„Złoty chłopak” Odc. 264 – streszczenie
Wczesnym rankiem Ferit przychodzi do domu Abidina i Suny. Noc była krótka i niespokojna, ale wie, że musi porozmawiać z Abidinem — człowiekiem, którego przez lata uważał za przyjaciela, a który okazał się jego kuzynem.
Przechodzi przez ogród w stronę wejścia, gdy nagle dostrzega na tarasie czyjąś sylwetkę. Zatrzymuje się.
Na ogrodowej ławce, przykryta cienkim kocem, śpi Seyran. Głowę ma ułożoną na dwóch poduszkach, jakby próbowała stworzyć sobie namiastkę łóżka.
Przyszła tu w nocy — po tym, jak po raz kolejny nie była w stanie odbyć z Sinanem nocy poślubnej.
Ferit podchodzi bliżej i siada naprzeciwko niej na niskim stoliku. Przez chwilę tylko na nią patrzy. Na jej spokojną twarz, na rzęsy rzucające cień na policzki. Na dziewczynę, którą zawsze kochał.
Seyran porusza się lekko i powoli otwiera oczy. Przeciera dłonią sklejone powieki.
— Ferit? — szepcze zaskoczona. — Co ty tu robisz?
— To ja powinienem zapytać. Dlaczego śpisz na tarasie?
Przeciąga się, siadając ostrożnie.
— Najpierw odpowiedz na moje pytanie. Mówiłeś, że nie chcesz mnie widzieć. A jesteś tu codziennie.
— Przyszedłem do Abidina. Muszę z nim porozmawiać. — Zawiesza głos. — Ale dlaczego ty położyłaś się tutaj?
— Ciszej — mówi szybko. — Jeszcze nas usłyszą.
Ferit obniża głos i przesiada się bliżej.
— Dlaczego tu śpisz?
— Zostaw to. I dotrzymaj swojego słowa.
— Dotrzymam. Ale najpierw powiedz mi, co się stało. — Spogląda jej w oczy. — Ten facet… zrobił ci coś?
— Nie. — Kręci głową. — To nie tak. Ale jeśli inni się dowiedzą, zatrzymają mnie w środku. Wyszłam w nocy i położyłam się tutaj, żeby nikogo nie obudzić.
— Więc dlaczego wyszłaś?
— Zapomnij o tym. Nie pytaj.
Ferit przygląda się jej uważnie.
— Twoje oczy są spuchnięte. Płakałaś. Powiedz mi, co się dzieje.
Seyran odwraca wzrok.
— To nie działa, Fericie…
— Co nie działa?
— Nie potrafię. — Jej głos drży. — Myślałam, że to minie, że przyzwyczaję się… ale to nie przechodzi. Nie chcę go ranić. Nie chcę go denerwować. — Łzy spływają jej po policzkach. — Może najlepiej będzie to zakończyć.
Ferit milczy przez chwilę.
— Dlaczego tak długo ukrywałaś swoje uczucia? Nawet przed sobą?
— Nie ukrywałam. — Kręci głową. — Udawałam, że ich nie widzę. Chciałam być szczęśliwa. Naprawdę chciałam. Ale nie potrafię. Ty… poradziłeś sobie łatwo, prawda?
Ferit parska cicho.
— Łatwo? Wcale nie. Na początku byłem wrakiem człowieka. Nie jadłem, nie spałem. Wszystko mnie bolało. Potem pojawiła się Diyar. Pomogła mi stanąć na nogi, ale to trwało długo. Bardzo długo. — W jego oczach pojawiają się łzy. — Twoja nieobecność była jak kamień przywiązany do serca.
Ociera twarz.
— Teoretycznie żyłem. W praktyce tylko oddychałem. Ale… to już przeszłość. Było ciężko, ale minęło. Ty też to masz za sobą, prawda?
Seyran wzdycha.
— Nie wiem. Chcę wierzyć, że tak. Ale odkąd się rozstaliśmy… nie potrafię dotknąć nikogo innego. Nie potrafię nikogo kochać. Właściwie czuję, jakbym nikogo nie potrzebowała.
Ferit patrzy na nią z niedowierzaniem.
— Człowiek zawsze potrzebuje miłości. To nie jest luksus. To potrzeba. Może po prostu Sinan nie jest właściwą osobą. — Zawiesza głos. — Ale… to nie ma ze mną nic wspólnego, prawda?
Seyran waha się.
— Nie wiem. — Odpowiada szczerze. — Nie dowiem się, dopóki nie spróbuję.
***
Wkrótce w domu Abidina i Suny pojawiają się prawnicy zaproszeni przez Ferita. Eleganccy, z teczkami pod pachą, stoją nieco z boku w przestronnym holu, czekając na rozwój wydarzeń.
Ferit podchodzi do Abidina i zatrzymuje się naprzeciwko niego. Przez chwilę patrzą sobie w oczy — dawny przyjaciel i nowo odkryty kuzyn.
— Po wszystkim, przez co przeszedłeś, nie chcę, żebyś dalej cierpiał — zaczyna Ferit spokojnie. — Próbuję naprawić tę sytuację, Abi. Chcę, żebyśmy mogli żyć w spokoju. Dlatego wezwałem prawników. Dopilnują wszystkich formalności. Wyjaśnią ci szczegóły — nazwisko, udział w majątku… wszystko, co prawnie ci się należy.
Milczenie.
Abidin stoi nieruchomo, z twarzą pozbawioną wyrazu.
— Nic nie powiesz? — pyta Ferit ciszej.
Abidin odwraca się w stronę Suny, która stoi kilka kroków dalej.
— Co o tym myślisz?
Suna podchodzi bliżej.
— Kochanie, niezależnie od tego, jaką decyzję podejmiesz, jestem z tobą. Zawsze.
Ferit nabiera powietrza.
— Nie powiedziałem rodzinie o nazwisku. Nie pytałem nikogo o zgodę i nie zamierzam tego robić. Wiem, że wybuchnie skandal, kiedy się dowiedzą. Ale nie obchodzi mnie to. Chcę tylko jednego — żeby stało się zadość sprawiedliwości.
Abidin powtarza cicho, jakby smakował to słowo:
— Sprawiedliwość…
Ferit robi krok bliżej.
— Dziś wieczorem biorę ślub. Kiedy skończysz rozmowę z prawnikami, chcę, żebyś przyszedł. Jako moja rodzina. Nie pozwolę, żeby ktokolwiek z Korhanów okazał ci brak szacunku. Obiecuję.
Czeka.
Abidin milczy.
— W porządku — mówi w końcu Ferit. — Do zobaczenia wieczorem.
Odwraca się w stronę drzwi.
— Nie powiedziałem, że się zgodziłem, Fericie.
Ferit zatrzymuje się.
Abidin powoli odwraca się w jego stronę.
— Zabierz swoich prawników i wyjdź. Nie uciszysz mnie pieniędzmi. Ani nazwiskiem, które okazało się przekleństwem w moim życiu.
Ferit wraca do niego powoli. Zatrzymuje się blisko, niemal twarzą w twarz. Unosi palec wskazujący.
— Zapamiętaj ten dzień, Abidinie. To ostatni raz, kiedy przychodzę do ciebie w pokoju. Od tej chwili uważaj. Jeśli spróbujesz mnie zranić, wróci to do ciebie dziesięciokrotnie. I wtedy nie mów, że cię nie ostrzegałem.
Na ustach Abidina pojawia się uśmiech. Nie szyderczy — raczej przepełniony bólem.
— Jeśli mam za kimś płakać, to tylko za moją matką. Ją mi zabraliście. Reszta już mnie nie boli. Idź.
Ferit patrzy na niego jeszcze przez chwilę, po czym kiwa głową i wychodzi.
W holu zostaje napięcie, którego nie rozładowały ani przeprosiny, ani propozycje — tylko jeszcze bardziej je zaostrzyły.
***
Tuż po wyjściu Ferita w domu pojawia się Sinan. Jego twarz jest napięta, oczy podkrążone, jakby rzeczywiście nie zmrużył oka przez całą noc. Wymienia z Seyran krótkie spojrzenie i bez słowa wychodzą do ogrodu.
Na trawniku panuje cisza. Słońce stoi wysoko, niebo jest jasne, usiane białymi chmurami. Wokół nich gęste żywopłoty i wysokie drzewa odcinają świat od reszty miasta. Stają naprzeciwko siebie na środku zielonej przestrzeni — jak dwoje ludzi, którzy doszli do granicy.
— Bardzo mi przykro — zaczyna Sinan cicho. Jego dłonie drżą, splata je więc nerwowo przed sobą. — Myślałem całą noc. Przysięgam, nie przyszedłem tu po wybaczenie. Nawet jeśli mi wybaczysz… ja nie wybaczę sobie. Możesz mnie ukarać. Powiedz tylko jak. Ale proszę, nie kończ tego, co jest między nami. Jesteśmy małżeństwem, Seyran. To nie jest zabawa.
Seyran patrzy na niego spokojnie. Jej twarz jest blada, oczy zaczerwienione, ale głos pozostaje stabilny.
— Sinan… chcę rozwodu.
Słowo „rozwód” zawisa między nimi jak wyrok.
— Seyran, proszę… — Cofa się o krok, jakby ktoś uderzył go w pierś. — Jestem w rozsypce. Naprawdę. Nie rób nam tego. Było nam dobrze. Obiecuję, że nie dotknę cię więcej, dopóki sama tego nie zechcesz. Nie będę naciskał. Chcę tylko, żebyś tego nie kończyła.
Ona odwraca się, przechodzi kilka kroków po miękkiej trawie. Zatrzymuje się, bierze oddech i wraca do niego.
— Nigdy nie będę w stanie cię dotknąć — mówi cicho, ale stanowczo. — I nie pozwolę dotknąć siebie. Nie zasługujesz na związek, w którym ktoś żyje obok ciebie jak cień.
— Zasługuję — odpowiada natychmiast. — Chcę takiego związku. Jeśli to jedyny sposób, zgadzam się. Tylko… uśmiechnij się do mnie. Jeden raz. Jak dawniej.
Jej spojrzenie mięknie, ale nie pojawia się uśmiech.
— To, co było między nami w szpitalu… ta bliskość, to wsparcie… było prawdziwe. Pomogliśmy sobie przetrwać. Ale to wszystko. Rozstanie jest dla nas najlepsze. To właściwa decyzja.
Sinan wypuszcza powietrze, jakby nagle zabrakło mu tlenu. Ramiona opadają.
— Nigdy mnie nie kochałaś, prawda? Zmuszałaś się.
— Kochałam cię — odpowiada. — I kocham. Ale nie w taki sposób, jakiego potrzebujesz. Jestem uwięziona w czymś, czego nie potrafię z siebie wyrwać.
— Wiedziałem to od początku — mówi gorzko. — Tylko ty zawsze zaprzeczałaś.
— Przepraszam…
Odwraca się od niej. Patrzy przed siebie na drzewa, na jasne niebo, jakby próbował zapamiętać ten moment. Po chwili wraca.
— Dobrze. Skoro tak uważasz… życzę ci szczęścia w twoim nowym życiu, Seyran.
Odchodzi powoli przez trawnik w stronę bramy. Nie ogląda się.
Po kilku sekundach jej głos dogania go w ciszy ogrodu:
— Sinan… Zawsze będziesz bardzo ważną osobą w moim życiu. Nigdy o tym nie zapominaj.
Nie odpowiada. Idzie dalej. Gdy znika za bramą, w ogrodzie zostaje tylko Seyran — samotna pośród zieleni, pod jasnym niebem, które wydaje się zupełnie obojętne na to, co właśnie się skończyło.
***
To dzień pełen trudnych rozmów. Esme wreszcie zbiera się na odwagę i wyznaje Kazimowi, że jest w ciąży.
Słowa ledwo padają z jej ust, a mężczyzna blednie w jednej chwili. Najpierw bezwładnie osuwa się na drewnianą kanapę na tarasie, jakby nagle zabrakło mu sił w nogach, po czym jego ciało przechyla się na bok i zsuwa między sofą a stolikiem kawowym, aż bez ruchu ląduje na chłodnych płytkach podłogi.
Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Yalı Çapkını. Inspiracją do jego stworzenia był film Yalı Çapkını 79.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.















