Panna młoda odc. 239: Hancer i Melih podpisują dokumenty rozwodowe!

Hancer patrzy ciepło na Meliha.

„Panna młoda” Odc. 239 — streszczenie

Sinem przyszła do parku, gdzie czekał już na nią Melih. Siedział na ławce w czarnej czapce z daszkiem i ciemnej kurtce, z pochyloną głową, jakby od dłuższego czasu ważył w myślach każde słowo. Wokół nich leżały jeszcze resztki topniejącego śniegu, a w oddali, za nagimi drzewami, połyskiwała spokojna tafla morza.

Kobieta usiadła obok niego. Była lekko zdyszana, jakby przyszła w pośpiechu.

— Wybacz, Melihu. Musiałam odwieźć Mine do szkoły. Nie mogę zostać długo, bo w rezydencji zaczną się martwić. Przez telefon mówiłeś bardzo niejasno. O czym rozmawiałeś z Hancer?

***

Dwie godziny wcześniej, w tym samym parku, Melih spotkał się z Hancer. Siedzieli na tej samej ławce, naprzeciw siebie, w chłodnym, zimowym świetle. Hancer była spokojna, ale w jej spojrzeniu widać było ciężar decyzji, którą już podjęła.

Po chwili wyciągnęła z torebki dokument i podała go Melihowi. Mężczyzna spojrzał na kartkę ze zdziwieniem.

— Co to jest? — zapytał.

Hancer nabrała powietrza, jakby jedno zdanie miało ostatecznie zamknąć pewien etap ich życia.

— Doszliśmy do końca drogi — powiedziała cicho. — Rozwodzę się z tobą. Nie pozwolę, by ktokolwiek mówił, że Sinem uciekła z żonatym mężczyzną. Podpisz, proszę. Nie kłóć się ze mną.

Melih pokręcił głową. Nie był przekonany do tego pomysłu. W jego twarzy mieszały się ból, wdzięczność i sprzeciw.

— A co będzie z tobą, Hancer? Jak udźwigniesz to wszystko sama? Co stanie się, kiedy dziecko przyjdzie na świat?

— Poradzę sobie. Nie martw się o mnie. Proszę cię, podpisz.

— Hancer, to nie jest w porządku.

Kobieta spojrzała na niego z czułością.

— Melihu, błagam cię. Byłeś moim bohaterem, kiedy znalazłam się w najgorszym momencie życia. Nie ma rzeczy, której byś dla mnie nie zrobił. Pozwól, że teraz ja zrobię coś dla ciebie. Ja też chcę przyczynić się do twojego szczęścia.

— Nie możesz — odparł z bólem. — Świadomie rzucasz się w ogień. Sinem też na to nie pozwoli.

— Ona nie musi wiedzieć. To nic w porównaniu z tym, co ty zrobiłeś dla mnie. Chcę tylko, żebyś coś mi obiecał. Zbudujesz swój dom. Będziesz szczęśliwy. A później zaprosisz mnie i swojego siostrzeńca na obiad. No dalej, proszę. Podpisz.

Melih wziął do ręki dokument i długopis. Przez chwilę patrzył na kartkę, jakby podpis miał ważyć więcej niż wszystkie dotychczasowe decyzje. Hancer spoglądała na niego ciepło i zachęcająco.

Mężczyzna nadal walczył z emocjami, ale w końcu pochylił się nad dokumentem i złożył podpis.

— Nigdy nie zapomnę twojego gestu i poświęcenia — powiedział cicho. — Dziękuję.

— Nie masz za co mi dziękować. Po prostu bądź szczęśliwy. To będzie dla mnie największą nagrodą.

Melih uniósł na nią wzrok.

— Mam nadzieję, że ty też będziesz szczęśliwa z Cihanem. Że będziesz żyła tak, jak na to zasługujesz. Bez względu na wszystko zawsze będę tutaj, u twojego boku.

***

W parku zapadła cisza. Sinem słuchała Meliha z poruszeniem, a jej oczy napełniły się łzami.

— To moja wina — powiedziała w końcu. — Gdyby Hancer nie dowiedziała się o nas, nie zrobiłaby tego.

— Sinem, to musiało kiedyś nastąpić — odparł Melih spokojnie. — Na początku stawiałem opór, ale Hancer się nie poddawała. Ona już podjęła decyzję.

— Dosłownie poświęciła się dla nas.

— To nie ma nic wspólnego z tobą. Nie obwiniaj się. Właśnie dlatego prosiła, żebym nic ci nie mówił. Dla niej to też było ciężarem. Cokolwiek teraz powiemy, wyrządzimy więcej szkody niż pożytku.

Melih spojrzał na nią uważnie. W jego głosie pojawiła się stanowczość.

— Poza tym nadszedł czas, żebyś wyprowadziła się z tego domu. Im dłużej zwlekamy, tym gorsze rzeczy się dzieją. Odejdźmy stamtąd, zanim pojawią się kolejne kłopoty.

Sinem spuściła wzrok. Ta decyzja była dla niej trudna, ale wiedziała, że Melih miał rację. Hancer otworzyła im drogę, której sami nie mieli odwagi wybrać. Teraz to oni musieli zrobić krok naprzód.

***

Engin siedział za biurkiem w swoim gabinecie i rozmawiał przez telefon. W jasnym, nowoczesnym pomieszczeniu panował chłodny porządek. Na blacie leżały dokumenty, telefon, kalkulator i przybornik z kolorowymi długopisami, a za jego plecami stały rzędy segregatorów. Przez szklane drzwi widać było logo Develioglu Holding, ale Engin nie zwracał uwagi na otoczenie. Całą uwagę skupiał na rozmowie.

— Czy są jakieś wieści w sprawie naszyjnika? — zapytał, nie kryjąc zniecierpliwienia. — To przecież unikatowy model. W porządku, oczywiście nie wątpię, że sumiennie wykonujesz swoją pracę, ale jestem niecierpliwy i dlatego tak reaguję. Jeśli czegokolwiek się dowiesz, od razu daj mi znać.

Rozłączył się i ciężko westchnął. Przez chwilę siedział nieruchomo, wpatrując się w blat biurka. Potem mruknął do siebie z irytacją:

— Oczywiście sam będę musiał się tym zająć. Nie ma z nich żadnego pożytku. Odwiedzę wszystkich jubilerów po kolei.

W tej samej chwili Cihan zapukał w otwarte drzwi gabinetu i zajrzał do środka. Miał na sobie ciemny garnitur i jasną koszulę, a jego twarz zdradzała napięcie człowieka, który nie przyszedł z błahą sprawą.

— Jesteś wolny, Enginie?

Engin uniósł wzrok.

— Wejdź, proszę.

Cihan wszedł do gabinetu i usiadł naprzeciwko niego. Przez krótką chwilę milczał, jakby zastanawiał się, od czego zacząć.

— Czy wiesz coś o Melihu? — zapytał w końcu.

Engin zmarszczył brwi.

— Nie. Coś się stało?

— Hancer powiedziała mi, że zaciągnął się na statek.

Prawnik wzruszył ramionami, choć w jego spojrzeniu pojawiło się zaskoczenie.

— Nie miałem o niczym pojęcia. Poród jest coraz bliżej. To nie jest najlepszy czas na taki wyjazd. Prawdopodobnie wkrótce wróci.

Cihan pochylił się lekko do przodu.

— Nigdzie nie wyjechał, więc nie ma skąd wracać.

Engin spojrzał na niego uważniej.

— Co masz na myśli, Cihanie? Nic z tego nie rozumiem.

— Jadąc samochodem, zobaczyłem kogoś, kto do złudzenia przypominał Meliha. Ruszyłem za nim, ale straciłem go z oczu. Do tego Hancer zachowuje się dziwnie. Coś ukrywa. Zadzwoniłem do Saffeta i kazałem mu sprawdzić sprawę.

— I czego się dowiedział?

Twarz Cihana stwardniała.

— Tego, że Melih nie zaciągnął się na żaden statek. Ten łajdak zostawił Hancer! Oto, czego się dowiedziałem.

Engin przez moment patrzył na niego w milczeniu. W jego oczach pojawiło się niedowierzanie.

— Więc… Melih okłamał Hancer? To chcesz mi powiedzieć? Cihanie, dobrze, ale to mi się nie mieści w głowie. Melih nie jest takim człowiekiem.

— Enginie, nie broń go — uciął Cihan. — Mówię ci, co widziałem i co ustaliłem. Zostawił Hancer w zaawansowanej ciąży.

Engin pokręcił głową, nadal próbując poukładać w myślach tę informację.

— Naprawdę trudno mi w to uwierzyć. A Hancer? Powiedziałeś jej?

— Jak miałbym jej powiedzieć coś takiego? A nawet gdybym to zrobił, zaczęłaby go bronić dokładnie tak jak ty. Hancer musi sama zmierzyć się z prawdą.

— Rozumiem, ale skoro już o tym wiemy, nie wydaje mi się właściwe, żeby ukrywać to przed nią.

Cihan odwrócił na chwilę wzrok. Widać było, że nie chodziło już tylko o gniew na Meliha. Pod spodem kryła się troska.

— Przede wszystkim Hancer potrzebuje teraz pieniędzy — powiedział po chwili. — Znasz jej sytuację. To, co zarabia w fundacji, nie wystarczy jej, gdy dziecko przyjdzie na świat.

Engin oparł się wygodniej na krześle i zamyślił.

— Masz rację. Ale jeśli zaproponujemy jej podwyżkę, obaj dobrze wiemy, że jej nie przyjmie. Jakie mamy więc rozwiązanie?

Na twarzy Cihana pojawił się cień zdecydowania. Spojrzał na przyjaciela tak, jakby właśnie podjął decyzję.

— Mam pewien pomysł — oznajmił tajemniczo.

***

Zadowolona klientka wstała z fotela w salonie fryzjerskim. Na jej twarzy malował się szczery zachwyt.

— Masz złote ręce — powiedziała do Yoncy. — Od teraz będę przychodziła do ciebie w każdy weekend. I proszę przekazać napiwek swojej pracownicy.

Po tych słowach wyszła z salonu. Yonca odprowadziła ją do drzwi, a potem stanęła w progu, opierając dłoń o framugę. W żółtej bluzce i długiej, czarnej spódnicy wyglądała swobodnie, niemal promiennie. Na zewnątrz, przed szyldem „Gurur Bayan Kuaförü”, Beyza w jasnofioletowym fartuchu zbierała ze szklanego stolika filiżanki po kawie i puste kubki. Każdy jej ruch zdradzał zmęczenie i upokorzenie.

Yonca przyjrzała się jej z ledwie ukrywaną satysfakcją.

— Znowu masz szczęście. Pani Sevil zostawiła ci napiwek.

Beyza wyprostowała się gwałtownie. W jednej chwili napięcie wróciło na jej twarz.

— Posłuchaj mnie uważnie — syknęła. — Pracuję tu, bo jestem do tego zmuszona, a nie dla jakichś śmiesznych napiwków. Nie doprowadzaj mnie do szału.

Yonca wzruszyła ramionami, jakby jej wybuch wcale nie zrobił na niej wrażenia.

— Jak chcesz. Dorzucę go do kasy.

Odwróciła się i zniknęła we wnętrzu salonu. Dopiero wtedy twarz Beyzy natychmiast zrzedła. Spojrzała na stolik, na filiżanki, na własne dłonie i zacisnęła usta.

— Nie mam ani kurusza — mruknęła do siebie z goryczą. — Po co udaję dumną? Co ja mam teraz zrobić? Ojciec w ogóle nie przejmuje się moim cierpieniem. Nawet nie zadzwonił.

Przez chwilę stała nieruchomo, ale nagle w jej oczach pojawił się znajomy błysk.

— Nieważne. Wiem, co zrobię.

Wyjęła z kieszeni telefon i wybrała numer Gülsüm.

***

Gülsüm siedziała w małym, skromnym pokoju na turkusowej kanapie. Za jej plecami wisiały jasne firanki, a obok stało łóżko przykryte kolorową narzutą. Wyglądała na zmęczoną, przygaszoną i kompletnie pozbawioną sił. Gdy odebrała telefon, w jej głosie od razu dało się usłyszeć wyczerpanie.

— Gdzie jesteś? Co robisz? — zapytała ostro Beyza.

— Co mam powiedzieć, pani Beyzo? — odparła Gülsüm ciężko. — W tym domu praca nigdy się nie kończy.

— Nie zadzwoniłam po to, żeby słuchać twoich żalów. Zostaw wszystko i idź do rezydencji.

Gülsüm zamarła.

— Do rezydencji? A co ja miałabym tam robić? Przecież pan Cihan mnie też wyrzucił.

— Nie zadawaj pytań. Zrób, co mówię.

— Dobrze, ale co powiem, jeśli ktoś mnie zobaczy?

— Masz wejść po cichu, idiotko! — warknęła Beyza. — Przynieś mi całe złoto i wszystkie diamenty, jakie znajdziesz.

Gülsüm aż wyprostowała się na kanapie.

— Nie złość się, ale po co ci biżuteria? I tak jesteś teraz tylko pomocnicą w salonie fryzjerskim. Klientki nie będą widziały w tobie nikogo ważnego.

Beyza pobladła z oburzenia.

— Boże… Doszłam do punktu, w którym nawet ty mnie upokarzasz, Gülsüm! Co cię to obchodzi? Masz mi to po prostu przynieść. Chcę sprzedać biżuterię. Potrzebuję pieniędzy.

— Nie mogę, pani Beyzo — jęknęła pokojówka. — Każesz mi zakraść się jak złodziejka do domu, z którego mnie wyrzucono. Jeśli pani Mukadder mnie złapie, powiesi mnie na drzewie przed rezydencją.

— Ciocia nic ci nie zrobi. To nie jest jej sprawa. Biżuteria należy do mnie. Jeśli zechcę ją sprzedać, nikt nie ma prawa mnie powstrzymać. No dalej, nie zwlekaj.

— Łatwo ci tak mówić — odpowiedziała Gülsüm z rozpaczą. — To ja mam wejść do rezydencji po kryjomu i to ja poniosę całe ryzyko. Nie ma mowy.

Beyza zmrużyła oczy.

— Dobrze, Gülsüm. Jak sobie chcesz. Pracuj dalej dla Yoncy za łóżko i miskę ryżu. Tylko nie oczekuj ode mnie żadnego wynagrodzenia.

— Ale pani Beyzo…

— Nie ma żadnego „ale”. Albo pójdziesz i przyniesiesz moją biżuterię, albo dalej będziesz żyła jak niewolnica.

Po drugiej stronie zapadła długa cisza. Gülsüm spuściła wzrok, zaciskając palce na telefonie. Wiedziała, że Beyza znów wciąga ją w niebezpieczną grę, ale równie dobrze wiedziała, że bez pieniędzy nie odmieni swojego losu. 

— Dobrze — powiedziała w końcu cicho. — Pójdę.

Na twarzy Beyzy pojawił się cień triumfu.

— Brawo. Jednak potrafisz myśleć rozsądnie. Czekam, aż dasz mi znać.

Rozłączyła się i przez chwilę stała przed salonem z telefonem w dłoni. Oczami wyobraźni widziała już złoto, diamenty i pieniądze, które mogła zdobyć po ich sprzedaży. Upokorzenie wciąż paliło ją od środka, ale teraz miała plan. A gdy Beyza miała plan, była gotowa zaryzykować cudzym bezpieczeństwem, byle tylko odzyskać choć część dawnej władzy.

***

Cemil pojawił się w firmie przed południem. Sekretarka Hilal poprowadziła go do gabinetu Hancer, jasnego i starannie urządzonego pomieszczenia z dużym biurkiem, czarnymi fotelami i kolorowymi obrazami na ścianach. Na półkach stały segregatory, ozdobne figurki i drobne dekoracje, a przy oknie wpadało do środka łagodne dzienne światło.

Gdy Hancer zobaczyła brata, od razu wstała zza biurka. Cemil podszedł do niej i objął ją mocno, jakby dopiero ten uścisk mógł upewnić go, że naprawdę nic jej nie było. Po chwili usiedli naprzeciwko siebie. Hancer zajęła miejsce za biurkiem, a Cemil rozparł się w fotelu, wciąż wyraźnie zatroskany.

— Hancer, czy nie obiecałaś, że będziesz dzwoniła codziennie? — zapytał z wyrzutem. — Nie mogłem znieść tego milczenia, więc przyszedłem.

— Bracie, masz rację. Naprawdę mi przykro — odpowiedziała łagodnie. — Ostatnio jestem bardzo zajęta. Nie miałam nawet kiedy zadzwonić. Ale spójrz, wszystko ze mną dobrze. Sam widzisz.

Cemil pokręcił głową.

— Powiedz to mojemu sercu. Czy ty wiesz, jak się czuję z myślą, że zostawiłem cię samą?

— Masz rację, ale proszę, nie zadręczaj się tym. Przyszedłeś, zobaczyłeś mnie. Wszystko jest w porządku.

— Jestem twoim bratem, Hancer. Nie mogę się nie martwić. Nie jestem taki jak twój mąż, żeby odwrócić się i odejść. Zostawił cię samą, a teraz nie ma z nim żadnego kontaktu. Dzwonię do niego, ale telefon ma wyłączony. Człowiek poleciał na Księżyc i nawet stamtąd dało się nawiązać łączność, a on niby nie może odezwać się ze statku? Co to za morze? Na innej planecie?

Hancer spuściła wzrok, próbując ukryć zakłopotanie.

— Bracie, na statku zasięg bywa sporadyczny. Melih do mnie pisze. Pyta, jak się czuję.

— Pisze do ciebie? — powtórzył Cemil z niedowierzaniem. — Wyśle jedną wiadomość i ma czyste sumienie? Hancer, posłuchaj mnie. Już w domu odwracałaś wzrok, kiedy rozmawialiśmy o Melihu. Zaczynam mieć podejrzenia. Powiedz mi prawdę. Czy on od ciebie odszedł?

— To ja nalegałam, żeby zaciągnął się na statek — odparła szybko. — Tam zarobi więcej. Co zrobimy, kiedy dziecko przyjdzie na świat? Będziemy potrzebowali pieniędzy.

— Czyli twierdzisz, że zostawił cię samą dla dobra dziecka? Że sama tego chciałaś? Na pewno nie ma innego powodu?

— Mówię ci, że nie.

Cemil przyglądał jej się przez chwilę, jakby próbował odczytać z jej twarzy to, czego nie chciała powiedzieć. W końcu westchnął.

— Dobrze. Skoro tak mówisz, niech będzie. A teraz powiedz mi, jak czuje się mój siostrzeniec.

Hancer położyła dłoń na zaokrąglonym brzuchu.

— Wszystko jest w porządku. Rośnie zdrowo.

— Bardzo dobrze.

Cemil sięgnął do kieszeni i wyjął plik banknotów. Hancer spojrzała na pieniądze z wyraźnym zaskoczeniem. Nigdy wcześniej nie widziała u brata takiej sumy.

— Potrzebujesz czegoś? — zapytał. — Tylko powiedz.

— Nie, bracie. Naprawdę niczego nie potrzebuję.

Nie zważając na jej protesty, Cemil zaczął przeliczać banknoty. Zdjął rękawiczkę, a Hancer od razu zauważyła ciemne ślady na jego dłoni.

— Bracie, co ci się stało? — zapytała z niepokojem.

Cemil spojrzał na własną rękę i uśmiechnął się z dumą.

— Cóż… odkryłem swój talent. Zostałem specjalistą od analizy kolorów.

Hancer zmarszczyła brwi.

— Masz na myśli mieszanie farb do ścian?

— Blisko, ale nie do końca. Zostałem konsultantem kolorystycznym w salonie fryzjerskim. Bawię się kolorami tak, jak chcę. Klientki są zadowolone, ja jestem zadowolony, a za drzwiami ustawiają się kolejki. Ty wiesz, jakie cuda można zrobić z przejściami kolorystycznymi? Od zielonego do czerwieni, od czerwieni do czerni… Włosy dosłownie tańczą w harmonii. Powstaje wspaniały efekt.

Hancer patrzyła na niego coraz bardziej zdumiona.

— Bracie, gdzie znajduje się ten salon?

— W naszej dzielnicy. Znasz Yoncę, przyjaciółkę Beyzy? Pracuję właśnie u niej.

— Nie rozumiem… Skąd ty znasz Yoncę?

— Ja jej właściwie nie znałem. To Derya ją zna. Przez jakiś czas Yonca nie miała dachu nad głową i mieszkała u nas. Była w trudnej sytuacji. Potem stanęła na nogi i kupiła salon.

— To bardzo dziwne. Jak to możliwe, że bratowa pozwala ci tam pracować? Nie jest zła?

Cemil natychmiast pochylił się do przodu i ściszył głos.

— Ona o niczym nie wie, Hancer. Błagam cię, nie mów jej ani słowa. Właśnie dlatego noszę rękawiczki. Farba do włosów jest tak mocna, że nie mogę jej domyć. Gdyby Derya się dowiedziała, wszystko by zniszczyła.

— Bracie, nigdy nie robiłeś niczego bez jej wiedzy. Co się teraz zmieniło?

— Odkryłem, że łączenie kolorów jest moim powołaniem. A zarobki też są dobre. Derya zazwyczaj nie narzeka, kiedy widzi pieniądze, ale problem polega na tym, że chodzi o Yoncę. One są w konflikcie.

— W jakim konflikcie?

— Derya chciała kupić ten salon. Yonca ją uprzedziła, jakby zrobiła jej to specjalnie, i automatycznie stała się jej wrogiem numer jeden.

Hancer oparła dłonie na biurku i spojrzała na brata z powagą.

— Bracie, działanie w ukryciu nie jest twoją mocną stroną. Wpakujesz się w kłopoty. Może poszukasz innej pracy?

— Nie mogę, Hancer. Dla mnie to nie jest zwykła praca. To sztuka. Powód mojego istnienia. Wewnątrz mnie krył się klejnot, który dopiero teraz ujrzał światło dzienne. Gdybyś tylko zobaczyła, jak klientki o mnie walczą… Wiesz, jak mnie nazywają? Panem Kolorów. Twoja bratowa nigdy by tego nie zrozumiała. To w końcu sztuka, a sztukę rozumie niewielu.

Hancer westchnęła z bezradnym uśmiechem.

— W porządku, ale jak długo będziesz się jeszcze ukrywał?

— Tak długo, jak tylko mi się uda. A wiesz co? — Przyjrzał jej się uważniej, jakby nagle zobaczył przed sobą nowe wyzwanie. — Pozwól, że ciebie też odmienię. Mam już nawet wizję.

— Bracie, jestem w ciąży. Nie mogę farbować włosów.

— No tak, racja. W takim razie przyjdź po porodzie. Stworzę dla ciebie całkiem nowy wizerunek. A przy okazji skosztujesz kawy z rąk Beyzy.

Hancer zastygła.

— Beyzy?

— Tak, Beyzy. Pracuje w salonie jako asystentka. Twierdzi, że chce otworzyć własny salon i nauczyć się biznesu od podstaw. Tak powiedziała, ale coś mi się w tym nie zgadza. Jeśli naprawdę o to chodzi, to dlaczego po pracy nie wraca do rezydencji, tylko nocuje u Yoncy? Bogaci ludzie mają doprawdy dziwne fanaberie.

Cemil podniósł się z fotela i poprawił kurtkę.

— Nieważne, pójdę już. Dbaj o mojego siostrzeńca. I schowaj te pieniądze do kieszeni albo torebki, żebyś ich nie zgubiła.

— Dziękuję, bracie. Do zobaczenia.

Cemil wyszedł z gabinetu, a Hancer została sama. Przez chwilę siedziała nieruchomo za biurkiem. Potem oparła łokcie o blat, zmrużyła oczy i powiedziała cicho do siebie:

— Więc Cihan wyrzucił Beyzę z rezydencji… Ale dlaczego nie zamieszkała u ojca, tylko u Yoncy?

***

Cihan przedstawił Enginowi swój plan. W jasnym gabinecie panowała spokojna, niemal sterylna atmosfera. Na białym biurku stał duży monitor, obok leżały dokumenty, telefon, kalkulator i przybornik z długopisami. Za plecami Engina ciągnęły się półki z segregatorami, a przez szklane drzwi widać było napis „Develioglu Holding”. Mimo uporządkowanego otoczenia rozmowa między mężczyznami stawała się coraz poważniejsza.

Engin siedział za biurkiem w jasnoszarym garniturze. Przez chwilę milczał, rozważając słowa przyjaciela, po czym skinął głową.

— To świetny pomysł — ocenił. — Hancer nie będzie mogła odmówić.

— Mam taką nadzieję — odparł Cihan.

Engin przyjrzał mu się uważniej. Widział, że Cihan mówił o Hancer z troską, choć próbował ukrywać ją pod chłodnym spokojem.

— A co z tobą i Beyzą? — zapytał po chwili. — Wróciła do rezydencji?

Twarz Cihana natychmiast stwardniała.

— Nie. I nie chcę nawet słyszeć jej imienia. Nie potrafię jej wybaczyć ani jej widzieć.

— Rozumiem cię — powiedział Engin ostrożnie. — Ale ona jest matką twojego dziecka. Co zamierzasz zrobić?

Cihan oparł dłoń na poręczy fotela i przez moment patrzył w bok, jakby ważył odpowiedź.

— Byłem dziś u mistrza Ertugrula. Rozmawialiśmy. Sprawił, że spojrzałem na wszystko z innej perspektywy.

— Z jakiej?

— Z perspektywy sumienia — odparł Cihan cicho, ale stanowczo. — Sumienia, którego Beyza nie ma. Nie wierzę jej ani trochę. Jedyne, co jeszcze mnie z nią łączy, to Cihan Gurur. Od tej chwili każdą decyzję będę podejmował wyłącznie z myślą o dobru mojego syna.

Engin spoważniał. Przesunął palcami po blacie biurka, jakby właśnie podjął decyzję, której od dawna unikał.

— Skoro sprawy zaszły tak daleko, muszę powiedzieć ci coś, co może pomóc ci spojrzeć na Beyzę jeszcze inaczej.

Cihan pochylił się lekko do przodu. Jego spojrzenie stało się czujne.

— Słucham.

— Pamiętasz bransoletkę, którą znalazłem w domu mojej siostry? — zaczął Engin.

Twarz Cihana natychmiast się napięła.

— Znowu wracasz do tego tematu?

— Wiem, co wtedy zrobiłem — powiedział Engin spokojnie. — Wiem, że oskarżyłem Beyzę, zakłóciłem spokój twojej rodziny i nie miałem wystarczających dowodów. Miałeś prawo być na mnie wściekły. Ale tym razem sytuacja wygląda inaczej. Proszę, wysłuchaj mnie do końca.

Cihan milczał, ale nie przerwał mu. Engin uznał to za zgodę.

— Nie przyszedłem na odnowienie przysięgi, bo powiedziałem ci, że zadzwonił do mnie klient. To nie była prawda. Dostałem telefon z policji. Znaleziono naszyjnik pochodzący z tego samego kompletu co bransoletka Yasemin.

Cihan zmrużył oczy.

— Naszyjnik?

— Tak. Ktoś wyrzucił coś bardzo cennego do śmieci, jakby za wszelką cenę chciał się tego pozbyć.

— I co to ma wspólnego z Beyzą?

Engin odchylił się na oparcie fotela. Jego twarz była poważna, a głos niższy niż zwykle.

— Właśnie to jest najważniejsze. Wiesz, gdzie stał kontener, w którym znaleziono naszyjnik?

Cihan patrzył na niego bez słowa.

— Obok rezydencji — powiedział Engin. — Na rogu ulicy.

Cihan otworzył szerzej oczy. Przez krótką chwilę w gabinecie zapadła ciężka cisza.

— Dokładnie tak, Cihanie — ciągnął Engin. — Nie powiedziałem policji ani o rezydencji, ani o Beyzie. Nie powiedziałem nic, bo ostatnim razem mogłem się pomylić. Tym razem muszę mieć pewność. Ale mówię o tym tobie, bo jesteś moim najlepszym przyjacielem. Nie przestanę tego sprawdzać. Pójdę za tym tropem, dokądkolwiek mnie zaprowadzi.

Cihan patrzył na niego nieruchomo. Na jego twarzy widać było zaskoczenie, gniew i narastające podejrzenie.

Engin pochylił się nad biurkiem.

— To od ciebie zależy, czy mi uwierzysz. Ale ja wiem jedno: ten naszyjnik nie znalazł się przy rezydencji przypadkiem.

***

Gülsüm weszła po cichu do pokoju Beyzy w rezydencji. Przez chwilę nasłuchiwała, upewniając się, że nikt nie szedł korytarzem. Dopiero potem zamknęła za sobą drzwi i rozejrzała się po wnętrzu.

Pokój wciąż wyglądał tak, jakby jego właścicielka mogła za chwilę wrócić. Przy ścianie stała masywna, jasna toaletka z bogato zdobionym lustrem, a obok niej wysoka komoda z rzeźbionymi detalami i złotymi uchwytami. Na ścianie dziecięcego kącika widać było kolorowe rysunki słońca, lwa i żyrafy, które teraz tylko podkreślały dziwną pustkę tego miejsca.

Gülsüm podeszła do toaletki, pochyliła się i otworzyła jedną z szuflad. W środku znalazła drewniane pudełko z biżuterią. Wyjęła je ostrożnie, jakby trzymała w dłoniach coś zakazanego, a potem uniosła wieczko.

W jej oczach natychmiast pojawił się błysk zachwytu. Wyciągnęła jeden z naszyjników i bez namysłu przyłożyła go do szyi. Potem stanęła przed lustrem i przejrzała się z zadowoleniem.

— Jak pięknie na mnie wygląda — wyszeptała. — Boże mój… Takiej kobiety jak ja nie obdarzyłeś takimi rzeczami, a dałeś je tej nieudacznej Beyzie. Nawet jako asystentka fryzjerki nie potrafi sobie poradzić. Gdyby nie pieniądze, byłaby nikim. Tylko patrzeć, jak wszyscy mieliby jej dość.

Przez chwilę podziwiała własne odbicie, poprawiając naszyjnik na szyi. Potem jednak przypomniała sobie, po co naprawdę przyszła. Zdjęła biżuterię i zaczęła pośpiesznie wkładać kolejne ozdoby do torebki.

Bransoletki, pierścionki, naszyjniki — wszystko znikało jedno po drugim. Gülsüm działała szybko, ale nie potrafiła powstrzymać się od przeglądania każdego drobiazgu. Bogactwo Beyzy wciąż budziło w niej mieszaninę zazdrości, złości i żalu.

W końcu z dna pudełka wyjęła parę kolczyków. Zamarła.

Przyjrzała im się uważnie, przesuwając palcem po błyszczących kamieniach. Jej twarz spoważniała.

— To z tego samego kompletu co naszyjnik… — mruknęła.

Przez moment chciała odłożyć kolczyki z powrotem. Wiedziała, że ten komplet mógł połączyć ją ze sprawą Yasemin. Wyrzucony wcześniej naszyjnik już raz wzbudził niepokój. Jeśli ktoś odnalazłby teraz kolczyki przy niej albo u Beyzy, mogłoby to sprowadzić na nią śmiertelne kłopoty.

Cofnęła rękę, ale zaraz zawahała się ponownie.

— Jeśli ich nie zabiorę, Beyza mi nie uwierzy — powiedziała cicho, nerwowo rozglądając się po pokoju. — Pomyśli, że ukradłam je dla siebie. Nie da mi spokoju.

Zacisnęła usta, jakby właśnie podjęła decyzję, której wcale nie chciała podejmować. Schowała kolczyki do torebki razem z resztą biżuterii, zamknęła pudełko i wsunęła je z powrotem do szuflady.

Jeszcze raz spojrzała w lustro. Na jej twarzy nie było już zachwytu. Był strach.

Po chwili poprawiła płaszcz, przycisnęła torebkę do boku i szybko opuściła pokój Beyzy.

***

Engin siedział samotnie za biurkiem w swoim gabinecie. W jasnym, chłodnym pomieszczeniu panowała cisza, przerywana jedynie jego ciężkim oddechem. Na blacie leżały dokumenty, telefon i drobne biurowe przedmioty, ale tego dnia nic nie miało dla niego znaczenia.

W dłoniach trzymał ramkę ze wspólnym zdjęciem z Yasemin. Patrzył na uśmiech siostry tak długo, aż obraz zaczął rozmazywać mu się przed oczami. Były zaczerwienione od łez, których nie potrafił już powstrzymać.

— Zostało już niewiele, siostro — powiedział cicho, jakby naprawdę mogła go usłyszeć. — Kobieta, która odebrała ci życie, wkrótce poniesie karę. To Beyza. Teraz jestem tego pewien. Udowodnię to przed sądem. Nie martw się.

Odstawił ramkę na biurko, lecz zaraz znów musnął ją spojrzeniem. Potem otarł policzek wierzchem dłoni i wziął nierówny oddech.

— Ból nie mija, Yasemin — wyszeptał. — Człowiek tylko uczy się z nim żyć. Bardzo za tobą tęsknię. Za tobą, za naszymi rozmowami, za twoimi kłótniami, a najbardziej za twoimi radami. Teraz nie mam już kogo zapytać, co powinienem zrobić.

Zamilkł na chwilę. W jego twarzy, obok żalu, pojawiło się coś łagodniejszego — cień myśli, przed którą długo próbował uciekać.

— Chociaż… jest ktoś taki — dodał po chwili. — Ma na imię Sila. Pracuje w moim domu. Jest dobra, szczera, uśmiechnięta. Patrzy na świat tak, jakby mimo wszystkiego nadal wierzyła, że może wydarzyć się coś pięknego. Jej obecność dobrze mi robi. Przyjaźń z nią daje mi spokój, ale ja nie chcę, żebyśmy byli tylko przyjaciółmi.

Engin spuścił wzrok, ściskając palce na krawędzi ramki.

— Chciałbym jej to powiedzieć, ale boję się, siostro. Co będzie, jeśli mnie odrzuci? Jeśli powie, że nic do mnie nie czuje? Że to wszystko istnieje tylko po mojej stronie?

Przymknął powieki, próbując odzyskać panowanie nad sobą. Po policzku spłynęła mu pojedyncza łza.

— Nie mogę jednak dłużej milczeć. Muszę zrobić ten krok. Nawet jeśli odpowiedź mnie zaboli.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 177.Bölüm i Gelin 178.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

Podobne wpisy