„Panna młoda” Odc. 42 – streszczenie
Sinem i Beyza wzywają do rezydencji lekarza, gdy ciśnienie Mukadder gwałtownie wzrasta. W domu panuje nerwowa atmosfera, pełna szeptów i niespokojnych spojrzeń. Gdy tylko Hancer dowiaduje się o wizycie lekarza, natychmiast informuje Cihana. Ten nie waha się ani chwili — sięga po telefon i dzwoni do Sinem.
– Co z mamą? – pyta bez przywitania, z wyraźnym napięciem w głosie. – Wszystko w porządku? Wiem, że był u was lekarz.
– Skąd o tym wiesz? – pyta zaskoczona Sinem.
– Bratowo… – Cihan zaciska szczękę. – Zapytałem cię o coś. Jak się czuje mama?
– Ciśnienie jej skoczyło, ale teraz jest już w normie – wyjaśnia szybko. – Lekarz powiedział, że to przez stres. To, co wydarzyło się wczoraj, bardzo nią wstrząsnęło. Cihanie… nie przeciągaj tego. Wróć do domu. Jest kompletnie załamana odkąd odszedłeś. Nie wiem dokładnie, co między wami zaszło, ale…
– Bratowo, nie będziemy o tym rozmawiać – przerywa jej stanowczo, bez cienia wahania.
Po drugiej stronie zapada krótka cisza.
– Rozumiem – mówi w końcu Sinem ciszej. – Mama bywa ostra w słowach. Kiedy się złości, przekracza granice, ale nadal jest twoją matką. I jedno wiem na pewno: kocha cię najbardziej na świecie.
Cihan zamyka oczy, jakby walczył z własnymi emocjami.
– Moja mama też jest dla mnie bardzo ważna – odpowiada wolniej, z naciskiem na każde słowo. – Szanuję ją. Bardzo. Ale tym razem dopuściła się ogromnej niesprawiedliwości. Takiej, której nie potrafię wybaczyć nawet własnej matce.
– Czyli nie wrócisz? – pyta Sinem ostrożnie.
– Dowiedziałem się, że jej stan jest stabilny – mówi chłodno. – Nie wrócę, dopóki nie przyzna się do błędu.
Rozłącza się, nie czekając na odpowiedź. Przez chwilę wpatruje się w wygaszony ekran telefonu. Na jego twarzy widać napięcie, gniew i ból, które mieszają się w jedno. Wie, że ta decyzja będzie miała konsekwencje, ale nie zamierza się wycofać.
***
Hancer siedzi w ciszy starego domu, skulona na kanapie, z telefonem mocno zaciśniętym w dłoni. Ekran wciąż jest wygaszony. Godzinę wcześniej wysłała Cihanowi wiadomość głosową — pełną niepokoju, troski i cichej prośby, by dał znak, że wszystko u niego w porządku. Do tej pory jednak nie odpowiedział. Ani słowem.
– Nie zrobię więcej takiej głupoty… – szepcze do siebie, bardziej ze złości na własną bezradność niż z przekonania.
W tej samej chwili ciszę rozdziera pukanie do drzwi. Hancer podrywa się gwałtownie, jakby serce na moment zabiło jej szybciej. Schodzi po schodach niemal biegiem. Gdy otwiera drzwi i widzi Sinem, na jej twarzy przez ułamek sekundy pojawia się cień rozczarowania, którego nie udaje się ukryć.
Po chwili obie siedzą już na kanapie.
– Myślałaś, że to Cihan, prawda? – pyta cicho Sinem, uważnie jej się przyglądając.
– Nie zrozum mnie źle… – odpowiada Hancer pośpiesznie. – Cieszę się, że przyszłaś.
– Wszyscy rozeszli się do swoich pokoi – wyjaśnia Sinem. – Pomyślałam, że zajrzę do ciebie.
– Dobrze zrobiłaś – mówi Hancer z ulgą. – Bardzo martwiłam się o panią Mukadder. Nie mogłam zadzwonić, bo byłaś przy niej.
– Jest już lepiej – uspokaja ją Sinem. – Kiedy wychodziłam, spała. Wygląda na to, że dzwoniłaś do Cihana. Zadzwonił do mnie, żeby zapytać o jej stan.
Hancer zaciska palce na kolanach.
– Tak… zadzwoniłam. – Waha się przez chwilę. – Czy on… przyjedzie?
Sinem kręci głową powoli.
– Nie sądzę. Znam Cihana. Kiedy podejmie decyzję, nie cofa się łatwo. Nadal był bardzo zdenerwowany.
– Tak mi przykro, siostro Sinem… – głos Hancer lekko się łamie. – To wygląda tak, jakby cała ta kłótnia wybuchła przeze mnie. Ale uwierz mi, niczego nie sprowokowałam. Pani Mukadder powiedziała mi wiele ostrych słów, a ja… nie odpowiedziałam ani jednym. To Cihan zażądał, żeby mnie przeprosiła. Nigdy bym tego nie chciała. Nigdy.
– Kochanie, wiem o wszystkim – mówi Sinem łagodnie, kładąc dłoń na jej ramieniu. – Nie musisz się tłumaczyć.
– Jak mam się nie martwić? – Hancer unosi na nią wilgotne oczy. – Pokłócił się przeze mnie z własną matką. Złamał jej serce. Dlatego pani Mukadder jest teraz jeszcze bardziej wroga wobec mnie. Ja sama dorastałam, tęskniąc za swoją mamą. Ostatnią rzeczą, jakiej bym chciała, jest to, żeby czyjaś matka cierpiała przeze mnie.
– Nie zadręczaj się – odpowiada Sinem spokojnie. – Nawet ty nie jesteś w stanie zmienić decyzji Cihana. Tak samo nie zmienisz przekonań pani Mukadder.
– A jednak… to wszystko wydarzyło się przeze mnie – szepcze Hancer.
– Nie. – Sinem potrząsa głową. – To nie twoja wina. Cihan ma żelazne zasady. Jeśli uznał, że stała się niesprawiedliwość, nie postawi stopy w rezydencji, dopóki sprawa nie zostanie wyjaśniona. Taki już jest. Dlatego nie denerwuj się, dobrze?
Hancer kiwa głową nieznacznie. Nie czuje ulgi, ale czuje przynajmniej, że nie jest z tym wszystkim sama.
***
Nazajutrz Mukadder wchodzi do gabinetu w rezydencji. Porusza się wolno, jakby każdy krok ważył więcej niż zwykle. Zatrzymuje się przy komodzie, bierze do rąk ramkę ze zdjęciem Cihana. Przez chwilę tylko na nie patrzy, po czym stawia fotografię na niskim stoliku i siada naprzeciwko, splatając dłonie na kolanach.
— Nie mogę cię stracić… — mówi cicho, z trudem łapiąc oddech. — Nie mogę stracić kolejnego syna.
Jej palce drżą, gdy przesuwa nimi po szkle, dokładnie po twarzy Cihana, jakby chciała dotknąć go naprawdę. W oczach zbierają się łzy, ale żadna nie spływa. Mukadder je powstrzymuje, zaciskając usta.
Do gabinetu wchodzi Sinem. W jednej ręce trzyma szklankę wody, w drugiej niewielkie opakowanie z lekarstwem.
— Dlaczego przyszłaś? — pyta Mukadder, nie odwracając wzroku od zdjęcia.
— Przyniosłam ci lekarstwo, mamo.
— Postaw tam — rzuca krótko, wskazując biurko.
Sinem posłusznie odkłada szklankę i pudełko.
— Proszę, weź je. Lekarz mówił wyraźnie, żebyś…
Mukadder milczy. Dopiero po chwili, bez patrzenia na synową, odpowiada chłodno:
— Wystarczy. Możesz iść.
***
Kilka minut później Mukadder zamawia taksówkę. Gdy samochód zatrzymuje się przed rezydencją, wychodzi bez pożegnania. Wsiada, lecz po przejechaniu zaledwie kilkudziesięciu metrów nagle pochyla się do przodu.
— Zatrzymaj się — rozkazuje kierowcy.
Jej wzrok przyciąga stary dom. Przed nim Hancer podlewa kwiaty. Spokojna, skupiona, jakby cały świat na chwilę ucichł.
Mukadder wysiada z samochodu. Jej twarz jest napięta, a głos ostry jak brzytwa.
— Zniszczyłaś mój dom… i moje serce — mówi, mierząc Hancer lodowatym spojrzeniem. — Gratuluję. Możesz świętować.
Nie czeka na odpowiedź. Odwraca się na pięcie, wraca do taksówki i trzaska drzwiami. Samochód rusza, znikając za bramą.
Hancer zostaje sama, z konewką w dłoniach i ciężarem słów, które jeszcze długo wiszą w powietrzu.
***
Hancer niemal osuwa się na krzesło przy niewielkim stoliku ustawionym przed starym domem. Palce drżą jej jeszcze od emocji, a wzrok błądzi po ogrodzie, gdzie nagie pnącza splatają się nad głową jak surowa klatka. Ciszę przerywa skrzypnięcie furtki. Na podwórko wchodzi Sinem i po chwili siada obok niej. Przygląda się jej uważnie, z narastającym niepokojem.
— Hancer… — mówi cicho. — Ty płaczesz?
Hancer przełyka ślinę. Głos łamie jej się, gdy odpowiada:
— To dla mnie bardzo trudne, Sinem. Dopóki Cihan nie wróci do domu, pani Mukadder nie przestanie mnie obwiniać. Dziś znów powiedziała mi rzeczy, które… — urywa, zaciskając powieki. — …które bardzo bolą. Nie wiem, jak długo jeszcze to wytrzymam.
Sinem wzdycha ciężko.
— Ona tak naprawdę nie jest zła na ciebie. Jest zła, bo Cihan odszedł. Zniknął, nie mówiąc nawet dokąd. Dla niej to największy cios. Gdy tylko wróci, wszystko zacznie się układać. — Zawiesza głos. — Może powinnaś pojechać do firmy i z nim porozmawiać?
Hancer kręci głową, bez przekonania.
— Myślisz, że mnie posłucha? — pyta z goryczą. — Wątpię. Kiedy Cihan podejmuje decyzję, zamyka się na cały świat.
— Masz rację… — przyznaje Sinem. — Jedyną osobą, która potrafiła stłumić jego gniew, był jego brat. Ale on… — urywa nagle.
Jej spojrzenie pada w stronę rezydencji. Z jej drzwi wychodzi Beyza i zatrzymuje się, patrząc w kierunku starego domu. Sinem natychmiast prostuje się.
— Nieważne. Porozmawiamy innym razem — mówi już spokojniej. — Nie zadręczaj się, dobrze?
Wstaje i odchodzi szybkim krokiem. Hancer zostaje sama. Ogród znów cichnie, a w tej ciszy nagle rozlega się dźwięk telefonu. Hancer wyciąga go z kieszeni płaszcza i odbiera.
— Hancer, kochana, jak się masz? — rozlega się ciepły głos Cemila.
Na jej twarzy pojawia się słaby, ale szczery uśmiech.
— Lepiej… Naprawdę lepiej, odkąd usłyszałam twój głos.
— Mam dla ciebie wiadomość. Znasz wujka Ertugrula, przyjaciela taty? Poszedłem dziś do niego i… zgadnij, kogo spotkałem.
Hancer prostuje się gwałtownie.
— Kogo?
— Twojego męża. Właśnie od niego wychodził. Okazuje się, że znają się od lat. Cihan był jego szefem. Ertugrul mówił o nim z ogromnym szacunkiem, wręcz z podziwem.
— Naprawdę? — w jej głosie pojawia się nadzieja.
— Naprawdę. I wiesz co? Bardzo za tobą tęsknię. Może przyszedłbym któregoś wieczoru? Posiedzielibyśmy razem.
— Przyjdź, bracie, oczywiście — odpowiada szybko. — Tylko… Cihan jest ostatnio bardzo zajęty. Dam ci znać, gdy będzie miał czas, dobrze?
Rozłącza się powoli. Telefon zostaje w jej dłoni, a spojrzenie znów wędruje gdzieś w dal.
— Wujek Ertugrul musiał z nim rozmawiać — szepcze do siebie. — Skoro nie wrócił, jemu też nie udało się go przekonać.
Opada z powrotem na oparcie krzesła i ciężko wzdycha.
— Czy mnie posłucha? — pyta szeptem. — Boże… bezradność jest taka trudna.
***
Engin siedzi naprzeciwko Cihana w jego gabinecie. Cisza między nimi jest gęsta, przerywana jedynie cichym tykaniem zegara. W końcu Engin odchyla się na oparciu krzesła i patrzy na przyjaciela z troską.
— Przestań się zadręczać — mówi spokojnie, ale stanowczo. — Idź i porozmawiaj z matką. Jeśli będziesz tak dalej postępował, skrzywdzisz tylko siebie… i ją.
Cihan opiera łokcie na biurku, splata dłonie i przez chwilę wpatruje się w podłogę, jakby ważył każde słowo.
— Zawsze starałem się być sprawiedliwy wobec wszystkich — odpowiada w końcu cicho. — Zawsze. Powiedz mi tylko… czy to w ogóle będzie miało znaczenie, jeśli pochylę głowę przed matką, choć wiem, że postąpiła niesprawiedliwie?
Engin kręci głową z lekkim uśmiechem.
— Trzeba być jasnowidzem, żeby nadążyć za twoim tokiem myślenia — rzuca półżartem. — A powiedz mi, czy nie byłeś dokładnie taki sam wobec Hancer jeszcze do wczoraj?
Cihan unosi głowę. W jego spojrzeniu pojawia się cień twardości.
— Ja mogę powiedzieć jej wszystko — odpowiada bez wahania. — Ale innym na to nie pozwolę. Ona jest moją żoną.
Engin unosi brwi, wyraźnie zaskoczony, i przez chwilę przygląda się mu w milczeniu.
— Czy Hancer wie, że tak myślisz? — pyta w końcu.
— Co ma wiedzieć? — Cihan marszczy brwi.
— To, że naprawdę uważasz ją za swoją żonę.
— Oczywiście — odpowiada Cihan natychmiast, bez cienia wahania. — Hancer jest moją prawowitą żoną.
Engin pochyla się lekko do przodu, a jego głos staje się poważniejszy.
— Właśnie o tym mówię, Cihanie. Małżeństwo to nie jest tylko umowa ani deklaracja wypowiedziana w gniewie. Jeśli nazywasz Hancer swoją żoną, to musisz o nią dbać. — Zawiesza głos. — Ile razy do niej zadzwoniłeś, odkąd wyprowadziłeś się z domu? Czy ona w ogóle wie, gdzie jesteś? Czy wie, co czujesz?
Cihan milknie.
— Małżeństwo — ciągnie Engin spokojnie, ale z naciskiem — nie polega na posiadaniu drugiej osoby. Polega na trosce, obecności i wsparciu. Nie wiem, jak ty, ale ja właśnie tak to rozumiem.
Cihan odwraca wzrok. Słowa przyjaciela trafiają prosto w jego sumienie.
***
Beyza siedzi w głębokim fotelu w swoim pokoju, wciśnięta w purpurową tapicerkę jak w pułapkę. Światło sączące się przez firany obnaża napięcie na jej twarzy — zaciśnięte usta, twarde spojrzenie, palce wbijające się w podłokietniki.
— Podstępna żmija… — syczy, a jej głos drży od tłumionej furii. — Wpełzła do naszego domu i wszyscy uciekli. Nawet Cihan. Ale ja wiem, jak zniszczyć twoje gniazdo. Wiem dokładnie, gdzie uderzyć.
Wstaje gwałtownie. Obcas uderza o podłogę, kiedy podchodzi do toaletki. W tej samej chwili telefon zaczyna dzwonić. Beyza rzuca mu krótkie, pełne niechęci spojrzenie.
— Jeszcze tylko ciebie mi brakowało… — cedzi przez zęby. Odbiera. — Mam dość kłopotów, Yonca. Nie zamierzam mieć z tobą nic wspólnego.
Po drugiej stronie zapada krótka cisza, po czym rozlega się lekki, niemal radosny ton.
— Jeśli nie chcesz mieć jeszcze większych kłopotów, spotkajmy się — mówi Yonca spokojnie, jakby proponowała kawę. — I to od razu.
— Nie mam ochoty na twoje gierki.
— Ja też nie — odpowiada bez cienia emocji. — Dlatego pokażę ci coś bardzo… interesującego.
Kamera przenosi się na jej dłoń. Trzyma fotografię: uchwycony moment sekretnego spotkania Beyzy z doktor Fusun Kabą. Obraz jest wyraźny, niepodważalny. Dowód, któremu nie da się zaprzeczyć.
— Czekam w kawiarni — dodaje Yonca chłodno. — Nie spóźnij się. Nie lubię, kiedy ludzie każą mi czekać.
Połączenie zostaje przerwane.
Beyza opuszcza telefon i przez chwilę stoi bez ruchu. Potem jej twarz twardnieje jeszcze bardziej.
— Ta przebrzydła Yonca zaczyna naprawdę przesadzać — mówi do siebie cicho, ale z jadem. — Myśli, że mnie zastraszy? Dziś położę temu kres. Raz na zawsze.
Chowa telefon, prostuje ramiona i rusza w stronę wyjścia. Jej krok jest szybki i zdecydowany.
***
Beyza nie traci czasu. Pojawia się w kawiarni szybkim, zdecydowanym krokiem. Przesuwając spojrzeniem po sali, od razu dostrzega Yoncę — siedzi już przy stoliku, wyprostowana, spokojna, jakby ta rozmowa była tylko kolejnym przyjemnym spotkaniem. Przed nią paruje świeżo zaparzona kawa.
Beyza siada naprzeciwko niej i zakłada nogę na nogę, maskując napięcie sztucznym spokojem.
— Witaj, moja stara przyjaciółko — mówi chłodno, z wymuszonym uśmiechem.
Yonca unosi brwi, rozbawiona.
— Widzę, że przyszłaś punktualnie.
— Do rzeczy — ucina Beyza, nachylając się lekko nad stolikiem. — Czego ode mnie chcesz? Oszukałaś mojego ojca, dostałaś pracę. Czy to wciąż za mało? Jak można być aż tak chciwą?
Yonca wybucha śmiechem. Jej śmiech jest lekki, niemal beztroski, kompletnie niepasujący do napięcia unoszącego się między nimi.
— Nie nazywajmy tego chciwością — odpowiada, biorąc łyk kawy. — Wolę określenie: otwieranie nowych drzwi.
— Mam dość twoich gierek i pustych gróźb — syczy Beyza. — Zniknij z mojego życia. Raz na zawsze.
Yonca odkłada filiżankę, splata dłonie i pochyla się do przodu.
— Ale ja wcale nie chcę się z tobą rozstawać. — Jej głos mięknie, stając się niebezpiecznie spokojny. — Oddasz mi swój posag ślubny. Dziesięć złotych bransoletek. A potem… zobaczymy.
Twarz Beyzy blednie.
— Skąd… skąd o tym wiesz? — pyta, choć odpowiedź już zaczyna w niej dojrzewać.
— Wczoraj wieczorem jadłam kolację z twoim ojcem — odpowiada Yonca bez wahania. — Słyszałam waszą rozmowę. Szczerze? To było żałosne. Wszyscy na ciebie narzekają, Beyza. Ojciec, ciotka. Niedługo każdy się od ciebie odwróci. — Uśmiecha się słodko. — Ja jedna przy tobie zostanę. Dlatego bądź rozsądna. Weź bransoletki od Cihana i przynieś je mnie.
Beyza nerwowo kręci głową.
— Chciałam ich zażądać, ale zrezygnowałam. Ojciec i ciotka mi tego zabronili. Nie będzie żadnych bransoletek. To koniec.
— Koniec? — Yonca uśmiecha się szerzej. — Na pewno nie dla mnie.
Sięga do torebki i bez pośpiechu wyciąga kilka fotografii. Kładzie je na stoliku, jedną po drugiej. Każda z nich dokumentuje tajne spotkanie Beyzy z doktor Fusun Kabą.
Beyza zamiera. Jej oddech przyspiesza, a palce drżą.
— Poprosisz o ten posag — mówi Yonca cicho, ale jej ton nie pozostawia miejsca na sprzeciw. — Weźmiesz bransoletki od Cihana i oddasz mi je wszystkie. Albo te zdjęcia trafią prosto na jego biurko.
Beyza opiera się o oparcie krzesła i odwraca wzrok w stronę okna. Za szybą życie toczy się zwyczajnie, jakby nic się nie działo. Oddycha płytko, chaotycznie. Nie widzi żadnej drogi ucieczki.
A Yonca, spokojna i syta zwycięstwem, upija kolejny łyk kawy — z błogim, niemal triumfalnym uśmiechem.
Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia był film Gelin 26.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.












