„Panna młoda” Odc. 46 – streszczenie
Cihan stoi przed starym domem, oparty o maskę samochodu. W dłoniach obraca kluczyki, co chwilę spoglądając w stronę drzwi. W jego twarzy widać napięcie, ale i coś na kształt nadziei — jakby ta wspólna podróż miała być nowym początkiem.
Telefon zaczyna dzwonić. Wyciąga go z kieszeni kurtki i odbiera niemal odruchowo.
— Tak, Yasemin? — jego głos jest spokojny, nawet pogodny.
— Martwiłam się o ciebie — odpowiada lekarka łagodnie. — Ale słysząc twój ton, wnioskuję, że wszystko jest w porządku.
Cihan wzdycha cicho.
— Prawdę mówiąc… poczułem ulgę, gdy odłożyliśmy in vitro. Posłuchałem twojej rady. To poważna decyzja. Nie chciałem, żeby Hancer czuła presję. — Milknie na moment. — Dzisiaj jedziemy razem do warsztatu tkackiego w Hereke. Pomyślałem, że zmiana otoczenia dobrze jej zrobi. Może się odpręży.
— Czasem odpoczynek leczy lepiej niż medycyna — odpowiada Yasemin.
— Dziękuję, że mnie ostrzegłaś. Naprawdę.
Rozłącza się.
Nie widzi, że w uchylonych drzwiach domu stoi Hancer. Słyszała ostatnie zdania. Wystarczająco dużo.
Jej twarz blednie.
— Więc o tym rozmawiali, kiedy zostawiłam ich samych — szepcze do siebie.
Jej oczy zachodzą cieniem smutku.
— Nadal jestem dla niego tylko narzędziem… sposobem na dziecko.
Cihan odwraca się w stronę domu właśnie w chwili, gdy Hancer wychodzi na ganek. Jest ubrana, ale nie ma przy sobie walizki.
— Gdzie twoja torba? — pyta zdziwiony.
— Zmieniłam zdanie. Nie pojadę.
Cihan prostuje się.
— Co się stało? Jeszcze przed chwilą byłaś gotowa.
Hancer unika jego wzroku.
— Nie wiem. Nagle poczułam się dziwnie. Jakby… coś mnie ścisnęło w środku. Muszę się położyć.
— Źle się czujesz? — Podchodzi bliżej, zaniepokojony. — Może powinniśmy pojechać do lekarza?
— Nie. To nic takiego. Odpocznę i mi przejdzie.
— Możesz położyć się z tyłu w samochodzie.
— Nie — mówi bardziej stanowczo, niż zamierzała. — Lepiej, żebym w ogóle nie jechała.
Między nimi zapada napięta cisza.
— Chciałem, żebyś zobaczyła, jak powstaje wzór — mówi ciszej Cihan. — To przecież twój pomysł.
— To twoja firma — odpowiada chłodno. — Sam możesz podjąć decyzję.
Cihan patrzy na nią dłużej, jakby próbował odczytać coś z jej twarzy.
— Dobrze. Jak chcesz.
Nie nalega. Odwraca się i idzie w stronę samochodu.
Hancer opiera się o framugę drzwi. Jej palce zaciskają się na drewnie.
— A ja myślałam, że to kamienne serce naprawdę zmiękło — mówi cicho. — Jaka byłam naiwna. Przez chwilę uwierzyłam, że patrzy na mnie jak na żonę…
Wchodzi do środka, zamykając za sobą drzwi.
Kamera przenosi się na Cihana. Stoi przy otwartych drzwiach samochodu, ale jeszcze nie wsiada. Jego twarz twardnieje.
— Właśnie wtedy, gdy podjęliśmy decyzję, by zrobić coś razem, wszystko zepsułaś — mówi do siebie z goryczą. — W co ty ze mną grasz, Hancer? Dlaczego za każdym razem, gdy się zbliżamy, stawiasz mur?
Siada za kierownicą.
— Twoja maska niewinności opadła — dodaje półgłosem. — Już w nią nie wierzę.
Odpala silnik. Samochód rusza, zostawiając za sobą stary dom. Dwoje ludzi, którzy chcieli się do siebie zbliżyć, znowu minęli się o krok.
***
W salonie panuje ciężka, duszna atmosfera. Beyza i Mukadder siedzą na kanapie — wyprostowane, chłodne, jak dwie sędziny wydające wyrok. Sinem krąży po pokoju nerwowym krokiem, nie mogąc pogodzić się z tym, co właśnie się wydarzyło.
— Beyza, nie rób tego — mówi w końcu stanowczo, zatrzymując się naprzeciwko niej. — Oskarżasz kogoś o kradzież, chociaż nie widziałaś nic na własne oczy. To poważny zarzut. To grzech.
Beyza gwałtownie podnosi się z kanapy.
— A ty jaki masz problem? — jej głos drży od gniewu. — Zawsze jesteś przeciwko mnie. Nigdy nie stanęłaś po mojej stronie.
— Nie jestem przeciwko tobie — odpowiada spokojniej Sinem. — Rozumiem, że jesteś zdenerwowana. Ale w ten sposób niszczysz komuś życie.
— Łatwo ci mówić! — wybucha Beyza. — To nie twoje bransoletki zniknęły. To nie ciebie okradziono. Jestem zraniona!
— A ty ranisz Fadime — ripostuje Sinem. — I to bez dowodu.
Siada obok Mukadder i spogląda na nią błagalnie.
— Mamo… Fadime pracuje dla nas od lat. Nigdy nie dała powodu do podejrzeń. Nie możesz jej tak po prostu wyrzucić.
Mukadder unosi podbródek.
— Fadime jest ofiarą własnej córki — mówi chłodno. — Ta dziewczyna ma długi, została wyrzucona ze szkoły. Ma motyw. To wystarczy. A ty jeszcze śmiesz je bronić?
W tym momencie do salonu wchodzi Fadime, blada, ale wyprostowana. Za nią Aysu, ze spuszczoną głową. Obie ciągną za sobą ciężkie walizki, których kółka szorują po podłodze.
— Wychodzimy, pani Mukadder — oznajmia Fadime cicho, lecz z godnością.
— Dobrze — odpowiada bez mrugnięcia okiem Mukadder. — Nie licz na ostatnią wypłatę. Strata, którą poniosłam, jest większa. I nie zamierzam się nad tobą litować.
Fadime zaciska palce na rączce walizki. Aysu drży.
Gdy chcą już odejść, Beyza nagle wstaje.
— Poczekajcie.
Obie zatrzymują się.
— Nie możecie tak po prostu wyjść — dodaje lodowato. — Gülsüm! Chodź tutaj!
Pokojówka pojawia się niemal natychmiast.
— Tak, pani Beyzo?
— Sprawdź ich walizki.
W salonie zapada cisza tak gęsta, że słychać własny oddech. Fadime blednie jeszcze bardziej.
— To upokarzające… — szepcze.
— Jeśli jesteście niewinne, nie macie się czego bać — odpowiada Beyza z chłodnym uśmiechem.
Gülsüm klęka i zaczyna przeszukiwać walizki. Ubrania, kilka książek, kosmetyczka, para butów. Nic więcej.
— Nie ma tu żadnych bransoletek — mówi cicho.
Sinem zamyka oczy z ulgą. Beyza milczy, a jej twarz pozostaje nieprzenikniona.
Fadime prostuje się.
— Nigdy niczego nie ukradłam — mówi, z trudem powstrzymując łzy. — Ani ja, ani moja córka.
Aysu ociera policzki.
— Mamo… chodźmy.
Matka i córka wychodzą z rezydencji, nie oglądając się za siebie. Drzwi zamykają się z głuchym trzaskiem.
W salonie zostaje ciężka cisza.
Sinem patrzy na Beyzę z bólem.
— Jeśli okaże się, że się mylisz… — zaczyna.
Beyza odwraca wzrok.
— Nie mylę się — odpowiada chłodno.
***
Yonca wraca do pokoju z filiżankami kawy. Aromat świeżo parzonej mieszanki wypełnia przestrzeń.
— Zrobiłam tak, żeby było dużo pianki — mówi lekko, z uśmiechem.
Nagle zamiera.
Nusret stoi przy biurku, a w jego dłoniach połyskują złote bransoletki. Obraca je powoli, jakby każda z nich ważyła więcej niż złoto.
— Te bransoletki… — zaczyna spokojnie, lecz w jego głosie słychać napięcie. — Czy mają coś wspólnego z Beyzą?
Yonca potrzebuje ułamka sekundy, by opanować zaskoczenie. Stawia filiżanki na blacie i wzdycha ciężko.
— Dobrze przypuszczasz. I tak bym nie skłamała. Tak… to jej posag.
— Co on robi u ciebie? — pyta ostro Nusret. — Jest jeszcze jakiś dług, o którym nie wiem? Nie podoba mi się to, co dzieje się między wami w kwestii pieniędzy.
Yonca spuszcza wzrok, jakby walczyła z emocjami.
— Nie chodzi o dług… — mówi cicho. — Zabrałam je od niej siłą.
Nusret marszczy brwi.
— Co to znaczy?
W oczach Yoncy pojawiają się łzy. Siada powoli, jakby brakowało jej sił.
— Beyza była w strasznym stanie. Zadzwoniła do mnie. Płakała. Poszłam do niej. — Jej głos drży. — Była wściekła na swojego byłego męża. Chciała wyładować całą złość na tych bransoletkach. Mówiła, że rozda je żebrakom, że nie chce mieć z nim nic wspólnego.
— Ach, Beyza… — wzdycha Nusret z bólem.
— Próbowałam ją uspokoić. Pytałam, co się stało między nimi, ale nie chciała mówić. — Yonca ociera łzę. — Powiedziałam, żeby najpierw ochłonęła, a potem podejmowała decyzje. Zabrałam bransoletki, bo bałam się, że zrobi coś, czego będzie żałować.
Nusret milczy przez chwilę, patrząc na złoto w swoich dłoniach.
— Dobrze zrobiłaś — mówi w końcu miękko. — Dziękuję.
— Beyza chciała, żeby ta rozmowa została między nami — dodaje Yonca z wahaniem. — Ale nie mogłam tego przed tobą ukryć. Czuję się z tym źle.
Nusret podchodzi bliżej.
— Jesteś jej prawdziwą przyjaciółką. Dziękuję ci za szczerość.
Delikatnie wkłada bransoletki do kieszeni marynarki.
— Zajmę się tym. Porozmawiam z nią w odpowiednim czasie.
Wychodzi z pokoju, wciąż zamyślony.
Drzwi zamykają się cicho.
Yonca jeszcze przez chwilę siedzi nieruchomo. Potem jej twarz całkowicie się zmienia. Znika drżenie ust, znika smutek. Znika każda łza.
— Uff… — wzdycha z ulgą, wycierając wilgotne policzki. — Udało się.
Podchodzi do lustra i poprawia włosy.
— Straciłam bransoletki… — mruczy z cieniem uśmiechu. — Ale to była inwestycja. Długoterminowa.
Jej oczy błyszczą chłodną kalkulacją.
— Od Nusreta wyciągnę znacznie więcej.
***
Beyza nie odpuszcza. Gwałtownie opuszcza salon i niemal biegnie za Fadime i Aysu, które z walizkami zmierzają w stronę bramy.
— Zatrzymajcie się! — krzyczy ostrym, przenikliwym głosem.
Dogania je i staje naprzeciwko, dysząc z gniewu.
— Nie wyjdziecie stąd tak po prostu. Osman was odprowadzi. — Jej spojrzenie wbija się w Aysu. — Bransoletek nie było ani w pokoju, ani w walizkach. Mogłaś je zakopać w ogrodzie. Chcesz je teraz zabrać, prawda?
— To już przesada! — wybucha Aysu. Jej twarz jest czerwona od emocji. — Oskarżasz mnie tylko dlatego, że milczałam! Ale dość tego!
— Patrzcie ją! — syczy Beyza. — Jest winna, a jeszcze pyskuje. Zamknij się, ty niewychowana dziewucho!
— To ty się zamknij, kłamczucho! — odpowiada Aysu bez wahania.
Fadime chwyta córkę za ramię.
— Wystarczy, Aysu. Proszę. Chodźmy — mówi, choć sama z trudem powstrzymuje łzy i gniew.
— Nie! — Aysu wyrywa się. — Dlaczego mam milczeć, skoro jestem niewinna? Nazywałam cię przylepką, ale to było zbyt łagodne. Jesteś jak kleszcz! Wysysasz życie z każdego, a najbardziej z Cihana! A teraz próbujesz zniszczyć nas!
Twarz Beyzy wykrzywia furia.
— Zabiję cię! — wrzeszczy, unosząc rękę, by uderzyć dziewczynę.
W ostatniej chwili Fadime chwyta jej nadgarstek.
— Nie waż się! — grzmi, pierwszy raz podnosząc głos z taką siłą. — Nie waż się dotknąć mojego dziecka!
Na chwilę zapada cisza, napięta jak struna.
— Zaatakowała mnie! — krzyczy Beyza, wyszarpując rękę. — Niech te przeklęte bransoletki przyniosą jej wszystko, co najgorsze! Wynoście się z tej rezydencji!
— Nawet gdybyś nas błagała, nie zostaniemy tu ani chwili dłużej — odpowiada Fadime z godnością.
Drzwi rezydencji otwierają się gwałtownie. Na schodach pojawia się Mukadder.
— Co to za hałas? — pyta chłodno. — Dlaczego wciąż tu jesteście?
— Zaatakowały mnie, ciociu! — dramatyzuje Beyza. — A twoja synowa — wskazuje na stojącą obok Sinem — tylko patrzyła i nic nie zrobiła!
Mukadder mierzy Aysu lodowatym spojrzeniem.
— Gülsüm! — woła ostro. — Zawołaj Osmana. Niech natychmiast je stąd zabierze.
Aysu patrzy prosto w jej oczy.
— Wstydź się. Nie masz dość tych oszczerstw?
— Posłuchaj mnie, ty mały diable — cedzi przez zęby Mukadder. — Ciesz się, że nie wezwałam policji. Skąd masz czelność tak do mnie mówić?
W tym momencie zjawia się Osman. Staje obok Fadime i Aysu, gotów odprowadzić je do bramy.
Fadime podnosi walizkę. Aysu jeszcze przez chwilę patrzy na rezydencję — na ludzi, którym jej matka oddała lata pracy i lojalności.
Potem obie, w milczeniu, ruszają za Osmanem w stronę wyjścia.
Za nimi zostaje dom pełen gniewu, oskarżeń i złych emocji.
***
Hancer stoi przy oknie starego domu, gdy jej wzrok przykuwa poruszenie przy bramie rezydencji. Fadime i Aysu idą powoli w stronę ulicy, każda z walizką w dłoni. Ich sylwetki wydają się mniejsze niż zwykle, przygniecione wstydem i niesprawiedliwością.
Serce Hancer zamiera.
Bez chwili namysłu wybieg a na zewnątrz, nawet nie narzucając płaszcza. Dogania je tuż przy chodniku.
— Osman powiedział, że opuszczacie rezydencję — mówi zdyszana. — Co się stało? Dlaczego?
Fadime próbuje się uśmiechnąć, ale jej oczy są zaczerwienione.
— Tak musiało być, córko — mówi cicho, z rezygnacją w głosie.
— „Musiało”? — Hancer dotyka jej ramienia. — Karmiłaś mnie. Byłaś przy mnie, kiedy nie mogłam chodzić. Pomagałaś mi bez słowa skargi. Dlaczego odchodzicie?
Aysu nie wytrzymuje.
— Zostałyśmy oczernione — mówi drżącym głosem. — Oczerniono moją mamę, która pracowała tu od lat.
— O co was oskarżono? — pyta Hancer, czując, jak narasta w niej niepokój.
— Ta diablica Beyza oskarżyła mnie o kradzież bransoletek — wyrzuca z siebie Aysu. — Wykorzystała moje kłopoty, żeby wszystko na mnie zwalić. A potem wyrzucono nas jak śmieci. Gdyby pan Cihan był w domu, nie pozwoliłby na to. Wysłuchałby nas.
Dziewczyna wtula się w matkę, która głaszcze ją po włosach, choć sama ledwo trzyma się na nogach.
Hancer patrzy na nie z bólem i determinacją.
— Nie możecie zostać na ulicy — mówi stanowczo. — Chodźcie ze mną.
— Nie, córko — protestuje Fadime. — Nie chcemy wpędzać cię w kłopoty. Jeśli się dowiedzą, że nas przyjęłaś, wybuchnie kolejna burza.
— To mój dom — odpowiada Hancer spokojnie, ale z siłą, której samej się nie spodziewa. — A wy jesteście moimi gośćmi.
Prowadzi je do starego domu. W środku sadza je na kanapie i podaje wodę. Aysu nadal ociera łzy, a Fadime siedzi sztywno, jakby wciąż czekała na kolejny cios.
— Cihan wróci jutro z Hereke — mówi Hancer, siadając naprzeciwko nich. — On wysłucha was obu. I wszystko się wyjaśni. Do tego czasu zostaniecie tutaj. Nie pozwolę, żeby stała wam się krzywda.
W jej głosie brzmi coś nowego — odwaga.
Fadime patrzy na nią z wdzięcznością.
— Masz dobre serce — szepcze.
Hancer spogląda w stronę rezydencji, widocznej przez okno.
— Czasem trzeba mieć nie tylko dobre serce — mówi cicho. — Czasem trzeba też stanąć po właściwej stronie.
Czuje, że właśnie to teraz robi.
***
Po tym, jak Hancer w ostatniej chwili zrezygnowała z wyjazdu, Cihan również odwołał podróż.
Teraz siedzi w swoim gabinecie. Za oknem powoli zapada zmierzch, a on wpatruje się w pustą przestrzeń nad biurkiem. Dokumenty leżą nieruszone. Telefon milczy. Nawet zegar tyka jakby ciszej.
Drzwi otwierają się bez pukania.
— Co się stało? — pyta Engin, wchodząc do środka. Zatrzymuje się w progu, zaskoczony. — Dlaczego tu jesteś? Czy nie powinieneś być w Hereke?
Podchodzi bliżej i siada naprzeciwko przyjaciela.
Cihan nie podnosi wzroku.
— Powinienem. Ale pani nagle zmieniła zdanie. Została w domu. Mieliśmy razem ocenić jej motyw. Skoro nie pojechała, uznałem, że nie ma sensu, żebym jechał sam.
Engin przygląda mu się uważnie.
— Znam ten ton. Jesteś wściekły, że Hancer zrezygnowała.
— Nie jestem wściekły — odpowiada chłodno Cihan. — Próbuję po prostu postępować rozsądnie. Twoja siostra mówiła, żeby nie wywierać presji. Więc nie wywieram. Ale nie znoszę, kiedy ktoś mnie lekceważy.
Na ustach Engina pojawia się cień uśmiechu.
— Z czego się śmiejesz? — Cihan podnosi wzrok.
— Z ciebie. — Engin opiera się wygodniej. — Twoje zachowanie nie jest normalne.
— Co masz na myśli?
— Może to, że reagujesz jak mężczyzna, któremu zależy bardziej, niż chce przyznać? — Robi krótką pauzę. — Czyżbyś zaczął zakochiwać się w Hancer?
Cihan odwraca wzrok w stronę okna.
— Nie gadaj głupot. Nigdy nie pokocham kobiety, która wyszła za mnie dla pieniędzy.
— A jesteś tego taki pewien? — pyta spokojnie Engin. — Bo twoja złość nie wygląda na urażoną dumę. Wygląda raczej na… rozczarowanie.
Cihan milczy.
— Jeśli naprawdę nic do niej nie czujesz, to dlaczego tak bardzo boli cię jej odmowa? — dodaje Engin ciszej.
— Enginie, muszę pracować — ucina Cihan, choć jego głos nie brzmi już tak stanowczo. — Nie mam dziś ochoty na twoje analizy.
— W porządku. — Engin wstaje. — Ale pamiętaj, że najtrudniejsze jest przyznać się przed samym sobą.
Kieruje się do drzwi.
— A tak między nami… — Zatrzymuje się jeszcze na chwilę. — Gdybyś naprawdę jej nie kochał, pojechałbyś dziś do Hereke sam.
Wychodzi.
Drzwi zamykają się cicho.
Cihan zostaje sam.
Opiera łokcie o biurko i splata dłonie, wpatrując się w nie z napięciem. Słowa Engina wciąż brzmią mu w uszach.
— Nigdy jej nie pokocham… — powtarza półgłosem.
Ale tym razem brzmi to mniej jak pewność, a bardziej jak próba przekonania samego siebie.
***
Derya zamyka za sobą drzwi i natychmiast podchodzi do stołu, na którym stoi piwonia. Przez chwilę nasłuchuje, czy nikt nie nadchodzi, po czym szybko zsuwa donicę na podłogę. Jej dłonie drżą, gdy zaczyna przesadzać kwiat — wysypuje ziemię na gazetę, rozgarnia ją palcami, coraz bardziej nerwowo.
W końcu natrafia na foliowy pakunek.
— Jest… — szepcze z ulgą.
Wyciąga zawiniątko i rozchyla je. W środku połyskują grube pliki banknotów. Na jej twarzy pojawia się triumfalny uśmiech.
W tej samej chwili drzwi skrzypią.
— Derya? Co ty robisz na podłodze…? — odzywa się zaskoczony Cemil.
Jego wzrok pada na rozsypaną ziemię. Potem na pieniądze w jej dłoniach.
Zastyga.
— Co to jest…? — pyta słabym głosem.
Derya otwiera usta, ale nie zdąży nic powiedzieć. Cemil blednie, chwyta się za framugę, jakby nagle zabrakło mu powietrza.
— Tyle pieniędzy… — mamrocze.
Po sekundzie jego oczy zachodzą mgłą. Osuwa się na podłogę jak ścięte drzewo.
— Cemil! — Derya rzuca się do niego, w panice potrząsając jego ramionami. — Nie teraz! Proszę, nie teraz!
Szybko zgarnia pieniądze, wciska je z powrotem do foliowego pakunku i odsuwa na bok, jakby nigdy ich tu nie było. Dopiero potem skupia się na mężu.
Po kilku chwilach Cemil zaczyna poruszać powiekami. Oddycha ciężko, zdezorientowany.
— Co się stało…? — mruczy, próbując się podnieść. — Zakręciło mi się w głowie.
Derya pomaga mu usiąść, starając się, by jej głos brzmiał spokojnie.
— Przemęczyłeś się. Za dużo pracy, za mało jedzenia. Mówiłam ci, żebyś o siebie dbał.
Cemil przeciera twarz dłonią.
— Wydawało mi się… — marszczy brwi — że coś tu było. Coś widziałem.
Derya wstrzymuje oddech.
— Ziemię. Przesadzałam kwiat — odpowiada szybko. — Pewnie to cię zszokowało. Wiesz, jak nie lubisz bałaganu.
Cemil rozgląda się niepewnie. Jego spojrzenie jest mętne.
— Może… masz rację. Chyba mi się przywidziało.
Derya pomaga mu wstać i prowadzi na kanapę.
— Odpocznij chwilę.
Kiedy odwraca się plecami, na jej twarzy pojawia się ogromna ulga. Serce wciąż bije jej jak szalone, ale najgorsze minęło. Jednak cień niepokoju nie znika całkowicie. Bo wie, że takie sekrety nie dają się ukrywać w nieskończoność.
Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia był film Gelin 29.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.














