„Panna młoda” Odc. 4 – streszczenie
Hancer siedzi sztywno na krześle po drugiej stronie masywnego biurka. Jej jasny płaszcz kontrastuje z ciemnym drewnem i chłodną elegancją gabinetu. Ściana za plecami Cihana zdobiona jest obrazem wzburzonego morza — jakby zapowiedzią burzy, która właśnie ma się rozpętać.
Cihan opiera łokcie o blat, splata dłonie i pochyla się lekko do przodu. Jego spojrzenie jest uważne, przenikliwe, ale pozbawione czułości.
— Słucham cię — mówi spokojnie. — O czym chcesz ze mną porozmawiać?
Hancer przez chwilę milczy. Spuszcza wzrok na swoją torebkę, jakby szukała w niej odwagi. W końcu unosi głowę.
— Szukasz kobiety, która urodzi ci dziecko — mówi cicho, lecz wyraźnie. — Tak mi powiedziano. Na początku uznałam to za… absurd. Odmówiłam twojej matce. Byłam też… — zawiesza głos — trochę niegrzeczna.
— A teraz? — Cihan nie spuszcza z niej wzroku. — Dlaczego tu jesteś?
Hancer bierze głęboki oddech. Jej dłonie, spoczywające na kolanach, zaczynają drżeć. Splata palce, zaciska je mocno, jakby chciała powstrzymać własne emocje.
— Przyszłam powiedzieć, że zgadzam się na ten układ.
Podnosi wzrok i dodaje po chwili:
— Ale mam jeden warunek.
Zapada cisza. Tylko tykanie zegara wypełnia przestrzeń.
— Chcę pieniędzy — mówi w końcu. — I chcę, żeby to zostało wyłącznie między nami. Nasze rodziny nie muszą o tym wiedzieć. Nikt. To ma być nasz sekret. Na zawsze.
Cihan nie odpowiada od razu. Jego twarz twardnieje, a szczęka się napina. Przez moment wygląda, jakby rozważał kilka odpowiedzi naraz.
Hancer odczytuje milczenie jako odmowę. Prostuje się gwałtownie.
— Dobrze. Dostałam odpowiedź.
Wstaje i rusza w stronę drzwi.
— Zaczekaj — odzywa się Cihan.
Podnosi się z fotela i obchodzi biurko. Jego kroki są powolne, kontrolowane.
— Chcesz pieniędzy za to, że za mnie wyjdziesz? — pyta chłodno. — Czy nie wystarczy ci nazwisko Develioglu? Ta rezydencja? Życie, o którym większość ludzi może tylko marzyć?
Hancer odwraca się do niego gwałtownie.
— A czy ja pytam, dlaczego szukasz kobiety, która urodzi ci dziecko, zamiast kochać i być kochanym? — odpowiada ostro. — Zgodziłam się na układ. To nie wystarczy?
Cihan marszczy brwi.
— Jesteś bardzo młoda. Czy zdajesz sobie sprawę, jak bardzo się poniżasz, składając taką propozycję?
Hancer patrzy mu prosto w oczy.
— Gdybyś mógł spojrzeć na siebie moimi oczami — mówi spokojnie, niemal szeptem — bardziej wstydziłbyś się siebie, niż żałował mnie.
— Dość! — podnosi głos Cihan. — Nikt nie ma prawa tak do mnie mówić.
— W rzeczywistości mówimy tym samym językiem — odpowiada Hancer. — Rozumu. Układów. Transakcji. Bez uczuć. — Jej głos drży. — Widocznie się pomyliłam.
Odwraca się ponownie w stronę drzwi.
W jednej chwili Cihan chwyta ją za ramię i przyciąga do siebie. Zatrzymuje się tuż przed nim, zaskoczona, z bijącym sercem.
— To nie jest twoja dzielnica — mówi niskim, twardym głosem. — To rezydencja rodziny Develioglu. A ostatnie słowo… — pochyla się bliżej — należy tutaj do mnie.
Ich spojrzenia krzyżują się w ciszy ciężkiej jak wyrok.
***
Cihan i Hancer schodzą po szerokich schodach na dół. Każdy krok odbija się echem w marmurowym hallu, w którym zgromadzili się domownicy. Atmosfera jest gęsta, napięta — jakby wszyscy wyczuwali, że za chwilę padną słowa, których nie da się cofnąć.
— Wychodzę, mamo — oznajmia Cihan chłodnym, rzeczowym tonem, jakby mówił o czymś zupełnie błahym.
Mukadder nie spuszcza wzroku z Hancer. Jej spojrzenie jest twarde, oceniające, pełne nieufności.
— Zrezygnowałaś? — pyta krótko, niemal prowokująco.
— Mamo, nie pytaj jej o nic — ucina stanowczo Cihan. Odwraca się do Hancer i dodaje już ciszej, lecz bez cienia czułości: — Pospiesz się. Mam pracę do zrobienia.
Odwraca się w stronę drzwi wejściowych, jakby rozmowa była zakończona.
— Cihan! — głos Mukadder przecina powietrze niczym ostrze. — Co to ma znaczyć?
Mężczyzna zatrzymuje się tylko na moment. Nie odwraca się, mówi spokojnie, niemal obojętnie:
— Zawarliśmy umowę, matko. Możesz zacząć przygotowania do ślubu.
W hallu zapada martwa cisza.
Beyza gwałtownie wciąga powietrze. Jej twarz blednie, a oczy rozszerzają się z niedowierzania. Chwyta ramię ojca, jakby tylko to trzymało ją jeszcze w ryzach.
— Powiedziałem, żebyś się pospieszyła — powtarza Cihan, nie oglądając się już na nikogo, i rusza do wyjścia.
Hancer idzie za nim. Ma spuszczoną głowę, a ramiona napięte, jakby niosła na nich ciężar wszystkich spojrzeń. Nie patrzy na nikogo — ani na Beyzę, ani na Mukadder, ani na Sinem. Każdy krok kosztuje ją więcej, niż ktokolwiek z nich mógłby przypuszczać.
Drzwi zamykają się z głuchym trzaskiem.
— Czy on właśnie powiedział, że się z nią ożeni? — pyta Sinem cicho, jakby wciąż nie wierzyła w to, co usłyszała.
— Ta żmija oszukała Cihana! — wybucha Beyza.
— Ciszej — upomina ją Nusret ostrym tonem.
— Nie słyszałeś, tato?! — krzyczy Beyza. — On zamierza się z nią ożenić!
Mukadder przez cały ten czas milczy. Jej twarz pozostaje nieruchoma, lecz w oczach czai się coś niebezpiecznego. Nagle odwraca się na pięcie i wychodzi na zewnątrz.
Zatrzymuje się, patrząc, jak Cihan otwiera Hancer drzwi samochodu. Chwilę później oboje wsiadają i odjeżdżają, znikając za bramą posiadłości.
Mukadder stoi nieruchomo, z niedowierzaniem i narastającą determinacją.
***
Cihan zabiera Hancer prosto do siedziby firmy. Przechodzą przez chłodne, nowoczesne wnętrza, w których każdy krok odbija się echem od marmurowych posadzek. Hancer czuje się tu obco — jak intruz w świecie, do którego nigdy nie miała należeć. Cihan natomiast porusza się pewnie, jakby wszystko wokół było jego naturalnym środowiskiem.
W gabinecie czeka już Engin, prawnik Cihana. Mężczyzna podnosi wzrok znad dokumentów, gdy oboje wchodzą.
— Przygotujesz umowę — mówi Cihan bez zbędnych wstępów. — Pani chce milion. — Wskazuje Hancer krótkim ruchem dłoni. — Dwie kopie. Jedna dla mnie, druga dla niej. W umowie ma się znaleźć zapis o karze umownej. Jeśli którakolwiek ze stron zerwie umowę, zapłaci odszkodowanie w wysokości pięciu milionów.
Engin unosi brwi, wyraźnie zaskoczony wysokością kwoty, ale nie zadaje żadnych pytań. Skinieniem głowy daje do zrozumienia, że wszystko jest jasne.
— Potrzebuję pani danych osobowych — zwraca się do Hancer spokojnym, zawodowym tonem. — Imię, nazwisko, adres zamieszkania, numer telefonu.
— Leży przed tobą kartka — wtrąca Cihan chłodno. — Zapisz wszystko.
Hancer przełyka ślinę. Jej palce lekko drżą, gdy bierze długopis. Zapisuje dane starannie, jakby każdy znak ważył więcej niż zwykle, po czym podaje kartkę Enginowi.
— Zajmij się tym jak najszybciej — dodaje Cihan. — Nie mamy czasu.
***
Niecałe pół godziny później umowa jest gotowa. Engin kładzie dwie kopie na biurku Cihana i cofa się o krok. W gabinecie zapada cisza, przerywana jedynie szelestem papieru.
Hancer czyta uważnie, linijka po linijce. Jej brwi powoli się marszczą.
— Coś nie tak? — pyta Cihan, nie podnosząc wzroku.
— Tutaj jest napisane… — zaczyna cicho — że pieniądze otrzymam dopiero po ślubie.
Podnosi na niego oczy. W jej spojrzeniu widać napięcie i pilność.
— A jak to sobie wyobrażałaś? — odpowiada chłodno. — Myślałaś, że dostaniesz wszystko z góry?
— Tak… — przyznaje. — Przynajmniej część.
Cihan przez chwilę milczy, przyglądając jej się uważnie, jakby oceniał, ile w jej słowach jest desperacji, a ile kalkulacji.
— Ile potrzebujesz? — pyta w końcu.
— Sto tysięcy…? — odpowiada niepewnie Hancer. — Czy to… za dużo?
Cihan nawet się nie waha.
— Podpisz.
Hancer bierze długopis do ręki. Serce bije jej jak oszalałe. Wie, że w normalnych okolicznościach nigdy by się na to nie zgodziła. Nigdy. Ale teraz stawką jest życie jej brata. A ona nie ma prawa go zawieść.
Długopis sunie po papierze z cichym szelestem. Jeden podpis. Potem drugi. Każdy z nich brzmi w jej głowie jak wyrok — jak pakt zawarty z losem, którego konsekwencje dopiero nadejdą.
— Idź do działu księgowości — mówi Cihan, gdy odkłada dokumenty. — Wypłacą ci pieniądze. A potem poczekaj na mnie w samochodzie.
Hancer unosi głowę, wyraźnie zaskoczona.
— Dlaczego mam czekać?
— Nie musisz rozumieć — odpowiada krótko. — Po prostu zrób to, co powiedziałem.
Hancer wstaje powoli, ściskając w dłoni kopię umowy. Bez słowa opuszcza gabinet, czując, że właśnie przekroczyła granicę, zza której nie będzie już odwrotu.
Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia był film Gelin 2.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.









