„Panna młoda” Odc. 24 – streszczenie
Engin zatrzymuje samochód przed komisariatem. Zanim zdąży cokolwiek powiedzieć, Hancer wyskakuje z auta i niemal biegiem wpada do środka. Serce wali jej jak oszalałe, a oddech rwie się, choć przecież całą drogę tu siedziała, a nie biegła.
W holu natychmiast dostrzega Deryę.
— Gdzie jest mój brat?! — pyta zdyszanym głosem, rozglądając się nerwowo po korytarzu.
— W środku. Składa zeznania — odpowiada Derya chłodno, po czym jej spojrzenie zatrzymuje się na dużej torbie, którą Hancer trzyma w dłoni. Bez pytania wyrywa ją z jej rąk, rozsuwa zamek… i zastyga.
— Gdzie są pieniądze?! — wybucha, a w jej głosie słychać czystą furię.
— Wyszłam z domu w pośpiechu — odpowiada Hancer z oburzeniem. — Czy powinnam była zabrać cudze pieniądze?!
— Powinnaś była! — syczy Derya. — Czy nie po to się w to wszystko wpakowałaś?! Przez te długi twój brat jest tutaj! Jeden koszmar się skończył, a zaczyna kolejny. Szpital, policja… mam dość! Jeśli tobie nie zależy na własnym bracie, to mi tym bardziej! Nie obchodzi mnie, co się z nim stanie. Niech go diabli wezmą!
Słowa uderzają Hancer jak policzek. Jej oczy natychmiast wypełniają się łzami.
— Zamiast stać i płakać — ciągnie Derya bez litości — spróbuj chociaż raz znaleźć jakieś rozwiązanie. Ja wychodzę.
Odwraca się gwałtownie w stronę drzwi, lecz nagle jej krok zwalnia. Kilka metrów dalej Engin rozmawia spokojnie z policjantem. Derya mruży oczy.
— Czy to prawnik Develioglu? — pyta podejrzliwie, wracając spojrzeniem do Hancer. — Cihan wysłał swojego prawnika, żeby wyciągnąć twojego brata z kłopotów?
— Przyjechaliśmy razem — odpowiada Hancer cicho.
Na twarzy Deryi nagle pojawia się uśmiech — szybki, ożywiony, niemal triumfalny.
— A więc pogodziłaś się z Cihanem? — mówi z nagłym entuzjazmem. — Powinnaś była powiedzieć mi to od razu!
— Nie pogodziłam się — zaprzecza Hancer stanowczo. — I nie mogę do niego wrócić. To nie ma z nim nic wspólnego. Pan Engin przyszedł mi pomóc… z dobrego serca.
Derya patrzy na nią z niedowierzaniem, jakby próbowała ułożyć w głowie ten obraz.
— Naprawdę cię nie rozumiem, Hancer — mówi wolniej, chłodniej. — Zrywasz z Cihanem, a potem przychodzisz na komisariat z jego prawnikiem.
W jej głosie nie ma już złości. Jest coś gorszego — pogarda i podejrzenie, że prawda jest zupełnie inna, niż Hancer próbuje przedstawić.
***
Po rozmowie z komisarzem Engin wychodzi przed budynek komisariatu. Powietrze jest ciężkie, a napięcie wisi w powietrzu równie gęsto jak zapach spalin z ulicy. Hancer i Derya czekają kilka kroków dalej — obie wyczerpane, każda na swój sposób.
— Podaj mi numery telefonów osób, którym twój brat jest winien pieniądze — mówi Engin rzeczowo, przechodząc od razu do sedna. — Skontaktuję się z nimi i spróbuję porozmawiać.
Hancer natychmiast kręci głową.
— Proszę… nie mieszaj się w to — mówi cicho, ale stanowczo. — To nie twoja sprawa.
— Wiem — odpowiada spokojnie. — Ale chcę pomóc.
— Nie mogę przyjąć takiej pomocy — dodaje, spuszczając wzrok.
— Ta twoja duma! — prycha Derya, aż jej głos odbija się od betonowych ścian budynku. — Przez twoją dumę zostaniemy z pustymi żołądkami!
Engin unosi dłoń, uciszając ją jednym gestem.
— Nie zrozum mnie źle — zwraca się znów do Hancer. — Nie mówię o pomocy finansowej. Nie zapłacę za nikogo długów. Spróbuję jedynie wynegocjować warunki spłaty z wierzycielami. Odroczenie, raty, cokolwiek, co da wam czas. — Robi krótką pauzę. — I nie martw się. Cihan się o tym nie dowie.
Hancer unosi na niego spojrzenie, pełne niepewności.
— Czy to w ogóle coś da? — pyta z rezerwą. — Oni nie wyglądają na ludzi skłonnych do rozmów.
— To rozwiązanie krótkoterminowe — przyznaje Engin bez wahania. — Ale wystarczy, żeby twój brat wyszedł stąd i wrócił do domu. Czasem tyle właśnie potrzeba: kilku dni oddechu.
Hancer milknie. Przez moment walczy sama ze sobą — z dumą, strachem i poczuciem winy. W końcu ciężko wzdycha.
— Dobrze — mówi wreszcie. — Zrób tak, jak mówisz. I tak… nie mamy innego wyjścia.
Engin kiwa głową, jakby dokładnie na to czekał. W jego spojrzeniu nie ma triumfu — tylko spokojna determinacja człowieka, który wie, że właśnie wziął na siebie cudzy ciężar.
***
Akcja przeskakuje do wieczora. W starym domu panuje cisza, niemal nienaturalna. Beyza powoli przechadza się po pustej sypialni Hancer, a echo jej kroków odbija się od nagich ścian. Łóżko jest równo zasłane, toaletka pusta, jakby ktoś w pośpiechu wymazał z tego miejsca swoją obecność.
Beyza zatrzymuje się na środku pokoju i rozgląda z pogardą.
— Oto jak skończyłaś, ślicznotko ze slumsów — mówi cicho, z lodowatym uśmiechem. — Sama. Bez niczego.
Jej wzrok przyciąga otwarta szafa. Na wieszaku wisi śnieżnobiała suknia ślubna — jedyny jasny punkt w tym opuszczonym wnętrzu. Tuż pod nią, na podłodze, leży czarna torba. Beyza podchodzi wolnym krokiem, jak drapieżnik wyczuwający zdobycz.
Nie schyla się od razu. Zamiast tego przesuwa opuszkami palców po materiale sukni. Delikatny, chłodny jedwab ślizga się pod jej dłonią.
— Twój czas się skończył, idiotko — syczy. — Nigdy więcej nie wrócisz do tego domu. Nawet jeśli będziesz prosić. Nawet jeśli będziesz błagać i padniesz na kolana. — Jej głos twardnieje. — Cihan cię nie przyjmie. On jest mój. Należy do mnie. Jest moim mężem.
Cofa się o krok, jakby zamierzała już wyjść, lecz coś nie daje jej spokoju. Jej spojrzenie znów pada na czarną torbę. Z wahaniem wyciąga rękę i dotyka jej dłonią. Materiał ugina się pod naciskiem — torba jest wyraźnie wypełniona.
Beyza marszczy brwi. Serce zaczyna bić szybciej. Klęka i chwyta zamek, gotowa sprawdzić, co Hancer zostawiła po sobie…
W tej samej chwili z dołu dobiega odgłos kroków na schodach.
Beyza zastyga. Błyskawicznie cofa dłoń, wstaje i chowa się za ciężką zasłoną przy oknie. Jej oddech staje się płytki.
Po chwili drzwi skrzypią cicho. Do pokoju wchodzi Fadime, niosąc w rękach środki do sprzątania. Rozgląda się po pustej sypialni, nieświadoma, że kilka kroków dalej ktoś właśnie wstrzymuje oddech…
***
Następnego dnia Fadime przynosi Mukadder leki na ciśnienie. Kobieta siedzi sztywno w fotelu, z wyprostowanymi plecami, jakby nawet choroba nie miała prawa odebrać jej kontroli. Beyza zajmuje miejsce obok niej, swobodna, niemal zrelaksowana.
— Przynieś mi kawę i coś słodkiego — mówi Beyza do pokojówki lekkim, kapryśnym tonem. — Mam dziś dobry humor. Nie będę liczyć kalorii.
Fadime kiwa głową i bez słowa znika w kuchni.
Beyza odwraca się do ciotki, uśmiechając się z cieniem prowokacji.
— Co się stało, ciociu? — pyta. — Dlaczego tak na mnie patrzysz? Nie będę przecież płakać po odejściu tej nieszczęsnej panny młodej.
Mukadder nie odpowiada od razu. Jej spojrzenie jest ciężkie, przenikliwe, jakby próbowała zajrzeć Beyzie pod skórę.
W tej chwili telefon Beyzy zaczyna dzwonić. Kobieta zerka na ekran — ułamek sekundy wystarcza, by jej twarz stężała, a uśmiech zniknął bez śladu.
— Kto dzwoni? — pyta podejrzliwie Mukadder.
— Sklep — odpowiada Beyza zbyt szybko. — Zamówiłam buty. Pewnie informują, że są gotowe do odbioru.
Podnosi się z kanapy i rusza w stronę swojego pokoju. Mukadder ledwie zauważalnym gestem skinienia głowy daje znak Gulsum, by poszła za nią.
Gdy tylko drzwi pokoju się zamykają, Beyza odbiera telefon, tracąc wszelką uprzejmość.
— Czego chcesz, idiotko?! — syczy.
— Czy tak witasz swoją najlepszą przyjaciółkę? — odpowiada Yonca z przesadną słodyczą. — A ja tak bardzo za tobą tęskniłam…
— Jaką najlepszą przyjaciółkę? — prycha Beyza. — Mów od razu, czego chcesz.
— Dobrze. Przejdę do rzeczy. Jesteś mi winna sto tysięcy.
— Jakie sto tysięcy?! — Beyza zaciska palce na telefonie. — Dałam ci naszyjnik.
— To była spłata poprzedniego długu, kochana — mówi Yonca spokojnie. — Za najnowsze informacje jeszcze nie zapłaciłaś.
— Skąd ja mam teraz wziąć sto tysięcy…? — wzdycha Beyza, nerwowo przechadzając się po pokoju.
— To już twój problem — pada chłodna odpowiedź. — Poproś ojca, ciotkę, byłego męża… albo jego nową żonę.
Zapada krótka cisza.
— Poradzę sobie — mówi w końcu Beyza, z trudem opanowując emocje. — Mam rozwiązanie.
— Naprawdę? — w głosie Yoncy pojawia się zainteresowanie. — Jakie?
— To nie twoja sprawa. — Beyza mówi już twardo. — Czekaj na mój telefon.
Rozłącza się.
Gulsum, która przez chwilę stała pod drzwiami, bezszelestnie odchodzi i wraca do salonu. Mukadder spogląda na nią wyczekująco.
— Rozmawiała z kimś o imieniu Yonca — relacjonuje pokojówka półgłosem. — Nie słyszałam wszystkiego, ale wyglądało to na poważny problem.
Mukadder kiwa głową powoli.
— Dobrze. Wracaj do swoich obowiązków — mówi chłodno. — I miej oczy oraz uszy szeroko otwarte.
Gulsum odchodzi. Mukadder zostaje sama. Mruży oczy, a na jej ustach pojawia się ledwie zauważalny, niepokojący cień uśmiechu.
— Wkrótce wszyscy dowiedzą się, co robisz, Beyzo — szepcze do siebie. — Wszystko w końcu wyjdzie na światło dzienne.
***
Cihan siedzi w swoim gabinecie w rezydencji, lecz myślami jest daleko od spraw zawodowych. Dokumenty leżą nietknięte na biurku. W palcach powoli obraca pierścień zaręczynowy. Patrzy na niego z ciężkim skupieniem, jakby próbował znaleźć w zimnym metalu odpowiedź na kłębiące się w jego głowie pytania.
Telefon przerywa ciszę ostrym dźwiękiem. Cihan spogląda na ekran. Saffet – starszy człowiek, któremu zlecił obserwację Hancer.
Odbiera natychmiast.
— Masz jakieś wieści? — pyta bez wstępów, głosem napiętym jak struna. — Znalazłeś mężczyznę, z którym się spotkała?
— Tak — odpowiada spokojnie Saffet. — Podążam za nim. Właśnie przyjechał na komisariat policji. Czekam, aż wyjdzie.
Cihan prostuje się w fotelu.
— Zrób mu zdjęcie. Chcę go zobaczyć.
Rozłącza się. Cisza w gabinecie gęstnieje, niemal dusi. Cihan wstaje, podchodzi do okna, ale nie widzi ogrodu ani fontanny — widzi tylko twarz Hancer, jej milczenie, jej ucieczkę.
Kilka minut później telefon wibruje. MMS.
Cihan wraca do biurka i otwiera wiadomość.
Na ekranie pojawia się zdjęcie: Hancer stojąca przed komisariatem, a obok niej… Engin.
Serce Cihana zamiera. Przez krótką chwilę po prostu patrzy, jakby obraz miał za moment zniknąć. Ale nie znika.
— To… niemożliwe… — wydusza z siebie.
Z niedowierzaniem rzuca telefon na biurko. Przez ułamek sekundy widać w nim coś na kształt bólu — szybko jednak ustępuje on gniewowi. Cihan zaciska pięści i z całej siły uderza w blat. Dźwięk rozchodzi się po gabinecie jak strzał.
— Engin… — syczy pod nosem.
Sięga po telefon raz jeszcze. Tym razem jego ruchy są szybkie, zdecydowane, pozbawione wahania. Wybiera numer.
— Mam nadzieję, że tym razem nie skłamiesz… — szepcze, zanim połączenie zostanie odebrane.
— Słucham, Cihanie? — odzywa się w słuchawce głos Engina, jak zawsze spokojny.
— Gdzie jesteś? — pyta Cihan chłodno, bez cienia emocji.
— Skończyłem pracę. Jadę do biura.
Na twarzy Cihana pojawia się lodowaty uśmiech.
— Czekam na ciebie — mówi niskim, nieznoszącym sprzeciwu tonem. — Pospiesz się.
Rozłącza się i przez chwilę stoi nieruchomo, z telefonem w dłoni. Potem znów zaciska pięść.
Zdrada — prawdziwa czy tylko domniemana — boli najbardziej wtedy, gdy przychodzi od najbliższego.
***
Cemil odzyskuje wolność. Gdy wychodzą z komisariatu, chłodne powietrze uderza go w twarz niczym obietnica nowego początku. Przez chwilę zatrzymuje się, jakby chciał nacieszyć się samym faktem, że znów może swobodnie oddychać. Potem rusza pieszo razem z Hancer i Deryą w stronę domu.
— Nadal myślą, że mam długi — mówi po chwili, z nutą goryczy, ale i naiwnej ulgi. — Zabrali mnie bez żadnego powodu. Zamknęli, przesłuchiwali… Ale adwokat się tym zajmie, prawda?
Hancer zerka na niego ukradkiem. W jej spojrzeniu czai się niepokój, którego nie chce zdradzić.
— Zajmie się, bracie… — odpowiada cicho, starając się, by głos jej nie zadrżał.
Cemil unosi głowę ku niebu, jakby dopiero teraz naprawdę do niego dotarło, że jest wolny.
— Jakże wielkim błogosławieństwem jest niebo — mówi z przejęciem. — Tam, w środku, zamknęli mnie w pokoju bez okien. Brakowało mi tchu. Czułem się, jakbym powoli znikał.
Spuszcza wzrok i wtedy zauważa dużą torbę w dłoni siostry. Marszczy brwi.
— Hancer… co to jest? — pyta z rosnącym niepokojem. — Dlaczego masz ze sobą torbę?
Zanim dziewczyna zdąży odpowiedzieć, Derya wtrąca się z przesadną swobodą:
— Mąż ją pogonił — rzuca lekko. — Dał jej jedną walizkę i odesłał.
Cemil gwałtownie blednie. Zatrzymuje się, jakby ktoś uderzył go w pierś.
— Co…? — patrzy na Hancer, a głos mu się łamie. — Czy to prawda?
— Ja… — Hancer zamiera, zdezorientowana i zraniona. — Co ty robisz, bratowo?!
Derya wybucha śmiechem, zbyt głośnym, zbyt wymuszonym.
— Żartuję, kochany. — Macha ręką. — Czy coś takiego w ogóle jest możliwe? Wszystko bierzesz na poważnie.
Cemil wypuszcza powietrze z płuc, jakby dopiero teraz mógł oddychać.
— Nie żartuj tak więcej, Deryo — mówi z wyrzutem. — Serce mi prawie stanęło.
— Hancer po prostu się bała — ciągnie Derya, natychmiast zmieniając ton. — Myślała, że zostaniesz tam na dłużej. Spakowała rzeczy na wszelki wypadek. — Spogląda na szwagierkę z udawaną troską. — Na szczęście twój brat jest już wolny. Dopiero co wyszłaś za mąż. Nie powinnaś siedzieć z nami zbyt długo. Jedna noc wystarczy. Wróć do męża.
— Derya ma rację — przytakuje Cemil, nieświadomy ciężaru tych słów. — Niech każdy wraca do swojego domu.
Hancer milknie. Ściska uchwyt torby mocniej, czując, że dom, do którego ma wrócić, przestał być dla niej bezpiecznym miejscem.
Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 12.Bölüm i Gelin 13.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.












