Panna młoda odc. 212: Kajdanki, mysz i zdrada ojca! Beyza przeżywa koszmar w kotłowni!

Zbliżenie na twarz zrozpaczonej Beyzy.

„Panna młoda” Odc. 212 — streszczenie

Melih zatrzymał żółtą taksówkę przed budynkiem Urzędu Stanu Cywilnego w Stambule. Miał odebrać klientkę, która zamówiła kurs z tego miejsca. Nie spodziewał się jednak, że chwilę później z budynku wyjdzie Sinem.

Kobieta stanęła przed wejściem, ubrana w długi szary płaszcz i błękitną chustę. Przez moment wyglądała, jakby zbierała odwagę. Potem ruszyła prosto w stronę taksówki.

Melih opuścił szybę i spojrzał na nią z zaskoczeniem.

— To ty zamówiłaś taksówkę?

— Tak — odpowiedziała spokojnie. — Ja.

Przez chwilę mierzyli się wzrokiem. Melih wyraźnie nie wiedział, jak powinien zareagować.

— Co za zbieg okoliczności… — powiedział w końcu. — Jeśli chcesz, zadzwonię do centrali i przyjedzie ktoś inny.

Sinem pokręciła głową.

— Nie chcę nikogo innego. Zamówiłam właśnie ciebie.

Obeszła samochód i usiadła na miejscu pasażera. Melih przez moment patrzył przed siebie w milczeniu, jakby próbował opanować nagłe napięcie. W końcu zapytał:

— Dokąd jedziemy?

— Nigdzie — odparła. — Chcę porozmawiać.

Melih zacisnął dłonie na kierownicy.

— Sinem, dobrze wiesz, że nie mamy już o czym rozmawiać.

— Byłeś tutaj tamtego dnia? — zapytała nagle.

Zmarszczył brwi.

— Co masz na myśli?

Sinem sięgnęła do torebki i wyjęła złożoną kartkę. To był list, który Mine ukryła w swojej skarbonce. Podała go Melihowi bez słowa.

— Ty to napisałeś, prawda?

Melih rozłożył kartkę. Gdy zobaczył własne pismo, zamilkł. Słowa, które kiedyś zapisał z nadzieją, teraz wróciły do niego jak wyrzut.

Sinem patrzyła na niego uważnie.

— Nie odpowiesz? To twój list, Melihu?

Szybko złożył kartkę, jakby nagle zaczęła parzyć go w dłonie.

— Tak. Ja to napisałem — przyznał. — Ale dlaczego pokazujesz mi to dopiero teraz? Jeśli przyszłaś odpowiedzieć, jest już za późno.

Odwrócił głowę, uciekając przed jej spojrzeniem.

— Dopiero teraz go znalazłam — powiedziała Sinem ciszej. — Mine go ukryła. Powiedziałam jej wtedy, żeby z tobą nie rozmawiała. Bała się, że się zdenerwuję, więc schowała list do skarbonki.

Melih ciężko westchnął.

— Mówią, że w każdym złu kryje się odrobina dobra — rzucił z gorzkim uśmiechem. — Widocznie tak miało być. Skoro wszystko już sobie wyjaśniliśmy, powiedz, dokąd mam cię zawieźć. Albo wysiądź.

Sinem nie poruszyła się z miejsca.

— Nie wysiądę, dopóki nie odpowiesz na moje pytanie.

— Jakie pytanie?

Spojrzała mu prosto w oczy.

— Już cię o to pytałam, ale wtedy nie powiedziałeś mi prawdy. Co naprawdę jest między tobą a Hancer?

W samochodzie zapadła ciężka cisza. Melih patrzył przed siebie, jakby odpowiedź wymagała od niego więcej siły, niż chciał okazać.

— Dobrze — odezwał się w końcu. — Powiem ci. Między nami jest zaufanie. Przywiązanie. Szacunek. Wszystko, co powinno istnieć między dwojgiem ludzi.

— Ale nie ma miłości, prawda?

Melih zacisnął usta. Przez chwilę milczał.

— Kiedyś bardzo kogoś kochałem — powiedział w końcu. — Ta osoba dała mi dobrą lekcję. Nauczyła mnie, że rozsądek bywa silniejszy niż miłość. Zrozumiałem to i od tamtej pory podejmuję decyzje właśnie w ten sposób.

Sinem uśmiechnęła się smutno.

— Ładnie opowiedziane. Tylko mało przekonujące. Twoje małżeństwo nie wygląda tak, jak próbujesz je przedstawić. Ty i Hancer nie zachowujecie się jak zakochani małżonkowie.

Melih spojrzał na nią ostrożnie.

— Co chcesz przez to powiedzieć?

— Wiem, że śpicie osobno — odparła. — Wiem, że to nie jest zwyczajne małżeństwo. Proszę cię, Melihu. Powiedz mi prawdę.

— Sinem, zaczynasz przekraczać granicę.

Ale ona nie zamierzała się wycofać.

— W tym liście napisałeś: „Przyjdź, czekam na ciebie”. A dwa dni później dowiedziałam się, że żenisz się z Hancer. Melih, którego znałam, nigdy nie zrobiłby czegoś takiego bez powodu.

— Powinnaś była wtedy przyjść do urzędu — odpowiedział z bólem. — Ale nie przyszłaś. Co miałem zrobić?

— Nadal jest dla nas nadzieja — powiedziała cicho, ale stanowczo. — Powiedz mi tylko jedno. Czy istnieje jakieś wyjaśnienie twojej decyzji o ślubie z Hancer?

Melih przełknął ślinę. Przez moment wyglądał, jakby chciał powiedzieć jej wszystko. Całą prawdę. Powód, który zmusił go do podjęcia tej decyzji.

Ale nie mógł.

— Istnieje — przyznał w końcu. — Ale nie mogę ci teraz tego powiedzieć.

— Kiedy będziesz mógł?

— Kiedy przyjdzie właściwy czas.

Sinem patrzyła na niego z bólem i rozczarowaniem.

Melih odwrócił wzrok.

— Jedziemy? — zapytał chłodno. — Jeśli nie, mam innych klientów.

Sinem przez chwilę siedziała nieruchomo. Potem bez słowa otworzyła drzwi, wysiadła z taksówki i zamknęła je za sobą zdecydowanym ruchem.

Nie obejrzała się ani razu.

Melih został za kierownicą, patrząc przed siebie z twarzą pełną napięcia. Wiedział, że Sinem była bliżej prawdy, niż powinna. I że jego milczenie raniło ich oboje bardziej niż jakiekolwiek wyznanie.

***

Przy biurku Hancer siedział starszy mężczyzna o siwych włosach i zmęczonej, pooranej troską twarzy. W dłoniach ściskał dokumenty, jakby były ostatnią nadzieją, jaka mu pozostała. Mówił cicho, z trudem, co chwilę spuszczając wzrok.

Hancer słuchała go uważnie. Siedziała naprzeciwko niego w błękitnej marynarce, wyprostowana, ale wyraźnie poruszona. Każde jego słowo trafiało w nią coraz mocniej.

Po drugiej stronie dużego, nowoczesnego gabinetu Cihan pracował przy swoim biurku. Przeglądał dokumenty, lecz jego uwaga raz po raz uciekała w stronę Hancer i starszego mężczyzny. Udawał skupienie, ale nie potrafił nie słuchać.

— Hasibe jest moją wierną przyjaciółką — zaczął starszy pan, a jego głos od razu zadrżał. — Towarzyszką całego mojego życia. Mieliśmy córkę. Wydaliśmy ją za mąż. Potem uszczęśliwiła nas wiadomością, że zostaniemy dziadkami. Właśnie wtedy, gdy myśleliśmy, że świat należy do nas…

Urwał. Jego twarz skurczyła się z bólu.

— Straciliśmy ją w wypadku — dokończył z trudem. — Od tamtej chwili Hasibe nigdy już nie była taka sama. Leczyli ją latami, ale bez skutku. Aż pewnego dnia lekarz powiedział mi, że jej organizm nie zniesie więcej terapii. Kazał zabrać ją do domu i pozwolić jej przeżyć ostatnie dni w spokoju.

Hancer poczuła, jak ściska jej się gardło. Starszy mężczyzna otarł oczy drżącą dłonią i mówił dalej:

— Kiedy byliśmy młodzi, marzyliśmy o domu z ogrodem. Wyobrażaliśmy sobie, że nasza córka będzie się tam bawić, że będziemy patrzeć na nią z werandy i cieszyć się zwykłym życiem. Ten dom nigdy nie powstał. A ja przyszedłem tutaj właśnie z powodu tego marzenia.

Spojrzał na Hancer z nieśmiałą nadzieją.

— Wasza fundacja rozwiązuje tyle problemów. Czy mogłaby rozwiązać także mój, córko?

W oczach Hancer zebrały się łzy.

— Jeśli tylko będziemy mogli cokolwiek dla pana zrobić, pomożemy — odpowiedziała miękko. — Proszę mówić dalej, wujku.

Mężczyzna pochylił głowę.

— Chcę uszczęśliwić Hasibe, zanim odejdzie. Choćby na dwa dni. Chcę zapamiętać ją uśmiechniętą. Nie dałem jej życia, na jakie zasługiwała. Jeśli moglibyście zapewnić jej dom podobny do tego, o którym zawsze marzyła… byłbym wdzięczny do końca moich dni.

Zacisnął palce na kartkach.

— Wiem, że nie proszę o jedzenie ani ubranie. Wiem, że proszę o coś ogromnego. Jeśli pożyję wystarczająco długo, będę pracował i spłacę każdy grosz. Nie mam jednak nikogo innego, do kogo mógłbym się zwrócić. Jeśli powiesz, że to niemożliwe, nie będę miał żalu. Naprawdę.

Hancer przez chwilę milczała. Nie dlatego, że chciała odmówić, lecz dlatego, że gorączkowo szukała sposobu, by spełnić tę prośbę.

— Nie myślę o tym, czy panu pomóc — powiedziała w końcu. — Myślę tylko, jak to zrobić. To nie będzie łatwe, ale znajdę jakieś rozwiązanie. Zadzwonię, gdy tylko będę wiedziała coś więcej.

Starszy mężczyzna uśmiechnął się smutno.

— Nie wiem, czy mamy jeszcze tyle czasu — odparł cicho. — Ale dziękuję, że mnie wysłuchałaś.

W tej samej chwili Cihan odsunął krzesło i wstał od biurka. Hancer spojrzała na niego z zaskoczeniem. Cihan podszedł do starszego mężczyzny i położył mu dłoń na ramieniu.

— Nie musi pan czekać, wujku — powiedział spokojnie, ale stanowczo. — Spełnimy pańską prośbę. I zrobimy to jeszcze dzisiaj. Chodźmy.

Scena w gabinecie. Cihan stoi przy siedzącym na krześle starszym mężczyźnie i trzyma rękę na jego ramieniu. Za biurkiem siedzi Hancer.

Hancer zamarła, poruszona jego decyzją. Cała trójka wyszła z gabinetu na korytarz. Cihan zatrzymał się przy Yiğicie, który stał nieopodal, i od razu wydał polecenie:

— Zabierz tego pana do samochodu. Pojedziecie po jego żonę. Zapewnisz im wszystko, czego będą potrzebowali: jedzenie, lekarstwa, najważniejsze rzeczy. Potem zawieziesz ich pod adres, który ci podam.

Starszy mężczyzna chwycił Cihana za rękę i pochylił się nad nią z wdzięcznością.

— Niech Bóg cię błogosławi, synu. Wyświadczasz mi przysługę, której nigdy nie zapomnę.

Cihan ścisnął jego dłoń.

— Pana również niech Bóg błogosławi, wujku. A teraz proszę iść. Nie każmy cioci Hasibe dłużej czekać.

Yiğit ruszył ze starszym mężczyzną w stronę wyjścia.

Hancer patrzyła za nimi, wciąż poruszona tym, co właśnie się wydarzyło. Gdy zostali z Cihanem sami na korytarzu, odwróciła się do niego z ciekawością.

— Dokąd ich wyślesz? — zapytała cicho.

Cihan spojrzał na nią i uśmiechnął się lekko.

— Nie martw się — odpowiedział. — Wyślę ich tam, gdzie od dawna chcieli być.

Hancer przez chwilę patrzyła na niego bez słowa.

W tym jednym geście zobaczyła Cihana, którego kiedyś pokochała — człowieka, który potrafił podjąć decyzję bez wahania, gdy chodziło o czyjeś cierpienie.

Razem wrócili do gabinetu, ale cisza między nimi była już inna.

Nie tak ciężka jak wcześniej.

Bardziej miękka.

Jakby na moment oboje przypomnieli sobie, że dobro wciąż może ich połączyć.

***

Zamknięta w kotłowni Beyza siedziała skulona w wiklinowym fotelu, otoczona plątaniną rur, zaworów i ogromnych niebieskich zbiorników. Zimne, techniczne pomieszczenie jeszcze bardziej potęgowało jej strach. Na niewielkim stoliku obok stała nietknięta taca z jedzeniem, ale Beyza nie była w stanie przełknąć ani kęsa.

Całą uwagę skupiała na kajdankach zaciśniętych na nadgarstku. Nerwowo manipulowała widelcem przy zamku, próbując wsunąć jego koniec w otwór na kluczyk. Robiła to raz za razem, coraz gwałtowniej, coraz bardziej rozpaczliwie.

Bez skutku.

— Do diabła! — syknęła wściekle.

W przypływie frustracji cisnęła widelcem w ścianę. Metal uderzył o twardą powierzchnię z ostrym brzękiem.

W tej samej chwili spod jednej z rur biegnących przy podłodze przemknęła mysz.

Beyza zamarła.

Sekundę później krzyknęła przeraźliwie i poderwała się na fotel, podciągając nogi jak przestraszone dziecko.

— Mysz! — wrzasnęła. — Na pomoc! Ratunku! Gülsüm! Tutaj jest mysz! Pomóżcie mi!

Jej krzyk odbił się od pustych ścian kotłowni i zgasł gdzieś między rurami. Nikt nie przyszedł. Nikt nie odpowiedział.

Mysz zniknęła tak nagle, jak się pojawiła, ale Beyza długo jeszcze nie odważyła się zejść z fotela. Dopiero po pewnym czasie opadła na siedzisko, blada, roztrzęsiona i coraz bardziej bezradna.

W końcu drzwi kotłowni się otworzyły. W progu stanęła Mukadder.

Beyza natychmiast uniosła głowę. W jej oczach pojawiła się rozpaczliwa nadzieja.

— Ciociu, błagam… wyciągnij mnie stąd — powiedziała drżącym, załamanym głosem. — Naprawdę bardzo źle się czuję. Nie mogę oddychać. Proszę cię…

Mukadder patrzyła na nią chłodno i spokojnie. Nie było w niej litości.

— Zapomnij o wyjściu stąd — odparła poważnym tonem. — Nie pytałaś, ale i tak ci powiem. Wracam od twojego ojca.

Beyza natychmiast się ożywiła.

— Co powiedział? — zapytała pospiesznie. — Szuka sposobu, żeby mnie stąd wydostać, prawda? Nie zostawi tu swojej córki. Nie zrobiłby mi tego.

Mukadder przyglądała jej się przez chwilę bez słowa.

— Nie rób sobie niepotrzebnej nadziei — powiedziała w końcu. — Twój ojciec uciekł.

Beyza pobladła.

— To kłamstwo — wyszeptała. — Kłamiesz.

— Oszukuj się dalej, jeśli chcesz.

— Więc po co do ciebie dzwonił? — Beyza próbowała jeszcze kurczowo trzymać się własnej wersji. — Chciał znaleźć sposób na ucieczkę dla nas obojga, prawda?

Mukadder uniosła brwi.

— Ucieczkę, owszem. Ale ciebie nie uwzględnił w swoim planie.

Beyza zamarła.

— Co to znaczy?

— Twój ojciec sprzedał mi akcje.

Słowa Mukadder uderzyły w nią mocniej niż krzyk. Beyza powoli pokręciła głową, jakby nie była w stanie dopuścić do siebie ich znaczenia.

— Nie… To niemożliwe — wyszeptała. — Tata by tego nie zrobił. Nie mógł mnie tak zostawić. Ja też mam prawo do tych udziałów.

— A jednak to zrobił — odparła Mukadder bez cienia współczucia. — Zapłaciłam i przejęłam od niego udziały. Reszta to już sprawa między tobą a twoim ojcem.

Beyza patrzyła na nią szeroko otwartymi oczami. Jej twarz nagle straciła całą złość. Została tylko pustka.

Mukadder odwróciła się i ruszyła do wyjścia. Nie obejrzała się ani razu.

Drzwi zamknęły się za nią, a Beyza została sama w zimnej kotłowni, wśród rur, zbiorników i ciszy, która nagle stała się nie do zniesienia.

Powoli osunęła się głębiej w fotel.

Ojciec uciekł.

Sprzedał akcje.

Zostawił ją.

W jednej chwili straciła ostatnią nadzieję, której tak kurczowo się trzymała.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia był film Gelin 157.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

Podobne wpisy