„Panna młoda” Odc. 166 – streszczenie
Tayyar siedział na kanapie, w milczeniu przesuwając palcem po ekranie telefonu. Wyglądał na pochłoniętego wiadomościami, ale gdy tylko usłyszał kroki na korytarzu, natychmiast odłożył urządzenie na bok.
Do pokoju weszła Yonca. W dłoniach niosła niewielką tacę z dwiema filiżankami kawy. Ostrożnie postawiła ją na stoliku, po czym zajęła miejsce obok niego.
— Nie wiedziałam, jaką kawę pijesz — powiedziała z lekkim uśmiechem, podsuwając mu filiżankę. — Założyłam więc, że bez cukru.
Tayyar spojrzał na nią z rozbawieniem.
— Założyłaś właściwie. Ale skąd wiedziałaś?
Yonca wzruszyła ramionami.
— Duzi, poważni faceci tacy jak ty zwykle piją kawę bez cukru.
Na twarzy Tayyara pojawił się cień uśmiechu.
— Czyli już mnie zaszufladkowałaś?
— Trochę. — Zaśmiała się cicho. — Ale przyznaj, że brzmi to całkiem wiarygodnie.
— Chyba nie mam argumentów, żeby zaprzeczyć.
Przez chwilę między nimi panowała przyjemna cisza. Oboje sięgnęli po filiżanki.
Tayyar upił łyk kawy, po czym spoważniał.
— Yonco, jest coś, o czym chciałbym, żebyś pamiętała.
Dziewczyna spojrzała na niego uważnie.
— Słucham.
— Możesz zostać tutaj tak długo, jak będziesz chciała. Ale równie dobrze możesz odejść jutro, za tydzień albo za miesiąc. Nie jesteś niczym związana. Nie musisz czuć się zobowiązana wobec mnie.
Yonca zmarszczyła lekko brwi.
— Tayyar…
— Posłuchaj. — Przerwał jej łagodnie. — Nie martw się też rozwodem. Jak tylko będziesz gotowa, złożymy wniosek do sądu. Jeśli obie strony się zgodzą, wszystko zostanie załatwione szybko i bez problemów. To, co zrobiłem, nie było poświęceniem ani przysługą, za którą powinnaś teraz płacić. Po prostu zrobiłem to, co uważałem za słuszne.
Yonca odłożyła filiżankę. Oparła łokcie na kolanach i przez chwilę wpatrywała się w niego w milczeniu.
— A jeśli powiem, że nie jestem tutaj z poczucia obowiązku?
Tayyar uniósł wzrok.
— Wtedy ci uwierzę.
— Nie zostałam dlatego, że czuję się twoją dłużniczką. — Jej głos był spokojny, ale stanowczy. — Zostałam, bo sama tego chciałam. Po raz pierwszy od bardzo dawna czuję się bezpiecznie. Nie spieszy mi się donikąd.
Na moment zawahała się.
— Chyba że tobie przeszkadza moja obecność. Albo jest ktoś, komu nie spodobałoby się, że mieszkam tutaj z tobą.
Tayyar pokręcił głową bez chwili namysłu.
— Nie ma takiej osoby.
— Jesteś pewien?
— Całkowicie. — Spojrzał jej prosto w oczy. — Możesz zostać tak długo, jak zechcesz. W moim życiu nie ma nikogo, kto miałby coś przeciwko temu.
Yonca odetchnęła z wyraźną ulgą.
— W takim razie… — powiedziała ciszej — zostańmy współlokatorami.
Na ustach Tayyara pojawił się szczery uśmiech.
— Umowa stoi.
Sięgnęli po filiżanki niemal w tym samym momencie. Przez kilka sekund pili kawę w milczeniu, wymieniając krótkie spojrzenia.
Atmosfera była spokojna, ciepła i zaskakująco naturalna. Jakby oboje po raz pierwszy od dawna mogli po prostu usiąść obok siebie, nie myśląc o problemach, które czekały za drzwiami tego domu.
I choć żadne z nich nie powiedziało tego na głos, oboje czuli, że właśnie zrobili pierwszy krok ku czemuś nowemu.


***
Na szpitalnym korytarzu panował względny spokój. Co jakiś czas ciszę przerywały jedynie odległe kroki personelu i ciche sygnały dobiegające z sal chorych.
Cihan siedział na jednym z krzeseł w poczekalni, pochylony do przodu, z dłońmi splecionymi przed sobą. Jego twarz pozostawała niewzruszona, ale napięcie widoczne w spojrzeniu zdradzało, że od dawna żyje w niepewności.
Naprzeciwko niego usiadł mężczyzna, któremu kilka dni wcześniej zlecił zebranie informacji o Hancer. Miał sprawdzić, czy w jej życiu rzeczywiście istnieje tajemniczy mężczyzna, rzekomy ojciec jej dziecka.
Detektyw odchrząknął i spojrzał na Cihana znacząco.
— Po raz pierwszy od początku tego śledztwa mam coś konkretnego — powiedział cicho. — Przez długi czas trafiałem wyłącznie na ślepe uliczki. Tym razem jest inaczej.
Cihan uniósł wzrok.
— Mów.
— Najpierw postanowiłem wszystko dokładnie sprawdzić. Nie chciałem zawracać ci głowy plotkami ani domysłami. Kiedy jednak udało mi się potwierdzić informacje, od razu zadzwoniłem.
Na twarzy Cihana pojawił się cień zniecierpliwienia.
— Nie każ mi wyciągać z ciebie każdego słowa. Powiedz wreszcie, czego się dowiedziałeś.
Detektyw skinął głową.
— Pani Hancer regularnie spotykała się z pewnym taksówkarzem.
Cihan wyprostował się nieznacznie.
— Taksówkarzem?
— Tak. Kilkukrotnie widziano ją na postoju taksówek. Nie wyglądało to na przypadkowe wizyty. Rozmawiałem z pracujący tam kierowcami. Kiedy pokazałem im jej zdjęcie, rozpoznali ją bez najmniejszego wahania.
Przez twarz Cihana przemknął niepokój.
— Kim jest ten człowiek?
Detektyw zawahał się przez sekundę, jakby przeczuwał reakcję swojego rozmówcy.
— Nazywa się Melih.
Zapadła cisza.
Przez krótką chwilę Cihan nawet nie mrugnął. Potem jego szczęka zacisnęła się tak mocno, że wyraźnie zarysowały się mięśnie policzków.
— Melih… — powtórzył lodowatym głosem.
W jego oczach pojawił się niebezpieczny błysk.
Jeśli Melih rzeczywiście miał jakikolwiek związek z dzieckiem…
Cihan zacisnął pięści.
Musiał poznać prawdę. Natychmiast.
***
Hancer wykorzystała krótką nieobecność Cihana. Gdy tylko wyszedł z sali, by porozmawiać z detektywem, szybko narzuciła na siebie ubrania. Wciąż była osłabiona, a każdy gwałtowniejszy ruch przypominał jej o wydarzeniach ostatnich godzin, jednak strach przed tym, co zamierzał zrobić Cihan, dodawał jej sił.
Nie chciała wracać do rezydencji.
Nie chciała znaleźć się znowu tak blisko Beyzy.
Cicho otworzyła drzwi i wymknęła się na szpitalny korytarz.
Dotarła do holu, gdzie na moment przystanęła, próbując uspokoić przyspieszony oddech. Właśnie wtedy zauważyła znajomą sylwetkę.
Melih.
Mężczyzna rozejrzał się nerwowo po recepcji, jakby kogoś szukał. Kiedy jego wzrok padł na Hancer, natychmiast ruszył w jej stronę.
— Hancer? — zapytał z wyraźnym niepokojem. — Co się stało? Wszystko w porządku?
Na widok przyjaciela poczuła ulgę.
— Tak… — odpowiedziała cicho.
Melih zmarszczył brwi.
— Nie wyglądasz na kogoś, komu nic nie jest.
Hancer spuściła wzrok.
— Czuję się już lepiej. Po prostu muszę stąd wyjść.
— A gdzie Cihan?
— Poszedł z kimś porozmawiać. — Rozejrzała się niespokojnie po korytarzu. — Nie mam dużo czasu. Jeśli mnie znajdzie, zabierze mnie do rezydencji.
— Do rezydencji?
— Chce, żebym mieszkała tam aż do porodu. Powiedział, że nie pozwoli mi odejść.
Melih zesztywniał.
W jednej chwili wróciły do niego słowa, które niedawno usłyszał w starym domu.
Tym razem ją zabiję! Ją i dziecko, które nosi! Nie pozwolę, żeby się urodziło!
Głos Beyzy wciąż dźwięczał mu w uszach.
Spojrzał na Hancer, a jego decyzja zapadła natychmiast.
Nie mógł pozwolić, by wróciła tam choćby na jeden dzień.
— Chodź ze mną — powiedział stanowczo.
— Melihu…
— Nie ma czasu na wyjaśnienia. Chodź.
Delikatnie, ale zdecydowanie ujął ją pod ramię. Hancer nie protestowała. Była zmęczona, zagubiona i coraz bardziej przerażona tym, jak bardzo Cihan próbował przejąć kontrolę nad jej życiem.
Powoli opuścili budynek szpitala.
Na zewnątrz powitało ich chłodne powietrze. Kilka metrów dalej stała żółta taksówka Meliha.
— Jeszcze kawałek — powiedział, pomagając jej zejść po schodach.
Hancer skinęła głową.
Byli już niemal przy samochodzie, gdy nagle za ich plecami rozległ się donośny głos.
— Hancer!
Oboje zamarli.
Ten głos nie pozostawiał żadnych wątpliwości.
Hancer poczuła, jak serce gwałtownie podskakuje jej do gardła.
Powoli odwróciła głowę.
Kilka metrów dalej stał Cihan.
Jego twarz była napięta, a spojrzenie utkwione w dłoni Meliha spoczywającej na ramieniu Hancer.
Przez krótką chwilę nikt się nie poruszył.
Czas jakby stanął w miejscu.
Melih instynktownie wysunął się nieco przed Hancer, jakby chciał ją osłonić.
Cihan zauważył ten gest.
Jego szczęki zacisnęły się jeszcze mocniej.
A potem ruszył w ich stronę.


***
Cihan zatrzymał się zaledwie krok od nich.
Przez chwilę panowała cisza.
Powietrze między trzema osobami zdawało się drżeć od napięcia.
Najpierw zmierzył Meliha lodowatym, pełnym wrogości spojrzeniem. Potem przeniósł wzrok na Hancer. W jego oczach mieszały się gniew, niepokój i coś jeszcze — poczucie, że właśnie wymyka mu się coś, nad czym do tej pory miał kontrolę.
— Dokąd idziesz? — zapytał twardo. — Musisz mi to wyjaśnić.
Ton jego głosu bardziej przypominał rozkaz niż pytanie.
Hancer zacisnęła dłonie.
— Dosyć, Cihanie! — wyrzuciła z siebie. — Naprawdę dosyć! Zostaw mnie w spokoju. Przestań za mną chodzić i decydować za mnie!
Odwróciła się, chcąc odejść, lecz Cihan błyskawicznie chwycił ją za ramię.
— Nie możesz nigdzie iść! — syknął. — Nie pozwalam na to!
Hancer skrzywiła się z bólu.
W następnej chwili Melih złapał Cihana za nadgarstek i mocno ścisnął jego rękę.
— Puść ją.
Głos miał spokojny, ale niebezpiecznie stanowczy.
— Natychmiast.
Cihan powoli odwrócił głowę.
Ich spojrzenia się spotkały.
Żaden nie zamierzał ustąpić.
— Kim ty właściwie jesteś? — wycedził Cihan. — Myślisz, że możesz stanąć mi na drodze?
Melih nawet nie mrugnął.
— Jeśli trzeba, tak.
— Pytam, kim jesteś!
Melih zrobił krok bliżej.
— Jestem przyszłym mężem Hancer.
Hancer gwałtownie odwróciła głowę w jego stronę, zaskoczona tą deklaracją. Cihan jednak nie zauważył jej reakcji. Patrzył wyłącznie na mężczyznę stojącego przed nim. Jakby próbował zrozumieć sens tego, co właśnie usłyszał.
— Co powiedziałeś? — zapytał po chwili głosem nienaturalnie cichym. — Powtórz.
— Słyszałeś mnie.
— Powtórz!
Melih nie odwrócił wzroku.
— Widzę, że nadal nie rozumiesz. Dobrze więc, wyjaśnię ci dokładnie.
Zrobił krótką pauzę.
— Jestem ojcem dziecka, które nosi Hancer.
Świat wokół Cihana jakby zamarł. Przez moment nie słyszał niczego poza własnym oddechem.
Spojrzał na Hancer.
Potem znowu na Meliha.
A potem coś w nim pękło.
Jednym szarpnięciem chwycił Meliha za marynarkę.
— Co ty powiedziałeś?!
Jego głos odbił się echem od ścian budynku.
— Powtórz to!
Nie czekając na odpowiedź, zamachnął się i z całej siły uderzył go pięścią w twarz.
Hancer krzyknęła.
— Co ty robisz?! Zwariowałeś?!
Melih zachwiał się, lecz nie upadł. Dotknął rozciętej wargi, a na jego palcach pojawiła się krew.
Powoli się wyprostował.
I znów stanął naprzeciw Cihana.
Nie cofnął się nawet o krok.
To rozwścieczyło Cihana jeszcze bardziej.
Kolejny cios spadł niemal natychmiast.
Melih tym razem stracił równowagę i odsunął się kilka kroków.
— Przestań! — krzyczała Hancer. — Cihanie, opanuj się!
Ale on już jej nie słuchał. Gniew całkowicie odebrał mu rozsądek.
— Zabiję cię! — wrzasnął do Meliha. — Rozumiesz?! Zabiję!
— Pomocy! — wołała Hancer, rozglądając się rozpaczliwie. — Niech ktoś pomoże! Proszę!
Jej krzyk usłyszeli ludzie znajdujący się przy wejściu do szpitala.
Kilka sekund później pojawili się ochroniarze oraz detektyw, z którym wcześniej rozmawiał Cihan. Musieli użyć siły, by odciągnąć go od Meliha.
— Puśćcie mnie! — szarpał się. — Słyszycie?! Puśćcie!
Dwóch ochroniarzy ledwie utrzymywało go w miejscu.
— Nie skończyłem z tobą! — krzyczał w stronę Meliha. — Jeszcze się policzymy! Zapłacisz mi za to! Przysięgam, że zapłacisz!
Melih milczał. Oddychał ciężko, ale nie spuszczał z niego wzroku. Dopiero gdy ochroniarze odciągnęli Cihana dalej, pozwolił sobie na głębszy oddech.
Jeden z pracowników ochrony podał mu chusteczkę.
— Dziękuję — powiedział cicho i otarł krew z rozciętej wargi.
Hancer patrzyła na niego w osłupieniu.
— Dlaczego? — zapytała w końcu. — Dlaczego to powiedziałeś?
Melih uniósł wzrok. W jego oczach nie było ani śladu żalu.
— Bo musiałem.
— Melihu…
— To było jedyne wyjście.
Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. Potem Melih otworzył przed nią drzwi taksówki.
— Wsiadaj.
Hancer zawahała się tylko przez chwilę. Spojrzała jeszcze raz w stronę Cihana, którego ochroniarze wciąż powstrzymywali przed kolejnym atakiem.
Zaraz potem wsiadła do samochodu. Melih zamknął za nią drzwi, obszedł pojazd i usiadł za kierownicą.
Silnik zapalił od razu.
Kilka sekund później taksówka ruszyła z miejsca. Hancer i Melih odjechali, zostawiając za sobą szpital oraz Cihana, który wciąż nie potrafił otrząsnąć się ze słów, jakie przed chwilą usłyszał.


***
Melih zatrzymał taksówkę przy krawężniku, w zacisznym miejscu niedaleko niewielkiego parku. Silnik ucichł, a wokół nich zapadła spokojna, niemal kojąca cisza, tak różna od chaosu, który jeszcze chwilę wcześniej rozgrywał się przed szpitalem.
Wysiedli z samochodu i powoli skierowali się w stronę stojącej nieopodal ławki. Hancer usiadła pierwsza. Wciąż była blada i wyczerpana, ale przynajmniej mogła wreszcie odetchnąć bez strachu, że za chwilę ktoś zacznie za nią biec albo zmuszać ją do czegoś wbrew jej woli.
Melih usiadł obok. Przyłożył do nosa zmiętą chusteczkę, na której wciąż pojawiały się ślady krwi.
Przez chwilę żadne z nich się nie odzywało.
W końcu Hancer odwróciła głowę w jego stronę.
— Nie rozumiem cię, Melihu. — Pokręciła lekko głową. — Dlaczego naraziłeś się dla mnie? Dlaczego pozwoliłeś, żeby cię uderzał?
Na ustach Meliha pojawił się słaby uśmiech.
— Nie zrobiłem tego dla ciebie, więc nie czuj się zobowiązana.
— Jak mam się nie czuć? Przecież stanąłeś przede mną i skłamałeś Cihanowi prosto w twarz.
— Właśnie dlatego. — Wzruszył ramionami. — Może po raz pierwszy w życiu chciałem być do czegoś przydatny.
Hancer spojrzała na niego z niedowierzaniem.
— Nie mów tak o sobie.
— Dlaczego nie? To prawda.
— Nie. To tylko to, w co próbujesz uwierzyć.
Melih zaśmiał się cicho.
— Widzisz? Nawet teraz próbujesz mnie pocieszać.
Potem jego uśmiech nieco przygasł.
— Ale naprawdę, Hancer. Jeśli mam być szczery, przez całe życie wszystko robiłem nie w porę. Zawsze byłem albo spóźniony, albo zbyt pochopny. Kiedy trzeba było działać, nie było mnie. Kiedy się pojawiałem, było już za późno.
Na chwilę zamilkł, patrząc na chusteczkę w swojej dłoni.
— A dziś… po raz pierwszy zdążyłem na czas.
Hancer słuchała go w milczeniu.
— Czy nie tego właśnie chciałaś? — zapytał spokojnie. — Uciec od Cihana? Uwolnić się od jego ciągłej kontroli? Chociaż raz samodzielnie zdecydować, dokąd pójdziesz?
Dziewczyna spuściła wzrok. Wiedziała, że miał rację.
— Pozwól mi więc nacieszyć się tym jednym momentem — dodał łagodniej. — Pozwól mi uwierzyć, że tym razem zrobiłem coś właściwego.
Hancer patrzyła na niego przez dłuższą chwilę. Dopiero teraz zauważyła szczegóły, które wcześniej umknęły jej uwadze.
Idealnie skrojony garnitur.
Poluzowany krawat.
Elegancką marynarkę pobrudzoną krwią po bójce.
I wreszcie żółtą taksówkę stojącą po drugiej stronie alejki. Jej wzrok zatrzymał się na białych wstążkach przy lusterkach i bukiecie czerwono-białych kwiatów przymocowanym do maski.
Zmarszczyła brwi.
— Melihu…
— Hm?
— Ta taksówka jest przystrojona do ślubu.
Mężczyzna odwrócił głowę i spojrzał na samochód, jakby dopiero sobie o nim przypomniał. Na jego twarzy pojawił się rozbawiony uśmiech.
— Rzeczywiście.
— Nie zamierzasz mi nic wyjaśnić?
— A jest co wyjaśniać?
— Chyba tak.
Melih odchylił się na oparcie ławki.
— Powiedzmy, że miałem dziś pewne plany.
Po chwili wzruszył ramionami.
— Ale życie najwyraźniej postanowiło napisać zupełnie inny scenariusz.
Jego spojrzenie ponownie powędrowało ku przystrojonej taksówce.
— Wiesz, ludzie często mówią, że nigdy nie wiadomo, co przyniesie kolejny dzień.
Uśmiechnął się gorzko.
— Ja przekonałem się o tym w ciągu kilku godzin. Rano jechałem na własny ślub. Kilka godzin później uciekam ze szpitala z kobietą, która nie chce wracać do domu swojego byłego męża.
Hancer parsknęła cichym śmiechem. Po raz pierwszy od wielu godzin.
Melih spojrzał na nią i również się uśmiechnął.
— Właśnie o tym mówię. Kiedy coś ma się wydarzyć, po prostu się wydarza. Niezależnie od naszych planów.
Potem umilkł. Jego wzrok powędrował gdzieś daleko, poza park, poza ulicę i stojącą przy niej taksówkę.
Jakby próbował wyobrazić sobie przyszłość, której jeszcze rano wcale nie brał pod uwagę.


***
Cihana wciąż rozsadzał gniew.
Przemierzał gabinet długimi, nerwowymi krokami, raz po raz zaciskając szczęki. Każdy mięsień jego ciała był napięty do granic możliwości. W głowie wciąż odtwarzał scenę sprzed szpitala — twarz Meliha, jego spokojne spojrzenie i słowa, które nie przestawały dźwięczeć mu w uszach.
„Jestem ojcem dziecka, które nosi Hancer.”
W końcu zatrzymał się gwałtownie przed Enginem.
— Ten drań patrzył mi prosto w oczy i powiedział, że jest ojcem dziecka! — wybuchł, uderzając dłonią w krawędź biurka. — Powiedział to bez cienia wahania!
Engin obserwował przyjaciela z rosnącym niepokojem.
— Cihanie…
— No dalej! — przerwał mu ostro. — Powiedz mi jeszcze raz, że Hancer nie mogłaby mi tego zrobić. Powiedz!
— Nie wiem, co powiedzieć.
— Ja wiem. Zrobiła to.
W gabinecie zapadła ciężka cisza.
Engin potrząsnął głową.
— Nie. Nie potrafię w to uwierzyć. Coś się tutaj nie zgadza.
— Nie zgadza?
— Tak. Hancer i Melih? To brzmi niedorzecznie.
Rozłożył bezradnie ręce.
— Przecież to nie ma sensu.
Cihan zaśmiał się krótko, ale w jego śmiechu nie było ani odrobiny rozbawienia.
— Szukasz logiki tam, gdzie jej nie ma.
Odwrócił się i podszedł do okna.
— Mój kierowca od miesięcy kręcił się wokół mojej żony, a ja tego nie zauważyłem. Albo nie chciałem zauważyć.
— To nie jest takie proste…
— Właśnie że jest! — odciął się gwałtownie. — Od dnia rozwodu podążał za nią jak cień. Był zawsze obok. Pomagał jej. Wspierał ją. A ja uznałem, że to nic nie znaczy.
Zacisnął dłonie.
— Nawet przez chwilę nie potraktowałem go jak zagrożenia.
— Bo ufałeś Hancer.
— Właśnie.
W jego głosie pojawiła się gorycz.
— Ufałem jej bardziej niż samemu sobie.
Przez moment patrzył gdzieś przed siebie.
— Jeśli naprawdę mnie zdradziła, to jestem największym głupcem na świecie.
Engin westchnął ciężko.
— A jeśli nie?
Cihan odwrócił się powoli.
— Co masz na myśli?
— Może istnieje jakieś wyjaśnienie, którego jeszcze nie znamy.
— Jakie?
— Nie wiem.
Engin zawahał się.
— Może to coś nowego. Może wydarzyło się niedawno. Ludzie czasem popełniają błędy. Gubią się. Podejmują złe decyzje pod wpływem emocji.
Cihan spojrzał na niego tak, jakby nie wierzył własnym uszom.
— Coś nowego?
Powtórzył te słowa z niedowierzaniem.
— Enginie, Hancer jest w trzecim miesiącu ciąży.
Każde słowo wypowiadał powoli i wyraźnie.
— Lekarz powiedział mi to osobiście. To pewna informacja.
Jego twarz stwardniała.
— To nie jest chwilowe zauroczenie. To nie jest jednorazowy błąd.
Podszedł bliżej przyjaciela.
— Jeśli Melih mówi prawdę, to znaczy, że to trwa od miesięcy.
W jego oczach błysnął gniew.
— A może nawet dłużej.
Engin zamilkł.
Nie potrafił znaleźć argumentu, który uspokoiłby Cihana.
— Wiesz, co jest najgorsze? — odezwał się po chwili Cihan. — Nie to, że mogła mnie zdradzić.
Jego głos nagle stał się cichszy. Znacznie bardziej niebezpieczny.
— Najgorsze jest to, że nie wiem, od kiedy byłem oszukiwany.
Oparł dłonie o blat biurka i pochylił głowę.
Przez kilka sekund w gabinecie panowała cisza.
Potem wyprostował się powoli. W jego oczach nie było już bólu.
Pozostał tylko gniew.
I determinacja.
— Dowiem się wszystkiego.
— Cihanie…
— Nie spocznę, dopóki nie poznam prawdy.
Zacisnął pięści tak mocno, że pobielały mu knykcie.
— Jeśli Melih mnie okłamał, zniszczę go za to.
Podniósł wzrok na Engina.
— A jeśli powiedział prawdę…
Nie dokończył. Nie musiał.
Wyraz jego twarzy mówił wszystko.
I właśnie to najbardziej niepokoiło Engina.
***
Cihan wezwał Gulsum, Fadime i Aysu do firmy.
Trzy kobiety stały teraz przed nim w przestronnym gabinecie, wyraźnie spięte i zaniepokojone. Atmosfera była ciężka jak przed burzą. Cihan nie zaprosił ich, by usiadły. Sam również nie usiadł. Stał przy biurku z rękami splecionymi za plecami, a jego surowe spojrzenie wędrowało od jednej twarzy do drugiej.
Tuż przed wejściem do gabinetu Gulsum dyskretnie wyjęła telefon i połączyła się z Beyzą. Schowała urządzenie do torebki, pozostawiając aktywne połączenie. Beyza miała słyszeć każde wypowiedziane tutaj słowo.
— Mam nadzieję, że wszystko jest w porządku, panie Cihanie — odezwała się Gulsum, próbując rozładować napięcie wymuszonym uśmiechem. — Nie mów tylko, że zamierzasz nas wszystkie zwolnić.
Cihan spojrzał na nią chłodno.
— To zależy od tego, co za chwilę usłyszę.
Uśmiech natychmiast zniknął z jej twarzy.
— Teraz słuchajcie mnie uważnie. Chcę poznać prawdę. Która z was wiedziała, że Hancer przebywa w starym domu?
Kobiety wymieniły szybkie, niepewne spojrzenia.
— Ja nawet tam nie chodzę — odpowiedziała natychmiast Gulsum. — Ostatni raz widziałam panią Hancer wtedy, gdy przyjechała do rezydencji posprzątać. Poza tym… nigdy szczególnie za mną nie przepadała. Nie miałyśmy dobrych relacji.
— Nie pytałem o wasze relacje — przerwał jej ostro. — Zapytałem, kto wiedział, gdzie jest.
Fadime nerwowo otarła wilgotne czoło.
— Nic nie wiedziałyśmy, panie Cihanie — zapewniła drżącym głosem. — Przysięgam.
Aysu natychmiast skinęła głową.
— To prawda.
— Kiedy zobaczyłyśmy ją w twoich ramionach, byłyśmy przekonane, że sam ją tam znalazłeś albo przywiozłeś — dodała Gulsum.
Cihan prychnął pogardliwie.
— Dzięki Bogu nie zrobiłem niczego tak głupiego.
Odwrócił się na chwilę do okna.
— Niestety wokół mnie nie brakuje ludzi, którzy nie potrafią odróżnić lojalności od zdrady.
Słowa zawisły w powietrzu jak groźba.
Fadime przełknęła ślinę.
— Nadal nie rozumiem, dlaczego nas pan tu wezwał.
— Naprawdę?
— Pracuję dla twojej rodziny od wielu lat — mówiła dalej, zbierając odwagę. — Nigdy cię nie zawiodłam. Nigdy nie okazałam niewdzięczności. Moja córka również.
Spojrzała na stojącą obok Aysu.
— Nie mamy z tym nic wspólnego.
Cihan ruszył powoli w ich stronę. Każdy jego krok potęgował napięcie.
— Być może wy nie.
Zatrzymał się tuż przed Fadime.
— Ale twój syn już tak.
Kobieta pobladła. Aysu natychmiast wystąpiła krok do przodu.
— Mój brat jest dobrym człowiekiem!
— Naprawdę?
— Tak! Jeśli pomógł Hancer, to tylko dlatego, że chciał ją chronić. Co w tym złego?
Cihan spojrzał na nią z mieszaniną irytacji i pobłażania.
— Jesteś młoda, Aysu. Nie rozumiesz jeszcze wielu rzeczy.
Następnie przeniósł wzrok na Fadime.
— Ale twoja matka doskonale rozumie, o czym mówię.
Fadime pokręciła głową.
— Nie widziałam Meliha od dnia, kiedy odszedł z rezydencji. Nie wiem, gdzie mieszka. Nie wiem, czym się zajmuje. Nie mam z nim kontaktu.
Jej głos coraz bardziej drżał.
— Przysięgam, że nic nie wiem. O co właściwie nas oskarżasz? Co takiego zrobił mój syn?
Twarz Cihana stwardniała.
— Dopuścił się czegoś, czego nigdy mu nie wybaczę.
W oczach Fadime pojawił się strach.
— Co masz na myśli?
— Ukarzę go osobiście.
Kobieta odruchowo przyłożyła dłoń do piersi. Aysu objęła ją ramieniem.
Cihan jednak pozostał niewzruszony.
— Właśnie dlatego was tu wezwałem. Jeśli coś ukrywacie, jeśli próbujecie go chronić albo pomagać mu za moimi plecami, staniecie się jego wspólniczkami.
Spojrzał kolejno na każdą z nich.
— A ja rozliczę się z wami zaraz po nim.
W gabinecie zapadła cisza.
— Dlatego radzę wam dobrze się zastanowić. Jeśli chcecie odejść, spakujcie swoje rzeczy i zniknijcie mi z oczu jeszcze dziś.
Jego głos był lodowaty.
— Jeśli zostaniecie, wykonujcie swoją pracę i trzymajcie się z dala od tej sprawy.
Fadime ledwie utrzymywała się na nogach.
— Co zrobił mój syn? — zapytała ponownie, tym razem niemal szeptem.
Przez chwilę Cihan patrzył na nią bez słowa.
— Sama go o to zapytaj.
Odwrócił się i ruszył w stronę drzwi.
— Jestem pewien, że z wielką dumą opowie ci o wszystkim.
Po tych słowach wyszedł z gabinetu, pozostawiając za sobą ciężką, przytłaczającą ciszę.
Fadime osunęła się na najbliższe krzesło.
Aysu natychmiast objęła matkę, próbując ją uspokoić, choć sama była bliska łez.
— Mamo…
— Co on zrobił? — wyszeptała Fadime. — Co takiego zrobił mój syn?
Nikt nie znał odpowiedzi.
Tylko Gulsum zachowała kamienną twarz.
Powoli wsunęła dłoń do torebki, odnalazła telefon i rozłączyła połączenie.
Po drugiej stronie Beyza usłyszała już wszystko, czego chciała się dowiedzieć.


***
Beyza siedziała naprzeciwko ojca w jego gabinecie, wsłuchana w głosy dobiegające z telefonu ukrytego w torebce Gulsum. Nie przerywała ani słowem, chłonąc każde zdanie wypowiadane w gabinecie Cihana. Gdy połączenie nagle zostało przerwane, przez chwilę patrzyła w ekran telefonu w milczeniu. Na jej twarzy malowała się mieszanina złości, niepokoju i rosnącej satysfakcji. To, co usłyszała, potwierdziło jedno — między Cihanem a Hancer powstała kolejna rysa, a ona zamierzała ją jeszcze bardziej pogłębić.
Nusret obserwował córkę znad biurka. Wyglądał na znacznie spokojniejszego od niej, jak człowiek, który nauczył się cierpliwie czekać, aż przeciwnicy sami popełnią błąd.
Beyza odłożyła telefon na blat i uniosła wzrok.
— Co ta dziwka znowu kombinuje? — syknęła. — Co jest między Hancer a Melihem?
Nusret odchylił się wygodnie w fotelu i splótł dłonie na brzuchu.
— Nie denerwuj się tak. Wkrótce wszystko wyjdzie na jaw.
— Jak mam się nie denerwować? — wybuchła. — Cihan przesłuchuje służbę, szuka winnych, a wszyscy mówią tylko o Hancer i Melihu. Co oni ukrywają?
Na ustach Nusreta pojawił się ledwie dostrzegalny uśmiech.
— Nieważne, co ukrywają. Ważne jest to, że Cihan stracił panowanie nad sobą.
— I co z tego?
— To znaczy, że sytuacja rozwija się dokładnie tak, jak powinna.
Beyza zmarszczyła brwi.
— Nie rozumiem.
— Cihan jest wściekły, zazdrosny i zdesperowany. A człowiek w takim stanie przestaje myśleć rozsądnie. Zaczyna popełniać błędy.
Nusret pochylił się lekko do przodu.
— Im bardziej Hancer będzie go od siebie odpychać, tym bardziej będzie za nią szalał. Im bardziej będzie podejrzewał Meliha, tym gwałtowniejsze będą jego reakcje. A każda taka reakcja działa na naszą korzyść.
Beyza przez chwilę milczała, analizując jego słowa.
— Czyli mam nic nie robić?
— Dokładnie tak.
— Nic?
— Nic.
Jego głos był stanowczy.
— Nadal bądź przy nim. Okazuj troskę. Zachowuj się jak kobieta, która martwi się wyłącznie o dobro dziecka. Nie naciskaj. Nie zadawaj pytań. Nie pokazuj zazdrości.
Beyza prychnęła z irytacją.
— To coraz trudniejsze.
— Wiem. Dlatego właśnie musisz zachować ostrożność.
Nusret spojrzał na nią znacząco.
— Jeden nieprzemyślany ruch może zniszczyć wszystko, na co pracowaliśmy.
Beyza zacisnęła szczękę.
Przed oczami stanęła jej Hancer — spokojna, dumna i wciąż obecna w życiu Cihana mimo wszystkich prób pozbycia się jej.
— Mam już dość oglądania jej twarzy — wyszeptała.
Nusret nie odpowiedział od razu.
Wstał, podszedł do okna i spojrzał na miasto pogrążone w popołudniowym świetle.
— Czasami największe zwycięstwo odnosi ten, kto potrafi cierpliwie czekać.
Beyza również podniosła się z fotela.
W jej oczach błysnęła zimna determinacja.
— Mam nadzieję, że tym razem pozbędziemy się tej żmii raz na zawsze.
***
Hancer przez całą drogę milczała. Dopiero gdy taksówka zatrzymała się przed domem jej brata, podniosła wzrok i przez chwilę patrzyła na znajomy budynek. Serce biło jej coraz szybciej.
Wysiadła z samochodu i powoli ruszyła w stronę drzwi. Zatrzymała się tuż przed nimi. Odruchowo położyła dłoń na brzuchu i zamknęła oczy.
— To dla ciebie — wyszeptała drżącym głosem. — Muszę spróbować.
Wzięła głęboki oddech, zebrała resztki odwagi i zapukała.
Po chwili drzwi otworzyły się z hukiem. W progu stanęła Derya. Na widok Hancer jej twarz natychmiast stężała.
— Ty?! — wyrwało jej się. — Czy ty naprawdę straciłaś rozum?
Wyszła przed dom i przymknęła za sobą drzwi.
— Co tutaj robisz? Nie wystarczyło ci tego, co już narobiłaś? Twój brat dowiedział się o ciąży. Jest wściekły! Wynoś się stąd, zanim cię zobaczy!
Hancer spuściła wzrok.
— Bratowo, ja tylko chciałam…
— Nie! — przerwała jej ostro. — Nie chcę niczego słuchać. Idź sobie. Natychmiast.
Nagle spojrzała ponad jej ramieniem. Jej wzrok zatrzymał się na żółtej taksówce stojącej przy drodze. Melih opierał się o samochód, obserwując dom z wyraźnym napięciem.
Derya zmarszczyła brwi.
— Boże święty… Znowu ten człowiek.
Przyjrzała się uważniej Melihowi, a potem spojrzała na Hancer. Powoli zaczęła łączyć fakty.
— Nie… — szepnęła. — Nie mów mi…
Jej oczy rozszerzyły się ze zdumienia.
— Boże drogi, Hancer! Więc to prawda? To z nim?
Hancer nie odpowiedziała. Milczenie wystarczyło.
— Nie wierzę! — Derya złapała się za głowę. — Zostawiłaś Cihana, człowieka, który mógł dać ci wszystko, dla zwykłego kierowcy?!
— To nie jest tak…
— A jak jest?! — wybuchła Derya. — Powiedz mi, jak mam to zrozumieć?! Cała rodzina płaci teraz za twoje decyzje!
Z głębi domu dobiegł głos Cemila.
— Derya! Gdzie jesteś? Z kim rozmawiasz?
Obie kobiety zamarły. Derya pobladła.
— O nie…
Odwróciła się w stronę drzwi, a potem ponownie spojrzała na Hancer.
— Uciekaj stąd. Natychmiast. Jeśli twój brat cię zobaczy, wydarzy się coś strasznego. Jest na granicy wytrzymałości.
Głos Cemila zabrzmiał ponownie, tym razem bliżej.
— Derya!
— Słyszysz?! — wyszeptała. — Chcesz zrobić z własnego brata mordercę? Chcesz, żeby przez ciebie trafił do więzienia?
W oczach Hancer pojawiły się łzy.
— Deryo…
— Nie przychodź tu więcej. Zostaw nas w spokoju.
Bez cienia wahania odwróciła się, weszła do domu i zatrzasnęła drzwi.
Hancer została sama. Przez dłuższą chwilę patrzyła na zamknięte drzwi, jakby wciąż miała nadzieję, że ktoś je otworzy.
Nikt nie wyszedł.
Powoli odwróciła się i ruszyła w stronę taksówki. Każdy krok wydawał się cięższy od poprzedniego.
Melih od razu zauważył łzy błyszczące w jej oczach. Wyprostował się i zrobił kilka kroków w jej stronę.
— Hancer…
Dziewczyna pokręciła głową. Nie miała już siły niczego tłumaczyć.
— Zabierz mnie stąd, Melihu — wyszeptała łamiącym się głosem.
Po policzku spłynęła jej pojedyncza łza. Melih spojrzał na nią ze współczuciem i bez słowa otworzył drzwi samochodu. Nie zadawał pytań — widział, że Hancer właśnie usłyszała kolejne bolesne słowa i po raz następny została odepchnięta przez tych, od których najbardziej oczekiwała zrozumienia.


Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia był film Gelin 122.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.






