„Panna młoda” Odc. 72 – streszczenie
Drzwi gabinetu otwierają się bez pukania. Engin wchodzi pewnym krokiem i zajmuje miejsce naprzeciwko biurka. W pomieszczeniu panuje porządek — ciężkie meble, równo ustawione dokumenty, chłodne światło wpadające przez wysokie okno. Cihan siedzi za biurkiem, ale jego spojrzenie jest gdzieś daleko, jakby myślami wciąż był poza tym miejscem.
— Kolekcja „Hancer” to strzał w dziesiątkę — zaczyna Engin z wyraźnym zadowoleniem. — Zawsze powtarzasz, że pierwsze wrażenie jest najważniejsze. Tym razem miałeś rację w stu procentach. Nie wydaliśmy ani jednej reklamy, a zamówienia już spływają. Jeśli tak dalej pójdzie, pobijemy rekord sprzedaży.
Cihan nie reaguje. Nie przerywa, nie dopytuje, nawet nie kiwa głową. Jego milczenie jest zbyt długie, zbyt ciężkie.
Engin marszczy brwi.
— Cihanie… wszystko w porządku?
Cihan mruga, jakby dopiero teraz wrócił do rzeczywistości. Wypuszcza powoli powietrze.
— Tak. Czuję się świetnie.
To „świetnie” brzmi jednak pusto. Engin przygląda mu się uważnie.
— Rozumiem, że rozmawiałeś z Hancer — mówi ostrożnie. — Powiedziałeś jej o Beyzie?
Cihan opuszcza wzrok na chwilę.
— Próbowałem. — Jego głos jest spokojny, ale cichy. — Ale Hancer nie chce wracać do przeszłości. Zamknęła ten temat.
Engin kręci głową z wyraźnym niepokojem.
— Twój wujek był wczoraj wściekły. Możesz mówić, że to zamknięta sprawa, ale ona nie zniknie tylko dlatego, że Hancer nie chce o niej mówić.
Cihan prostuje się lekko.
— Moje sumienie jest czyste, Enginie. Chciałem jej powiedzieć, ale nie chciała słuchać. Co miałem zrobić? Zmusić ją?
Na moment zawiesza głos.
— To było wymuszone małżeństwo. Siedem lat… i koniec. Rozwiedliśmy się. To wszystko.
Engin nie odpuszcza.
— A jeśli Beyza widzi to inaczej?
— Rozwód został sfinalizowany dwa miesiące temu — odpowiada chłodno Cihan. — To zamknięty rozdział. Ona nie ma już żadnego prawa ingerować w moje życie.
— Z tego, co widzę… ona chyba się z tym nie zgadza. I twój wujek też nie.
Cihan zaciska szczękę.
— Zrobiłem dla niej to, co musiałem — mówi wolno, jakby ważył każde słowo. — Nie mamy dzieci. Nic nas już nie łączy.
Zapada cisza.
Engin opiera się o oparcie krzesła.
— Czyli naprawdę uważasz, że to koniec?
Cihan podnosi wzrok.
— Z mojej strony tak. Nie zamierzam żyć przeszłością.
W tym momencie ktoś puka do drzwi. Do środka zagląda Cemre.
— Panie Cihanie, bukiet został dostarczony.
Cihan od razu łagodnieje.
— Dziękuję.
Sekretarka zamyka za sobą drzwi.
Engin unosi brwi i spogląda na przyjaciela z lekkim uśmiechem.
— Kwiaty dla żony? — mówi z nutą rozbawienia. — No proszę… Hancer naprawdę cię zmieniła.
Przechyla głowę, przyglądając się mu uważniej.
— Miłość potrafi zrobić z człowiekiem rzeczy, których sam by się po sobie nie spodziewał.
Cihan nie odpowiada, ale na jego twarzy pojawia się cień uśmiechu. Sam widzi, jak bardzo się zmienił.
***
Przed wejściem do starego domu stoi kurier. W rękach trzyma bukiet świeżych, białych margaretek. Hancer odbiera kwiaty z lekkim zaskoczeniem, jakby nie spodziewała się niczego podobnego. Gdy tylko zostaje sama, przyciąga bukiet bliżej siebie i dostrzega małą karteczkę ukrytą między łodygami.
Wyciąga ją ostrożnie. Na chwilę zatrzymuje oddech.
„Nie mogę doczekać się powrotu do domu”.
Jej spojrzenie mięknie, a na ustach pojawia się ciepły, niemal nieśmiały uśmiech. Przez moment stoi tak w ciszy, otulona zapachem kwiatów i tymi kilkoma prostymi słowami, które znaczą więcej, niż powinny.
Dopiero po chwili wchodzi do środka.
Powoli kieruje się na górę, do salonu. Gdy przekracza próg, Derya od razu zauważa bukiet w jej rękach i podnosi się z kanapy, wyraźnie ożywiona.
— Boże, jakie one są piękne… — mówi z zachwytem, podchodząc bliżej. — To od męża, prawda?
Nie czekając na odpowiedź, pochyla się nad kwiatami i z przyjemnością wciąga ich zapach.
— Niech Bóg was chroni przed złym spojrzeniem — dodaje z czułością. — To naprawdę piękny gest. Widać, jak bardzo mu na tobie zależy. Zadzwoń do niego i podziękuj.
Hancer lekko spuszcza wzrok, wciąż trzymając bukiet przy sobie.
— Jest w pracy. Nie chcę mu przeszkadzać. To trochę krępujące.
Derya prostuje się i patrzy na nią z lekkim oburzeniem.
— Krępujące? Wstydem będzie, jeśli nie zadzwonisz! — odpowiada stanowczo. — No dalej, dzwoń.
Hancer waha się przez chwilę, ale w końcu sięga po telefon. Wybiera numer, a Derya natychmiast przysuwa się bliżej, ciekawa każdego słowa.
Połączenie zostaje odebrane niemal od razu.
— Dziękuję za kwiaty — mówi Hancer cicho, ale z wyraźnym ciepłem. — Są naprawdę piękne. Białe margaretki to moje ulubione.
— Wiem.
Hancer marszczy lekko brwi.
— Skąd?
— Powiedzmy, że ptaki mi doniosły — odpowiada z nutą uśmiechu w głosie. — Nadal jesteś w starym domu?
— Tak… — przyznaje. — Nie chciałam iść sama do rezydencji. Pomyślałam, że pójdę tam, kiedy wrócisz.
Po drugiej stronie zapada krótka cisza.
— Hancer… to też twój dom. Nie masz powodu, żeby się wahać. Idź tam i poczekaj na mnie.
Krótka pauza.
— Chcę, żeby moja żona otworzyła mi drzwi, kiedy wrócę.
Słowa te wyraźnie ją poruszają. Hancer milknie na moment.
— Dobrze… — odpowiada w końcu cicho.
Rozłącza się powoli. Przez chwilę stoi bez ruchu, jakby nadal była myślami przy tej rozmowie.
Na jej twarzy pojawia się delikatny uśmiech, ale w oczach widać też cień niepewności.
— Jak on pięknie mówi… — wzdycha Derya, znów nachylając się nad kwiatami. — Aż serce rośnie.
Hancer spogląda na bukiet. Również się uśmiecha.
***
Drzwi do sypialni otwierają się z impetem. Mukadder wchodzi do środka, a jej obecność natychmiast zmienia atmosferę — napięcie staje się niemal namacalne.
Pokój jest przestronny, elegancki, ale wciąż nieurządzony do końca. Na środku stoi duże łóżko z niedbale porzuconą pościelą. Na komodzie leżą poukładane rzeczy, a obok stoją Fadime i Gülsüm, w trakcie przygotowań.
Mukadder zatrzymuje się w progu i mierzy je chłodnym, surowym spojrzeniem.
— Co wy tutaj robicie? — pyta ostro. — Wołam was z dołu od dobrych kilku minut, a wy nawet nie raczycie odpowiedzieć!
Fadime prostuje się natychmiast.
— Pan Cihan polecił nam przygotować pokój dla panny młodej — tłumaczy spokojnie, choć w jej głosie słychać napięcie.
— A Aysu ma przynieść jej rzeczy — dodaje szybko Gülsüm, jakby chciała uniknąć dalszych pytań.
Na ustach Mukadder pojawia się cienki, chłodny uśmiech.
— Proszę, proszę… — mówi powoli, robiąc kilka kroków w głąb pokoju. — Widzę, że wszyscy już służą naszej „pannie młodej”.
— To rozkaz pana Cihana — odpowiada cicho Fadime.
Mukadder zatrzymuje się tuż przed Gülsüm. Patrzy na nią z góry. Jej spojrzenie jest lodowate, przenikliwe.
— Posłuchaj mnie bardzo uważnie — mówi cicho, ale z wyraźną groźbą w głosie. — Pod żadnym pozorem nie powiesz Beyzie, że ta dziewczyna wprowadza się do rezydencji. Ani słowa. Zrozumiałaś?
Gülsüm przełyka ślinę i szybko kiwa głową.
— Tak, proszę pani…
Mukadder jeszcze przez chwilę patrzy na nią, jakby chciała upewnić się, że każde słowo zostało dobrze zapamiętane. Potem odwraca się i wychodzi, zostawiając po sobie ciężką ciszę.
Drzwi zamykają się.
Gülsüm wypuszcza powietrze i od razu kręci głową.
— Co za kobieta… — mówi półgłosem. — Jej syn dokonał wyboru, Beyza odeszła, a ona wciąż żyje nadzieją. I to ja mam być problemem, bo coś powiem?
Fadime wraca do poprawiania pościeli, starając się zachować spokój.
— Daj spokój, Gülsüm. To nie nasza sprawa.
— Nie nasza, nie nasza… — burczy tamta. — A potem to na nas się odbija. Na co ona jeszcze liczy? Że Beyza wróci i urodzi bliźnięta?
Fadime rzuca jej krótkie spojrzenie. Poprawia poduszki na łóżku i wygładza narzutę.
— Lepiej skupmy się na swojej pracy. Skończmy to jak najszybciej.
***
Salon starego domu tonie w miękkim, popołudniowym świetle. Na białej komodzie wciąż leży bukiet margaretek. Hancer siedzi na kanapie, trzymając telefon w dłoni, zamyślona, jakby utknęła między dwiema decyzjami.
Z kuchni wychodzi Derya, niosąc talerz z pokrojonymi bananami. Zatrzymuje się przy kanapie i patrzy na nią z lekkim niedowierzaniem.
— A ty nadal tu siedzisz? — rzuca, unosząc brwi.
Hancer wzdycha cicho.
— Nie wiem, co powinnam zrobić…
Derya parska krótkim śmiechem i siada obok niej.
— Jak to nie wiesz? Twój pokój w rezydencji jest gotowy. Twoje rzeczy już tam są. Na co jeszcze czekasz? Aż mąż wyśle ci oficjalne zaproszenie?
Hancer odwraca głowę w jej stronę.
— Właśnie w tym problem. Jeśli nie pójdę, Cihan się obrazi. A jeśli pójdę, pani Mukadder mnie zniszczy.
— Boisz się jej? — Derya kręci głową z niedowierzaniem. — Za tobą stoi mężczyzna, który potrafi góry przenosić.
— Nie mów tak, jakbyś nie wiedziała — odpowiada cicho Hancer. — Ona mnie tam nie chce. Jak tylko przekroczę próg, wybuchnie awantura. Czuję to.
Derya macha ręką lekceważąco.
— I co z tego? Jesteś żoną Cihana.
— Kiedy on jest przy mnie, wszystko jest łatwe — przyznaje Hancer. — Ale nie będzie ze mną cały czas. A ja… ja mam zostać sama z panią Mukadder w tym wielkim domu. Nie wiem, czy dam radę.
Derya nachyla się bliżej, jakby chciała przekazać jej coś bardzo ważnego.
— Posłuchaj mnie. Jeśli zacznie narzekać — zatkaj uszy. A jeśli nie przestanie… zacznij śpiewać. — Uśmiecha się lekko. — Najważniejsze, żebyś tam była. Czekaj na swojego męża, choćby cały świat był przeciwko tobie.
Nabija kawałek banana na widelec i bez ostrzeżenia podaje go Hancer.
— No, jedz. Będziesz miała siłę na walkę.
Hancer uśmiecha się mimo wszystko i zjada kawałek. W jej oczach pojawia się cień determinacji.
Wstaje.
— Dobrze, spróbuję.
Znika w sypialni.
Mija kilka chwil.
Kiedy wraca, Derya aż prostuje się na kanapie, a na jej twarzy pojawia się szeroki uśmiech.
Hancer wygląda zupełnie inaczej. Ma na sobie prostą, ale elegancką stylizację — jasny, delikatnie ażurowy kardigan narzucony na dopasowaną bluzkę, ciemną, schludną spódnicę podkreślającą sylwetkę. Włosy, starannie ułożone, opadają gładko na ramiona. Na twarzy pojawił się lekki makijaż — subtelnie podkreślone oczy, odrobina różu i naturalny kolor ust.
Wygląda dojrzalej. Pewniej. Jak ktoś, kto właśnie próbuje wejść w nową rolę.
— Pani Hancer… — mówi Derya z zachwytem. — Wyglądasz przepięknie. Twój mąż oniemieje, kiedy cię zobaczy.
Hancer spuszcza lekko wzrok, niepewna.
— Nie przesadziłam? Może… powinnam to zmyć?
— W żadnym razie! — Derya aż unosi ręce. — Dlaczego miałabyś? Jesteś żoną Cihana Develioglu. Twój wygląd powinien to pokazywać.
Hancer dotyka niepewnie swoich włosów.
— Nie jestem przyzwyczajona do makijażu…
— Przyzwyczaisz się — ucina Derya. — A pani Mukadder… — Uśmiecha się pod nosem. — Ona już swoje przeżyła. Teraz ty jesteś panią tego domu. Zacznij się tak zachowywać.
Hancer bierze głęboki oddech. Przez chwilę stoi nieruchomo, jakby zbierała w sobie odwagę. Potem prostuje się. Jej spojrzenie się zmienia.
— Dobrze.
Odwraca się i kieruje do wyjścia. Z każdym krokiem idzie coraz pewniej.
***
Hancer stoi przed wysokimi drzwiami rezydencji. Przez chwilę tylko na nie patrzy, jakby sam próg był granicą, której nie potrafi przekroczyć. W dłoniach wciąż czuje lekkie drżenie, ale zaciska palce i w końcu naciska dzwonek.
Dźwięk rozchodzi się po wnętrzu domu.
Po kilku sekundach drzwi otwierają się i w progu staje Gülsüm. Na jej twarzy pojawia się uprzejmy, ale nieco zaskoczony wyraz.
— Słucham, proszę pani — mówi ostrożnie.
Hancer prostuje się, jakby chciała dodać sobie pewności.
— Ja… — zaczyna niepewnie. — Cihan…
Słowa więzną jej w gardle.
W tym momencie w głębi korytarza rozlega się stuk obcasów. Mukadder pojawia się niemal natychmiast, jakby tylko czekała na tę chwilę. Jej spojrzenie jest chłodne, przenikliwe.
Zatrzymuje się kilka kroków od drzwi i mierzy Hancer od stóp do głów.
— Co ty tutaj robisz?
Hancer bierze cichy oddech.
— Cihan poprosił, żebym na niego tu poczekała. Powiedział, żebym przyszła do domu, więc…
Mukadder unosi brew, a na jej ustach pojawia się cienki, lodowaty uśmiech.
— Do domu? — powtarza powoli. — Naprawdę tak powiedział?
Robi krok do przodu, zbliżając się do progu.
— W takim razie posłuchaj mnie uważnie.
Jej głos staje się cichy, ale ostry jak ostrze.
— Możesz zaczekać, owszem. Ale tylko tam, gdzie stoisz.
Hancer zamiera.
— Przed drzwiami.
Mukadder podchodzi jeszcze bliżej, niemal na wyciągnięcie ręki. Ich spojrzenia się krzyżują.
— Jeśli masz choć odrobinę rozsądku, nie przekroczysz tego progu. Nawet jeśli mój syn do ciebie zadzwoni i będzie cię błagał.
Przerywa na chwilę.
— Bo jeśli to zrobisz… — jej głos zniża się do szeptu — wybuchnie wojna. A ty nie masz pojęcia, z kim zadzierasz.
Przez moment zapada cisza.
Hancer stoi nieruchomo. Jej dłonie lekko drżą, ale nie cofa się ani o krok.
Mukadder patrzy na nią jeszcze przez chwilę, jakby czekała na reakcję. Nie doczekawszy się jej, zatrzaskuje drzwi z hukiem tuż przed twarzą Hancer.
Cisza, która zapada po drugiej stronie, jest niemal ogłuszająca.
Hancer zostaje sama. Na progu.
***
Wieczór powoli zapada nad rezydencją. Przed wysokimi drzwiami, w chłodnym powietrzu, stoi Hancer. Obejmuje ramionami własne ciało, próbując się ogrzać. Co chwilę spogląda w stronę podjazdu, jakby każdy dźwięk miał zwiastować jego powrót.
W końcu na dziedziniec wjeżdża samochód.
Cihan wysiada i natychmiast dostrzega stojącą przy wejściu żonę. Marszczy brwi, zaskoczony.
— Hancer, co ty tutaj robisz? — pyta, podchodząc szybkim krokiem. — Dlaczego stoisz na zewnątrz?
Dziewczyna spuszcza wzrok.
— Powiedziałeś, żebym na ciebie zaczekała… — odpowiada cicho. — Pomyślałam więc, że najlepiej będzie poczekać przy drzwiach.
Cihan bez słowa ujmuje jej dłonie. Są lodowate.
— Zmarzłaś — mówi cicho, z wyraźną troską. — Dlaczego nikt cię nie wpuścił?
Hancer nie odpowiada. To wystarczy.
Mężczyzna zaciska szczękę.
— Chodź. Już jesteś u siebie.
Prowadzi ją stanowczo do środka.
***
W jadalni panuje elegancka, napięta atmosfera. Długi stół nakryty jest białym obrusem, a na nim stoją miski z jedzeniem — liczne sałatki, gotowane mięso, ryż i pokrojony chleb. Czerwone serwetki kontrastują z jasnym wnętrzem.
Mukadder siedzi wyprostowana po lewej stronie stołu. Po drugiej siedzą Sinem i Mine. Dziewczynka bawi się serwetką, nieświadoma napięcia unoszącego się w powietrzu.
Cihan wchodzi pierwszy, a tuż za nim Hancer.
Wszystkie spojrzenia natychmiast kierują się na nich.
— Dobry wieczór — mówi spokojnie.
— Dobry wieczór! — rozbrzmiewa dziecięcy głos. — Kopciuszku!
Mine aż podskakuje na krześle, klaszcząc w dłonie. Na ustach Hancer pojawia się nieśmiały uśmiech. Podchodzi do stołu, chcąc zająć wolne miejsce obok Mukadder, ale natychmiast zatrzymuje ją lodowaty ton.
— Nie tutaj.
Mukadder nawet na nią nie patrzy.
— Usiądź obok swojego męża.
Zapada cisza.
Cihan bez słowa odsuwa krzesło na czele stołu i siada. Spojrzeniem wskazuje miejsce obok siebie. Hancer zajmuje je powoli, czując na sobie ciężar spojrzeń.
— Czyli zostaniesz z nami na zawsze? — pyta Mine z szerokim uśmiechem, opierając łokcie o stół.
Cihan spogląda na dziewczynkę, a potem na Hancer.
— Tak — odpowiada spokojnie. — Księżniczka w końcu trafiła do swojego pałacu. Od dziś będziemy tu mieszkać razem.
Mine rozpromienia się jeszcze bardziej.
— To wspaniale! Zrobisz dla mnie dolmę?
Hancer lekko się rozluźnia.
— Oczywiście, że zrobię — mówi łagodnie.
— Jeśli chcesz dolmę — wtrąca chłodno Mukadder — powiemy Fadime, żeby ją przygotowała. Gotowanie to jej obowiązek w tym domu.
Słowa zawisają w powietrzu jak cichy atak. Cihan odkłada sztućce i spogląda na matkę.
— Sułtanko Mukadder — mówi spokojnie, ale stanowczo — kiedy robisz manty, nikogo nie wpuszczasz do kuchni. Robisz je sama, bo tak chcesz.
Przenosi wzrok na Hancer.
— Ona też może wejść do kuchni, kiedy tylko zechce.
Krótka pauza.
— Bo to jest jej dom.
Cisza przy stole gęstnieje. Hancer spuszcza wzrok, ale na jej twarzy pojawia się delikatny, ciepły uśmiech.
***
Yonca od samego rana nie może dojść do siebie. Blada, osłabiona, co chwilę znika w łazience. Mdłości, które pojawiły się już poprzedniego dnia, nie ustępują — przeciwnie, są coraz silniejsze. Opiera się o umywalkę, zamyka oczy, próbując złapać oddech.
Beyza obserwuje ją uważnie. Jej spojrzenie staje się coraz bardziej czujne, wręcz podejrzliwe.
— Coś tu się nie zgadza… — mruczy pod nosem.
Kiedy Yonca w końcu wychodzi z łazienki i kieruje się do swojego pokoju, Beyza odczekuje chwilę. Nasłuchuje. Cisza.
Wstaje powoli i rusza w stronę łazienki.
Zamyka za sobą drzwi.
Jej wzrok natychmiast pada na mały kosz stojący obok szafki. Podchodzi bliżej.
— Siedziała tu tak długo, odkąd wróciła z apteki… — szepcze, marszcząc brwi.
Waha się przez sekundę, po czym sięga do środka i zaczyna przeszukiwać zawartość.
Nagle zastyga. W jej dłoni ląduje mały, biały przedmiot.
Test ciążowy.
Przez moment tylko się na niego patrzy, jakby nie rozumiała, co widzi.
Potem jej oczy rozszerzają się.
Dwie wyraźne kreski. Jej oddech przyspiesza.
— To niemożliwe… — szepcze.
Ściska test w dłoni, jakby chciała upewnić się, że to nie złudzenie.
— Ona… jest w ciąży.
Słowa ledwo przechodzą jej przez gardło. W jej oczach pojawia się coś więcej niż szok — strach i gniew zaczynają mieszać się ze sobą, zapowiadając nadchodzącą burzę.
***
Cihan prowadzi Hancer do sypialni. Drzwi zamykają się za nimi cicho, odcinając ich od napiętej atmosfery domu. Wnętrze jest przygotowane z dbałością o każdy szczegół — na jasnej pościeli rozsypane są płatki róż, a na środku łóżka leży bukiet świeżych kwiatów. Subtelne światło lampy nadaje pomieszczeniu ciepły, intymny nastrój.
Hancer zatrzymuje się, rozglądając niepewnie, jakby wciąż nie mogła uwierzyć, że to wszystko jest dla niej.
Cihan staje naprzeciwko niej i delikatnie ujmuje jej dłonie. Jego dotyk jest spokojny, pewny.
— Usiądź — mówi łagodnie.
Siadają obok siebie na skraju łóżka. Przez chwilę milczą.
Cihan przygląda się jej uważnie, jakby chciał zapamiętać każdy szczegół jej twarzy. Potem unosi dłoń i odgarnia pasmo włosów z jej policzka, wsuwając je za ucho. Jego palce muskają jej skórę, zatrzymują się na chwilę przy jej policzku.
Hancer drży lekko pod tym dotykiem.
Cihan delikatnie unosi jej podbródek, zmuszając ją, by spojrzała mu w oczy.
— Przestań się zastanawiać, dlaczego tu jesteś — mówi cicho, ale stanowczo. — To jest twój dom.
Jego głos mięknie.
— I ty jesteś jego panią.
Krótka chwila ciszy.
— Witaj w moim domu… — dodaje jeszcze ciszej. — Witaj w moim sercu.
Na twarzy Hancer pojawia się nieśmiały, ale szczery uśmiech. Jej spojrzenie łagodnieje, a napięcie powoli z niej opada.
Zamyka oczy.
Ich twarze dzieli już tylko niewielka odległość. Cihan nachyla się powoli, jakby chciał dać jej czas, by mogła się cofnąć.
Ale ona się nie cofa.
Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia był film Gelin 50.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.














