„Panna młoda” Odc. 44 – streszczenie
Cihan wchodzi do gabinetu w rezydencji. Beyza już na niego czeka — wyprostowana, z dłońmi splecionymi nerwowo na kolanach. Od samego rana domagała się tej rozmowy, a teraz, gdy wreszcie nadchodzi, napięcie niemal unosi się w powietrzu.
Cihan siada naprzeciwko niej, bez zbędnych gestów.
— Słucham — mówi rzeczowo. — Co cię tak bardzo trapi?
Beyza bierze krótki oddech, jakby zbierała się na odwagę.
— Właściwie… mam jedną prośbę. — Zawiesza głos. — Poświęciłam się, zgadzając się na rozwód.
Cihan unosi brew.
— Nie prosiłem cię o to — odpowiada spokojnie. — Sama podjęłaś tę decyzję.
— Masz rację — przyznaje, choć w jej głosie pobrzmiewa gorycz. — A teraz ponoszę jej konsekwencje. Cierpię z jej powodu.
— Rozmawialiśmy o tym, Beyzo. Doszliśmy do porozumienia.
— Tak — mówi szybko. — Ale rozmawialiśmy o wszystkim… poza jednym. — Jej spojrzenie staje się czujne. — O moim posagu.
Cihan marszczy brwi. Na jego twarzy pojawia się ledwie dostrzegalne napięcie, ale milczy, pozwalając jej mówić dalej.
— Chcę swój posag — ciągnie Beyza ciszej, niemal konfidencjonalnie. — Ale niech to zostanie między nami. Tak jak tamta umowa… ta, którą zawarłeś z tą dziewczyną. Nie chcę, żeby ktokolwiek się o tym dowiedział. Jeśli stawiam cię w niezręcznej sytuacji, wyskakując nagle z tą prośbą…
— Nie — przerywa jej Cihan stanowczo. — To ja powinienem był się tym zająć wcześniej. — Przez chwilę wygląda na autentycznie zamyślonego. — Przeoczyłem to. Przepraszam.
Beyza zastyga, zaskoczona.
— Idź do jubilera, u którego zwykle robiliśmy zakupy — kontynuuje Cihan spokojnie. — Kup sobie dowolne bransoletki. Jakie tylko chcesz.
— Tak po prostu…? — pyta Beyza, wyraźnie zbita z tropu. — Zgodziłeś się bez wahania?
— Oczywiście — odpowiada. — To twoje prawo. Oficjalnie jesteśmy rozwiedzeni. Musimy też zerwać więź duchową. Gdy przekażę ci posag, nie będziemy mieli wobec siebie żadnych zobowiązań.
Opiera dłonie o biurko i mówi dalej, tonem pozbawionym emocji:
— Tak jak obiecałem, możesz zostać w tym domu. Ale równie dobrze możesz odejść i zbudować sobie życie gdziekolwiek zechcesz.
— Co… co to znaczy? — Beyza marszczy brwi.
— To znaczy, że jesteś wolną kobietą. — Spogląda na nią uważnie. — Wybaczam ci wszystko. Ty także mi wybacz.
Wstaje, dając wyraźny sygnał, że rozmowa dobiegła końca.
— Teraz wybacz. Mam spotkanie. Jak powiedziałem — kup bransoletki, jakie tylko chcesz.
Nie czeka na odpowiedź. Wychodzi z gabinetu, zostawiając Beyzę samą.
Drzwi zamykają się cicho.
Beyza przez chwilę siedzi nieruchomo. Potem jej twarz wykrzywia się w gniewnym grymasie. Zaciska dłonie w pięści.
— Yonca… — syczy przez zęby. — Albo ty, albo ta piękność ze slumsów… uczynicie ze mnie mordercę.
Jej oczy błyszczą chłodną, niebezpieczną determinacją.
***
W następnej scenie Beyza siedzi na tapicerowanej ławce ustawionej u stóp łóżka. Jasna, masywna forma mebla kontrastuje z ciężkim, złoconym łożem i miękkimi, purpurowymi fotelami stojącymi przy oknie. Pokój tonie w dziennym świetle wpadającym przez wysokie drzwi balkonowe, ale na jej twarzy nie ma ani odrobiny jasności.
Ma spuszczone ramiona, dłonie oparte bezwładnie po bokach ławki. Patrzy przed siebie niewidzącym wzrokiem, jakby luksus wokół niej należał do kogoś zupełnie innego.
— Pragnął tego… — mówi cicho, bardziej do ścian niż do siebie. — Ucieszył się, kiedy poprosiłam o posag.
Krótki, gorzki uśmiech wykrzywia jej usta.
— Nawet się nie zawahał. — Jej głos twardnieje. — Pożegnał mnie spokojnie, chłodno… i wyrzucił jak starą szmatę.
Podnosi głowę. Jej spojrzenie pada na elegancką toaletkę zastawioną kosmetykami, pędzlami i flakonikami — śladami dawnego życia, w którym wszystko było pod jej kontrolą.
— Tata miał rację — cedzi przez zaciśnięte zęby. — Ten posag był jedyną rzeczą, która jeszcze nas łączyła. Jedyną. — Przełyka ślinę. — A ja… własnymi rękami zerwałam to połączenie.
Gwałtownie wstaje. Obcasy stukają o drewnianą podłogę, gdy podchodzi do toaletki. Chwyta telefon. Jej palce drżą, ale ruch jest zdecydowany. Wybiera numer.
— Bądź w kawiarni za dwie godziny — mówi ostro, bez przywitania i bez czekania na odpowiedź.
Rozłącza się natychmiast. Przez chwilę stoi nieruchomo, oparta jedną dłonią o blat toaletki. W lustrze widzi własną twarz — napiętą, bladą, z oczami błyszczącymi nie od łez, lecz od gniewu.
— Zniszczyłaś mi życie… — szepcze, niemal bezgłośnie. — Więc teraz ja zniszczę twoje, Yonca.
Jej spojrzenie twardnieje. W tym pokoju, pełnym światła i bogactwa, zapada cisza ciężka jak zapowiedź wojny.
***
Beyza wchodzi do kawiarni szybkim, zdecydowanym krokiem. Jej twarz jest napięta, pozbawiona zwyczajowej elegancji — jakby całą energię zużyła na to, by się nie rozpaść. Bez słowa podchodzi do stolika przy oknie, gdzie czeka już Yonca, spokojna, z filiżanką kawy ustawioną dokładnie na środku spodka.
Beyza siada naprzeciwko niej. Przez ułamek sekundy ich spojrzenia się krzyżują — jedno chłodne i wyrachowane, drugie ostre, niemal palące.
Beyza sięga do torebki i kładzie na stoliku kopertę. Nie rzuca nią, nie przesuwa teatralnie. Po prostu ją odkłada — jak coś, czego dotykanie boli.
Yonca unosi brwi i sięga po kopertę. Otwiera ją powoli, z wyraźną przyjemnością. Złote bransoletki połyskują w świetle kawiarni.
— Więc… tyle było warte twoje małżeństwo — mówi z szyderczym uśmiechem. — Dziesięć bransoletek. — Przechyla głowę. — Ale skoro mi je oddałaś, zostaną ci już tylko dobre wspomnienia. Oczywiście… — uśmiech staje się bardziej złośliwy — o ile macie jakiekolwiek dobre wspomnienia.
Beyza nie spuszcza z niej wzroku. Jej twarz jest spokojna, aż nienaturalnie.
— Wiesz, kto jest najniebezpieczniejszym człowiekiem na świecie? — pyta cicho.
Yonca unosi wzrok znad biżuterii.
Beyza pochyla się lekko do przodu, skracając dystans między nimi.
— Ten, kto nie ma już nic do stracenia. — Robi krótką pauzę, pozwalając, by słowa zapadły głębiej. — Zapamiętaj tę chwilę. Przypomnę ci ją, kiedy nadejdzie właściwy moment.
Wstaje gwałtownie. Krzesło cicho zgrzyta o podłogę. Nie czeka na odpowiedź, nie rzuca ostatniego spojrzenia. Odwraca się i odchodzi, prostując ramiona, jakby każdy krok był aktem woli.
Yonca patrzy za nią przez chwilę, po czym wzrusza ramionami.
— Co się z nią dzieje? — mruczy do siebie. — Odkąd odeszła od męża, całkiem straciła równowagę.
Splata dłonie i opiera je pod brodą. Jej spojrzenie wraca do koperty, do złota, które błyszczy obietnicą.
— Ale… — dodaje z cichym, zadowolonym uśmiechem — wciąż jest jeszcze wiele warta. A ja mam naprawdę cudowne plany.
Na jej ustach pojawia się przebiegły uśmiech, a w filiżance kawa stygnie, jakby kawiarnia sama przeczuwała, że ta transakcja była dopiero początkiem.
***
Derya przeżywa prawdziwy wstrząs. Wychodzi na ganek z zamiarem podlania kwiatów — i w tej samej chwili zamiera. Doniczki stoją, jak stały zawsze… wszystkie oprócz jednej. Tej najważniejszej. Nie ma kwiatu, w którym ukryła pieniądze.
— Nie, nie… — szepcze, rozglądając się gorączkowo, jakby roślina mogła nagle wrócić na swoje miejsce. — To niemożliwe…
Serce zaczyna jej bić jak oszalałe. W jednej chwili ogarnia ją panika, dłonie drżą, a w gardle rośnie suchy, duszący strach. Pieniądze. Jej zabezpieczenie. Jej jedyna tajemnica.
Po kilku sekundach szoku w jej głowie pojawia się myśl — ostra, podszyta gniewem.
— To ona… — cedzi przez zęby. — Ta wścibska sąsiadka.
Przypomina sobie dokładnie: kobieta przechodziła obok, zatrzymała się, zachwycała się kwiatem i bezwstydnie poprosiła o jeden z pędów, „na sadzonkę”. Derya odmówiła. Zbyt stanowczo. Zbyt nerwowo.
— Na pewno się domyśliła… — mówi do siebie, już pewna swojej wersji. — Skoro nie dałam pędu, ukradła cały kwiat!
Wściekła i roztrzęsiona rusza do sąsiadki. Dochodzi do krótkiej, gwałtownej kłótni. Słowa padają ostre, oskarżenia coraz śmielsze, aż w końcu sąsiadka, oburzona i czerwona z gniewu, wygania Deryę ze swojego terenu, zaprzeczając wszystkiemu i grożąc policją.
Derya wraca do domu z pustymi rękami… i pustką w środku.
***
Rzuca się na wersalkę w salonie, przykładając do czoła zimny kompres. Oddycha płytko, urywanym rytmem. Oczy ma pełne łez.
— Mój skarb zniknął… — zawodzi, niczym Sméagol, który stracił swój pierścień. — Już go nie ma. Przepadł! — Jej głos łamie się dramatycznie. — Lepiej byłoby, gdybym połamała sobie ręce, niż włożyła pieniądze do tej przeklętej doniczki! Och, mój skarb… co ja teraz zrobię?
Leży bez ruchu, gdy nagle telefon na ławie zaczyna dzwonić. Sięga po niego ociężale i odbiera.
— Emir przyszedł do mnie po szkole — odzywa się Cemil spokojnym głosem. — Nie miał ostatnich zajęć, więc przyszedł do sklepu. Dzwonię, żebyś się nie martwiła.
— Nie wiem nawet, która jest godzina… — mamrocze Derya, jakby mówiła przez sen.
— Derya, mam do ciebie prośbę — ciągnie Cemil, nie wyczuwając w jej głosie niczego alarmującego. — Jeśli możesz, przynieś mi wczorajszą sarmę.
— Nie mam siły nawet podnieść rąk — odpowiada słabo. — Nie mogę przyjść.
— A ja nie mogę zamknąć sklepu — mówi rzeczowo. — Twój syn jest głodny. Od rana jadłem tylko dorady. Tosty bardzo podrożały. Nie mamy pieniędzy, musimy oszczędzać. Proszę, przynieś sarmę.
W Deryi coś pęka.
— Powiedziałam, że nie przyjdę! — wybucha nagle. — Nie jestem w nastroju! I jak ty w ogóle chcesz to podgrzać?!
— Zajmę się tym — odpowiada Cemil spokojnie. — Mówię ci, że nie mamy pieniędzy. Musimy oszczędzać.
— Tak, nie mamy pieniędzy… — powtarza Derya cicho, z rozpaczą, która aż sączy się z tych słów.
— Co ty mówisz? — Cemil nagle się zatrzymuje. — Derya, wszystko w porządku? Brzmisz… dziwnie.
Zapada chwila ciszy.
— Miałam… prawdziwy koszmar — mówi w końcu, zmęczonym głosem. — Dobrze. Przyjdę.
Rozłącza się, a jej spojrzenie znów błądzi po salonie. Serce ma ściśnięte strachem, bo gdzieś tam, w zaginionej doniczce, przepadła nie tylko gotówka. Przepadło jej poczucie kontroli.
***
Derya wchodzi do sklepu chwiejnym krokiem, jakby cała droga odebrała jej resztki sił. W rękach trzyma garnek z sarmą, jeszcze ciepły, pachnący domem. Ostrożnie stawia go na niewielkim stoliku przy ladzie. Przez moment stoi bez ruchu, próbując złapać oddech… i wtedy jej wzrok pada w róg pomieszczenia.
Serce podskakuje jej do gardła.
Wśród puszek z farbą i rolek folii bąbelkowej stoi doniczka. Znajoma. Zbyt znajoma.
— Nie, to niemożliwe… — szepcze.
Podchodzi szybkim krokiem, a gdy rozpoznaje kwiat, jakby nagle wróciło do niej życie. Prostuje się, oczy rozjaśniają jej się, a na twarzy rozlewa się szeroki, niemal dziecinny uśmiech.
— Moja kochana piwonia! — woła, obejmując doniczkę obiema rękami, jakby była żywą istotą. — Byłam zdruzgotana… Myślałam, że cię straciłam!
Przyciska policzek do chłodnej ceramiki, oddychając z ulgą.
Emir i Cemil wymieniają zdziwione spojrzenia.
Derya odwraca się gwałtownie w stronę męża, a jej radość w jednej chwili zamienia się w podejrzliwość.
— To ty ją tutaj przyniosłeś? — pyta, wbijając w Cemila oskarżycielskie spojrzenie. — Ty?!
— Kochanie, uspokój się — zaczyna Cemil pojednawczo. — Było zimno. Poszedłem do domu po sweter, a ciebie nie było. Bałem się, że kwiat zmarznie, więc go zabrałem. Pomyślałem, że udekoruje sklep. — Uśmiecha się lekko. — Rozgrzewa mi duszę, kiedy na niego patrzę.
— Cemilu — mówi Derya stanowczym tonem, podnosząc doniczkę — to jest moje oczko w głowie. Przyniosę ci inny kwiat do domu, ale ten muszę zabrać.
— Nie możesz — odpowiada natychmiast Cemil. — Te kwiaty przynoszą szczęście. Sprzedałem dwa pudełka farby zaraz po tym, jak go tu postawiłem.
— Ja też uważam, że powinien tu zostać — wtrąca Emir z powagą, jakby wygłaszał niepodważalną opinię.
Derya rzuca mu spojrzenie.
— Ty jesteś dzieckiem. Nie masz prawa głosu — ucina bezlitośnie, po czym znów patrzy na męża. — Piwonie to kwiaty domowe. Nie nadają się do sklepów.
— Nie! — Cemil również podnosi głos, pierwszy raz tak stanowczo. — Mówię ci, że przynosi szczęście sklepowi. Od teraz będzie stał właśnie tutaj. — Po chwili dodaje łagodniej: — Nie martw się. Dobrze się nim zaopiekuję. Niech zostanie.
Derya waha się przez moment. Patrzy na kwiat, potem na męża. W końcu ciężko wzdycha i ostrożnie odstawia doniczkę z powrotem na miejsce.
— Dobrze — kapituluje. — Ale Cemilu… jeśli coś mu się stanie, jesteś skończony. Zapamiętaj to.
— Nawet listek mu nie odpadnie — zapewnia szybko.
— Dobrze. Ja już pójdę — mówi, sięgając po torebkę. — Podgrzejcie sobie jedzenie i zjedzcie. Dopilnuj, żebyś zamknął sklep, kiedy skończysz. I nie waż się wystawiać kwiatu na zewnątrz.
Cemil kiwa głową z lekkim uśmiechem.
— Skoro jest dla ciebie tak ważny, będę go strzegł jak oka w głowie.
Derya spogląda jeszcze raz na piwonię. Uśmiecha się do niej ciepło, jak do starego przyjaciela, po czym odwraca się i wychodzi ze sklepu, wciąż martwiąc się o swój „skarb”.
Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 27.Bölüm i Gelin 28.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.












