„Panna młoda” Odc. 71 – streszczenie
Sala wypełniona jest eleganckimi gośćmi, światłem reflektorów i cichym szumem rozmów. Na tle ceglanej ściany i geometrycznych wzorów kolekcji Cihan stoi wyprostowany, pewny siebie, ubrany w czarny, idealnie skrojony garnitur. Obok niego Hancer — w jasnej, połyskującej sukni — wygląda jak ktoś, kto dopiero uczy się tego świata, ale już zaczyna w nim błyszczeć.
Jeden z gości podchodzi do Cihana i wyciąga rękę.
— Panie Cihanie, czy możemy zamienić słowo?
— Oczywiście — odpowiada spokojnie, odwzajemniając uścisk.
— Reprezentuję sieć hoteli. Jestem przekonany, że kolekcja „Hancer” idealnie wpisze się w nasze wnętrza. Chętnie porozmawialibyśmy o współpracy. Może jutro?
Cihan skinieniem głowy przyjmuje propozycję.
— Proszę skontaktować się z panią Cemre. Ustali szczegóły.
Mężczyźni ponownie ściskają sobie dłonie. Gdy gość odchodzi, Cihan odwraca się w stronę żony. Jego spojrzenie mięknie.
— Nudzisz się? — pyta ciszej.
Hancer lekko kręci głową, ale w jej oczach widać niepewność.
— Nie, tylko… — waha się. — Mówiłam ci, że to dla mnie nowe. Boję się, że powiem coś nie tak. Że cię zawstydzę.
Cihan uśmiecha się delikatnie i odgarnia kosmyk jej włosów.
— Nie masz się czego bać. Ani przez chwilę nie pomyślałem, że możesz popełnić błąd. Wręcz przeciwnie… — robi krótką pauzę, patrząc jej w oczy — dziś wszyscy patrzą właśnie na ciebie.
Hancer opuszcza wzrok, a na jej twarzy pojawia się nieśmiały uśmiech.
— Jesteś gwiazdą tego wieczoru — dodaje Cihan ciszej.
Ich dłonie splatają się ze sobą — tak swobodnie, jakby robili to od zawsze.
***
Kilka metrów dalej Mukadder obserwuje tę scenę w milczeniu. Jej twarz pozostaje nieruchoma, ale w oczach widać chłód i narastającą niechęć. Każdy gest między Cihanem a Hancer zdaje się ją drażnić coraz bardziej.
Nagle jej spojrzenie staje się nieobecne.
Wspomnienia wracają.
***
Osiem lat wcześniej.
Plaża skąpana jest w złotym świetle zachodzącego słońca. Fale spokojnie uderzają o brzeg, a wiatr porusza ubraniami stojących naprzeciw siebie Mukadder i Nusreta.
— Nikt nie może ci zagrozić, pani Mukadder — mówi Nusret pewnym, spokojnym tonem. — Zamówienia spływają jedno po drugim. Develioglu nie mają konkurencji.
Mukadder patrzy przed siebie, dumna i spokojna.
— Dzięki tobie. To, że dziś stoję na własnych nogach, to twoja zasługa. Ten człowiek dostał to, na co zasłużył, a ja nie straciłam niczego.
Nusret spogląda na nią uważnie.
— Jesteś moją krwią. Nigdy się nie zawahałem i nigdy się nie zawaham ci pomóc.
Mukadder odwraca się w jego stronę.
— Jak mogę ci się odwdzięczyć?
Nusret robi krok bliżej.
— Daj mojej córce swoje nazwisko.
Mukadder przez chwilę milczy, po czym lekko się uśmiecha.
— To najlepsza decyzja, jaką mogliśmy podjąć. Beyza będzie nie tylko moją siostrzenicą, ale też córką.
— Mam tylko jedną obawę — mówi Nusret ciszej. — Twój syn może się nie zgodzić.
— Mój syn szanuje moje słowo — odpowiada twardo.
Nusret unosi palec ostrzegawczo.
— Dopóki moja córka będzie nosić twoje nazwisko, będziemy jednością. Ale jeśli kiedykolwiek to zmienisz… stanę się twoim wrogiem.
Mukadder nie odwraca wzroku.
— Jeśli do tego dojdzie, poniosę konsekwencje.
***
Teraźniejszość.
Mukadder wraca do rzeczywistości. Jej spojrzenie natychmiast odnajduje Hancer. Twarz kobiety twardnieje.
— To przez ciebie… — szepcze pod nosem. — Doprowadziłaś nas do tego miejsca.
Jej wzrok staje się lodowaty.
— Biada ci, synowo.
***
W salonie starego domu panuje pozorna cisza. Emir siedzi na kanapie, pochylony nad telefonem, całkowicie pochłonięty grą. Derya stoi przy oknie, delikatnie odchyla firankę i wygląda na zewnątrz. Jej twarz nagle tężeje. Cofając się gwałtownie, opuszcza materiał.
— Idzie… — szepcze z napięciem. — Nadchodzi czarownica Mukadder. Emir, szybko, otwórz drzwi.
Chłopiec natychmiast zeskakuje z kanapy i biegnie do przedpokoju.
Chwilę później do salonu wchodzi Mukadder. Elegancka, opanowana, z chłodnym spojrzeniem, które od razu omiata całe pomieszczenie.
— Dobry wieczór, pani Mukadder — mówi Derya z uprzejmym uśmiechem. — Pewnie przyszłaś zobaczyć, jak się czuje Cemil, ale już się położył. Za to herbaty na pewno się napijesz. Proszę, usiądź.
Mukadder przez moment stoi nieruchomo, jakby rozważała, czy w ogóle powinna tu być. W końcu siada sztywno na kanapie. Derya zajmuje miejsce obok niej.
— Widzę, że jesteś w świetnym humorze — zauważa Mukadder chłodno.
— To prawda — odpowiada Derya bez wahania. — Twój syn zadbał o wszystko. Może sama zachowujesz się niegrzecznie, ale wychowałaś naprawdę wspaniałego mężczyznę. Za to należą ci się brawa.
Mukadder marszczy brwi.
— Przestań opowiadać bzdury. Czy tak się umawiałyśmy? Hancer miała jak najszybciej zajść w ciążę, a tymczasem zajmuje ją coś zupełnie innego.
Derya przekrzywia głowę z zainteresowaniem.
— Co takiego?
— Wielkie ambicje. Marzenia bez granic. — Głos Mukadder twardnieje. — Nie ma rzeczy, której by nie zrobiła, żeby owinąć Cihana wokół palca. Nie poznaję własnego syna. Zburzyła spokój w rezydencji. Nawet Beyzę wyrzuciła.
Na twarzy Deryi pojawia się cień rozbawienia.
— Naprawdę? Córka twojego brata odeszła? To dopiero wiadomość…
— Słuchaj mnie uważnie — przerywa ostro Mukadder. — Porozmawiaj z nią. Przemów jej do rozsądku. Niech zacznie uważać. Bo jeśli nie… odeślę ją tam, skąd przyszła.
Derya opiera się wygodniej o oparcie kanapy, zupełnie niespiesznie.
— Dlaczego jesteś aż tak zdenerwowana? Powinnaś się cieszyć. Beyzy nie ma, problem zniknął.
— Co ty wygadujesz?
— Nie udawaj. — Derya patrzy na nią uważnie. — Nic nie mówiłaś, ale wszystko było widać. Bałaś się skandalu. Że wyjdzie na jaw, że pod jednym dachem trzymasz dwie synowe. Jak długo byś to ukrywała?
Mukadder milczy, ale jej spojrzenie robi się ostrzejsze.
— A teraz? — ciągnie Derya spokojnie. — Każdy poszedł w swoją stronę. Bez krzyków, bez scen. Została ta, która urodzi dziecko. Naprawdę powinnaś dziękować losowi, a nie się złościć.
— Zachowaj te mądrości dla siebie! — syczy Mukadder.
— Wstydź się — odpowiada Derya z udawaną łagodnością. — Jesteśmy przecież przyjaciółkami.
Mukadder pochyla się lekko w jej stronę.
— Gdybym zrobiła to, co powinnam, nigdy byś tu nie weszła. Więc teraz posłuchaj mnie uważnie. Hancer igra z ogniem. Spali siebie i mojego syna.
W tym momencie drzwi do sypialni otwierają się z impetem.
Cemil wychodzi, z opatrunkiem na głowie, ale z oczami pełnymi gniewu. Zatrzymuje się na środku pokoju i wbija wzrok w Mukadder.
— Co tu się dzieje?! — podnosi głos. — Co to za krzyki? To dom czy targ?!
Mukadder powoli wstaje.
— Jak śmiesz się tak do mnie odzywać?
— A ty jak śmiesz tu przychodzić i robić sceny?! — odpala Cemil. — Nie masz swojego domu? Idź stąd i daj nam spokój!
— Kogo ty wyrzucasz? — unosi się Mukadder. — Wprowadziłeś się tu bez mojej zgody i jeszcze podnosisz na mnie głos?!
Cemil robi krok w jej stronę.
— To dom mojej siostry! Masz z tym problem? To idź i poskarż się synowi! No dalej, rusz się — drzwi są tam!
Mukadder zaciska usta.
— Co za bezwstydni ludzie! — rzuca lodowato. — Moje wychowanie nie pozwala mi się z wami kłócić.
Odwraca się gwałtownie i wychodzi.
W salonie zapada cisza.
Po chwili Derya podchodzi do Cemila. Jej twarz rozjaśnia szeroki uśmiech. Chwyta go za policzki i lekko je rozciąga.
— Mój bohater — mówi z rozbawieniem. — Pięknie jej odpowiedziałeś.
***
Noc otula brzeg Bosforu miękkim, cichym światłem. W oddali migoczą tysiące świateł miasta, odbijając się w spokojnej tafli wody. Pod rozłożystym drzewem, na drewnianej ławce, siedzą obok siebie Cihan i Hancer. Blisko, niemal nieruchomo — jakby bali się zakłócić tę chwilę.
Cihan delikatnie unosi dłoń i muska jej policzek. Jego spojrzenie łagodnieje.
— Dobrze, że przyszłaś — mówi cicho. — Bez ciebie to wszystko nie miałoby sensu. To był ważny wieczór, ale dopiero z tobą stał się naprawdę mój. Wiesz, że wszystkie te pochwały należą się tobie?
Hancer uśmiecha się lekko, ale jej wzrok ucieka gdzieś w dal — w stronę świateł, które drżą na wodzie.
— Co się stało? — pyta uważnie Cihan. — O czym myślisz?
— O tym, że to wszystko wydaje się nierealne — odpowiada cicho. — My, tutaj, sami… Jakby to był sen, który zaraz się skończy.
Cihan splata ich palce i ściska jej dłoń.
— To nie sen. — Pochyla się bliżej. — Wszystko, co dziś się wydarzyło, jest prawdziwe. Ty jesteś prawdziwa. My jesteśmy prawdziwi.
Na moment milknie, jakby zbierał się na odwagę.
— Jest coś, co powinienem ci powiedzieć…
Hancer od razu spogląda na niego uważniej.
— Chodzi o twoją byłą żonę?
Cihan przytakuje powoli.
— Tak. O to, kim była, dlaczego się z nią ożeniłem i dlaczego to się skończyło. Chcę, żebyś wiedziała wszystko. Kiedy cię poznałem, zrozumiałem wiele rzeczy. Jakby całe moje życie prowadziło właśnie do ciebie. Moja była żona…
Hancer nagle unosi dłoń i delikatnie przykłada palec do jego ust.
— Nie — przerywa łagodnie, ale stanowczo. — Nie mów dalej.
Patrzy mu prosto w oczy.
— Sam mówiłeś, że chcemy zostawić przeszłość za sobą. Więc dlaczego chcesz ją teraz przywoływać? Co mam zrobić z tymi historiami? Będę tylko wyobrażać sobie rzeczy, których nie chcę znać. To ma być nasz nowy początek?
Cihan milczy. W jej głosie nie ma złości — jest spokój i pewność.
— Dziś zobaczyłam mężczyznę — dodaje ciszej — który publicznie nazwał mnie swoją żoną. I to mi wystarczy. Ten mężczyzna jest moim mężem. Nic więcej nie muszę wiedzieć.
Powoli opiera głowę na jego ramieniu. Cihan obejmuje ją, przyciągając bliżej. Na jego twarzy pojawia się miękki uśmiech. Składa krótki, czuły pocałunek na jej włosach.
Siedzą tak w ciszy, wtuleni w siebie, podczas gdy miasto oddycha w oddali — a ich świat na chwilę zatrzymuje się tylko dla nich.
***
Akcja przenosi się do domu Nusreta. Elegancki salon, stonowane kolory, dopracowane detale — wszystko wygląda spokojnie, niemal sterylnie. Ten porządek jednak tylko podkreśla chaos emocji, który właśnie wybucha.
Na środku stoi Beyza. Jej oddech jest urywany, a dłonie ma zaciśnięte w pięści. Naprzeciw niej stoi Nusret — niewzruszony, twardy. Za jego plecami Yonca obserwuje sytuację z narastającym niepokojem.
— Nigdzie nie pójdziesz — mówi Nusret chłodno, z naciskiem na każde słowo. — Od dziś mieszkasz tutaj.
— Nie rozumiesz?! — Beyza niemal krzyczy, a jej głos się łamie. — Nie mogę tu zostać! Jeśli tam nie wrócę, ona przejmie wszystko! Zajmie moje miejsce, zawładnie Cihanem i stracę go na zawsze!
— Czy odzyskasz go, poniżając się w ten sposób? — odpowiada spokojnie Nusret, patrząc jej prosto w oczy.
— Nic mnie to nie obchodzi! — wybucha. — Odkąd ona się pojawiła, moje życie przestało istnieć! Nienawidzę jej!
Z impetem odwraca się i jednym ruchem strąca z komody karafkę. Szkło rozbija się z hukiem, a woda rozlewa po podłodze.
— Beyza, opanuj się! — podnosi głos Nusret, tracąc cierpliwość.
Yonca szybko wchodzi między nich, ostrożnie unosząc dłoń.
— Proszę, nie naciskaj jej teraz…
— Zamknij się! — ucina ostro mężczyzna. — To nie twoja sprawa.
Beyza powoli odwraca głowę w stronę Yoncy. Jej spojrzenie jest zimne, niemal obce.
— Ty też jesteś winna — mówi cicho, ale z jadem. — Obiecałaś mi, że zawsze będę synową w tej rezydencji. Kłamałaś. Tak jak wszyscy.
Przenosi wzrok na ojca, a jej oczy błyszczą od łez i wściekłości.
— A ciocia? Gdzie ona teraz jest? Zawsze miała stać po mojej stronie! — Jej głos nagle przechodzi w niebezpieczny szept. — Zabiję ją, słyszysz? Zabiję tę dziewczynę własnymi rękami. Ona zniknie, a Cihan będzie mój. Tylko mój.
Nusret podchodzi gwałtownie, chwyta ją za nadgarstek i mocno potrząsa.
— Beyza, wróć do rzeczywistości!
W następnej chwili jego dłoń wymierza jej policzek. Dźwięk uderzenia rozbrzmiewa w całym salonie.
Zapada cisza.
Beyza chwyta się za twarz, oszołomiona. Yonca natychmiast ją obejmuje, przyciągając do siebie.
Nusret odwraca się, jakby to wszystko nagle go zmęczyło. Siada ciężko na kanapie i przez chwilę milczy, zbierając myśli.
— On cię nie kocha — mówi w końcu spokojniej, ale bez cienia czułości. — Zrozum to. Jego serce już do ciebie nie należy. Im szybciej to zaakceptujesz, tym mniej będzie bolało.
Beyza nie odpowiada. Wpatruje się przed siebie pustym wzrokiem, jakby te słowa jeszcze do niej nie docierały — albo jakby nie chciała ich przyjąć.
Nusret wstaje powoli, kieruje się w stronę schodów i bez słowa znika na piętrze.
***
Nusret chodzi po pokoju niespokojnym krokiem, z rękami wsuniętymi głęboko w kieszenie. Jego twarz jest napięta, a w oczach widać chłodną determinację. Ciszę przecina dźwięk telefonu.
Zatrzymuje się i odbiera.
— Tak, siostro?
Po drugiej stronie zapada krótka pauza, zanim odzywa się Mukadder.
— Nusrecie… wyszliście tak nagle z wydarzenia. To nie było w porządku. Usiądźmy spokojnie i porozmawiajmy, dobrze?
Nusret uśmiecha się krzywo, bez cienia ciepła.
— Czas na rozmowy już minął. Teraz zaczyna się działanie.
— Co chcesz przez to powiedzieć? — w jej głosie pojawia się napięcie.
— Zostaw to. Lepiej powiedz mi, gdzie jest twój syn? Czy wreszcie odetchnął z ulgą?
Mukadder waha się przez moment.
— Jest w domu. W rezydencji. A ta dziewczyna… została w starym domu.
Nusret mruży oczy.
— Dlaczego kłamiesz? — jego głos staje się lodowaty. — Boisz się tego, co zrobię?
— Nie kłamię…
— Kłamiesz — przerywa jej ostro. — Twojego syna nie ma w rezydencji. Jest teraz ze swoją ukochaną na wybrzeżu.
Zapada cisza.
— Powiedziałem ci kiedyś, że zrobię dla ciebie wszystko — ciągnie jeszcze groźniej. — I dotrzymałem słowa. Ale ostrzegałem cię też, że jeśli mnie zdradzisz, stanę się twoim największym wrogiem.
— Nusrecie, posłuchaj… — w jej głosie pojawia się wyraźne zakłopotanie.
— Nie. To ty posłuchaj mnie. — Jego ton nie pozostawia miejsca na sprzeciw. — Nie zostawię już twojego syna bez kontroli. Wynająłem człowieka. Śledzi go. Wiem o każdym jego kroku.
— Co ty zrobiłeś?! — wybucha Mukadder. — Jak mogłeś posunąć się do czegoś takiego?
Nusret uśmiecha się gorzko.
— Nie udawaj świętej. Przypomnij sobie, jak śledziliśmy twojego męża. Historia po prostu zatacza koło, pani Mukadder. Teraz kolej na twojego syna.
Nie czeka na odpowiedź. Rozłącza się.
Przez chwilę stoi nieruchomo, wpatrzony w ciemność za oknem, jakby coś w nim właśnie się domknęło.
Drzwi skrzypią cicho. Do pokoju wchodzi Yonca, trzymając torebkę. Jej ruchy są ostrożne, jakby nie chciała go sprowokować.
— Wychodzę — mówi cicho.
Nusret odwraca się powoli.
— Dokąd?
— Nie wiem… gdzieś. Znajdę jakieś miejsce. — Unika jego spojrzenia. — Beyza jest w złym stanie. Nie chcę, żeby robiła sceny przez moją obecność. I tak jest wystarczająco zdenerwowana. Nie chcę być powodem kolejnej waszej kłótni.
Robi krok w stronę drzwi. Nusret podchodzi szybko i chwyta ją za rękę. Mocno i stanowczo.
— Nie idź.
***
Beyza budzi się na kanapie, z twarzą wtuloną w poduszkę. Poranek wpada do salonu chłodnym, bladym światłem. Próbuje się poruszyć, ale natychmiast krzywi się z bólu — kark ma zesztywniały, a plecy obolałe od niewygodnej nocy.
Powoli podnosi się do pozycji siedzącej, rozcierając szyję. Mruga kilka razy, próbując złapać ostrość… i wtedy ją zauważa.
Yonca siedzi naprzeciwko, spokojna, wyprostowana, z filiżanką kawy w dłoni. Wygląda, jakby była u siebie.
— Wczoraj nie byłaś w najlepszym stanie — mówi łagodnie, przyglądając się jej uważnie. — Jak się dziś czujesz?
Beyza marszczy brwi, zdezorientowana.
— O czym ty mówisz? — rzuca ostro. — Co ty tu robisz? Przyszłaś tu o świcie?
Yonca unosi lekko brwi.
— Nie. W ogóle nie wychodziłam. — Upija łyk kawy. — Może ty też napijesz się kawy. Zrobić ci?
W tonie Beyzy pojawia się chłód.
— Zachowujesz się tak, jakbyś była właścicielką tego domu.
Yonca odkłada filiżankę na stolik, powoli, z namysłem.
— Można powiedzieć, że trochę nią jestem. — Patrzy jej prosto w oczy. — Ja też tu mieszkam.
Zapada cisza.
Na twarzy Beyzy pojawia się niedowierzanie, które szybko przeradza się w gorzką ironię.
— Naprawdę? — śmieje się krótko, bez radości. — Gratulacje. Zadomowiłaś się u mojego ojca. Świetny ruch.
Wstaje gwałtownie, ignorując ból.
— Ja oddałam komuś siedem lat życia… siedem lat! — Jej głos drży. — I zostałam z niczym.
Yonca wzrusza lekko ramionami, jakby mówiła o czymś oczywistym.
— To musi być trudne. — Jej słowa brzmią współczująco, ale w spojrzeniu jest coś chłodnego. — Włożyłaś tyle wysiłku, a potem zostałaś wyrzucona jak zbędny mebel. Naprawdę można ci współczuć.
Beyza zaciska dłonie.
— A najgorsze jest to — ciągnie Yonca spokojnie — że nie masz już dokąd wrócić. Nawet tu… bo my już mamy tutaj swoje życie.
Te słowa trafiają jak policzek. Beyza podnosi się gwałtownie.
— Robisz to specjalnie?! — syczy. — Chcesz mnie doprowadzić do szaleństwa?! Przysięgam, zabiję cię!
W tym momencie słychać szybkie kroki na schodach. Nusret pojawia się w salonie. Jego spojrzenie natychmiast obejmuje całą scenę.
Beyza odwraca się do niego, wstrząśnięta.
— Tato… o czym ona mówi? — pyta wstrząśnięta. — Ona tu… mieszka?
Nusret patrzy na córkę bez cienia zawahania.
— Tak. I co z tego? — odpowiada chłodno. — Mam się z tego przed tobą tłumaczyć?
Beyza cofa się o krok, jakby ktoś ją uderzył. Nagle Yonca blednie. Zakrywa usta dłonią i, nie mówiąc ani słowa, biegnie w stronę łazienki.
Drzwi zamykają się z trzaskiem. W salonie zapada napięta cisza.
Nusret spogląda w stronę łazienki, po czym wraca wzrokiem do córki.
— Posłuchaj mnie uważnie, Beyzo — mówi spokojnie, ale stanowczo. — Między mną a Yoncą… pojawiło się coś więcej. Ona nie jest już tylko twoją przyjaciółką. Jest też moją partnerką życiową.
Słowa zawisają w powietrzu.
— Jeśli ją skrzywdzisz — dodaje ciszej, z naciskiem — będziesz miała do czynienia ze mną.
— Jestem twoją córką! — wybucha Beyza. — I stawiasz ją ponad mną?!
— Jeśli chcesz tu mieszkać, będziesz przestrzegać moich zasad. — Jego ton jest twardy, nieznoszący sprzeciwu. — Zapamiętaj to.
Beyza patrzy na niego, jakby widziała go po raz pierwszy. Kręci powoli głową, nie dowierzając.
Cały jej świat właśnie rozsypuje się na kawałki — jeszcze raz.
Opada ciężko na kanapę, bez siły, bez słów.
***
Poranek nad Bosforem jest chłodny i cichy, jakby noc wciąż nie chciała ustąpić miejsca dniu. Samochód Cihana powoli wtacza się pod rezydencję i zatrzymuje na podjeździe. Silnik milknie, a razem z nim kończy się ich noc — długa, spokojna, tylko dla nich.
Wysiadają. Przez chwilę stoją naprzeciw siebie, jakby żadne z nich nie chciało zrobić pierwszego kroku i przerwać tej ciszy.
Cihan patrzy na Hancer z miękkim uśmiechem, w którym wciąż widać ślad nocnych emocji.
— Nie mam dziś ochoty iść do pracy — mówi nagle, pół żartem, pół serio. — Może powinienem zostać? Zostać z tobą i… po prostu spędzić dzień razem.
Wyciąga rękę i ujmuje jej dłoń, ciepło, pewnie. Delikatnie ciągnie ją w stronę wejścia.
— Chodźmy.
Hancer robi krok, ale zaraz się zatrzymuje. Jej palce wysuwają się z jego dłoni.
— Ja… nie mogę — mówi cicho, spuszczając wzrok. — Nie potrafię tak po prostu wejść do tego domu.
Cihan marszczy lekko brwi, zaskoczony.
— Dlaczego?
— Lepiej, żebym poszła do starego domu. — Podnosi na niego spojrzenie. — Mój brat tam jest. Muszę się nim zająć.
Przez moment Cihan nic nie mówi. Przygląda jej się uważnie, jakby próbował coś zrozumieć, coś poukładać.
W końcu wzdycha cicho.
— Dobrze — przytakuje. — Ale to ostatni raz.
Podchodzi bliżej. Jego głos staje się niższy, bardziej stanowczy.
— Od teraz twój dom jest tam, gdzie ja jestem.
Na moment zawiesza spojrzenie na jej twarzy.
— Zgoda? Hancer Develioglu?
Na jej ustach pojawia się nieśmiały uśmiech. To nowe nazwisko wciąż brzmi dla niej obco, ale jednocześnie ciepło.
Kiwa lekko głową.
— Zgoda.
Cihan odwzajemnia uśmiech, wyraźnie usatysfakcjonowany.
— W takim razie wieczorem wróć do rezydencji — mówi spokojnie. — Chcę zjeść kolację ze swoją żoną.
Te słowa wybrzmiewają między nimi dłużej niż powinny. Hancer znów się uśmiecha — tym razem pewniej.
***
Drzwi rezydencji otwierają się ciężko, jakby same wyczuwały napięcie. Cihan wchodzi do środka pewnym krokiem, ale nie zdąży zrobić nawet kilku kroków — Mukadder natychmiast staje mu na drodze.
Jej twarz jest napięta, a oczy pełne niepokoju i gniewu.
— Cihanie… co ty zrobiłeś, synu? — pyta drżącym głosem. — Czy to właśnie obiecaliśmy twojemu wujkowi?
Cihan zatrzymuje się i patrzy na nią chłodno.
— Mamo, mój wujek jest rozsądniejszy, niż myślisz. — Jego ton jest spokojny, ale stanowczy. — Zrobił to, co ty powinnaś była zrobić dawno temu. Nie pozwoliłaś Beyzie odejść, trzymałaś ją tutaj na siłę. A on zrozumiał, że to nie ma sensu, i zabrał swoją córkę.
Robi krok bliżej.
— Nie było potrzeby, żebym się w to mieszał.
Mukadder zaciska dłonie.
— Nie rozumiesz, jak to wszystko jest niebezpieczne…
Cihan marszczy brwi.
— Jakie niebezpieczeństwo? — Patrzy na nią uważnie. — Jest coś, czego mi nie mówisz?
— Nie widzisz, co się dzieje? — Jej głos rośnie. — Nasza rodzina się rozpada! Stracę brata przez tę dziewczynę. Twój wujek na to nie zasługuje. Ani Beyza!
Cihan prostuje się.
— Mamo, mówiłem ci to już wiele razy. — Jego cierpliwość wyraźnie się kończy. — To Beyza chciała tego rozstania. To był jej wybór. Ja nie mam z nią już nic wspólnego.
Na moment milknie, po czym dodaje twardo:
— Mam żonę. I mam prawo żyć z nią tak, jak chcę.
Mukadder wpatruje się w niego uważnie.
— Czy Hancer wie o Beyzie? — pyta nagle. — Że jest twoją żoną?
— Byłą żoną! — poprawia ostro Cihan. — I nie, Hancer nie chce o tym słuchać. Próbowałem jej powiedzieć, ale nie była tym zainteresowana.
Na ustach Mukadder pojawia się gorzki uśmiech.
— Oczywiście, że nie. Zobaczyła rezydencję i wszystko stało się jasne. Po co miałaby robić problemy?
— Mamo, dość! — Jego głos nagle twardnieje. — Hancer jest moją żoną. Twoją synową. I będziemy mieszkać razem.
Unosi palec, wskazując ją ostrzegawczo.
— Nie chcę słyszeć żadnych uwag.
Mukadder szeroko otwiera oczy.
— Razem? Pod jednym dachem?
— Tak — odpowiada bez wahania. — Hancer przyjdzie tu dziś wieczorem. I tu zostanie.
— Synu, nie rób tego… — jej głos łamie się po raz pierwszy. — Popełnisz ogromny błąd…
Cihan patrzy na nią długo, bez cienia wahania.
— Miejsce mojej żony jest przy mnie.
Słowa padają jak wyrok.
— Hancer przyjdzie tu dziś wieczorem. I od teraz będziemy tu mieszkać. Razem.
Odwraca się i rusza w stronę schodów, kończąc rozmowę bez oglądania się za siebie.
Mukadder zostaje sama w przedpokoju. Stoi nieruchomo, jakby nagle straciła grunt pod nogami. Jeszcze niedawno to jej słowo było prawem w tym domu. To ona decydowała.
Teraz…
Jej syn już jej nie słucha. A miejsce, które uważała za swoje, zajmuje ktoś inny.
Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 49.Bölüm i Gelin 50.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.














