„Panna młoda” Odc. 73 – streszczenie
Yonca wchodzi do salonu spokojnym krokiem, ale zatrzymuje się natychmiast, gdy dostrzega Beyzę. Ta stoi na środku pomieszczenia, nieruchoma, z rękami splecionymi za plecami. Jej wzrok jest ostry, przenikliwy.
— O co chodzi? — pyta Yonca, marszcząc brwi. — Dlaczego tak się na mnie patrzysz?
Beyza robi powolny krok do przodu.
— Wiem, dlaczego tak długo siedziałaś w łazience — mówi chłodno.
Yonca unosi brew i parska krótkim śmiechem.
— Naprawdę? To teraz twój największy problem?
— Przestań grać — ucina Beyza i wyciąga przed siebie test ciążowy. — Znalazłam to w koszu.
Na moment zapada cisza.
Yonca patrzy na test, potem na Beyzę. Jej twarz pozostaje spokojna, niemal niewzruszona. Podchodzi bliżej, odbiera test z jej dłoni i lekko, niemal poufale, ujmuje ją za rękę.
— Usiądź — mówi miękko.
Prowadzi ją do kanapy i siada obok, jakby chciała rozładować napięcie.
Beyza jednak natychmiast cofa rękę.
— Kiedy zamierzałaś mi powiedzieć? — pyta ostro. — Jak długo chciałaś to ukrywać? Aż będzie za późno na aborcję, prawda?
Yonca wzdycha cicho.
— Nie mów bzdur. Dopiero co się dowiedziałam. Myślisz, że nie byłam w szoku?
— Czy to dziecko mojego ojca?
Yonca prostuje się gwałtownie.
— Co to za pytanie?
— Bardzo dobre — odpowiada Beyza bez wahania. — Znam cię. Wiem, na co cię stać.
W oczach Yoncy pojawia się błysk gniewu.
— Uważaj, co mówisz. Zaczęłam nowe życie z twoim ojcem.
— Oszczędź mi tych bajek — prycha Beyza. — Lepiej powiedz, kiedy zamierzasz pozbyć się tego problemu.
Yonca zastyga.
— O czym ty mówisz?
— Nie powiesz mi chyba, że chcesz urodzić to dziecko?
Yonca patrzy na nią twardo.
— Oczywiście, że chcę. Twój ojciec i ja jesteśmy razem. To poważny związek.
Beyza aż podnosi się z miejsca.
— Oszalałaś?! Widzisz w ogóle, jaka jest między wami różnica wieku?!
— Nie obchodzi mnie to — odpowiada spokojnie Yonca. — Twój ojciec jest dobrym, dojrzałym człowiekiem. Będzie wspaniałym ojcem.
— Mam trzydzieści lat! — wybucha Beyza. — To moment, w którym mam dostać rodzeństwo?! Nie powiesz mu o tym. Rozumiesz?
— Oczywiście, że powiem — odpowiada Yonca bez cienia wahania. — Ma prawo wiedzieć.
Beyza zaciska dłonie w pięści.
— Nie powiesz mu. Nigdy się o tym nie dowie. Rozwiążemy to… tak jak rozwiązałyśmy mój problem.
Yonca patrzy na nią z niedowierzaniem.
— Nie masz prawa o tym decydować. Nie powstrzymasz mnie.
— Naprawdę cię zabiję… — syczy Beyza, tracąc panowanie nad sobą.
W tym do salonu wchodzi Nusret. Zatrzymuje się, widząc napiętą atmosferę.
— Co się tu dzieje?
W jednej chwili Yonca zmienia wyraz twarzy. Jej głos łagodnieje, a na ustach pojawia się uśmiech. Wstaje spokojnie.
— Nic, kochanie. Wszystko w porządku — mówi lekko. — Usiądź, na pewno jesteś zmęczony. Ja tylko… pójdę na chwilę do łazienki.
Mija go i wychodzi.
Nusret siada obok Beyzy. Przygląda się jej uważnie — jej napiętej twarzy i drżącym dłoniom.
W salonie znów zapada cisza. Tym razem cięższa niż wcześniej.
***
Gdy Yonca wychodzi z łazienki, napięcie, które na moment przycichło, natychmiast powraca ze zdwojoną siłą. Beyza czeka na nią w salonie, czujna i spięta, jakby ani na chwilę nie straciła jej z oczu. Wystarczy jedno spojrzenie, jeden gest — i między kobietami znów dochodzi do ostrego spięcia. Ich postawy twardnieją, głosy się podnoszą, a atmosfera w pomieszczeniu gęstnieje do granic wytrzymałości.
W samym środku tej narastającej konfrontacji ponownie pojawia się Nusret. Wchodzi zdecydowanym krokiem i natychmiast próbuje przerwać eskalujący konflikt. Jego obecność na chwilę studzi emocje, ale napięcie nie znika — wciąż unosi się w powietrzu, gotowe w każdej chwili wybuchnąć na nowo.
— Czy nie wyraziłem się jasno, że nie chcę żadnych kłótni?! — Jego głos jest ostry, pełen zniecierpliwienia. — Co znowu się dzieje?
— Wiem, co się dzieje — odpowiada Yonca, nie spuszczając wzroku z Beyzy. — Twoja córka jest o mnie zazdrosna.
Beyza prycha z niedowierzaniem.
— Zazdrosna? O ciebie? Niby z jakiego powodu?
Yonca powoli krzyżuje ręce na piersi. Przenosi spojrzenie na Nusreta. Jej twarz nagle łagodnieje.
— Nusrecie… — Robi trzysekundową pauzę. — Jestem w ciąży.
Słowa spadają uderzają jak kamień.
Nusret zamiera. Patrzy na nią szeroko otwartymi oczami, jakby nie był pewien, czy dobrze usłyszał.
— Będziemy mieli dziecko — dodaje Yonca spokojnie, z lekkim uśmiechem. — To właśnie powód tej „zazdrości”.
Cisza się wydłuża. Nusret powoli wyciąga ręce z kieszeni, jakby dopiero teraz wracał do rzeczywistości.
— To… prawda? — pyta cicho.
Yonca kiwa głową.
— Tak. Dlatego ostatnio czułam się źle. Chciałam powiedzieć ci o tym inaczej, w miłej atmosferze. Ale twoja córka bardzo się starała, żeby do tego nie doszło.
Beyza przewraca oczami, nie kryjąc pogardy.
— Naprawdę? — mówi z ironią. — Mówisz facetowi, który powinien już bawić wnuki, że zostanie ojcem?
Podchodzi bliżej.
— Oszczędź sobie tych wzruszających historii. Powiedz lepiej, z kim się przespałaś.
Yonca gwałtownie odwraca się w jej stronę.
— Co ty powiedziałaś?!
— Dość! — grzmi Nusret, podnosząc głos tak, że obie natychmiast milkną.
Patrzy na nie kolejno — najpierw na Yoncę, potem na Beyzę. W jego oczach mieszają się szok, złość i zmęczenie.
— Wychodzę — mówi twardo. — Idę się przewietrzyć.
Zatrzymuje się przy drzwiach.
— A wy zachowujcie się jak normalni ludzie. I przestańcie mnie doprowadzać do szału.
Wychodzi, trzaskając drzwiami.
W salonie zostaje ciężka cisza. I dwie kobiety, które patrzą na siebie jak największe rywalki.
***
Gabinet tonie w ciepłym świetle lamp. Na ciężkim, drewnianym biurku leżą równo ułożone dokumenty, laptop pozostaje otwarty, jakby ktoś przed chwilą przerwał pracę. Na ścianie wisi obraz przedstawiający wzburzone morze i statki walczące z falami — dokładnie tak, jakby oddawał to, co dzieje się w ich wnętrzach.
Hancer stoi naprzeciwko Cihana. Dłonie ma splecione, a spojrzenie spuszczone. Widać, że długo zbierała się na tę rozmowę.
— Przepraszam… — mówi cicho, niemal szeptem.
Cihan marszczy lekko brwi i robi krok w jej stronę.
— Przepraszasz? Za co?
Hancer podnosi na niego wzrok. W jej oczach widać niepewność i coś jeszcze — wstyd.
— Mój rozum i serce mówią mi, że jestem twoją żoną… — zaczyna powoli. — Ale kiedy przychodzi co do czego, ja… nie potrafię. To nie działa tak, jak powinno. Nieważne, jak bardzo się staram… wstydzę się. Boję.
Jej głos lekko drży. Ostatnie słowa ledwo przechodzą jej przez gardło.
Zapada krótka cisza.
Cihan patrzy na nią uważnie, jakby chciał zrozumieć każdy jej lęk. Potem podchodzi bliżej. Delikatnie unosi dłonie i ujmuje jej twarz — kciukiem lekko przesuwa po jej policzku, zmuszając ją, by spojrzała mu prosto w oczy.
— Rozumiem cię — mówi spokojnie, miękko. — Bardziej, niż myślisz.
Jego głos jest cichy, ale pewny.
— Nie traktuj tego jak obowiązku. To nie jest coś, co musisz „wykonać”.
Hancer wstrzymuje oddech, słuchając.
— Poczekam — dodaje. — Na ciebie. Na moment, w którym sama będziesz gotowa. Nie spieszy nam się.
Na jej twarzy pojawia się cień ulgi. Napięcie powoli z niej opada.
Cihan przesuwa dłoń wzdłuż jej włosów, a potem przyciąga ją do siebie. Obejmuje ją spokojnie, pewnie — tak, jakby chciał dać jej schronienie.
Hancer przez chwilę stoi sztywno, zaskoczona, ale zaraz potem wtula się w niego. Zamyka oczy. Jej oddech się uspokaja.
— Idź teraz odpocząć — mówi cicho przy jej włosach. — Dobrze?
Hancer odsuwa się powoli. Patrzy na niego już inaczej — spokojniej, cieplej.
— Dobrze. Dobrej nocy.
— Dobrej nocy.
Odwraca się i kieruje do drzwi. Jej kroki są lżejsze niż wcześniej. Gdy wychodzi, na jej ustach pojawia się delikatny, szczery uśmiech.
Cihan zostaje sam w gabinecie. Przez chwilę stoi nieruchomo, patrząc w stronę drzwi. Jakby wiedział, że właśnie wydarzyło się coś ważniejszego niż wszystko inne.
***
Cihan siedzi przy biurku, pogrążony w pracy. Palce szybko stukają o klawiaturę laptopa, a chłodne światło ekranu odbija się w jego skupionym spojrzeniu. Ciszę gabinetu przerywa nagle dźwięk telefonu.
Mężczyzna sięga po niego bez wahania.
— Dobry wieczór, pani Gülcan — odbiera.
— Dobry wieczór — odpowiada kobieta. — Wiem, że jest późno, ale chciałam potwierdzić. Jutro przyjadę zrobić rodzinne zdjęcia. Rozumiem, że plany się nie zmieniły?
— Wszystko zostaje bez zmian. Do zobaczenia jutro.
Cihan rozłącza się powoli. Na moment opiera telefon o blat i odchyla się w fotelu.
— Wreszcie — mówi półgłosem, jakby bardziej do siebie niż do kogokolwiek. — Tym razem to naprawdę będzie rodzinna fotografia.
W jego głosie pobrzmiewa coś więcej niż zwykła satysfakcja.
***
Noc zapadła na dobre, ale Hancer wciąż nie może zasnąć. Przewraca się z boku na bok, aż w końcu rezygnuje. Wstaje cicho, bierze dzbanek i schodzi do kuchni.
Światło w pomieszczeniu jest przytłumione. Cisza wydaje się gęsta, niemal ciężka.
Hancer zatrzymuje się w progu.
Mukadder już tam jest.
Stoi nieruchomo, jakby czekała. Jej spojrzenie jest lodowate, przeszywające.
— Nie patrz tak na mnie — mówi chłodno, zanim Hancer zdąży cokolwiek powiedzieć. — Ostrzegałam cię, żebyś nie przekraczała progu tego domu. Nie posłuchałaś. Wypowiedziałaś mi wojnę.
Hancer ściska dzbanek mocniej.
— Źle mnie pani zrozumiała… — odpowiada cicho, starając się zachować spokój. — Nie chciałam…
— Doskonale wiem, czego chcesz — przerywa jej ostro Mukadder. — Ale niczego nie dostaniesz.
Robi krok w jej stronę.
— Zjesz coś — stanie ci to w gardle. Napijesz się wody — zadławisz się nią.
Unosi rękę i wskazuje na swoje oczy.
— Dopóki ja tu jestem, te oczy będą cię obserwować. Na każdym kroku.
Krótka pauza.
— Idź do swojego pokoju. Natychmiast.
Hancer nie odpowiada. Odwraca się i wychodzi tak szybko, że zapomina zabrać dzbanek.
***
Na korytarzu, przy schodach, wpada prosto na Cihana. Mężczyzna natychmiast dostrzega jej twarz — bladą, napiętą.
— Hancer, co się stało?
— Nic… — odpowiada zbyt szybko. — Poszłam tylko po wodę.
Cihan przygląda się jej uważnie.
— Rozmawiałaś z kimś?
Hancer waha się przez moment.
— Spotkałam twoją mamę…
Jego spojrzenie natychmiast twardnieje.
— Co ci powiedziała?
Hancer odwraca wzrok, nerwowo odgarnia włosy i próbuje go minąć.
— Nic takiego…
Cihan delikatnie, ale stanowczo chwyta ją za ramię.
— Hancer. — Jej imię w jego ustach brzmi poważnie. — Porozmawiam z nią. To się nie powtórzy.
— Nie! — odpowiada szybko, niemal błagalnie. — Proszę… nie idź do niej. Nie mów nic.
Patrzy na niego z niepokojem.
— W pewnym sensie… ma rację. Nic nie zmienia się z dnia na dzień. Zakłóciłam jej spokój. Wiedziałam, że tak będzie. Mówiłam ci, że to nie jest dobry pomysł…
Nie kończy.
Cihan ujmuje jej twarz w dłonie, zmuszając, by znów na niego spojrzała.
— Nie chcę tego słyszeć — mówi spokojnie, ale stanowczo. — Jesteś moją żoną. I będziemy mieszkać razem. Moja matka to zaakceptuje. Czy tego chce, czy nie.
Jego głos łagodnieje.
— Nie masz się czego wstydzić. Rozumiemy się?
Hancer patrzy na niego przez chwilę, a potem lekko się uśmiecha i kiwa głową.
— Rozumiemy się.
Cihan odwzajemnia ten uśmiech, po czym dodaje:
— Mam jeszcze jedną wiadomość. Jutro robimy rodzinne zdjęcia. To nasza tradycja, odkąd wprowadziliśmy się do rezydencji. Chcę, żebyś była tam ze mną.
Hancer znów się waha.
— Czy… naprawdę muszę? Wszystko jest dla mnie nowe i…
Cihan przykłada palec do jej ust, uciszając ją delikatnie.
— Właśnie o tym rozmawialiśmy.
Patrzy jej prosto w oczy.
— Jesteś moją żoną. Będziesz obok mnie.
Zapada chwila ciszy.
Hancer bierze spokojny oddech.
— Dobrze… — mówi cicho. — Dobranoc.
— Dobranoc.
Odchodzi w stronę swojego pokoju. Tym razem wolniej. Jakby mimo strachu, nie była już sama.
***
Akcja przeskakuje do następnego dnia. Dom wydaje się dziwnie pusty. Cisza przeciąga się zbyt długo, staje się ciężka i niepokojąca. Nusret, który poprzedniego wieczoru wyszedł tylko „na chwilę”, wciąż nie wrócił.
Yonca chodzi po salonie nerwowym krokiem. Co chwilę sięga po telefon, wybiera jego numer, przykłada słuchawkę do ucha… i za każdym razem słyszy tylko głuchą ciszę. Rozłącza się, próbuje ponownie. I znów.
Bez skutku.
— Dlaczego nie mogę się do niego dodzwonić? — wyrzuca w końcu z siebie, bezradnie rozkładając ręce. — Gdzie on jest? Co się dzieje?
Na kanapie siedzi Beyza. Obserwuje ją uważnie, niemal chłodno, jakby analizowała każdy jej ruch.
— Mówiłam ci — odzywa się powoli, z wyraźną nutą satysfakcji. — Prosiłam, żebyś mu tego nie mówiła. Ale oczywiście musiałaś postawić na swoim.
Yonca zatrzymuje się i patrzy na nią z napięciem.
— Gdybyś to ukryła — ciągnie Beyza — przynajmniej jeszcze przez jakiś czas bylibyście razem. A tak? — Wzrusza ramionami. — Dowiedział się o dziecku i po prostu zniknął. Pozbędzie się problemu. Ciebie i tego dziecka.
— Dosyć, Beyzo! — wybucha Yonca, opadając ciężko na kanapę. Jej głos drży od emocji. — Nusret nie jest takim człowiekiem. Mówisz to tylko po to, żeby mnie wyprowadzić z równowagi.
Beyza uśmiecha się krzywo.
— Naprawdę? A ty co sobie wyobrażałaś? Że mężczyzna w jego wieku nagle zacznie bawić się w pieluchy i kołyski?
Yonca zaciska dłonie, ale nie odpowiada.
W tym momencie ciszę rozdziera dźwięk otwieranych drzwi.
Obie odwracają się jednocześnie.
W progu stoi Nusret. Wygląda na zmęczonego. Jego twarz jest poważna, jakby noc spędzona poza domem coś w nim zmieniła. Przez chwilę milczy, patrząc na nie obie.
Yonca i Beyza podnoszą się niemal równocześnie.
— Tato, gdzie byłeś? — odzywa się Beyza, a w jej głosie pobrzmiewa wyrzut. — Martwiłyśmy się.
Nusret wchodzi do środka powoli.
— Byłem tu i tam — odpowiada spokojnie. — Musiałem… pomyśleć.
Zatrzymuje się na środku salonu.
— I podjąłem decyzję.
Na twarzy Beyzy pojawia się cień uśmiechu. Jest niemal pewna, co za chwilę usłyszy.
— Widzisz? — rzuca do Yoncy z ironiczną satysfakcją. — Mówiłam ci. To koniec. Żegnaj, kochana.
— Nie mów bzdur — przerywa jej ostro Nusret.
W jego głosie pojawia się stanowczość, której wcześniej brakowało.
— Nikt nigdzie się nie wybiera.
Zapada cisza.
— Zawsze byłem odpowiedzialnym człowiekiem — mówi dalej, wolno, wyraźnie. — A teraz w grę wchodzi dziecko. Moje dziecko.
Przenosi spojrzenie na Yoncę.
— Moim obowiązkiem jest zadbać o nie i o jego matkę.
Krótka pauza.
— Nie planowałem już zostać ojcem. Ale to nie ma znaczenia. Muszę stanąć na wysokości zadania.
Słowa zawisają w powietrzu.
— Chodź — mówi do Yoncy łagodniej. — Zarezerwujmy datę ślubu.
Yonca patrzy na niego, jakby nie wierzyła w to, co słyszy. Jej oczy rozszerzają się, a po chwili na twarzy pojawia się czysta, niekontrolowana radość.
— Ślub? — powtarza, a jej głos aż drży ze szczęścia.
Nie czeka na odpowiedź — jej uśmiech mówi wszystko.
Zupełnie inaczej reaguje Beyza. Siedzi nieruchomo, patrząc na nich z niedowierzaniem, po czym tylko przewraca oczami, jakby to wszystko było dla niej nie do przyjęcia.
***
Poranek w rezydencji jest cichy, niemal nienaturalnie spokojny. W jadalni wszystko jest przygotowane — na stole stoją talerze, świeże pieczywo, filiżanki z herbatą, ale atmosfera daleka jest od domowego ciepła.
Hancer schodzi po schodach powoli, jakby każdy krok kosztował ją wysiłek. Zatrzymuje się w progu jadalni.
Mukadder już tam siedzi.
Ich spojrzenia się spotykają.
Chłód w oczach teściowej jest natychmiastowy, przenikliwy. Hancer aż cofa się o pół kroku, odruchowo chcąc się wycofać, zniknąć, uniknąć konfrontacji.
— Dokąd? — pada ostro.
Hancer zatrzymuje się.
— Siadaj.
Ton nie pozostawia miejsca na sprzeciw.
Dziewczyna podchodzi do stołu i siada naprzeciwko Mukadder. Jej ruchy są ostrożne, spięte. Dłonie układa na kolanach, jakby próbowała ukryć ich drżenie.
Mukadder opiera łokcie o blat i splata dłonie. Przez chwilę milczy, przyglądając się jej uważnie, jak drapieżnik oceniający ofiarę.
— Posłuchaj mnie uważnie, panno młoda — zaczyna w końcu, spokojnie, ale z wyraźną surowością w głosie. — Ja nie rzucam słów na wiatr. Jeśli coś mówię, doprowadzam to do końca.
Hancer nie podnosi wzroku.
— Dlatego nie próbuj ze mną rywalizować — ciągnie Mukadder. — Bo za każdym razem, gdy cię ostrzegam… ty robisz kolejny krok naprzód.
Pochyla się lekko nad stołem.
— Popełniłam błąd — mówi chłodno — oddając cię mojemu synowi.
Słowa uderzają mocniej, niż krzyk. Hancer zaciska palce na materiale sukienki, ale milczy.
— Ale nie rób sobie złudzeń — dodaje Mukadder. — Prędzej czy później Cihan zrozumie, jak wielki to był błąd.
Kilka sekund pauzy.
— Mówiąc wprost… nie ma dla ciebie miejsca w mojej rodzinie.
Jej spojrzenie twardnieje jeszcze bardziej.
— Ani w tym domu, ani na tej fotografii.
Cisza, która zapada po tych słowach, jest ciężka i długa.
— Zachowaj chociaż resztki godności — kończy zimno.
Mukadder prostuje się, wstaje od stołu i bez spojrzenia wstecz wychodzi z jadalni.
Jej kroki odbijają się echem w korytarzu.
Hancer zostaje sama. Przez chwilę siedzi nieruchomo, jakby nie była w stanie się poruszyć. Potem powoli opuszcza głowę i wypuszcza powietrze.
Cichy, ciężki oddech. Jakby próbowała nie pozwolić, by te słowa ją złamały.
***
Pokój Hancer tonie w miękkim świetle dnia. Fioletowe, zdobione ściany i eleganckie meble nadają wnętrzu chłodnej, niemal pałacowej atmosfery. Na łóżku siedzi Hancer, wyprostowana, jakby wciąż nie do końca czuła się tu swobodnie.
Fryzjerka właśnie kończy swoją pracę. Delikatnie odkłada szczotkę, robi krok w tył i z satysfakcją przygląda się efektowi.
Włosy Hancer są starannie ułożone — długie, czarne, wygładzone i błyszczące, spięte wysoko w elegancki, gładki kucyk. Kilka miękkich pasm subtelnie okala jej twarz, łagodząc rysy i dodając jej dziewczęcej delikatności. Fryzura podkreśla jej naturalne piękno, ale jednocześnie nadaje jej bardziej dojrzały, wyrafinowany wygląd — jakby ktoś próbował dopasować ją do świata, do którego wciąż nie czuje, że należy.
— Gotowe — mówi fryzjerka z uśmiechem i po chwili wychodzi.
Drzwi zamykają się cicho.
Niemal od razu do pokoju wchodzi Derya. Zatrzymuje się w progu i aż szeroko otwiera oczy.
— Dziewczyno! — mówi z zachwytem, podchodząc bliżej. — Ty naprawdę urodziłaś się pod szczęśliwą gwiazdą.
Siada obok niej na łóżku i przygląda się jej z dumą.
— Spójrz na siebie. Będziesz żyła w dostatku, twój mąż traktuje cię jak księżniczkę. Nawet nie chce, żebyś się zmęczyła — wysyła dla ciebie fryzjerkę do domu!
Hancer lekko się uśmiecha, ale ten uśmiech szybko gaśnie. Jej spojrzenie opada.
— Nic nie jest takie, jakim się wydaje… — mówi cicho. — Czasami… naprawdę nie mam już siły.
Derya marszczy brwi.
— Co masz na myśli?
Hancer splata dłonie na kolanach.
— Oczy pani Mukadder… — zaczyna powoli. — Mam wrażenie, że są na mnie cały czas skierowane. Każde jej słowo jest jak trucizna.
Jej głos lekko drży.
— Staram się tego nie okazywać. Nie chcę, żeby Cihan się martwił. Ale to miejsce… — zawiesza głos — to, że mnie tu nie chcą… odbiera mi pewność siebie.
Derya kręci głową, lekko poirytowana.
— Nie zwracaj na nią uwagi. Ona jest zazdrosna. Jej syn cię wybrał, a ona nie potrafi tego znieść. To typowa teściowa — zniszczyłaby nawet idealną synową.
Hancer wzdycha ciężko.
— Czasami myślę tylko o jednym… żeby wrócić do starego domu. Tam przynajmniej miałam spokój.
— Nawet tak nie mów! — Derya od razu podnosi głos. — Wiesz, przez co przeszliśmy, żebyś tu była? Teraz nie ma odwrotu. Nie możesz się poddać.
Hancer odwraca wzrok.
— Czuję, że tu nie pasuję…
W tym momencie drzwi uchylają się i do środka wchodzi Sinem. Zatrzymuje się niepewnie, ale widać, że słyszała część rozmowy.
— Przepraszam, nie chciałam podsłuchiwać — mówi spokojnie. — Ale twoja bratowa ma rację, Hancer.
Podchodzi bliżej.
— Nie możesz zrezygnować z tego małżeństwa.
Derya uśmiecha się pod nosem.
— Widzisz? Nie słuchasz mnie, ale Sinem mówi to samo.
— Bo to prawda — dodaje Sinem łagodnie. — Mama Mukadder może mówić różne rzeczy, ale nie sprzeciwi się Cihanowi. Na początku będzie walczyć, ale w końcu odpuści.
Hancer patrzy na nią z niepewnością.
— A jeśli nie?
— Musisz to wytrzymać — odpowiada Sinem. — Dla siebie. I dla swojego małżeństwa.
Derya kiwa głową.
— Bądź cierpliwa. Nie myśl nawet o powrocie do starego domu.
Sinem robi jeszcze krok bliżej i mówi już poważniej:
— Cihan walczył o ciebie. O was. Jeśli teraz się wycofasz, zranisz go.
Zapada cisza.
Hancer opuszcza wzrok. Przez chwilę milczy, jakby toczyła w sobie walkę.
Potem powoli unosi głowę. Jej spojrzenie się zmienia. Nie znika z niego smutek, ale pojawia się coś jeszcze. Determinacja.
Lekko kiwa głową. Zostanie w rezydencji. Dla niego.
Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia był film Gelin 51.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.












