„Panna młoda” Odc. 25 – streszczenie
Beyza stoi przed lustrem w swojej sypialni. Nachyla się lekko, precyzyjnym ruchem nakłada kolor na usta i poprawia kosmyk włosów przy skroni. Wygląda na opanowaną, wręcz spokojną — tylko szybkie, nerwowe spojrzenie na odbicie zdradza, że pod tą maską coś wrze.
W ciszy rozlega się dźwięk telefonu.
Beyza marszczy brwi, po czym odbiera.
— Halo? — mówi cicho. — Spotkajmy się za godzinę w kawiarni.
Po drugiej stronie zapada krótka pauza.
— Przygotowałaś pieniądze? — pada chłodny głos Yoncy.
— Przygotowałam — odpowiada Beyza bez wahania.
Nie czeka na dalsze pytania. Rozłącza się, odkłada telefon na toaletkę i sięga po płaszcz. Narzuca go na ramiona i zapina guzik pod szyją. Przez chwilę stoi nieruchomo, po czym uśmiecha się krzywo do własnego odbicia.
— Podczas gdy wszyscy zajmują się tą pięknością ze slumsów… — mruczy do siebie — ja rozwiążę swój problem z Yoncą.
Sięga po dużą, czarną torbę podróżną stojącą pod ścianą. Chwyta ją pewnym ruchem i wychodzi z pokoju.
***
W salonie panuje napięta cisza. Mukadder siedzi na kanapie wyprostowana jak struna, z dłońmi zaciśniętymi na podłokietnikach. Obok niej Sinem nerwowo splata palce na kolanach.
— Doprowadziła mojego syna do szału i po prostu odeszła — mówi Mukadder z narastającym oburzeniem. — Żałuję, że nie zamknęłam jej pod kluczem, zanim zdążyła zrobić z nas pośmiewisko.
— A jeśli wróci? — pyta ostrożnie Sinem. — Jeśli przyjdzie sama, skruszona… Czy wybaczysz jej ten dziecinny błąd?
Mukadder odwraca się gwałtownie, mierząc synową lodowatym spojrzeniem.
— Cihan jest głową tego domu — ucina. — Będzie tak, jak on zdecyduje. Nie zanudzaj mnie swoimi głupimi pytaniami. — Jej głos twardnieje. — I gdzie, do diabła, wpełzła ta żmija?
— Może wróciła do brata — sugeruje Sinem. — Gdzie indziej miałaby pójść? Mogę zadzwonić do jej bratowej, zapytać…
— Jeszcze ty chcesz doprowadzić mnie do obłędu?! — przerywa jej Mukadder. — Czy ty w ogóle słuchasz, co mówię? Cihan wyraźnie powiedział, że nikt nie może się wtrącać. Siedź na miejscu!
W tej samej chwili na schodach rozlegają się kroki. Z góry schodzi Beyza, trzymając w ręku czarną torbę. Nawet nie spogląda w stronę salonu — zmierza prosto do drzwi.
Mukadder natychmiast wstaje.
— Beyza! — woła ostro.
Dziewczyna zatrzymuje się, odwraca i podchodzi powoli, z wyuczonym spokojem na twarzy.
— Tak, ciociu?
— Dokąd się wybierasz? — pyta Mukadder, uważnie ją obserwując.
— Buty, które zamówiłam, są już w sklepie — odpowiada Beyza gładko. — Idę je odebrać. A przy okazji… przespaceruję się trochę.
— Sama? — Mukadder mruży oczy.
— A z kim miałabym iść? — Beyza unosi brew. — Czy człowiek nie jest swoim najlepszym przyjacielem?
Mukadder zerka na torbę.
— I zabierasz ze sobą tak dużą torbę?
— Chcę ją wymienić — odpowiada bez wahania. — Zamek się popsuł. — Uśmiecha się uprzejmie. — Jeśli skończyłaś zadawać pytania, życzę ci miłego dnia, ciociu.
Odwraca się i wychodzi, nie czekając na odpowiedź.
Mukadder patrzy za nią z nieufnością, po czym mówi półgłosem, niemal do siebie:
— Idź… Mam tylko nadzieję, że nie spowodujesz pożaru. — Jej spojrzenie twardnieje. — Najpierw uporam się z synową. A potem przyjdzie kolej i na ciebie.
Cisza w salonie staje się jeszcze cięższa.
***
Engin przyjeżdża do firmy późnym popołudniem. Korytarze są niemal puste, a cisza aż kłuje w uszy. Wchodzi do gabinetu Cihana i już po pierwszym kroku wie, że coś jest nie tak.
Cihan nie podnosi głowy znad biurka. Nie wita się. Nie rzuca nawet krótkiego spojrzenia. Zamiast tego jednym, powolnym ruchem obraca laptop w stronę Engina.
Na ekranie widać zdjęcie sprzed komisariatu.
Engin i Hancer. Obok siebie.
Powietrze w gabinecie gęstnieje.
Engin odwraca wzrok, odpina jeden guzik marynarki, jakby potrzebował więcej powietrza. Przez moment milczy — wie, że to nie będzie łatwa rozmowa.
— Enginie… — Cihan wstaje i podchodzi bliżej, wskazując palcem na ekran. — Czy tak wyglądają twoje prywatne obowiązki? To miałeś mi powiedzieć, kiedy nadejdzie czas? — Jego głos narasta. — Odpowiedz! Myślałeś, że się nie dowiem? Że możesz działać za moimi plecami?!
Robi kolejny krok.
— Okłamałeś swojego najlepszego przyjaciela. I to patrząc mu prosto w oczy! — Cihan uderza dłonią w blat. — Jak mogłeś zrobić coś tak podłego?! Co jest między tobą a tą złodziejką?! Zdradziłeś mnie! I to z dziewczyną, która zrobi wszystko dla pieniędzy!
— Cihanie, dość! — Engin podnosi głos po raz pierwszy. — Zamknij się i posłuchaj mnie wreszcie!
Zapada cisza. Napięta, ostra.
— Rozejrzyj się wokół siebie — ciągnie Engin. — Czy ktoś jeszcze mówi? Nie. Bo tylko ty mówisz. Tylko ty masz rację, a wszyscy inni się mylą. — Rozkłada ręce. — Twoja arogancja tak bardzo ciąży na twoich barkach, że nie widzisz tego, co jest tuż przed tobą.
Cihan chce mu przerwać, ale Engin nie pozwala.
— Wiesz, czym jest arogancja? — pyta twardo. — To kamień przywiązany do szyi. Nie pozwala normalnie funkcjonować. Możesz tylko krzyczeć, oskarżać i niszczyć wszystko wokół siebie… nawet nie zdając sobie z tego sprawy.
— Kim ty jesteś, żeby mnie pouczać?! — syczy Cihan.
— Widzisz? Znowu to robisz. — Engin unosi dłoń. — Choć raz spróbuj posłuchać.
Jego głos mięknie, ale staje się jeszcze bardziej stanowczy.
— Zraniłeś mnie. Dobrze. Ale przynajmniej nie rób tego samego tej niewinnej dziewczynie. Otwórz oczy. Czy kiedykolwiek naprawdę spojrzałeś jej w twarz? Gdybyś to zrobił, zobaczyłbyś, jak wygląda prawdziwa niewinność.
— Nie próbuj mną manipulować — odpowiada Cihan chłodno. — Czy to nie ty broniłeś tej złodziejki?
— Mam już dość! — wybucha Engin. — Ciągle ją tak nazywasz! Czy widziałeś na własne oczy, że coś ukradła?!
— Dałem jej pieniądze. A ona uciekła! — Cihan cedzi słowa przez zaciśnięte zęby.
— Brawo! — Engin klaszcze ironicznie. — To jest twój dowód? Widziałeś, że je zabrała? Poszedłeś do domu i to sprawdziłeś?!
— Jestem pewien — odpowiada Cihan twardo. — Nigdy się nie mylę.
— Właśnie w tym problem — mówi Engin cicho. — Myślisz, że nigdy się nie mylisz.
Zapada chwila ciszy.
— Wiesz, dlaczego jej pomogłem? — dodaje po chwili. — Zadzwoniła do mnie moja siostra. Brat Hancer został zatrzymany przez policję. Potrzebował prawnika. Poszedłem. Pomogłem. To wszystko.
Cihan przełyka ślinę. Po raz pierwszy w jego spojrzeniu pojawia się cień wahania.
— Dlaczego… — pyta wolniej — dlaczego zadzwoniła do ciebie, a nie do mnie?
— Sam sobie na to odpowiedz — mówi Engin. — Zapytaj siebie: dlaczego twoja żona nie zadzwoniła do ciebie? Przemyśl to na spokojnie. A potem zdecyduj, czy ona naprawdę była dla ciebie żoną… czy tylko kolejną umową.
Engin odwraca się, gotów odejść, ale zatrzymuje się jeszcze na moment.
— Wygląda na to, że ja też będę musiał podjąć odważne decyzje. Tak jak Hancer. — Spogląda na Cihana po raz ostatni. — Bo człowiek, którego widzę przed sobą, nie może być moim przyjacielem. Ani moim bratem.
Dopiero wtedy wychodzi z gabinetu, zostawiając Cihana samego — z ciszą, która tym razem waży więcej niż wszystkie oskarżenia.
***
Cihan opuszcza firmę bez słowa. Zatrzymuje się przy starym domu, jakby jakaś niewidzialna siła ciągnęła go właśnie tam. Gdy przekracza próg, uderza go cisza. Pusta, ciężka, obca.
Wchodzi po schodach na górę. Zatrzymuje się w salonie, powoli obracając głowę, jakby oczekiwał, że za chwilę ją zobaczy. Nic. Tylko nieruchome meble i zapach, który jeszcze nie zdążył wywietrzeć.
Otwiera drzwi sypialni.
Zaczyna przeszukiwać pomieszczenie — jedną szufladę, drugą, trzecią. Coraz szybciej. W końcu podchodzi do szafy i uchyla drzwi.
Na wieszaku wciąż wisi suknia ślubna.
Cihan zamiera. Twarz mu tężeje, a oddech na moment grzęźnie w piersi. Przed oczami staje mu obraz sprzed kilku dni: Hancer wysiadająca z samochodu, ujęta pod ramię przez brata. Jej spojrzenie — spokojne, skupione, bez cienia triumfu. Ich krótkie, milczące spojrzenie, jakby jedno bało się drugiego.
Potem sama ceremonia. Rutynowe pytanie urzędnika. Jej ciche, ale pewne „tak”. Mechaniczne podpisy. Ślub, który miał być tylko formalnością, a jednak zapadł mu w pamięć głębiej, niż chciałby przyznać.
Zaciska szczękę.
Sprawdza górną półkę szafy. Potem zagląda pod materac. Przesuwa dłonią po podłodze. Nigdzie nie ma czarnej torby z pieniędzmi.
— I ona ma być niewinna? — mówi półgłosem, bardziej do siebie niż do pustych ścian. — Czy na jej twarzy naprawdę było widać niewinność? Ja jej nie widziałem. — Jego głos twardnieje. — Udało jej się oszukać nawet Engina.
Odwraca się gwałtownie i wychodzi.
***
Cihan wchodzi do swojego pokoju w rezydencji. Zdejmuje kurtkę, rzuca ją niedbale na krzesło — i wtedy jego wzrok przykuwa coś, co sprawia, że zamiera.
Na łóżku leży czarna torba.
Ta sama.
Serce zaczyna bić mu szybciej. Podchodzi, chwyta ją i jednym ruchem rozsuwa zamek. Zagląda do środka.
Pieniądze.
Plik przy pliku. Nienaruszone. Jakby nikt ich nawet nie dotknął.
— Co… co te pieniądze tu robią? — szepcze z niedowierzaniem.
W tej chwili do pokoju wchodzi Fadime. Zatrzymuje się niepewnie w progu.
— Panie Cihanie… — zaczyna ostrożnie. — Znalazłam tę torbę w starym domu. Pomyślałam, że należy do ciebie. — Zerka nerwowo na jej zawartość. — Mam nadzieję, że niczego nie brakuje.
Cihan podnosi na nią wzrok.
— Wszystko jest — odpowiada krótko. — Gdzie dokładnie ją znalazłaś?
— W szafie, w sypialni — wyjaśnia Fadime. — Poszłam posprzątać i… była tam, schowana.
— Dobrze. Dziękuję.
Pokojówka kiwa głową i wychodzi, cicho zamykając drzwi.
Cihan zostaje sam.
Powoli opada na fotel, jakby nagle stracił siły. Wpatruje się w torbę, ale jej nie widzi — widzi własne słowa, oskarżenia, gniew, z którym tak łatwo wydał wyrok.
— Czy Engin ma rację? — pyta cicho. — Czy ona naprawdę jest niewinna?
Cisza nie odpowiada.
A tym razem to ona oskarża jego.
***
Yonca wchodzi do kawiarni energicznym krokiem. Jej spojrzenie od razu zatrzymuje się na Beyzie, która siedzi przy stoliku pod oknem. Przed nią paruje filiżanka kawy, a ona sama wygląda na całkowicie opanowaną, niemal znudzoną czekaniem.
— Kochana Beyzo — mówi Yonca z przesadną słodyczą, siadając naprzeciwko. — Widzę, że dziś przyszłaś punktualnie. — Uśmiecha się krzywo. — Jesteś tak chętna do spłaty swojego długu, że aż chce mi się uronić łzę wzruszenia.
Beyza nawet na nią nie patrzy. Powoli miesza kawę, po czym podnosi wzrok.
— Oszczędź sobie komentarzy — odpowiada chłodno. — Przyniosłam to dla ciebie.
Wskazuje ruchem głowy na dużą torbę stojącą na wolnym krześle obok.
Yonca natychmiast sięga po torbę. Z szerokim uśmiechem rozsuwa zamek… po czym jej twarz momentalnie tężeje. W środku nie ma ani jednego banknotu. Zamiast tego — flakony drogich perfum, markowe ubrania, starannie ułożone akcesoria.
— Co to ma być? — wybucha. — Żartujesz sobie ze mnie?!
— Jeśli to sprzedasz, dostaniesz pieniądze, których potrzebujesz — odpowiada Beyza spokojnie, opierając się wygodnie o oparcie krzesła. Jej ton jest obojętny, niemal znudzony.
Yonca trzaska zamkiem i podnosi na nią wzrok pełen wściekłości.
— Kim ty jesteś, żeby robić ze mnie żebraczkę?! — syczy. — Nie prosiłam o jałmużnę, tylko o to, co mi się należy!
Beyza unosi brew, a na jej ustach pojawia się lekki, pogardliwy uśmiech.
— Oczywiście. Masz rację — mówi lodowato. — Po prostu nie pomyślałam, że nigdy wcześniej nie widziałaś tylu ekskluzywnych rzeczy naraz. Skąd miałabyś znać ich prawdziwą wartość? — Nachyla się lekko w jej stronę. — Uwierz mi, są warte znacznie więcej niż na to zasługujesz.
Yonca gwałtownie wstaje od stolika, aż krzesło zgrzyta po podłodze.
— Zapłacisz mi za to, Beyza! — cedzi przez zaciśnięte zęby. — I to bardzo drogo! Nie zapomnę ci tego!
Odwraca się na pięcie i rusza w stronę wyjścia. Mimo furii nie zostawia torby — chwyta ją mocno i zabiera ze sobą, jakby bała się, że ktoś mógłby ją odebrać.
Beyza nawet się nie porusza. Gdy drzwi kawiarni zamykają się za Yoncą, spokojnie sięga po filiżankę i bierze kolejny łyk kawy. Na jej twarzy błąka się lekki, pewny siebie uśmiech.
Jakby właśnie wygrała kolejną rundę.
Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia był film Gelin 13.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.














