„Wichrowe Wzgórze” – Odcinek 359: Streszczenie
Songül stoi w salonie jak skamieniała, zdrętwiała od strachu, przyłapana przez wszystkich domowników. W powietrzu czuć szok, niedowierzanie i narastającą wściekłość. Jako pierwsza odzyskuje głos Gülhan.
— Ciociu… jak mogłaś to zrobić? — pyta drżącym tonem, jakby jej serce pękało na pół.
Zumrut wręcz wybucha.
— Ona próbowała zabić Omera! Widziałam ją! — krzyczy, trącając Songül w ramię. — Ona próbowała go zabić!
Songül unosi dłonie w obronnym geście, cała drżąca.
— Ja… mogę wszystko wyjaśnić. Chcę tylko porozmawiać z moim siostrzeńcem i siostrzenicą. Sam na sam. Proszę…
Halil rusza w jej stronę powoli, jak drapieżnik do ofiary. Staje naprzeciw niej, patrząc lodowatym spojrzeniem, które potrafi złamać najtwardszego człowieka.
— Co niby zamierzasz wyjaśnić? — pyta nisko. — Co tu jeszcze zostało do wyjaśnienia? Widzimy cię stojącą. Może wyjaśnisz, dlaczego udawałaś chorobę? Dlaczego torturowałaś Zeynep? A może… opowiesz nam o sekretach, które tak skrzętnie ukrywałaś?
Tulay zaciska pięści.
— Nigdy nie myślałam, że człowiek może upaść tak nisko — mówi przez zaciśnięte zęby. Jej spojrzenie tnie rywalkę jak ostrze.
— Zrobiłam to wszystko z miłości do Omera — odpowiada Songül, a łzy zaczynają spływać jej po policzkach. — Ale on też nie był niewinny. Oszukał mnie…
— Nie waż się wypowiadać imienia mojego męża! — wrzeszczy Tulay i rusza w jej stronę, ale Zeynep chwyta ją za ramiona, powstrzymując. — Zniszczyłaś życie moje i moich córek swoimi kłamstwami!
Songül unosi brodę, jakby nagle odzyskała zuchwałość.
— Och, proszę cię. Nie udawaj tu matki-świętoszki. To nie ty kazałaś opryskać ziemię Zeynep pestycydami? Nie ty próbowałaś zrealizować czek Halila za jej plecami? To ty wymyśliłaś kłamstwo o ostatniej woli po to, żeby Halil nie opuścił Zeynep. Żebyś nie straciła rezydencji i pieniędzy! Trafiłaś w jego najczulszy punkt: miłość do ojca!
— Zamknij się! — wrzeszczy Tulay. — Zrobiłam to, żeby Halil i Zeynep byli razem! A ty przez cały czas próbowałaś ich rozdzielić! Powiedz nam, kto spalił drzewo na Wichrowym Wzgórzu?!
Gülhan patrzy na ciotkę, jakby widziała ją po raz pierwszy.
— Ciociu… jak mogłaś zrobić coś takiego?
Songül zaciska powieki, próbując przywołać rozpaczliwy ton.
— Gülhancım… nie uważałam Zeynep za godną Halila. Myślałam, że robię to dla waszego dobra. Jesteście moimi dziećmi… Chciałam, żebyście byli szczęśliwi…
— DOŚĆ! — ryczy Halil, tracąc resztki opanowania. — Nigdy więcej nie waż się mówić, że mnie kochasz. Czego od nas chciałaś, co?! Byliśmy dziećmi! Mama umarła i to ciebie nazywałem „mamą”! A ty… otrułaś mnie! Rozpaliłaś we mnie nienawiść i zemstę! Wmówiłaś mi, że muszę się zemścić za rodziców, a tymczasem… To była zemsta za twoją nieodwzajemnioną miłość!
— Halil, synu…
— NIE WAŻ SIĘ! — krzyczy tak głośno, że echo odbija się od ścian. — Nigdy więcej mnie tak nie nazywaj! Nie jesteś matką. Nie jesteś nawet człowiekiem!
Chwyta ją za ramię — mocno, stanowczo — i ciągnie w stronę wyjścia. Songül szarpie się, płacze, błaga, ale Halil nie zatrzymuje się nawet na sekundę. Wyprowadza ją z domu jak intruza, wyrzuca za bramę i upuszcza na drogę.
— Ostrzegałem cię — mówi chłodno, nawet na nią nie patrząc. — Jeśli wykorzystasz swoją chorobę, żeby krzywdzić Zeynep, nie zostaniesz w Yeşilpınar ani dnia dłużej.
— Halil… błagam… posłuchaj mnie… — łka, ocierając łzy brudnymi dłońmi.
— Zapłacisz za wszystko — syczy. — Wynoś się stąd, zdrajco.
Zatrzaskuje bramę. Metal szczęka jak wyrok.
Songül dopada do krat, trzęsąc nimi rozpaczliwie.
— Halil! HALIL! Proszę! — krzyczy, ale jej głos rozprasza się w powietrzu.
A on — odwraca się powoli, obojętny jak marmur, i odchodzi w stronę domu, nie oglądając się ani razu.
***
Halil wraca do salonu szybkim, pewnym krokiem. Jego ciężkie stąpnięcia dudnią po podłodze, odbijając się echem wśród zamarłych ze wstrząsu domowników. Atmosfera jest lodowata — wszyscy wstrzymują oddech.
Gülhan podchodzi do brata niepewnie, jakby bała się dotknąć rozżarzonego żelaza.
— Halil… jak ona sobie poradzi w taką pogodę? — pyta łamiącym się głosem. — Nie ma nawet kurtki, zamarznie…
Halil odwraca się do niej z takim chłodem w oczach, że aż cofa się o krok.
— Nie obchodzi mnie to! — mówi ostro, bez cienia wahania. — A czy ona kiedykolwiek myślała o nas?! O tobie? O mnie? O Zeynep?! Nigdy!
Jego spojrzenie pada na Arzu, stojącą w kącie jak skulony cień.
— Arzu — rozkazuje niskim, lodowatym tonem — natychmiast wystaw wszystkie rzeczy mojej ciotki za drzwi. Wszystko! — Jego szczęka jest zaciśnięta, a nozdrza drżące. — Imię tej kobiety nie zostanie więcej wypowiedziane na tej farmie. To koniec!
Nie czekając na reakcję, Halil odwraca się na pięcie i wychodzi do ogrodu. Drzwi trzaskają tak głośno, jakby zamykały całe jego dotychczasowe życie.
***
W pracowni buchają emocje. Halil uderza w worek treningowy z taką siłą, że skóra na jego dłoniach robi się czerwona. Z każdym ciosem wykrzykuje słowa, które rozpalają go od środka:
— Sprawiłaś, że Zeynep cierpiała! — BUM.
— Zatrułaś moje życie! — BUM.
— Karmiłaś mnie kłamstwami! — BUM.
— Jak mogłem ci uwierzyć?! Jak?! — kolejny cios, aż worek odchyla się pod sam sufit.
Nagle do środka wpada Zeynep. Widzi, jak jej mąż traci kontrolę, jak walczy z niewidzialnym przeciwnikiem, który latami trzymał go w szponach.
— Halil! — woła, podbiegając do niego. Łapie jego ramiona i przyciąga do siebie. — Dość. Już wystarczy.
Halil opiera czoło o jej skroń, ciężko oddychając.
— Całe życie… żyłem w kłamstwie — mówi głosem, który pęka jak szkło. — Całe życie…
Zeynep ujmuje jego dłonie, splatając je ze swoimi. Patrzy mu prosto w oczy — spokojnie, pewnie, jak ktoś, kto niesie w sobie uzdrowienie.
— Uleczę wszystkie twoje rany — szepcze cicho, a w jej głosie jest czułość i siła. — Nie martw się, Halilu. Nie jesteś sam.
Halil zaciska palce na jej dłoniach tak, jakby trzymał jedyną rzecz, która utrzymuje go przy zdrowych zmysłach.
***
Songül nadal siedzi na zimnej, wilgotnej kostce przed bramą rezydencji. Ramiona ma zgarbione, a całe ciało trzęsie się od szlochów, które rozbrzmiewają w pustce drogi.
Po chwili obok niej staje Gözde, ciągnąc ciężką walizkę.
— Przyniosłam twoje rzeczy — mówi chłodno.
— Jak… jak my to przetrwamy? — łka Songül, chwytając się za głowę. — Gözde, co my teraz zrobimy?!
Gözde prycha zirytowana.
— My? — unosi brwi. — Sama to wszystko zniszczyłaś, a teraz pytasz mnie, jak to przetrwamy?
Songül zrywa się z ziemi. Jej oczy są rozpalone gniewem.
— To przez ciebie jestem w tym położeniu! Przez ciebie i twoje głupie plany!
— Przeze mnie? — Gözde robi krok w jej stronę. — Kobieto, ciesz się, że nie wyszła na jaw sprawa z naszyjnikiem. Wtedy Halil nie tylko wyrzuciłby cię z domu… on kazałby cię unicestwić!
Te słowa tną Songül jak brzytwa. Jej twarz napina się w gniewnym spazmie. Podchodzi bardzo blisko i wymierza palec prosto w pierś Gözde.
— To nie jest tylko moje kłamstwo — syczy. — Ty również masz swoje brudy! Od lat ukrywasz coś, co mogłoby zniszczyć ciebie. Kto ukrył list, który mógł uratować ojca Halila przed więzieniem? Kto, jeśli nie ty?!
Gözde natychmiast rozgląda się w panice, jakby bała się, że ktoś to usłyszy.
— Nie krzycz! — syczy, wciskając Songül w dłonie jej torebkę. — Spakowałam twoje rzeczy. Załóż coś ciepłego, bo zamarzniesz, zanim dojdziesz do miasta.
Pochyla się bliżej. Jej głos staje się ledwie słyszalny:
— Obiecuję, że zrobię, co się da, by naprawić twoje relacje z Halilem. Ale teraz… idź już. Natychmiast. Nikt nie może się dowiedzieć o naszej współpracy. Jeśli to wyjdzie na jaw, obie zginiemy.
Gözde odwraca się i odchodzi szybkim krokiem, ani razu nie oglądając się za siebie.
Songül zostaje sama — drżąca, brudna od łez, z walizką, którą ktoś inny spakował za nią.
Powoli podnosi wzrok na rezydencję. Wielką, majestatyczną, nieosiągalną. Przez łzy widzi tylko rozmazane światła i wysoki mur, który nagle wydaje się straszliwie daleki.
— Wrócę tu… — mówi drżącym głosem, jakby wypowiadała zaklęcie. — Cokolwiek mówią… to jest mój dom.
Chwyta rączkę walizki.
I rusza przed siebie pustą, chłodną drogą.
***
Halil dopilnował, by żadna osoba ani instytucja w Yesilpinar nie udzieliła Songul schronienia. Gdziekolwiek dzwoniła, wszędzie słyszała tę samą odpowiedź: „Brak wolnych miejsc”. W praktyce oznaczało to jedno — wszyscy dostali zakaz przyjmowania jej pod swój dach.
Dopiero Fikret, poruszony jej rozpaczliwym stanem, znalazł jej kryjówkę. Gdy tylko otworzył drzwi, w środku uderzył ich stęchły zapach wilgoci i dymu z nieszczelnej kozy.
Songul zamiera w progu.
Wnętrze przypomina bardziej porzucone pomieszczenie gospodarcze niż dom. Ściany są brudne, spękane, pokryte zaciekiem i czarnymi plamami pleśni. Tuż przy podłodze odchodzi tynk, odsłaniając nagie, szorstkie cegły. Z sufitu, na którym pączkują pęknięcia, zwisa samotna żarówka na biegnącym po tynku kablu — jej żółte światło drży, jakby samo nie chciało oświetlać tej nędzy.
Stary piec stoi w rogu niczym zardzewiały strażnik; wokół niego zalega warstwa sadzy. Podłoga jest nierówna, miejscami wybrzuszona, z ciemnymi śladami wilgoci. Okna brudne, z parującymi szybami, przez które widać jedynie majaczące sylwetki drzew i plamy światła z podwórza.
A pośrodku — kanapa. Wysiedziana, poplamiona, miejscami poprzecierana tak bardzo, że wyłazi z niej gąbka. Wygląda, jakby pamiętała lepsze czasy… trzy dekady temu.
Fikret wciąga walizkę do środka i zamyka drzwi na zasuwę.
— To jedyne miejsce, które mogłem zdobyć, pani Songul — mówi, unikając jej wzroku. — Jest ciepłe. To najważniejsze.
Songul robi kilka kroków w głąb pokoju. Jej obcasy stukają o podłogę, odbijając pusty, martwy pogłos. Oczy ma rozszerzone z niedowierzania.
— Boże… co to za nora…? — szepcze. — Jak mogę tu mieszkać?
Ale odpowiedź już zna. Nie ma wyboru. Albo zostanie tutaj, albo zamarznie na zewnątrz.
Siada ostrożnie na kanapie, jakby bała się, że ta rozpadnie się pod jej ciężarem. Drżącymi dłońmi otwiera walizkę, chcąc uporządkować w myślach chociaż jedną rzecz, gdy nagle… jej twarz tężeje.
Brakuje perłowego naszyjnika. Tego jedynego, który przed laty ukradła rodzinie Aslanli i który był jej najcenniejszą tajemnicą.
— Nie… nie, nie, nie… — Przeszukuje walizkę w pośpiechu, rzucając ubrania na brudną podłogę. — Gdzie on jest?!
Sięga po telefon i drżącym głosem wybiera numer Gozde.
Raz.
Drugi.
Trzeci.
Za każdym razem — cisza.
Songul zaciska powieki, próbując opanować panikę.
Jest sama. W brudnej norze, bez sojuszników, bez miejsca do ucieczki… i bez jedynego przedmiotu, który mógł uratować ją w razie najgorszego.
— Gozde… odbierz… błagam cię…
Ale telefon milczy, a pokój wokół niej zdaje się jeszcze mroczniejszy, jeszcze zimniejszy i jeszcze bardziej obcy.
***
Gozde również przeżywa swoje piekło. Wszystko wymknęło jej się spod kontroli — Songul została wyrzucona z rezydencji, a Zeynep i Halil, zamiast oddalać się od siebie, są bliżsi niż kiedykolwiek.
Kiedy przypadkiem podsłuchuje ich rozmowę, dowiaduje się, że planują wspólny wyjazd do Francji, by tam wieść życie w spokoju i zrealizować projekt perfum.
A jeśli to się stanie… jej gra skończy się na dobre. Halil wymknie się z jej wpływu, a Zeynep zajmie miejsce, które Gozde od lat uważała za swoje.
***
Jeszcze tej samej nocy przeszukuje pokój Zeynep. Ręce drżą jej ze złości, ale i determinacji.
Wreszcie znajduje paszport. Pod palcami czuje twardą okładkę — symbol wszystkiego, co chce im odebrać.
Otwiera go, wpatrując się w zdjęcie Zeynep.
— Gdybyś tylko wiedziała, jak bardzo niszczysz moje życie… — syczy przez zęby.
Jej kciuk zatrzymuje się na brzegu dokumentu. Jednym ruchem mogłaby go rozerwać. Jednym.
Unosi paszport.
Napina ręce.
Ale…
Zatrzymuje się.
Rozum natychmiast zaczyna krzyczeć głośniej niż jej zazdrość.
Jeśli zniszczy dokument, Halil zamówi nowy. Może to potrwać tydzień, dwa… ale w końcu wyjadą. A Halil będzie drążył temat, szukał winnego. Zeynep zacznie podejrzewać. To zbyt ryzykowne. Zbyt głupie.
Gozde zaciska paszport w dłoni, oddycha szybko, głęboko, jakby walczyła sama ze sobą.
— Nie… — wypowiada w końcu, odkładając dokument na miejsce. — To nie wystarczy. To tylko opóźnienie. Ja potrzebuję rozwiązania… ostatecznego. Takiego, które przekreśli ten wyjazd raz na zawsze.
Powoli prostuje się, a jej twarz zastyga, wygładzona i nieludzko spokojna.
W jej oczach pojawia się błysk — chłodny, drapieżny, niebezpieczny.
Błysk osoby, która właśnie znalazła pomysł.
I która nie cofnie się przed niczym, by go zrealizować.
Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Rüzgarlı Tepe. Inspiracją do jego stworzenia był film Rüzgarlı Tepe 209. Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.















