Panna młoda odc. 237: Beyza maluje Deryi paznokcie!

Beyza maluje Deryi paznokcie.

„Panna młoda” Odc. 237 — streszczenie

Późnym wieczorem Melih stał na cichej ulicy przed domem rodziców Sinem. Noc była chłodna, a światło latarni padało na wysoki żywopłot i uchyloną furtkę. Mężczyzna przez chwilę wpatrywał się w ekran telefonu, po czym napisał krótką wiadomość:

„Jestem przed domem. Możesz wyjść?”.

Nie musiał długo czekać. Po chwili furtka otworzyła się cicho i na ulicę wyszła Sinem. Miała na sobie długi, beżowy płaszcz, a jasnożółta chusta otulała jej twarz. Rozejrzała się nerwowo, jakby bała się, że ktoś z domu zauważy jej nieobecność, po czym podeszła do Meliha.

— Dlaczego przyszedłeś o tej porze? — zapytała z niepokojem. — Mam nadzieję, że wszystko jest w porządku.

Melih patrzył na nią tak, jakby sam jej widok wystarczył, by uspokoić cały jego świat.

— Nie mogłem się powstrzymać — powiedział cicho. — Musiałem zobaczyć te oczy. Nie mogłem spać. Mam słabość do twoich oczu, kochanie.

Sinem, choć próbowała zachować powagę, uśmiechnęła się mimowolnie.

— Jesteś naprawdę szalony — odparła. — Myślałam, że stało się coś złego. Idź już. Wyszłam po cichu, żeby nikt mnie nie wypytywał.

— I to krótkie spotkanie ma mi wystarczyć? — Melih zrobił krok bliżej. — Nawet gdybym patrzył na ciebie całą noc i całe życie, wciąż byłoby mi mało.

W oczach Sinem pojawiła się czułość, ale zaraz przykrył ją cień rozsądku. Wiedziała, że nie mogli jeszcze myśleć wyłącznie o sobie.

— Musimy być cierpliwi, Melihu — powiedziała łagodnie. — Nie możemy zostawić Hancer samej w takim stanie.

Melih spoważniał. Przez chwilę milczał, jakby każde słowo Sinem jeszcze mocniej przypominało mu o odpowiedzialności, której nie wolno było im zlekceważyć.

— Wkrótce będziemy razem — zapewnił ją. — Nie martw się. Wytrzymajmy jeszcze trochę.

Sinem spojrzała mu prosto w oczy. W jej twarzy było napięcie, ale też nadzieja, której nie potrafiła już ukryć.

— Wierzę ci — szepnęła.

Rozstali się po chwili, zanim ktokolwiek mógł ich zobaczyć. Melih odszedł ulicą, a Sinem wróciła za furtkę. Oboje nieśli w sobie ten sam niepokój, ale i tę samą obietnicę: że jeszcze przyjdzie czas, kiedy nie będą musieli spotykać się ukradkiem.

***

Podczas gdy Hancer zdołała uśpić Cihana Gurura, Cihan sam zapadł w sen na kanapie w salonie. Opadł ciężko na szare obicie, jak człowiek, którego zmęczenie wreszcie pokonało. Hancer przez chwilę stała nad nim w ciszy. Potem sięgnęła po koc w zielono-niebieską kratę i ostrożnie przykryła mężczyznę, uważając, by go nie obudzić.

Spojrzała na jego spokojną twarz. W świetle nocnej lampy wyglądał inaczej niż zwykle — nie jak człowiek pełen gniewu, dumy i ran, lecz jak zmęczony ojciec, który na jedną noc znalazł schronienie.

Hancer splotła dłonie na brzuchu.

Przynajmniej tej nocy będziesz spał pod jednym dachem ze swoim ojcem, kochanie — pomyślała z czułością.

***

Nazajutrz, gdy Cihan otworzył oczy, przez chwilę nie wiedział, gdzie jest. Dopiero po kilku sekundach rozpoznał salon w starym domu, różową kanapę stojącą po przeciwnej stronie pokoju i miękki koc, którym ktoś go przykrył. Z sąsiedniego pokoju dobiegł go radosny, łagodny głos Hancer.

— Jesteś piękny, słodziaku.

Cihan podniósł się ostrożnie z kanapy i cicho ruszył w stronę uchylonych drzwi. Zatrzymał się przy framudze i zajrzał do środka. Hancer pochylała się nad Cihanem Gururem. Dziecko leżało spokojnie na łóżku, owinięte miękkim kocykiem, a ona z uśmiechem poprawiała mu włoski i bawiła się jego małą rączką.

— Ten złapał rybkę — powiedziała, dotykając kciuka malca. — Ten ją pokroił. — Musnęła palec wskazujący. — Ten ją ugotował. — Chwyciła środkowy paluszek. — Ten ją zjadł. — Dotknęła serdecznego. — A najmniejszy zaczął wołać: „A dla mnie? A dla mnie nic?!”.

Cihan zagląda do pokoju, stojąc przy uchylonych drzwiach.

Roześmiała się cicho, tak szczerze i lekko, że Cihan mimowolnie także się uśmiechnął. Przez chwilę patrzył na nią bez słowa. Widok Hancer pochylonej nad jego synem poruszył w nim coś, przed czym od dawna próbował się bronić.

Dopiero wtedy Hancer zauważyła jego obecność. Speszyła się wyraźnie, jakby przyłapał ją na czymś zbyt osobistym.

— Dzień dobry — odezwał się Cihan, przerywając nagłą ciszę.

— Dzień dobry — odpowiedziała. Szybko zawinęła malca w kocyk i wzięła go na ręce. — Trochę się bawiliśmy. Nic wielkiego.

Przeszli do salonu. Hancer przytuliła dziecko do piersi, a Cihan przez moment śledził każdy jej ruch.

— Słyszałem was — powiedział cicho. — Dobrze się ze sobą dogadujecie. Twoje dziecko i mój syn już się poznali.

Hancer spuściła wzrok na niemowlę, po czym spojrzała na Cihana z powagą.

— Wszystko, czego doświadczyliśmy, bardzo nas wyczerpało, Cihanie. Niech przynajmniej oni nie dorastają w tej wrogości. Będą przecież mieszkać blisko siebie, widywać się na tym samym podwórku. Niech myślą, że są jak bracia.

Cihan zamilkł na chwilę. Słowa Hancer poruszyły go bardziej, niż chciałby przyznać.

— Masz rację — odparł w końcu. — Nie muszą wiedzieć, co wydarzyło się między nami. Pozwólmy im być jak rodzeństwo. Niech dorastają razem. Niech będą dla siebie oparciem.

Zapadła cisza. Nie była niezręczna, raczej ciężka od tego, czego żadne z nich nie potrafiło wypowiedzieć wprost.

— Dziwne jest życie, prawda? — odezwał się Cihan po chwili. — Człowiek puka do drzwi, o których sam sobie obiecał, że nigdy więcej ich nie otworzy.

Ich spojrzenia spotkały się na dłużej. Hancer pierwsza odwróciła wzrok.

— Lepiej już idź — powiedziała cicho. — Na pewno mama stęskniła się za swoim dzieckiem.

Twarz Cihana natychmiast spochmurniała.

— Wątpię — odpowiedział twardo.

Założył płaszcz i wziął syna na ręce. Cihan Gurur poruszył się lekko w kocyku, ale nie zapłakał.

— Dziękuję ci za wszystko — powiedział Cihan. — Zmęczyliśmy cię.

— Cihanie… — Hancer zawahała się, jakby nie była pewna, czy ma prawo mówić dalej. — Wiem, że po tym, co się stało, nic nie wróci od razu do normy. To, co zrobiła Beyza, było bardzo złe. Ale postaraj się być trochę bardziej rozsądny. Nie wywieraj na niej takiej presji. Mówię to dlatego, że macie dziecko. Musicie je razem wychować.

Cihan spojrzał na nią uważnie.

— Kiedy Melih się z tobą skontaktuje, przypomnij mu o tym samym — odparł. — Dobrze byłoby, żeby wrócił przed narodzinami dziecka.

Hancer nie zdążyła odpowiedzieć. W domu rozległ się dzwonek do drzwi.

— Spodziewasz się kogoś? — zapytał Cihan.

— Może mój brat przyszedł… Nie wiem. Zostań tutaj. Otworzę.

Zeszła na dół. Gdy otworzyła drzwi, zobaczyła Fadime stojącą przed progiem z tacą w rękach. Kobieta przyniosła śniadanie i patrzyła na Hancer z troską, której nie próbowała nawet ukrywać.

— Przyniosłam ci coś do jedzenia — powiedziała. — Zjedz.

— Dziękuję, siostro Fadime. Naprawdę nie trzeba było.

— Dziecko powinno odżywiać się zdrowo — odparła Fadime stanowczo. — Nie wolno ci się przemęczać ani dźwigać ciężkich rzeczy. Wystarczy, że powiesz mnie albo Aysu, a wszystkim się zajmiemy. Chyba że nie chcesz nas w swoim domu.

— To nie tak — zaprzeczyła Hancer łagodnie. — Macie dość pracy w rezydencji. Nie chcę, żebyście jeszcze przeze mnie się męczyły.

Fadime westchnęła ciężko.

— Dzwoniłam do Meliha, ale jego telefon jest wyłączony.

— Jest na morzu. Tam często nie ma zasięgu.

— Jeśli uda ci się z nim połączyć, powiedz mu, żeby do mnie zadzwonił. Mam mu coś do powiedzenia. — Głos Fadime stwardniał od żalu. — Nie rozumiem, jak mógł zostawić cię samą w takim stanie. Ostatnio zupełnie go nie poznaję. Dziecko ma niedługo przyjść na świat, a ty jesteś tutaj sama. Potrzebujesz męża, córko. Dlaczego chcesz rodzić tak, jakbyś nie miała nikogo? Dlaczego pozwoliłaś Melihowi odejść?

Hancer spuściła wzrok.

— Tak zdecydowaliśmy. Razem.

Fadime pokręciła głową. W jej spojrzeniu było rozczarowanie, ale też bezradna troska.

— Dobrze — powiedziała krótko.

Potem odwróciła się i odeszła, zostawiając Hancer z tacą w dłoniach i ciężarem pytań, na które nie było prostych odpowiedzi.

***

Cemil stał przy stoliku w jasnym salonie kosmetycznym i mieszał farby w małym pojemniczku. Pracował skupiony, jak ktoś, kto naprawdę znał się na swoim fachu. Obok niego kręciła się Yonca, zadowolona z siebie i z nowego biznesu. Beyza, ubrana w roboczy fartuch, z ponurą miną wycierała stolik, a na fotelu siedziała klientka okryta peleryną fryzjerską.

— Yonca, nie kupuj więcej tej marki — szepnął Cemil, nachylając się nad pojemniczkiem. — Ma bardzo intensywny zapach. Musieli coś dodać, żeby było taniej. Nie możemy oszczędzać na jakości.

— Teraz rozpoznajesz jakość farb po zapachu? — spytała z niedowierzaniem.

— Robię to całe życie.

Beyza, nadal obolała po dwóch dniach pracy ponad siły, opadła ciężko na krzesło. Yonca natychmiast to zauważyła.

— Co się stało, Beyzo? Dlaczego usiadłaś? — rzuciła ostro. — Spójrz na szybę. Wszędzie są plamy. Masz je usunąć. Szybko!

Wskazała na okno, ale w tej samej chwili znieruchomiała. Jej wzrok padł na alejkę prowadzącą do salonu. 

— Derya! — syknęła przerażona. — Cemilu, schowaj się. Natychmiast!

Cemil zbladł. W panice rozejrzał się po salonie, szukając kryjówki. Najpierw padł na kolana i próbował wcisnąć się pod stolik, ale szybko zrozumiał, że nie ma tam dla niego miejsca. Zerwał się więc i pobiegł na zaplecze. Odsunął lekką firankę, wślizgnął się za nią i przywarł do ściany, starając się nawet oddychać jak najciszej.

Po chwili drzwi salonu się otworzyły. Do środka weszła Derya, elegancka, pewna siebie i wyraźnie zadowolona z wizyty.

— Miłej pracy! — zawołała wesoło.

— Och, Derya! — Yonca natychmiast przybrała niewinną minę. — Już prawie się obraziłam, że nie przyszłaś życzyć mi powodzenia z okazji otwarcia.

— Właśnie skorzystałam z okazji.

Derya rozejrzała się po salonie. Jej spojrzenie na krótko zatrzymało się na Beyzie, która stała przy stoliku w roboczym fartuchu i z trudem ukrywała upokorzenie. Derya nachyliła się do Yoncy i szepnęła jej do ucha:

— Czy to nie Beyza?

Yonca uśmiechnęła się szeroko.

— Oczywiście, że to ona. Moja pomocnica Beyza. Życie jest pełne niespodzianek, prawda? Usiądź, a ja zajmę się klientką.

Podeszła do fotela fryzjerskiego i zabrała się do pracy. Klientka, która najwyraźniej nie zamierzała milczeć, odezwała się po chwili:

— Przyszłam tu ze względu na waszego specjalistę od farb. Poszedł na zaplecze i nadal nie wrócił.

Yonca pochyliła się nad nią gwałtownie.

— On przygotowuje farby, a ja je nakładam — wyszeptała przez zaciśnięte zęby. — Nie wspominaj o nim teraz. To kwestia życia i śmierci. Bądź cicho, a dostaniesz trzy darmowe farbowania.

Derya spojrzała w stronę zaplecza, jakby coś ją zaciekawiło.

— Yonca, widzę tam półkę z lakierami. Może wybiorę sobie któryś i pomaluję paznokcie — powiedziała, już podnosząc się z miejsca.

— Nie, nie, poczekaj! — Yonca zastąpiła jej drogę. — Po co masz się męczyć? Beyza się tym zajmie. Beyzo, pomaluj Deryi paznokcie. Szybko!

Beyza zacisnęła usta, ale nie miała wyjścia. Niechętnie podeszła do półki, wzięła czerwony lakier i usiadła obok Deryi. Każdy jej ruch zdradzał gniew i urażoną dumę.

— Niech będzie czerwony — oznajmiła Derya, z trudem powstrzymując satysfakcję.

Beyza ujęła jej dłoń i zaczęła malować paznokcie. Pędzelek sunął po płytce ostrożnie, ale napięcie między kobietami było wyczuwalne w każdym geście.

— Powodzenia w nowej pracy — powiedziała Derya słodkim głosem.

— Dziękuję — odparła Beyza przez zęby. Po chwili uniosła wzrok. — A co słychać u twoich? U męża i syna?

— Syn zdobył pierwsze miejsce w konkursie na esej, a Cemil wziął się ostro za malowanie i wreszcie zarabia dobre pieniądze.

— Świetnie. A co dokładnie maluje?

— Domy, sklepy… Wszystko, co trzeba.

Beyza zmrużyła oczy.

— A włosy?

Yonca natychmiast rzuciła jej ostrzegawcze spojrzenie.

— Beyza, zdecydowanie za dużo mówisz! Zamiast gadać, zajmij się paznokciami.

Beyza zamilkła, choć w jej oczach błysnęła złośliwa ciekawość. Derya zaśmiała się lekko, zupełnie nieświadoma, że jej mąż był tuż obok. Tak blisko, że wystarczyło odsunąć cienką firankę, by zobaczyć go skulonego na zapleczu. Tak blisko, że oddychali tym samym powietrzem.

***

W domu Engina zjawiła się sąsiadka ze swoją najlepszą przyjaciółką. Obie kobiety usiadły naprzeciwko gospodarzy, na jasnej, skórzanej kanapie. Salon wyglądał odświętnie: na stoliku stał okazały bukiet czerwonych kwiatów, a miękkie światło wpadające przez firanki ocieplało błękitne ściany.

Saziment, siedząca po lewej stronie, była kobietą postawną, o rudawych włosach ułożonych w krótki bob. Miała na sobie szary sweter, złotą biżuterię i minę osoby, która przyszła załatwić bardzo konkretną sprawę. Obok niej siedziała sąsiadka — ciemnowłosa, elegancka kobieta w czarnym żakiecie i połyskującej bluzce. Patrzyła uważnie, z powagą, jak ktoś, kto dobrze wiedział, po co tu przyszedł.

Naprzeciwko nich usiedli Engin i Sila. Engin miał na sobie jasnoszary garnitur, białą koszulę i czarny krawat. Wyglądał oficjalnie, ale jego spojrzenie zdradzało napięcie. Sila, młoda, delikatna i uśmiechnięta, siedziała obok niego w czerwonej sukience. Długie, lekko falowane włosy opadały jej miękko na ramiona, a w jej spojrzeniu mieszały się uprzejmość, zakłopotanie i ostrożna ciekawość.

— Pani Saziment jest moją najlepszą przyjaciółką — oznajmiła sąsiadka. — Ma wspaniałego syna, którego właśnie chce ożenić.

— Mój Cankut zajmuje się handlem — podjęła Saziment z dumą. — Jest właścicielem sklepu z urządzeniami AGD. Ma dom, samochód… Dzięki Bogu, nie możemy narzekać na sytuację finansową.

— Jak pięknie — odparła Sila z uprzejmym uśmiechem. — Niech Bóg obdarzy was jeszcze większą łaską.

Sąsiadka nachyliła się ku niej z wyraźnym zadowoleniem.

— Córko, czy lubisz ogrody?

— Tak. W mojej rodzinnej miejscowości mieliśmy ogród.

— Widzisz, Saziment? — Sąsiadka od razu klasnęła lekko w dłonie. — Są dla siebie stworzeni. Cankut też ma własny ogród i uwielbia w nim pracować. Jeśli Bóg pozwoli, od teraz będziecie dbać o niego razem.

Saziment przyjrzała się Sili uważniej.

— A po ślubie planujesz pracować?

Engin, który do tej pory słuchał z coraz większym napięciem, uniósł brwi.

— Szuka pani synowej czy gosposi? — wtrącił chłodno. — Spodobała się wam pracowita dziewczyna, więc po ślubie chcecie zamknąć ją w domu?

Sila dyskretnie szturchnęła go łokciem.

— Nie, synu, nie to miałam na myśli — zaprzeczyła szybko Saziment. — Jeśli Bóg da, będzie mogła pracować w sklepie mojego syna. Niech mąż i żona pracują razem.

— Pięknie — rzucił Engin z drwiącym uśmiechem. — Ogrodniczka, kasjerka w sklepie i sprzątaczka w domu. Coraz bardziej mam wrażenie, że nie szukacie żony, tylko niewolnicy.

Sila wymierzyła mu kolejnego kuksańca, tym razem znacznie mocniejszego.

— Pan adwokat lubi żartować — powiedziała, siląc się na spokojny uśmiech. — Mam nadzieję, że na sali sądowej nie żartuje w ten sposób.

— Tak, oczywiście — mruknął Engin. — Żartuję.

Sila wstała i sięgnęła po bukiet.

— Włożę kwiaty do wody, żeby nie zwiędły. — Spojrzała znacząco na Engina. — Możesz pójść ze mną? Muszę ci coś powiedzieć.

Weszli do kuchni. Gdy tylko zniknęli kobietom z oczu, Sila odłożyła kwiaty na blat i odwróciła się do Engina z gniewem.

— Co ty próbujesz zrobić? Sam ich tu zaprosiłeś, a teraz zachowujesz się niegrzecznie.

— Zadzwoniłem, ale to ty je zaprosiłaś.

— Zapytałam cię, czy to w porządku, a ty powiedziałeś, że tak.

Engin spojrzał na nią poważnie. W jego głosie nie było już ani śladu kpiny.

— Nie. To nie jest w porządku. Nie oddam cię nikomu.

Na twarzy Sili pojawiło się najpierw zaskoczenie, a po chwili oburzenie.

— To ty będziesz decydował, za kogo wyjdę za mąż?

Engin przez moment milczał. Potem odchrząknął i powiedział z pełną powagą:

— Jest coś, o czym nie wiesz.

— Co takiego?

— Cankut ma zeza. Do tego wytrzeszcz oczu. A jakby tego było mało, jest kobieciarzem.

Sila zmrużyła oczy.

— Kobieciarz z zezem… Ciekawe.

— Oczywiście. Czy istnieje jakieś prawo, które zabrania mężczyznom z zezem być kobieciarzami? Mogą na przykład chodzić na polowania tylko nocą.

— A skąd ty to wszystko wiesz? — zapytała, coraz mniej przekonana. — Przecież od wczorajszego wieczoru nie wychodziłeś z domu.

— Zgadza się, nie wychodziłem. Zdobyłem informacje telefonicznie. Dzwoniłem po kolei do sąsiadów, kupców, znajomych… do wszystkich. I bardzo dobrze zrobiłem, bo wyszło na jaw, że to kobieciarz. W okolicy nie mogą znaleźć dziewczyny, która zgodziłaby się za niego wyjść, więc szukają przyjezdnej, która jeszcze nic o nim nie słyszała. Trafiłaś się ty i dlatego tak nalegają. Wcale nie dlatego, że jesteś piękna, miła i sympatyczna.

Sila przyjrzała mu się uważniej.

— Jestem piękna?

Engin na moment się zawahał.

— Cóż… Te panie tak twierdzą.

— I co ja mam im teraz powiedzieć?

Na twarzy Engina pojawił się szeroki, pewny siebie uśmiech.

— Ja się tym zajmę.

Wrócił do salonu i usiadł naprzeciwko kobiet. Przybrał łagodny, niemal serdeczny wyraz twarzy.

— Bardzo dziękuję za przybycie, ale Sila nie planuje wyjścia za mąż.

Saziment i sąsiadka spojrzały po sobie z wyraźnym zmartwieniem.

— Czego dokładnie się obawia? — zapytała sąsiadka. — Pozwól nam z nią porozmawiać, proszę.

Engin przysunął się bliżej i ściszył głos.

— Naprawdę was polubiłem, dlatego powiem wam coś z dobroci serca. Nie dajcie się zwieść jej anielskiej twarzy i miłym słowom. W rzeczywistości to czarownica. Zrujnowałaby życie pani synowi. Tylko proszę, nie mówcie, że wiecie to ode mnie.

Kobiety zesztywniały.

— Niedawno rozbiła głowę pewnemu mężczyźnie tylko dlatego, że wyglądał jak ktoś, kogo nie lubi — ciągnął Engin śmiertelnie poważnym tonem. — Ledwo udało mi się nie dopuścić, żeby sprawa trafiła do sądu. Z trudem ją z tego wyciągnąłem.

— Do diabła z jej urodą! — żachnęła się Saziment, podnosząc się z miejsca. — Prawie władowałam mojego syna na minę.

— Niech Bóg cię błogosławi, adwokacie — dodała sąsiadka, również wstając. — Ale moim zdaniem ty też powinieneś się jej jak najszybciej pozbyć.

Engin westchnął ciężko.

— Niestety nie mogę.

— Dlaczego?

Spojrzał na nie z udawanym lękiem.

— Boję się. Dlatego proszę, niech to zostanie między nami. Nikt nie może się o tym dowiedzieć.

— Oczywiście, oczywiście — zapewniła sąsiadka.

Chwyciła Saziment pod ramię i obie szybkim krokiem skierowały się do wyjścia, jakby bały się, że Sila zaraz wróci do salonu.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia był film Gelin 175.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

Podobne wpisy