglu. Zniknij z mojego życia.

Odwraca się gwałtownie i odchodzi szybkim krokiem, nie oglądając się za siebie.

Kamera oddala się powoli. Około dziesięć metrów dalej, za grubym pniem drzewa, stoi Yonca. Skryta w cieniu, przegląda na telefonie serię zdjęć, które przed chwilą zrobiła: Beyza i Fusun, ukryte za żywopłotem, pochylone ku sobie w nerwowej rozmowie.

Na ustach Yoncy pojawia się satysfakcjonujący uśmiech.

– Kolejny as w moim rękawie – szepcze do siebie. – Przeciwko tobie, Beyzo.

***

Akcja przenosi się do późnego wieczora. Ulica przed sklepem dawno już opustoszała, balony zostały zdjęte, a gwar rozmów i śmiechu zastąpiła cisza. W domu Deryi pali się tylko jedna lampa. Kobieta siedzi wygodnie na kanapie, z telefonem przy uchu, jej twarz rozświetla zadowolony uśmiech.

– Posadzimy szwagra na czele stołu – mówi do słuchawki z wyraźnym entuzjazmem. – Zjemy spokojną, elegancką kolację, jak prawdziwa rodzina. Wkrótce wyślę ci link do tych bransoletek z Trabzonu, które mi się spodobały. Kupisz je, gdzie tylko zechcesz.

Po drugiej stronie zapada krótka cisza, po czym odzywa się Mukadder. Jej głos jest chłodny i pozbawiony emocji.

– Na razie nie osiągnęłaś niczego, na co się umówiłyśmy – mówi stanowczo. – Mój syn może usiąść z wami przy stole z grzeczności. Ale czy zgodził się zostać na noc?

Derya uśmiecha się jeszcze szerzej, jakby pytanie wcale jej nie zaniepokoiło.

– Zgodzi się. Bądź spokojna.

– Zobaczymy – odpowiada Mukadder bez przekonania. – Jeśli zostaną na noc i położą się w tym samym łóżku… wtedy dotrzymam swojej obietnicy.

– Zadzwonię do ciebie rano – zapewnia Derya miękkim, pewnym głosem. – I przekażę ci dobrą nowinę.

Rozłącza się powoli. Przez chwilę wpatruje się w wygaszony ekran telefonu, po czym odkłada go na stolik. Opiera się wygodniej o oparcie kanapy i mówi do siebie, z satysfakcją w głosie:

– Przywieźliśmy go aż tutaj. Na nocowanie też się zgodzi. Ten zimnokrwisty człowiek jednak ma serce. Kiedy dowiedział się o chorobie Cemila, zmienił się niemal natychmiast. W takich chwilach mężczyźni nagle odkrywają w sobie empatię.

Na jej ustach pojawia się przebiegły uśmiech.

– W końcu się przełamie. Przytuli naszą szaloną dziewczynę. A trzymanie w jednym pomieszczeniu ognia i prochu zawsze kończy się wybuchem. Na to właśnie liczę.

Przeciąga dłonią po nadgarstku, jakby już czuła ciężar złota.

– A wtedy słynny jubiler z Trabzonu ozdobi połowę mojej ręki – dodaje szeptem – czystym złotem.

***

Hancer i Cihan przyjeżdżają do domu Cemila już po zmroku. W niewielkim salonie unosi się zapach kolacji — ciepły, domowy, trochę zbyt intensywny jak na ich napięte nastroje. Przy stole panuje cisza, przerywana tylko stukiem sztućców. Gdy posiłek dobiega końca, Cemil odkłada serwetkę i spogląda na Cihana z typową dla siebie swobodą.

— Chciałbym, żebyście zostali u nas na noc — mówi, uśmiechając się blado. — Ale twoja żona twierdzi, że nie możesz. Podobno masz pilne obowiązki.

Cihan prostuje się odruchowo.

— To prawda. Trochę pracy się nawarstwiło — przyznaje spokojnie.

— Aż tak pilnej, że nie możesz poświęcić nam jednej nocy? — dopytuje Cemil, wbijając w niego uważne spojrzenie.

Derya, siedząca obok męża, posyła Cihanowi zachęcające spojrzenie. Mężczyzna milknie na chwilę, jakby ważył decyzję. W końcu mówi cicho, ale stanowczo:

— Mogę przełożyć obowiązki. Zostaniemy.

Hancer unosi wzrok gwałtownie. To nie pasuje do obrazu Cihana, którego zna — zawsze nieugiętego, zawsze zdystansowanego.

— Co masz na myśli? — pyta z niedowierzaniem.

— Spędzimy tu noc — powtarza, nie zostawiając miejsca na dyskusję.

Derya prowadzi ich do sypialni, którą na co dzień dzieli z Cemilem. Gdy otwiera drzwi, oczom Hancer ukazuje się łóżko obsypane czerwonymi płatkami róż, ułożonymi starannie, niemal demonstracyjnie. Na środku leżą równo złożone ręczniki.

— Bratowo… co to ma znaczyć? — Hancer marszczy brwi, a w jej głosie pobrzmiewa irytacja.

— Naprawdę pytasz? — Derya wzrusza ramionami. — Cemil lubi, gdy sypialnia tak wygląda. Przygotowuję ją co wieczór.

Cihan robi krok w tył.

— Dziękujemy, ale nie chcemy sprawiać kłopotu. Możemy spać w salonie.

— Tak — przytakuje Hancer szybko. — Salon w zupełności wystarczy.

— Nie ma mowy — ucina Derya ostrym tonem. — Goście nie śpią na kanapie. Poza tym dopiero co wzięliście ślub. Potraktujcie to jak miesiąc miodowy. — Uśmiecha się figlarnie. — Przyniosę wam coś do schrupania. Pistacje, orzechy, figi.

Hancer przewraca oczami.

— Bratowo, mój brat cię woła.

— Nic nie słyszę — odpowiada Derya z udawaną niewinnością.

Hancer chwyta ją za ramię i wyprowadza na korytarz. Tam, z dala od ciekawskich spojrzeń, pochyla się ku niej i mówi szeptem, ostrym jak brzytwa:

— Co to za teksty o miesiącu miodowym?

— Normalne — odpowiada Derya chłodno. — Cihan jest twoim mężem. Przyzwyczaj się.

— Wystarczy — syczy Hancer. — Doskonale wiesz, o co mi chodzi.

— Tak czy inaczej — ciągnie Derya beznamiętnie — jesteś jego żoną. A teraz wracaj do pokoju.

Bezceremonialnie wpycha Hancer do środka. Chwilę później wraca z piżamami i miseczką orzechów. Gdy zamyka drzwi, na jej twarzy pojawia się cień triumfu.

Tej nocy wszystko ma potoczyć się zgodnie z planem. A złoto, obiecane przez Mukadder, już lśni w jej wyobraźni.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 22.Bölüm i Gelin 23.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

Podobne wpisy

  • Panna młoda odc. 3: Hancer zgadza się na układ z Cihanem!

    W domu Hancer pojawiają się Mukadder, Beyza i Sinem z rodziny Develioglu, by ponownie ocenić dziewczynę jako kandydatkę na żonę Cihana. Hancer stanowczo odrzuca propozycję, co doprowadza do brutalnej awantury — Derya w furii bije szwagierkę i opuszcza dom z synem. Wkrótce Cemil traci przytomność i trafia do szpitala, gdzie Hancer słyszy druzgocącą diagnozę: torbiel na pniu mózgu i groźba paraliżu lub śmierci. Poznajemy bezwzględne plany Mukadder — dziecko Hancer ma zostać odebrane i wychowane przez Beyzę. Gdy Cemil wraca do domu, Hancer ukrywa prawdę i podejmuje dramatyczną decyzję. Następnego dnia zjawia się w rezydencji Develioglu i ku zaskoczeniu wszystkich informuje Cihana, że zgadza się na układ małżeński.

  • Panna młoda odc. 7 i 8: Beyza spada ze schodów! Hancer zabiera ją do szpitala!

    Rodzina Develioglu przyjeżdża do domu Hancer bez Cihana, planując założyć pierścionek pod jego nieobecność. Cemil sprzeciwia się zaręczynom i w rozmowie telefonicznej odmawia oddania siostry mężczyźnie, który nie potrafił stanąć przed nią osobiście. Upokorzeni Develioglu wychodzą, a Cihan poleca prawnikowi domagać się od Hancer wysokiego odszkodowania. Dziewczyna zostaje postawiona pod ścianą, a długi i wierzyciele nasilają presję na jej rodzinę. Tymczasem Beyza zostaje zaatakowana przez Yoncę i spada ze schodów. Hancer znajduje ją nieprzytomną i zawozi do szpitala. Spotkanie w szpitalu kończy się kolejnym upokorzeniem Hancer, a Beyza dowiaduje się, że Mukadder okazała jej rywalce łaskę. Konflikt między kobietami i rodzinami wchodzi w nową, jeszcze groźniejszą fazę.

  • Panna młoda odc. 24: Cihan myśli, że Hancer zdradza go z Enginem!

    Hancer wraz z Enginem przyjeżdża na komisariat, gdzie dowiaduje się, że Cemil został zatrzymany z powodu długów. Dochodzi do ostrej konfrontacji z Deryą, która oskarża Hancer o brak pieniędzy i obojętność wobec losu brata. Engin decyduje się pomóc, proponując negocjacje z wierzycielami i odroczenie spłat, bez informowania Cihana. Tymczasem w starym domu Beyza odkrywa, że Hancer zostawiła czarną torbę, a następnie ukrywa się przed Fadime. Później Beyza odbiera telefon od Yoncy, która domaga się spłaty kolejnego długu. Cihan otrzymuje zdjęcie Hancer z Enginem pod komisariatem i uznaje to za zdradę. Cemil wychodzi na wolność, nieświadomy, że jego problemy nie zostały rozwiązane, a Hancer staje przed presją powrotu do męża, mimo że czuje, iż ten dom nie jest już dla niej bezpieczny.

  • Panna młoda odc. 30: Beyza szantażuje lekarkę! Yonca dostaje pracę u Develioglu!

    Beyza odnajduje nową klinikę doktor Fusun Kaby i konfrontuje ją z nielegalną aborcją sprzed lat, grożąc ujawnieniem przestępstwa. Szantażuje lekarkę, żądając, by zniszczyła życie Hancer podczas planowanej procedury in vitro. Wkrótce potem Hancer i Cihan pojawiają się w gabinecie Fusun, gdzie słyszą, że oboje są zdrowi, a in vitro nie jest medycznie konieczne. Lekarka szczegółowo wyjaśnia przebieg zabiegu, co wywołuje u Hancer lęk i załamanie. Tymczasem Yonca kontynuuje grę przeciwko Beyzie: po konfrontacji telefonicznej zdobywa pracę w firmie Develioglu. Gdy Fusun próbuje wycofać się z umowy, Beyza ponownie ją szantażuje, zmuszając do posłuszeństwa i zapowiadając, że dziecko Hancer nigdy się nie urodzi.

  • Panna młoda odc. 27: Awaria prądu odsłania uczucia! Cihan i Hancer zbliżają się do siebie!

    Engin i Yasemin przyjeżdżają do starego domu, by odwiedzić Hancer, mimo sprzeciwu Mukadder, która oczekiwała gości w rezydencji. Cihan próbuje sprowadzić ich do głównego domu, lecz bezskutecznie. Hancer, pozbawiona zapasów, prosi Sinem o pomoc, czym wywołuje gniew Mukadder i Beyzy. W starym domu spotkanie przebiega w coraz swobodniejszej atmosferze, a wspomnienia z dzieciństwa Cihana i Engina zbliżają Hancer do męża. Beyza, zazdrosna o ich relację, prowokuje awarię prądu i upozorowany wypadek, jednak Yasemin szybko demaskuje jej grę. Z powodu braku prądu Cihan zostaje z Hancer w starym domu. W półmroku między małżonkami rodzi się napięcie i bliskość, którą przerywa nagły powrót światła — ale zmiany między nimi są już nieodwracalne.

  • Panna młoda odc. 19: Cihan i Hancer zostają mężem i żoną!

    W rezydencji Develioglu dochodzi do kameralnego, pozbawionego emocji ślubu Cihana i Hancer. Ceremonia odbywa się bez radości, w obecności najbliższych; świadkami są Engin i Cemil, a Mine nagrywa wszystko telefonem. Po podpisaniu aktu Cemil wręcza Cihanowi zegarek po ojcu, a Mukadder przekazuje Hancer kosztowną biżuterię, jasno dając do zrozumienia, że posłuszeństwo jest warunkiem przetrwania w rodzinie. Zaraz po ślubie Cihan opuszcza rezydencję, a Hancer zostaje odesłana do starego domu, oddzielona od bliskich. Wieczorem Cihan informuje ją, że następnego dnia jadą na badania do kliniki in vitro, jasno określając jej rolę jako żony mającej urodzić dziecko. Beyza, wyrzucona z rezydencji, popada w rozpacz, lecz pod wpływem ojca postanawia walczyć o powrót do rodziny Develioglu. Nazajutrz Hancer doświadcza pierwszego upokorzenia ze strony Mukadder, która oskarża ją o niespełnienie małżeńskich obowiązków i policzkuje ją, jasno pokazując, że jej koszmar dopiero się zaczyna.