„Panna młoda” Odc. 75 – streszczenie
Mukadder stoi przed toaletką w swoim pokoju. W lustrze odbija się jej spokojna, niemal niewzruszona twarz. Powoli zdejmuje kolczyki, odkładając je na aksamitną podkładkę. Panuje cisza — ciężka, gęsta, jakby dom wstrzymał oddech.
Nagle rozdziera ją dźwięk telefonu.
Mukadder spogląda na ekran. Jej spojrzenie natychmiast twardnieje.
Nusret.
Odbiera bez wahania, ale nie mówi ani słowa.
— Co z oczu, to z serca, pani Mukadder — odzywa się chłodny, przeszywający głos po drugiej stronie. — Gratuluję ci nowej rodziny. Nawet zdjęcie zdążyliście sobie zrobić. Piękna pamiątka.
Mukadder prostuje się lekko. W jej oczach pojawia się cień napięcia.
— Nusrecie… to nie tak, jak myślisz — zaczyna, starając się zachować opanowanie. — To wszystko wydarzyło się nagle. Cihan przyprowadził fotografkę, nie miałam na to wpływu…
— Ale byłaś na tym zdjęciu, prawda? — przerywa jej ostro. — Siedziałaś tam razem z nimi. Z nią.
Krótka pauza.
— Najpierw wyrzuciłaś nas z rezydencji, a teraz wymazałaś nawet z rodzinnych zdjęć. Zastąpiłaś nas kimś innym. Szybko poszło.
Mukadder zaciska palce na krawędzi toaletki.
— Wyciągasz zbyt daleko idące wnioski — mówi chłodno, choć jej głos traci na pewności. — To tylko zdjęcia. Nic więcej. Powiedziałam ci przecież — ta dziewczyna nie ma tu miejsca. Pojawiła się wyłącznie ze względu na zdjęcia.
Po drugiej stronie zapada cisza. Krótka, ale ciężka.
— Nadal kłamiesz! — Jego głos staje się jeszcze niższy, bardziej niebezpieczny. — Twój syn ogłosił ją panią rezydencji. Wszyscy już to widzieli. A ty dalej próbujesz robić ze mnie idiotę.
Mukadder wstrzymuje oddech.
— Zapłacisz mi za to. — Każde słowo spada jak cios. — Ty i twój syn.
— Nie waż się, Nusrecie — odpowiada szybko, pierwszy raz tracąc pełną kontrolę nad tonem. — Nie rób nic pochopnego. To nie jest moment na…
— To już koniec, siostro — ucina bez litości. — To była twoja ostatnia szansa. Moja cierpliwość się skończyła.
Cisza.
— Od teraz… zacznij się mnie bać.
Połączenie zostaje przerwane.
Mukadder przez chwilę stoi nieruchomo, wpatrzona w wygaszony ekran telefonu. Jej dłoń powoli opada wzdłuż ciała.
W pomieszczeniu znów zapada cisza. Tym razem jednak nie jest już spokojna.
Po jej plecach przebiega zimny dreszcz.
***
W przestronnej, jasnej kuchni panuje pozorny spokój. Białe szafki odbijają światło, a na czarnym, lśniącym blacie stoi misa z owocami i dzbanek mleka. Fadime, Gülsüm i Aysu opierają się o wyspę kuchenną, popijając herbatę z małych szklaneczek. Atmosfera jest swobodna, niemal domowa.
— Wyszło naprawdę świetnie — mówi Fadime z wyraźną ulgą, ogrzewając dłonie o ciepłą szklankę. — Melih będzie przy mnie, nawet jeśli tylko przez miesiąc.
Na jej twarzy widać coś więcej niż radość — tęsknotę, która w końcu znalazła ukojenie.
— I bardzo dobrze — przytakuje Gülsüm, uśmiechając się lekko. — Może mu się spodoba ta praca. Kto wie… może zostanie tu na dłużej.
Aysu przekrzywia głowę i przygląda się jej uważnie, z cieniem podejrzliwości.
— Zaskakujące, jak bardzo ci na tym zależy — mówi powoli. — Dlaczego aż tak przejmujesz się pracą mojego brata?
Gülsüm unosi brew, ale odpowiada spokojnie:
— Mówię to dla was. Nie widziałyście go miesiącami. To chyba nic złego chcieć mieć bliską osobę obok.
— Od kiedy jesteś taka troskliwa? — rzuca Aysu z lekką ironią.
Uśmiech znika z twarzy Gülsüm. Odstawia szklankę na blat z cichym stukiem.
— Wiesz co, Aysu? Naprawdę nie warto być dla ciebie miłym.
W tej samej chwili do kuchni wchodzi Melih. Jego obecność natychmiast zmienia atmosferę. Gülsüm prostuje się i jakby odruchowo łagodnieje.
— Powodzenia w nowej pracy — mówi cicho, niemal z ciepłem, którego wcześniej nie było.
— Dziękuję, Gülsüm — odpowiada spokojnie Melih, skinąwszy głową.
Chwilę później w progu pojawia się Sinem.
— Siostro Fadime, potrzebuję mleka dla Mine — mówi uprzejmie.
— Już podgrzewam i przyniosę — odpowiada Fadime, odkładając herbatę.
— Nie trzeba, zaczekam tutaj.
I wtedy…
Do kuchni wpada Mukadder.
Powietrze jakby natychmiast gęstnieje. Jej kroki są szybkie, ciężkie, a spojrzenie — ostre jak brzytwa.
— Kto doniósł, że Hancer się tu przeniosła?! — rzuca bez powitania.
Zapada cisza.
Jej wzrok zatrzymuje się na Gülsüm.
— Ja… nikomu nic nie powiedziałam, pani Mukadder — odpowiada szybko, wyraźnie spięta.
— Żadna z nas — dodaje Fadime stanowczo. — Nigdy byśmy tego nie zrobiły.
Mukadder zaciska szczękę.
— Jeśli nie wy, to skąd Nusret się dowiedział?!
— Mamo… — odzywa się ostrożnie Sinem. — To nie jest trudne do ustalenia. Cihan niczego nie ukrywał…
Mukadder odwraca się do niej gwałtownie.
— Kim ty właściwie jesteś, żeby się teraz tłumaczyć? — Jej głos podnosi się. — Personelem czy rodziną Develioglu? Co robisz w tej kuchni?
Sinem prostuje się, wyraźnie dotknięta.
— Przyszłam po mleko dla Mine…
— Nie pytałam po co! — ucina ostro Mukadder.
W tym momencie Melih robi krok do przodu.
— Pani Mukadder.
Jego głos jest spokojny, ale stanowczy. Wszyscy odwracają się w jego stronę.
— Proszę uważać na słowa — mówi, patrząc jej prosto w oczy. — Nikt tutaj nie jest służącym. A już na pewno nie pani synowa.
Cisza.
— Rozumiem, że jest pani zdenerwowana — kontynuuje — ale to nie daje pani prawa do poniżania innych. Proszę cofnąć te słowa.
Mukadder milczy.
— Właśnie obiecałem panu Cihanowi, że podejmę tu pracę — dodaje Melih spokojnie, ale z naciskiem. — Ale jeśli takie zachowanie ma być normą, będę musiał odejść. I zabrać ze sobą rodzinę. Pan Cihan na pewno zrozumie, gdy wyjaśnię mu sytuację.
Słowa zawisają w powietrzu. Mukadder odwraca wzrok.
— Dobrze — mówi w końcu chłodno. — Skoro twierdzicie, że nie macie z tym nic wspólnego… wierzę wam.
Spogląda na Sinem.
— Weź mleko. I idź na górę.
Nie czekając na odpowiedź, odwraca się i wychodzi z kuchni.
Dopiero gdy drzwi się zamykają, napięcie powoli opada. Aysu wypuszcza powietrze i patrzy na brata z podziwem.
— Mój brat bohater! — mówi z uśmiechem.
Gülsüm kiwa głową, patrząc na Meliha z wdzięcznością.
— Naprawdę dobrze to rozegrałeś. Dzięki tobie nikt nie został upokorzony.
***
Nusret przemierza salon długimi, nerwowymi krokami. Ciężkie zasłony są zaciągnięte, a półmrok tylko potęguje napięcie unoszące się w powietrzu. Jego dłoń co chwilę wędruje do brody — drapie ją odruchowo, jakby próbował w ten sposób uporządkować chaos myśli.
Ale wspomnienia nie dają mu spokoju. Wraca do tamtego momentu.
Do chwili, gdy Cihan bez wahania chwycił go za marynarkę i z impetem przycisnął do ściany. Do jego spojrzenia — zimnego, pełnego furii. Do słów, które padły, gdy Nusret ośmielił się nazwać Hancer „jałówką rozpłodową”.
Nusret zatrzymuje się nagle. Jego szczęka zaciska się tak mocno, że aż drga.
— Ta twoja drogocenna żona… — mówi półgłosem, jakby Cihan stał tuż przed nim. — Wykopała ci grób.
Jego oczy błyszczą niebezpiecznie.
— Nawet nie zdajesz sobie sprawy — kontynuuje ciszej, ale z jeszcze większym jadem — że już jesteś martwy.
Zapada cisza. Krótka. Gęsta. Napięta.
Nusret sięga do kieszeni po telefon. Przez ułamek sekundy patrzy na ekran, jakby ważył decyzję — choć tak naprawdę już ją podjął.
Wybiera numer. Połączenie zostaje odebrane niemal natychmiast.
— Dursunie, gdzie jesteś? — jego głos jest spokojny, aż nienaturalnie opanowany.
Słucha przez chwilę, nie odzywając się. Jego wzrok twardnieje.
— Dobrze. Słuchaj mnie uważnie.
Robi kilka powolnych kroków, zatrzymując się przy oknie. Patrzy w noc, jakby widział w niej coś więcej niż tylko ciemność.
— Od teraz nie spuszczaj go z oczu ani na sekundę — mówi cicho, ale każde słowo brzmi jak wyrok. — Chcę wiedzieć o każdym jego ruchu.
Krótka pauza.
— A kiedy nadarzy się okazja…
Jego głos obniża się jeszcze bardziej.
— Zrób to. Szybko. Bez błędów. Zabij go.
Cisza po drugiej stronie trwa sekundę dłużej.
Nusret kończy połączenie bez słowa. Opuszcza rękę z telefonem. I przez chwilę stoi nieruchomo.
Jak człowiek, który właśnie przekroczył granicę, zza której nie ma już powrotu.
***
W sypialni panuje półmrok. Fioletowe, zdobione ściany i miękkie światło lampy tworzą intymną, ale napiętą atmosferę. Duże łóżko z jasną pościelą stoi na środku, a przy ścianie — konsola z książkami i obrazem, który zdaje się obserwować całą scenę.
Drzwi otwierają się zdecydowanie.
Cihan wchodzi do środka szybkim krokiem i zatrzymuje się naprzeciwko Hancer. Ona stoi przy łóżku, wyprostowana, ale spięta — jakby czekała na tę rozmowę, a jednocześnie chciała jej uniknąć.
— Czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę, co robisz? — pyta bez wstępu. W jego głosie słychać napięcie. — Tylko ty mogłaś mnie powstrzymać. Tylko ty masz na mnie taki wpływ… Bo bardzo dużo dla mnie znaczysz.
Robi krok w jej stronę.
Jeszcze jeden.
Między nimi zostaje zaledwie oddech. Jego spojrzenie mięknie, a dłoń unosi się lekko, jakby chciał dotknąć jej twarzy… jakby chciał ją pocałować.
Hancer odwraca głowę. Ten drobny gest spada między nich jak ściana.
— Nie wątpię w to, Cihanie — mówi cicho, unikając jego wzroku. — Ale… nie mogę.
Zapada cisza. Długa. Niewygodna.
Cihan cofa się o pół kroku i przygląda jej się uważnie. W jego oczach pojawia się cień zranienia.
— Jak to „nie możesz”? — pyta wolniej. — Czy ty mnie… nie chcesz?
Hancer natychmiast kręci głową.
— Nie. Źle to zrozumiałeś. To nie o ciebie chodzi. — Jej głos lekko drży. — Cihanie, ja naprawdę… nie potrafię tu żyć. Nie czuję się jak u siebie. Każdy dzień tutaj… jest dla mnie trudny. Czuję się obca. Jak ktoś, kto nie powinien tu być.
Spuszcza wzrok.
— A jednocześnie nie chcę cię ranić. Nie chcę, żebyś myślał, że…
— Hancer — przerywa jej, wyraźnie sfrustrowany — naprawdę już nie rozumiem, czego ode mnie oczekujesz. Jakiego jeszcze wsparcia potrzebujesz?
Rozkłada ręce bezradnie.
— Powiedziałem ci, że twój dom jest tam, gdzie ja jestem. Powiedziałem, że jesteś panią tego domu. Co jeszcze mam zrobić? Nadać ci tytuł? Ogłosić to całemu światu?
— Nie chcę żadnych tytułów — odpowiada szybko, podnosząc na niego wzrok. — Jestem ci wdzięczna za wszystko. Naprawdę. Ale to, co czuję… nie ma z tobą nic wspólnego.
Cihan milknie na moment.
— Czyli jednak chodzi o moją matkę — mówi w końcu chłodno. — Używasz jej jako wymówki?
— Nie… — zaczyna, ale on nie pozwala jej dokończyć.
— Nie pozwoliłem nikomu cię upokorzyć — mówi stanowczo. — Powiedziałem jasno, kim jesteś w tym domu. Kazałem ci chodzić z podniesioną głową.
— Wiem… — jej głos cichnie. — Wiem, że to zrobiłeś. Ale takie rzeczy… nie zmieniają się z dnia na dzień. To nie jest tylko kwestia słów. Ja… naprawdę nie czuję się tu jak u siebie. Czuję się jak intruz.
Podnosi na niego wzrok. W jej oczach widać prośbę.
— Proszę… spróbuj mnie zrozumieć.
Cihan patrzy na nią jeszcze przez chwilę. A potem coś w nim pęka.
— Wystarczy, Hancer — mówi cicho, ale twardo. — Wszystko już rozumiem.
Zapada cisza.
— Powiedz po prostu, że mnie nie chcesz. I zakończmy to.
Jego spojrzenie staje się chłodne.
— Od czasu do czasu muszę sobie przypominać, że wyszłaś za mnie nie z miłości, tylko dla dobra swojego brata.
Słowa uderzają mocno.
— Pewnie potrzebuję jeszcze trochę czasu, żeby się do tego przyzwyczaić — dodaje gorzko.
Odwraca się w stronę drzwi.
— Nie przyjdę tu więcej. — Zatrzymuje się na moment, ale się nie odwraca. — Kiedy będziesz gotowa na to małżeństwo, sama zapukaj do moich drzwi.
Otwiera drzwi. I wychodzi.
Zostawia ją samą w ciszy, która nagle staje się przytłaczająca.
Hancer stoi nieruchomo, patrząc w miejsce, gdzie Cihan był jeszcze przed chwilą.
***
Następnego dnia w domu panuje nienaturalna cisza.
Beyza budzi się z ciężarem na piersi — jakby noc nie przyniosła ukojenia, tylko pogłębiła niepokój. W jej głowie wciąż wracają obrazy: fotografie z rezydencji, uśmiechnięci Cihan i Hancer… i twarz ojca, która z każdą chwilą stawała się coraz bardziej zimna.
Zaciska dłonie. Zaczyna żałować, że pokazała mu te zdjęcia.
Powoli schodzi po schodach, ostrożnie stawiając każdy krok. Gdy jest w połowie, zatrzymuje się nagle.
Z salonu dobiega głos Nusreta.
— Co tam, Dursunie? — pyta spokojnie.
Beyza zamiera. Serce zaczyna bić szybciej.
— Jestem przed rezydencją — odpowiada głos po drugiej stronie. — Czekam od wczoraj wieczorem.
Beyza mimowolnie chwyta się poręczy.
— W końcu wyjdzie — mówi Nusret chłodno. — Poczekaj. Nie ruszaj się stamtąd.
Krótka pauza.
— I zrób to tak szybko, jak tylko będziesz miał okazję.
Cisza. Połączenie zostaje zakończone.
Beyza przez moment nie jest w stanie się poruszyć. Wszystko w niej zamarza.
A potem schodzi na dół.
Wchodzi do salonu i staje naprzeciwko ojca. Jej twarz jest napięta, a oczy szeroko otwarte.
— Kto to był? — pyta, starając się opanować drżenie głosu.
Nusret nawet na nią nie patrzy.
— Co cię to obchodzi?
— Tato… — Robi krok w jego stronę. — Proszę cię. Zrezygnuj z tego. Błagam.
Jego spojrzenie w końcu się na niej zatrzymuje.
— Nie mogę żyć bez Cihana — dodaje Beyza ciszej, ale z desperacją. — Rozumiesz?
Na jego twarzy nie pojawia się żadna reakcja.
— Już go osądziłem — mówi chłodno. — To koniec Cihana.
Słowa spadają jak wyrok.
— Zacznij się do tego przyzwyczajać.
Odwraca się bez słowa i wychodzi z domu. Drzwi zamykają się z głuchym trzaskiem.
Beyza stoi w miejscu, jakby nie była w stanie ruszyć się ani o krok.
— On… naprawdę to zrobi… — szepcze z przerażeniem. — On nie żartował…
Sięga po telefon drżącymi dłońmi i wybiera numer Cihana. Pierwsze połączenie — odrzucone. Drugie — tak samo.
— Nie… — jej oddech przyspiesza.
Próbuje po raz trzeci.
Telefon wyłączony.
Zapada cisza. Ciężka. Dusząca.
Beyza opuszcza rękę, patrząc w ekran, jakby miał zaraz ożyć. Ale nie ożywa.
— Muszę go ostrzec… — mówi do siebie, coraz bardziej spanikowana. — Muszę coś zrobić…
Bo teraz to już nie jest gra. To wyścig z czasem.
***
Poranek w starym domu zaczyna się spokojnie. Przez okna wpada miękkie światło, a stół ugina się pod prostym, ale starannie przygotowanym śniadaniem — świeży chleb, pomidory, sery, jajecznica z kiełbasą i parujące szklanki herbaty.
Derya krząta się przy stole, poprawiając talerze z lekkim uśmiechem.
— Chodźcie, śniadanie gotowe! — woła ciepło.
Emir nie każe się długo prosić. Natychmiast podbiega i siada przy stole, spoglądając łakomie na jedzenie.
Cemil nawet nie drgnie. Siedzi na kanapie, oparty ciężko o oparcie, z nieobecną miną.
— Nie chcę jeść — rzuca chłodno, nie patrząc na żonę.
Derya zatrzymuje się i odwraca w jego stronę. Jej uśmiech znika.
— Za każdym razem coś wymyślasz — prycha, podchodząc bliżej. — Co mam ci zrobić? Tarhanę? Może coś lekkiego?
— Powiedziałem, że niczego nie chcę — odpowiada ostrzej. — Ani herbaty, ani zupy. Nic.
W pomieszczeniu zapada napięcie.
Derya przez chwilę stoi nieruchomo, po czym siada obok niego na kanapie. Jej głos łagodnieje, ale w oczach widać zmęczenie.
— Cemilu, posłuchaj mnie. Cokolwiek robię, ty tylko narzekasz. Tłumaczę sobie, że jesteś po operacji, że dochodzisz do siebie… ale ja naprawdę zaczynam tracić cierpliwość.
Cemil gwałtownie odwraca głowę w jej stronę.
— A ja mam dość twojego gadania! — podnosi głos. — Duszę się tutaj. Wychodzę!
Podrywa się z kanapy.
— Dokąd idziesz?! — Derya natychmiast staje mu na drodze.
— Każdy ma swoje miejsce na ziemi — mówi z gniewem. — Co my tu robimy? Siedzimy jak jacyś idioci! Mam tego dosyć. Wracam do domu. Emir, wstawaj. Zaprowadzę cię do szkoły.
Chłopiec spogląda niepewnie na matkę, ale powoli wstaje.
— Cemilu… — Derya próbuje jeszcze raz. Jej głos łagodnieje. — Twój szwagier nas tu przyjął. Przywiózł nas, pomógł nam. Nie wypada tak po prostu odejść.
— To go poinformuj — rzuca obojętnie. — Albo zostań, jeśli chcesz. Ja wracam. Emirze, chodź.
Chłopiec odkłada niedojedzone śniadanie i podąża za Cemilem.
Drzwi zamykają się za nimi. Derya zostaje sama, patrząc na zastawiony stół.
***
Na zewnątrz powietrze jest rześkie, a ogród spokojny. Cemil i Emir idą alejką w stronę rezydencji, gdy nagle na ścieżce pojawia się Hancer.
— Dzień dobry, bracie — mówi zaskoczona, zatrzymując się przed nimi. — Dokąd idziecie?
— Do rezydencji — odpowiada krótko Cemil. — Pożegnam się ze szwagrem. Nie mogę tu dłużej siedzieć. Nudzę się.
Hancer marszczy brwi i podchodzi bliżej.
— Bracie… ile minęło od operacji? Powinieneś odpoczywać. Lekarz jasno to powiedział.
— Nie wytrzymam tu ani godziny dłużej — odpowiada z irytacją. — Cisza mnie dobija. Tęsknię za naszym życiem. Za ruchem, za ludźmi…
— Proszę, poczekaj chociaż do kolejnej wizyty u lekarza — mówi błagalnie.
Cemil kręci głową.
— To niemożliwe. Zostawiliśmy sklep zamknięty, zawieszając tylko kartkę na drzwiach. Klienci nie mają ze mną kontaktu. Tak się nie da żyć.
— Sklep może poczekać — odpowiada stanowczo Hancer. — Twoje zdrowie jest najważniejsze.
— Nie mów do mnie jak Derya — ucina ostro. — Jestem wdzięczny twojemu mężowi. Naprawdę. Pomógł nam. Ale ja nie potrafię żyć na czyimś utrzymaniu.
Robi krok w jej stronę.
— Podjąłem decyzję. I jej nie zmienię.
Zapada cisza.
— Idź — dodaje już spokojniej. — Pomóż swojej bratowej się spakować. Ja pożegnam się ze szwagrem.
Hancer patrzy na niego jeszcze przez chwilę. W jej oczach widać niepokój… i bezsilność.
Wie, że nic już nie powie, co mogłoby go zatrzymać.
Powoli opuszcza wzrok.
***
W salonie panuje napięta, nerwowa atmosfera. Jasne zasłony lekko falują przy otwartym oknie, ale świeże powietrze wcale nie przynosi ulgi.
Derya stoi przy kanapie, na której leży otwarta walizka. Zamaszystymi, gwałtownymi ruchami wrzuca do niej kolejne ubrania. Każdy gest zdradza jej rosnącą frustrację.
— Wiedziałam, że tak będzie… — rzuca z irytacją, niemal przez zaciśnięte zęby. — Jego ciało nie jest przyzwyczajone do wygód. Do spokoju. Do normalnego, godnego życia.
Wyciąga kolejną koszulę i niemal rzuca ją do środka.
— Boże, z takiego miejsca… — rozgląda się po jasnym, zadbanym salonie — …wracać do tej naszej nędznej dzielnicy…
W tym momencie na górze pojawia się Hancer. Zatrzymuje się na chwilę, obserwując Deryę.
— Widziałaś mojego brata? — pyta Derya bez odwracania się.
— Tak… — odpowiada cicho Hancer, podchodząc bliżej. — Powiedział, że wraca do dzielnicy.
Derya odwraca się gwałtownie.
— I w ogóle nie zaprotestowałaś?!
— Próbowałam go zatrzymać — tłumaczy spokojnie, choć w jej głosie słychać zmęczenie. — Ale wiesz, jaki jest. Nic do niego nie docierało.
Derya patrzy na nią uważniej. Jej złość na chwilę ustępuje miejsca czujności.
— Chodź, usiądź — mówi, wskazując miejsce obok siebie na kanapie. — Co się z tobą dzieje? Dlaczego masz taką minę?
Hancer siada powoli, splatając dłonie na kolanach.
— Nic mi nie jest…
— Nie okłamuj mnie — ucina Derya. — Widzę, że coś cię gryzie. Znowu powiedziałaś coś mojemu szwagrowi, prawda?
Hancer unika jej wzroku.
— Ty i twój brat… — Derya kręci głową z niedowierzaniem — naprawdę nie potraficie usiedzieć spokojnie w jednym miejscu.
— Nie przejmuj się mną — odpowiada cicho Hancer. — Lepiej powiedz, dlaczego on aż tak nalega na wyjazd?
Derya wzdycha ciężko i opada na oparcie kanapy.
— Skąd mam wiedzieć? — mówi z rezygnacją. — Od operacji jest nie do zniesienia. Jak coś sobie wbije do głowy, to koniec. Nikt go nie przekona.
Na chwilę milknie, po czym dodaje ciszej:
— Powstrzymuję się tylko dlatego, że prawie umarł na stole operacyjnym.
Jej głos lekko drży, ale zaraz znów twardnieje.
— Ale jeśli dalej będzie się tak zachowywał… — spogląda przed siebie — to moja cierpliwość się skończy.
Derya sięga po walizkę i z impetem ją zamyka. Zamek zasuwa się z głośnym trzaskiem. Chwyta ją i stawia na podłodze.
Ten dźwięk brzmi jak ostateczna decyzja.
***
Wnętrze rezydencji tonie w ciszy i elegancji — marmurowa podłoga odbija światło kryształowego żyrandola, a wysokie ściany potęgują wrażenie chłodnego spokoju.
Nagle drzwi wejściowe otwierają się z hukiem.
Beyza wpada do środka jak burza. Jej oddech jest przyspieszony, a oczy rozbiegane. W pośpiechu potrąca stojącą przy wejściu roślinę — donica przewraca się z głuchym stukiem, a ziemia rozsypuje się po podłodze.
Z głębi holu nadbiega Gulsum, wyraźnie zaniepokojona.
— Pani Beyzo, co się dzieje?
— Gdzie jest Cihan?! — krzyczy, niemal na granicy paniki. — Nie ma go w firmie… czy jest tutaj?! Powiedz mi natychmiast! Muszę z nim porozmawiać. Teraz!
Gulsum cofa się o krok, zdezorientowana.
— Ja… nie wiem, czy pan Cihan…
— NIE WIESZ?! — Beyza podnosi głos jeszcze bardziej. — To gdzie on jest?!
W tym momencie z bocznego korytarza wychodzi Fadime.
— Pani Beyzo, proszę się uspokoić — mówi stanowczo, ale ciszej. — Wszyscy są w domu, nie musi pani krzyczeć.
Beyza prycha z pogardą.
— Wszyscy? — rzuca lodowato. — Myślisz, że obchodzi mnie ta dziewczyna ze slumsów? Zejdź mi z drogi!
Próbuje ją minąć, ale Fadime chwyta ją za ramię.
— Nigdzie pani nie pójdzie w takim stanie!
Uścisk jest mocny.
— Puść mnie! — Beyza szarpie się gwałtownie. — Natychmiast mnie puść, bo pożałujesz!
Wyrywa rękę z jej uścisku, ale zanim zdąży zrobić kolejny krok, w holu pojawia się Mukadder. Jej obecność natychmiast studzi atmosferę.
— Beyza! — mówi ostro. — Co ty wyprawiasz? Jeśli Cihan cię usłyszy, rozpęta piekło. Chodź ze mną.
Chwyta ją zdecydowanie za rękę i prowadzi w stronę swojego pokoju.
***
Drzwi zamykają się z trzaskiem.
Klik.
Mukadder przekręca klucz w zamku.
Beyza natychmiast odwraca się do niej, wciąż roztrzęsiona.
— Co robisz?! — krzyczy. — Daj mi ten klucz! Muszę z nim porozmawiać!
— Uspokój się! — odpowiada ostro Mukadder. — Chcesz doprowadzić mojego syna do szaleństwa?
— Dzwoniłam do niego! — Beyza oddycha ciężko. — Nie odbiera… Nie mogę się do niego dodzwonić!
Mukadder marszczy brwi.
— Po co do niego dzwoniłaś?
Beyza waha się przez ułamek sekundy. Jej głos nagle cichnie, ale napięcie w nim rośnie.
— Muszę z nim porozmawiać… póki nie jest za późno.
Mukadder patrzy na nią coraz uważniej.
— O czym ty mówisz? Oszalałaś?
Beyza robi krok w jej stronę. Jej oczy błyszczą od strachu.
— Człowiek mojego ojca… — mówi niemal szeptem. — Czeka przy bramie.
Zapada cisza.
— Tata… — przełyka ślinę — …kazał mu zabić Cihana.
Słowa zawisają w powietrzu jak wyrok.
Mukadder blednie. Jej twarz traci kolor, a spojrzenie nieruchomieje. Przez chwilę nie jest w stanie wydobyć z siebie głosu.
W luksusowym, spokojnym pokoju nagle robi się duszno. Bo właśnie zaczęła się walka z czasem.
Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 52.Bölüm i Gelin 53.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.












