„Panna młoda” Odc. 29 – streszczenie
Kawiarnia tonie w dziennym świetle. Przez wielkie przeszklenia widać rząd zaparkowanych samochodów, nagie drzewa i szarą taflę wody w oddali. Wnętrze jest jasne, niemal sielankowe: drewniane stoliki, pastelowe krzesła, filiżanki kawy parujące leniwie w ciszy popołudnia.
Przy jednym z nich siedzą Beyza i Yonca.
Beyza pochyla się nad blatem, opierając łokcie o gładkie drewno. Jej spojrzenie jest twarde, skupione, pozbawione jakiejkolwiek emocji.
— Ta dziewczyna potrzebuje lekarza — mówi cicho, ale z naciskiem. — A ja chcę się jej pozbyć.
Unosi wzrok.
— Dzięki doktor Füsun obie na tym skorzystamy. Ta lekarka zniszczy tę piękność ze slumsów tak samo, jak zniszczyła mnie.
Yonca marszczy brwi. Przez chwilę obraca w dłoniach filiżankę, jakby potrzebowała czasu, by dobrze dobrać słowa.
— Naprawdę nie rozumiem — mówi ostrożnie. — Jak ty sobie to wyobrażasz? Chcesz przekonać lekarkę do popełnienia przestępstwa? Zmusisz ją?
Beyza uśmiecha się krzywo.
— Dla niej to nic nowego. — Wzrusza ramionami. — Zrobiła to już raz. Zrobi i drugi, jeśli odpowiednio jej zapłacę.
— Tylko że ona nie pracuje już na czarno — przypomina Yonca, spoglądając na nią spod rzęs. — Ma licencję. Zmieniła klinikę, zmieniła adres, zmieniła życie. Jest teraz bogata. To nie ta sama kobieta co kiedyś. Nie będzie jej łatwo przekupić.
— Nie musisz się tym martwić — ucina Beyza lodowato.
Yonca odkłada filiżankę. Jej ton twardnieje.
— Dobrze. Ale jeśli mam w tym pośredniczyć, najpierw dostanę pieniądze. Bez tego nie ruszę palcem.
Nachyla się bliżej.
— I uważaj, jak do mnie mówisz. Nie jesteś w pozycji, by mi rozkazywać.
Beyza śmieje się cicho, bez wesołości. Pochyla się jeszcze bardziej nad stolikiem.
— A co to za nagła duma? — syczy. — Za wszystko, co jesz i pijesz, płacisz moimi pieniędzmi.
Jej spojrzenie tnie jak nóż.
— Jesteś jak pasożyt.
Yonca gwałtownie prostuje plecy.
— Przestań! — mówi przez zaciśnięte zęby. — Zapomniałaś, z kim rozmawiasz. W każdej chwili mogę pójść do twojej ciotki i powiedzieć jej wszystko. Jednym zdaniem mogę zrujnować ci życie.
Na twarzy Beyzy nie pojawia się strach. Tylko zmęczenie i pogarda.
— Jeśli chcesz, powiedz jej — odpowiada spokojnie. — Grozisz mi od lat. Mam tego dość. — Unosi brew. — Gdyby nie ja, dawno umarłabyś z głodu. Dalej. Jeśli masz odwagę, idź i jej powiedz.
Yonca wstaje gwałtownie, aż krzesło zgrzyta o podłogę. Chwyta kurtkę i torebkę.
— Jesteś odważna — rzuca z furią — i grasz bardzo wysoko. Ale tym razem się przeliczyłaś.
Pochyla się nad nią na ułamek sekundy.
— Uważaj, z kim grasz, pani Beyzo. Nie zapomnę ci tego.
Odwraca się na pięcie i wychodzi z kawiarni, zostawiając za sobą niedopitą kawę.
Beyza zostaje sama przy stoliku. Przez chwilę patrzy w pustkę za oknem — na wodę, na nagie drzewa i na spokojny świat, który wydaje się zupełnie oderwany od jej planów. W jej myślach słowa Yoncy są tylko pustą groźbą, kolejnym aktem desperacji kogoś słabszego.
Uśmiecha się pod nosem, pewna swojej przewagi. Nie wie jeszcze, że tym razem Yonca nie blefowała…
***
Gdy Beyza wraca do rezydencji, już od progu czuje, że coś jest nie tak. W salonie stoi jej ojciec. Nusret. Wyprostowany, nieruchomy, z twarzą twardą jak kamień.
Podchodzi do niego z wymuszonym uśmiechem.
— Dzień dobry, tato.
Nie odpowiada. Jego spojrzenie pozostaje chłodne, obce. Dopiero wtedy Beyza dostrzega, że na kanapie — obok Mukadder — siedzi ktoś jeszcze.
Yonca.
Serce Beyzy zamiera.
— Przywitaj się ze swoją przyjaciółką — odzywa się Mukadder lodowatym tonem. — Nawet jeśli powód nie jest przyjemny. Jesteś jej winna pieniądze.
Robi krótką pauzę.
— Mieszkasz w ogromnej rezydencji. Masz wszystko, czego zapragniesz. Czego jeszcze potrzebowałaś, że popadłaś w długi?
Nusret podchodzi do córki wolnym, stanowczym krokiem.
— Skąd ten dług, Beyzo? — pyta surowo.
Beyza przełyka ślinę. Siada obok Yoncy, jakby szukała w niej ratunku. Milczy.
— Nie miej mi tego za złe — mówi Yonca miękko, niemal ze skruchą. — Nie chciałam tu przychodzić. Ale nie zostawiłaś mi wyboru.
— Odpowiedz! — Nusret podnosi głos. — Co jesteś jej winna?
Yonca spogląda na Beyzę z udawaną troską.
— Wszyscy już wiedzą — oznajmia spokojnie. — Powiedz im sama. Będzie ci lżej. — Nachyla się nieznacznie. — Powiedz im, że chodzi o dziecko.
Zapada cisza.
— Jakie dziecko?! — Nusret blednie. — Córko, wyjaśnij nam to natychmiast!
Beyza blednie jeszcze bardziej. Jej usta drżą, ale nie wydobywa się z nich żaden dźwięk.
— Odpowiedz! — rozkazuje Mukadder. — Nie doprowadzaj nas do szału!
— Myślałam, że rodzina o tym wie — mówi Yonca z udawanym żalem. — Przepraszam…
Wtedy Beyza pęka.
Zalewa się łzami — głośno, dramatycznie, jakby każda łza była dowodem jej cierpienia.
— To… to była moja ostatnia, desperacka próba… — szlocha. — Pożyczyłam te pieniądze na terapię. Tak bardzo chciałam dziecka…
Mukadder mięknie.
— Od czego masz nas? — pyta już łagodniej. — Powinnaś była przyjść do nas.
Nusret siada obok córki. Jego głos również traci surowość.
— Dlaczego mi nie powiedziałaś?
— Wstydziłam się… — Beyza spuszcza wzrok. — Wszyscy patrzyli na mnie jak na kogoś bezwartościowego. Kiedy ciocia wspomniała o rozwodzie, poszłam do lekarza, ale…
Jej głos całkiem się łamie.
— To był dla niej straszny czas — wtrąca Yonca, ujmując jej dłonie. — Bardzo cierpiała. Byłam przy niej. Wspierałam ją, jak mogłam.
Nusret wstaje.
— Porozmawiajmy na osobności — mówi do Yoncy.
Gdy oddalają się na korytarz, Nusret pyta cicho:
— Ile Beyza jest ci winna?
— Sto pięćdziesiąt tysięcy — odpowiada Yonca bez wahania. — To wszystko, co odziedziczyłam po rodzicach. Dałam jej te pieniądze bez wahania. — Wzdycha ciężko. — Nie przyszłabym tu, gdybym nie była w potrzebie. Wyrzucono mnie z mieszkania. Przez miesiąc mieszkałam w hostelu, ale… nie mam już środków.
— Nie masz żadnej rodziny?
— Straciłam rodziców w wypadku samochodowym.
— Moje kondolencje.
— Beyza ma ogromne szczęście — dodaje Yonca cicho. — Ma pana. Ja zawsze byłam sama.
— Pracujesz?
— Straciłam pracę dwa dni po eksmisji. Szukam nowej, ale… nie jest łatwo.
Nusret chwilę milczy.
— Zobaczymy, czy znajdziemy coś dla ciebie w naszej firmie — mówi w końcu. — A dług Beyzy spłacę ja. Wyślij mi numer konta.
— Dziękuję. — Yonca wyciąga telefon. — Czy może mi pan zapisać swój numer?
Podaje mu aparat. Nusret zapisuje kontakt.
***
Yasemin przyjeżdża do starego domu po torbę, którą zostawiła podczas ostatniej wizyty. Już od progu zauważa jednak, że coś jest nie tak. Hancer siedzi nieruchomo, z opuszczonymi ramionami i spojrzeniem utkwionym w podłodze.
— Kiedy usłyszałam twój głos przez telefon, od razu wiedziałam, że coś się stało — mówi cicho Yasemin. — I niestety… nie pomyliłam się.
Hancer podnosi wzrok i próbuje się uśmiechnąć, ale wychodzi to blado i bez przekonania.
— Zrobię kawę — rzuca szybko, jakby chciała uciec. Podnosi się z kanapy.
— Nie teraz. — Yasemin delikatnie, ale stanowczo zatrzymuje ją za rękę. — Usiądź, proszę.
Patrzy jej prosto w oczy.
— Czy Cihan wywiera na ciebie presję? Mówiłam mu, że to nie jest w porządku. Naprawdę nie rozumiem, dlaczego tak bardzo naciska.
Hancer kręci głową. Jej warga drży.
— To… to nie tylko o to chodzi — mówi łamiącym się głosem. — Bardzo się pomyliłam, siostro Yasemin.
Łzy napływają jej do oczu.
— On patrzy na mnie, jakbym była tylko narzędziem. Jakbym była inkubatorem, a nie człowiekiem. Jakby moja wartość zależała wyłącznie od tego, czy dam mu dziecko. Nie obchodzi go, co czuję. Nie pomyślał, jak bardzo mnie to zrani.
Milknie na moment, próbując złapać oddech.
— Wczoraj wieczorem powiedziałam mu, że on też powinien się przebadać… — dodaje ciszej. — Powiedział mi wtedy straszne rzeczy. Takie, których nigdy nie zapomnę. Nigdy w życiu nie czułam się tak upokorzona. Tak mała. Tak… bezwartościowa.
Yasemin bez słowa przysuwa się bliżej i ujmuje jej dłoń obiema rękami.
— Kochana — mówi łagodnie. — To nie dotyczy tylko Cihana. Wielu mężczyzn reaguje w ten sposób. Tak zostali wychowani. Uczą się, że ich męskość to honor, którego nie wolno podważać. Jakby tylko oni mieli prawo do dumy, a kobiety miały znosić wszystko w ciszy.
Delikatnie ociera łzę z policzka Hancer.
— Już dobrze. Nie płacz. Jesteś bardzo młoda. Nie miałaś prawa wiedzieć, jak bardzo to jest dla nich drażliwe.
— Próbowałam z nim porozmawiać — szepcze Hancer. — Tłumaczyłam, że źle mnie zrozumiał. Ale on nawet na mnie nie spojrzał. Jakbym przestała istnieć.
— Spokojnie — uspokaja ją Yasemin. — Zrozumie, kiedy opadną emocje. Cihan naprawdę jest zdrowym mężczyzną. On już przechodził te badania.
Robi krótką pauzę, po czym mówi poważniej:
— I posłuchaj mnie uważnie. Nie ma żadnej konieczności, żebyś decydowała się na in vitro. To ogromne obciążenie — fizyczne i psychiczne. Proszę, zastanów się nad tym raz jeszcze. I pamiętaj: twoja wartość nie zależy od tego, czy zajdziesz w ciążę.
Hancer patrzy na nią z wdzięcznością. Znowu czuje, że ktoś naprawdę widzi w niej człowieka, a nie obowiązek.
Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia był film Gelin 16.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.












