„Panna młoda” Odc. 3 – streszczenie
Gdy Hancer wraca ze szpitala, już od progu czuje, że w domu wydarzyło się coś niepokojącego. W pokoju dziennym siedzą obce jej kobiety. Cisza jest ciężka, nienaturalna, a powietrze jakby gęste od niewypowiedzianych ocen.
Jej wzrok natychmiast przyciąga Beyza — oparta niedbale o oparcie fotela, z twarzą zastygłą w pogardliwym grymasie. Przewraca oczami, mierząc Hancer spojrzeniem pełnym jadu i niechęci, jakby już teraz widziała w niej kobietę, która ma zająć jej miejsce u boku Cihana.
Obok niej siedzi Mukadder. Na jej twarzy błąka się delikatny, niemal zadowolony uśmiech. Przygląda się Hancer uważnie, z chłodną ciekawością — od pierwszej chwili dziewczyna wyraźnie przypadła jej do gustu.
Wśród gości jest także Sinem, wdowa po zmarłym bracie Cihana. Jej mina pozostaje neutralna, wręcz obojętna. Przyjechała tu nie z własnej woli — Mukadder wymogła na niej obecność. Sinem nie interesują aranżowane małżeństwa ani ocenianie cudzych córek.
— Dziewczyno, nie stój tak — odzywa się ostro Derya, widząc, że Hancer zastygła w progu. — Przywitaj się z gośćmi.
— D-dzień dobry… — mówi Hancer cicho.
Mukadder wyciąga w jej stronę dłoń. Hancer pochyla się posłusznie i składa pocałunek na jej ręce. Zaraz potem cofa się o krok, jakby instynktownie chciała zwiększyć dystans — uciec.
— To moja synowa — mówi Mukadder, wskazując na Sinem. — A to… — jej palec przesuwa się w stronę Beyzy — moja bratanica.
Beyza tylko parska i ponownie przewraca oczami, ale milczy.
— Pamiętasz kobietę, która przyszła wczoraj z panią Hatice? — wtrąca się Derya. — Mówiła o pani Mukadder. To właśnie ona — dodaje, wskazując kobietę, której dłoń Hancer przed chwilą ucałowała. — Chodź. Zrobimy kawę dla gości.
W kuchni Hancer gwałtownie zrzuca płaszcz. Ręce jej drżą, a głos aż kipi od tłumionej furii.
— Jak mogłaś to zrobić za moimi plecami?! — wybucha. — Czy nie powiedziałam jasno, że nie zamierzam wychodzić za mąż?! Co oni tu w ogóle robią?!
Derya zamyka drzwi kuchni i odwraca się do niej z twarzą napiętą ze złości.
— Przestań krzyczeć. I nie denerwuj mnie. — Jej głos jest niski, groźny. — Nie możesz zmarnować takiej szansy.
— Nie chcę! — odpowiada Hancer stanowczo. — Nie wyjdę za takiego człowieka.
— A o mnie pomyślałaś?! — Derya podnosi głos. — Od lat sprzątam u obcych ludzi, karmię was, spłacam długi twojego brata! Nie zostawiłam go! Czy naprawdę nie możesz choćby zrobić kawy i dać tym ludziom szansy?!
Hancer odwraca wzrok.
— Zrobię tylko kawę — mówi chłodno. — Tylko dlatego, że tak bardzo nalegasz.
— I postaraj się nie marszczyć brwi, kiedy będziesz ją podawać — rzuca Derya przez zęby.
***
Gdy Hancer ostatecznie odrzuca propozycję rodziny Develioglu, w Deryę wstępuje szał. Ledwie drzwi zamykają się za gośćmi, kobieta rzuca się na szwagierkę.
Szarpie ją za włosy, uderza pięściami, kopie, pcha na wersalkę. Hancer krzyczy, próbując się osłonić, ale Derya jest jak w amoku — ślepa na wszystko.
Dopiero wbiegający Cemil z trudem odciąga żonę.
— Derya! Co ty robisz?! — krzyczy przerażony. — Coś ty jej zrobiła?!
Przytula zapłakaną Hancer, która trzęsie się jak liść.
— Jest głupia! — syczy Derya, dysząc z nienawiści. — Taka sama jak ty! Razem wpędzicie mnie do grobu!
— Czego od niej chcesz?! — pyta Cemil.
— Czego chcę?! — krzyczy. — Żeby była balsamem na moje rany! Błagałam ją! A ona miała to gdzieś! Skoro wy o mnie nie myślicie, ja też nie będę myśleć o was! Emir! Wychodzimy!
Chwyta syna za rękę i rusza do przedpokoju.
— Zakładaj buty, Emirze!
Cemil zrywa się i biegnie za nią.
— Deryo, proszę… — głos mu się łamie. — Nie odchodź. Umrę, jeśli odejdziesz…
— Idę do ojca dziecka! — rzuca lodowato. — A wy róbcie sobie, co chcecie!
Nie ogląda się za siebie. Drzwi trzaskają.
W domu zapada cisza — ciężka, bolesna, jak po burzy, która dopiero co zniszczyła wszystko, co jeszcze trzymało tę rodzinę razem.
***
Kobiety z rodziny Develioglu wracają do domu. W salonie czeka Nusret, ojciec Beyzy. Siedzi w fotelu z wyprostowanymi plecami, jak sędzia gotowy wydać wyrok. Gdy tylko Mukadder i Beyza przekraczają próg, atmosfera natychmiast gęstnieje.
— Opowiedz ojcu, co dziś zrobiłaś — mówi Mukadder chłodnym, nieznoszącym sprzeciwu tonem. — Dlaczego twoja córka jest taka, Nusrecie? Czy na to się umawialiśmy?
Mężczyzna podnosi wzrok na Beyzę. Jego spojrzenie jest twarde, pozbawione ciepła.
— Co się stało? — pyta krótko.
Beyza prostuje się, jakby zbierała w sobie resztki godności.
— Nie jestem niczemu winna, ojcze — odpowiada. — Mama Mukadder zabrała mnie do dziewczyny, którą przygotowuje dla Cihana. Co miałam zrobić? Stać z boku, milczeć i udawać, że mnie to nie dotyczy?
Nusret odwraca się powoli w stronę siostry, wyraźnie zaskoczony.
— Zabrałaś Beyzę, żeby zobaczyła nową żonę dla Cihana?
— Nie powiedziała ci wszystkiego — wchodzi mu w słowo Mukadder. — Niech opowie, jak dziś rano chciała pobić pokojówkę. Dziewczyna trafiłaby do szpitala, gdybym nie zareagowała na czas. Wyobrażasz sobie ten skandal? Wszyscy by o nas mówili.
Podchodzi bliżej Beyzy i wbija w nią ostre, przeszywające spojrzenie.
— Gdybyś urodziła mi wnuka, nic z tego nie byłoby potrzebne!
— Siostro, wystarczy — upomina ją Nusret. — Nie posuwaj się za daleko.
Mukadder nie cofa się ani o krok.
— Celowo ją tam zabrałam — mówi z naciskiem. — Chciałam, żeby zobaczyła tę dziewczynę, żeby zrozumiała, że nie są sobie równe. Myślałam, że to ją uspokoi. A co ona zrobiła? Próbowała zniszczyć wszystko, zniechęcić biedną dziewczynę! Gdybyś miała choć odrobinę rozsądku, błagałabyś ją, żeby wyszła za twojego męża. Podcinasz gałąź, na której siedzisz, idiotko!
— Co… co to w ogóle znaczy? — Beyza patrzy na nią bezradnie.
— Rusz głową — syczy Mukadder. — Dlaczego myślisz, że wybrałam właśnie ją? Widziałaś jej dom. Widziałaś, gdzie żyje. Oni nie mają nic. Czy taka dziewczyna pasuje do Cihana? Do naszego świata?
— Właśnie z tym nie mogę się pogodzić — odpowiada Beyza drżącym głosem. — Czuję się upokorzona. Chcesz postawić taką dziewczynę na moim miejscu.
— Nikt nikogo nie stawia na twoim miejscu — wtrąca spokojnie Nusret.
Mukadder odwraca się do synowej z pozornym spokojem.
— Szukam dziewczyny, która urodzi dziecko — mówi bez emocji. — Tylko tyle. Wykona swoje zadanie i odejdzie. A ty… — zawiesza głos — będziesz trzymała w ramionach pięknego syna.
Oczy Beyzy rozszerzają się. Złość ustępuje miejsca zdumieniu, a potem powolnej uldze.
— Jak to…? — szepcze. — Więc to ja będę wychowywać to dziecko? Dziecko Cihana?
Nusret kładzie dłoń na jej ramieniu.
— Czy istnieje inna możliwość? — mówi spokojnie. — Mówiłem ci wielokrotnie: pozostaniesz synową w tym domu aż do śmierci.
— Ale… — Beyza waha się — czy ta kobieta zgodzi się zostawić swoje dziecko?
Mukadder uśmiecha się chłodno.
— Zostawi je. Dobrowolnie albo siłą. — Jej głos jest twardy jak stal. — Zostaw to mnie.
— A Cihan? — pyta Beyza ciszej. — Czy on się na to zgodzi?
— Nie musi znać całej prawdy — odpowiada Mukadder bez wahania. — A poza tym… nie będzie miał wyboru.
Na twarzy Beyzy pojawia się ledwie dostrzegalny, lecz pełen satysfakcji uśmiech. W jej oczach błyszczy coś nowego — nadzieja podszyta okrucieństwem.
***
Hancer była w kuchni i nalewała sobie wody, gdy nagle rozległ się głuchy huk. Serce podskoczyło jej do gardła. Odstawiła szklankę i pobiegła do pokoju dziennego, skąd dobiegł niepokojący dźwięk.
Na podłodze leżał jej brat. Był nieprzytomny, nieruchomy, z głową przekrzywioną nienaturalnie na bok. Z nosa i ust sączyła się krew, wsiąkając w dywan.
— Cemil… — wyszeptała, czując, jak ogarnia ją paraliżujący strach.
Rzuciła się ku niemu, klęknęła przy jego ciele i drżącymi palcami dotknęła jego twarzy, jakby próbowała upewnić się, że to nie koszmar.
***
W szpitalu panuje ostre, bezlitosne światło. Hancer stoi przed szybą oddziału intensywnej terapii, niezdolna oderwać wzroku od łóżka po drugiej stronie. Cemil leży nieruchomo, podłączony do aparatury. Maska tlenowa zakrywa połowę jego twarzy, klatka piersiowa unosi się w nierównym rytmie. Monitory wydają ciche, miarowe sygnały, które rozrywają jej serce.
Drzwi rozsuwają się bezszelestnie. Lekarz wychodzi na korytarz, ściągając rękawiczki. Jego twarz jest zmęczona, poważna.
Hancer natychmiast podchodzi do niego.
— Z moim bratem… — głos więźnie jej w gardle. — Z nim będzie dobrze, prawda?
Lekarz milczy przez krótką chwilę, jakby ważył każde słowo.
— Wykonaliśmy wszystkie niezbędne badania — zaczyna spokojnie. — Na razie zostanie na oddziale intensywnej terapii. Muszę być z panią szczery… sytuacja jest poważniejsza, niż początkowo sądziliśmy.
Hancer czuje, jak uginają się pod nią kolana.
— Torbiel znajduje się w krytycznym miejscu pnia mózgu — kontynuuje lekarz. — Nawet jeśli zdecydujemy się na operację, istnieje duże ryzyko, że pani brat pozostanie sparaliżowany do końca życia.
— A… jeśli nie będzie operacji? — pyta cicho, niemal szeptem.
— Wtedy choroba będzie postępować — odpowiada bez ogródek. — Najpierw ruchy staną się coraz wolniejsze. Później może dojść do całkowitej utraty zdolności chodzenia i mówienia. W obu przypadkach finał jest… bardzo trudny.
Łzy napływają Hancer do oczu.
— Więc… co mam robić? — pyta bezradnie. — Proszę mi powiedzieć, panie doktorze. Ja zrobię wszystko.
Lekarz patrzy na nią z cichym współczuciem.
— Nie powinna pani tracić nadziei — mówi łagodniej. — Ale muszę też powiedzieć prawdę: czasu zostało niewiele. Gdybym był na pani miejscu, starałbym się, aby te dni były dla niego spokojne. Żeby poczuł, że jest kochany. Że nie jest sam.
Po tych słowach odchodzi korytarzem, zostawiając Hancer samą.
Dziewczyna osuwa się na metalowe krzesełko pod ścianą. Zakrywa twarz dłońmi, a jej ramiona zaczynają drżeć. Łzy spływają jej po policzkach jedna po drugiej — łzy bólu, bezsilności i strachu przed tym, co nieuchronne.
Za szybą monitor nadal wybija rytm życia jej brata. A Hancer siedzi nieruchomo, jakby cały świat nagle zatrzymał się razem z nią.
***
Nazajutrz, wczesnym rankiem, do pokoju Beyzy zagląda Fadime. Pokojówka zatrzymuje się niepewnie w progu, jakby wyczuwała napięcie wiszące w powietrzu.
— Pani Beyzo… — odzywa się ostrożnie. — Przyszła do pani jakaś kobieta. Mówi, że jest pani przyjaciółką.
Beyza prostuje się gwałtownie. Na jej twarzy pojawia się cień niepokoju.
— Kto? — pyta szybko. — Yonca?
— Tak. Czeka przy drzwiach. Mam ją wpuścić?
— Zajmij się swoimi sprawami — ucina ostro Beyza.
Mija Fadime zdecydowanym krokiem i wychodzi przed dom. Gdy tylko dostrzega Yoncę, chwyta ją mocno za ramię i niemal siłą prowadzi w głąb podwórka, jak najdalej od wejścia i ciekawskich spojrzeń.
— Co ty tu robisz?! — syczy. — Czy nie powiedziałam ci wyraźnie, że mamy spotykać się w mieście, a nie tutaj?!
— Zwolnij, bo zaraz zwichniesz mi rękę — burczy Yonca, próbując się wyrwać. — Nie rób scen.
Beyza puszcza ją, ale wciąż stoi bardzo blisko, z twarzą napiętą jak struna.
— Co tu robisz o tej porze?
Yonca poprawia kurtkę, krzyżuje ramiona na piersi i wzrusza ramionami.
— Kończą mi się pieniądze — mówi bez ogródek. — Pomyślałam więc o tobie. W końcu zawsze mogłam na ciebie liczyć. Przyjaciółki są na dobre i na złe, prawda?
— Ile chcesz? — pyta Beyza chłodno.
Yonca unosi brwi, udając oburzenie.
— Obrażę się, jeśli będziesz tak mówić. Nie przyszłam żebrać. — Robi krótką pauzę, po czym dodaje spokojnie: — Wystarczy mi pięćset tysięcy.
Beyza blednie.
— Chcę ci pomóc — mówi ciszej — ale sama mam problem. Rozwiodłam się z Cihanem. Nie mogę po prostu pójść do niego i poprosić o pieniądze.
— To nie mój problem — odpowiada Yonca bez cienia współczucia. — Zawarłyśmy umowę, pamiętasz? Kiedy przyszłaś do mnie i kazałaś znaleźć lekarza. Zrobiłam to. Zgrzeszyłam przeciwko nienarodzonemu dziecku.
— Zamknij się! — syczy Beyza, nerwowo rozglądając się wokół. — Chcesz, żeby ktoś to usłyszał?!
Yonca uśmiecha się kpiąco.
— Przecież się rozwiedliście. Czego się boisz? — pochyla się ku niej i mówi niemal szeptem: — Powiedz szczerze, że zaszłaś w ciążę, gdy wszyscy modlili się o dziecko. Potem, w tajemnicy przed wszystkimi, usunęłaś ciążę, gdy dowiedziałaś się, że to dziewczynka.
Beyza zaciska dłonie w pięści, a w jej oczach pojawia się panika.
W tym momencie z domu wychyla się Fadime.
— Pani Beyzo! — woła. — Pani Mukadder panią wzywa!
Yonca prostuje się, wygładza włosy i posyła Beyzie słodki, niemal niewinny uśmiech.
— Do zobaczenia, kochana — mówi miękko. — Spodziewam się, że jeszcze dziś do mnie zadzwonisz.
Macha lekko ręką na pożegnanie i odchodzi, zostawiając Beyzę nieruchomą, z bijącym jak oszalałe sercem i tajemnicą, która właśnie zaczęła ją dusić.
***
Cemil wraca do domu osłabiony, ale uśmiechnięty, jakby sam fakt, że znów jest wśród swoich czterech ścian, dodawał mu sił. Hancer ani słowem nie zdradza prawdy — nie mówi o diagnozie, o torbieli, o tym, że lekarz odmierza czas nie w miesiącach, lecz w dniach. Każde zdanie waży w myślach, każdy uśmiech jest wysiłkiem. Jest zdeterminowana, by dotrzymać obietnicy danej samej sobie i słowom lekarza: zapewnić bratu spokój.
Aby to zrobić, musi jednak zrobić coś, czego nigdy by po sobie nie podejrzewała. Musi schować do kieszeni dumę, zasady, całe swoje dotychczasowe życie. I zrobić krok, który jeszcze wczoraj wydawał jej się nie do pomyślenia.
***
Śniadanie w domu Develioglu przebiega w pozornie spokojnej atmosferze. Srebrne sztućce cicho brzęczą o porcelanę, a uprzejme uśmiechy goszczą na twarzach domowników. Wszystko wygląda nienagannie — ale jest to spokój wyuczony, napięty jak struna. Każdy gest jest kontrolowany, każde słowo starannie dobrane.
Do jadalni wchodzi Fadime.
— Panie Cihanie — oznajmia, lekko spuszczając wzrok — przyszła jakaś dziewczyna. Mówi, że musi z tobą porozmawiać.
Cihan marszczy brwi i odkłada sztućce.
— Jaka dziewczyna? — pyta zaskoczony. — Nie spodziewam się nikogo.
W tym momencie zza pleców pokojówki wyłania się Hancer.
— Czy ty jesteś Cihan Develioglu? — pyta cicho, ale pewnie.
W jadalni zapada cisza. Mukadder gwałtownie podnosi się od stołu. Jej spojrzenie jest ostre, pełne oburzenia.
— Jak śmiesz?! — mówi lodowatym tonem. — Co ty tutaj robisz? Kto pozwolił ci tak wparować do mojego domu?!
— Mamo — przerywa jej Cihan stanowczo. — Nie wtrącaj się.
Odstawia szklankę, wstaje i podchodzi do Hancer. Przygląda jej się uważnie — widzi zmęczenie w jej oczach, napięcie w ramionach, determinację, która nie pasuje do jej delikatnej postury.
— Jestem Cihan Develioglu — mówi spokojnie. — Słucham cię.
— A ja jestem Hancer — odpowiada. — Przyszłam zawrzeć z tobą umowę.
Zapada krótka, ciężka cisza.
Mukadder wstaje ponownie, tym razem jeszcze bardziej wzburzona.
— Jak śmiesz?! — syczy. — Wczoraj wyrzuciłaś nas ze swojego domu. Powiedziałaś jasno, że nie jesteś zainteresowana naszą propozycją!
— Zmieniłam zdanie — odpowiada Hancer bez wahania.
— My również — ucina Mukadder chłodno. — Chcieliśmy cię, ale teraz już nie chcemy. Nie zostaniesz moją synową.
Cihan spogląda na Hancer z chłodem.
— Usłyszałaś odpowiedź. Możesz odejść.
Hancer jednak nie rusza się z miejsca. Jej oczy wypełniają się łzami, ale głos pozostaje pewny.
— To ty zaproponowałeś mi układ — mówi, patrząc wprost na Cihana. — Przyszłam powiedzieć, że go akceptuję.
Robi krok w jego stronę.
— Czy nie chcesz się ożenić? Przyszłam sama. Bez nikogo. Chcę porozmawiać tylko z tobą. My dwoje. W cztery oczy.
Mukadder otwiera usta, gotowa zaprotestować, lecz Cihan ją wyprzedza.
— Dobrze — mówi krótko, ku jej zdumieniu i oburzeniu. — Chodź za mną.
Odwraca się i rusza w głąb domu. Hancer, z bijącym sercem i świadomością, że właśnie przekroczyła granicę, zza której nie ma już odwrotu, idzie za nim.
Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 1.Bölüm i Gelin 2.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.











