„Złoty chłopak” Odc. 269 – streszczenie
Ferit wpada do domu Sinana bez pukania. Drzwi uderzają o ścianę z takim impetem, że echo niesie się po przestronnym salonie.
– Gdzie on jest?! – jego głos rozcina powietrze, twardy i wściekły.
W eleganckim, jasnym wnętrzu zapada napięta cisza. Mumtaz i Hazal natychmiast podchodzą do niego. W głębi salonu, na skórzanej kanapie, siedzi Ayla. Odwrócona plecami, nieruchoma, jakby skurczona pod ciężarem własnych myśli. Obok niej pali się niewielka lampka, której ciepłe światło tylko podkreśla chłód tej sceny.
– Nie widzisz, że wszyscy jesteśmy zdruzgotani? – mówi Mumtaz przez zaciśnięte zęby. – Dlaczego tu wpadasz i krzyczysz?
– Nie widzę! – odpowiada Ferit, rozkładając ręce. – Nie obchodzi mnie wasza rozpacz. Chcę zobaczyć tylko jedną osobę. Gdzie jest ten psychopata?!
– Powiedziałem ci, że nie wiemy! – Mumtaz próbuje go odepchnąć. – Wynoś się z mojego domu!
Ferit ani drgnie. Jego spojrzenie zatrzymuje się na plecach Ayli.
– Zadałem pytanie, pani Aylo – mówi wolniej, groźniej. – Proszę odpowiedzieć.
Podchodzi bliżej i siada na niskim stoliku naprzeciwko niej. Hazal wstrzymuje oddech.
– Ferit, proszę… Mama źle się czuje…
On jednak ignoruje jej słowa. Delikatnie, lecz stanowczo unosi podbródek Ayli, zmuszając ją, by na niego spojrzała. Jej oczy są puste, zaczerwienione, jakby wypłakane do ostatniej łzy. Patrzy przez niego, nie na niego.
– Gdzie ukryłaś swojego syna? – pyta chłodno.
– Nikogo nie ukryliśmy… – wtrąca drżącym głosem Hazal. – Myślisz, że chcieliśmy, żeby do tego doszło?
– Zamknij się! – warczy Ferit. – Nie wtrącaj się, kiedy dorośli rozmawiają.
Znów wbija wzrok w Aylę.
– Twój syn uciekł ze szpitala. I nadal podąża tropem Seyran. Jeśli go dorwę… nawet nie wiesz, co mu zrobię.
Wtedy Ayla porusza się, jakby dopiero teraz wróciła do rzeczywistości.
– To moja wina… – jej głos jest słaby, ledwie słyszalny. – Wszystko moja wina… Proszę, nie krzywdź mojego syna. Gdybym wiedziała, gdzie jest, sama zgłosiłabym go na policję. On jest w takim stanie przeze mnie. To ja go złamałam… Proszę, nie karz go za moje błędy. Jeśli go znajdziesz, oddaj go policji. Obiecaj mi.
Chwyta Ferita za rękę z desperacją matki, która nie ma już nic poza błaganiem.
Ferit gwałtownie wstaje.
– Co się z wami dzieje? Jaką jesteście rodziną? – rzuca z pogardą. – Mam uwierzyć, że chcesz oddać własnego syna w ręce policji?
Ayla podnosi się powoli. Podchodzi do niego i ujmuje jego dłonie, pochylając głowę.
– Mówię do ciebie jako matka, która drży o swoje dziecko – szepcze. – Tak, pomogłam mu. Bo jest moim synem. Ale on… on wolał Seyran od wolności. Ta obsesja go niszczy. Jeśli go znajdziesz… oddaj go sprawiedliwości. Proszę.
Ferit patrzy na nią twardo.
– Pod jednym warunkiem. Jeśli dowiesz się, gdzie jest, natychmiast mi powiesz.
– Dobrze – odpowiada bez wahania.
Ferit odwraca się, gotowy wyjść, gdy nagle rozlega się głos Hazal:
– Fericie… mój brat wrócił wczoraj do domu.
Ayla zamiera.
– Co ty mówisz, Hazal?!
– Mama i wujek nic nie wiedzieli. Ja też nie zdołałam go zatrzymać. Odszedł… – jej głos łamie się. – Ale jest coś jeszcze. Wie, że Seyran jest w rezydencji. Zupełnie oszalał.
Twarz Ferita momentalnie twardnieje. W jego oczach pojawia się czysta determinacja.
Nie mówi ani słowa. Odwraca się na pięcie i niemal biegnie do wyjścia, zostawiając za sobą dom pogrążony w strachu – i matkę, która właśnie zrozumiała, że może już nie mieć czasu, by uratować własnego syna.
***
Mimo realnego zagrożenia i wyraźnego zakazu Ferita, Seyran nie potrafi dłużej zostać w rezydencji. Cisza jej pokoju dusi ją bardziej niż strach. Wychodzi sama, bez eskorty, z determinacją wymalowaną na twarzy.
Drzwi domu Diyar otwierają się niemal natychmiast. W progu staje zaskoczona dziewczyna.
– Seyran? Co tu robisz? – jej wzrok natychmiast wędruje za plecy przybyłej. – A Ferit? Nie ma go z tobą?
– Nie. Przyszłam sama.
– Sama? – Diyar marszczy brwi. – Wiesz, że nikt nie wie, gdzie jest Sinan. To nie jest bezpieczne.
– Wiem. Ale musiałam przyjść. Chcę porozmawiać z twoim dziadkiem.
Seyran wchodzi do środka. W przestronnym, nowoczesnym salonie, na jasnej kanapie siedzą Ilyas i jego żona. Atmosfera gęstnieje, gdy dostrzegają niespodziewanego gościa.
– Co się stało, moja dziewczyno? – pyta Ilyas z chłodnym spokojem. – Tym razem postanowiłaś zamieszkać z nami?
– Panie Ilyasie, przyszłam tylko porozmawiać – odpowiada Seyran, stając naprzeciw niego. – Wiem, że nie jest pan zadowolony z mojej obecności w waszym życiu. Rozumiem to. Ale nie chodzi o mnie i o Ferita.
Starszy mężczyzna wzdycha ciężko.
– Jakże mi go szkoda, biedy facet… Boi się, że coś ci się stanie. Wszyscy już słyszeliśmy te historie.
– Proszę nie oczekiwać, że Ferit nagle stanie się kimś innym – mówi spokojnie, choć jej głos lekko drży. – On nigdy nie odwraca się od ludzi, którzy są dla niego ważni. Gdyby wiedział pan, ile zrobił dla mojej siostry… ile razy ratował innych kosztem siebie…
– Córko – przerywa jej Ilyas stanowczo – Ferit to dobry chłopak. Ale to wszystko. Czy moja wnuczka ma całe życie czekać, aż on przestanie gasić cudze pożary?
Seyran prostuje się.
– Wręcz przeciwnie. Ferit kocha Diyar. I zawsze będzie się za nią czuł odpowiedzialny. Jeśli kiedykolwiek znajdzie się w trudnej sytuacji, on będzie pierwszy, który poda jej rękę.
– O ile znajdzie dla niej czas, kiedy będzie zajęty ratowaniem innych – zauważa chłodno Ilyas.
– Znajdzie. Ferit pomaga każdemu, ale to nie znaczy, że nie potrafi kochać jednej osoby.
– Nie potrzebuję jego pomocy – odpowiada starszy mężczyzna. – Jeśli moja wnuczka upadnie, ja ją podniosę.
– A jeśli pana zabraknie? – pyta cicho Seyran. – Wtedy proszę być spokojnym. Zostawi pan Diyar w rękach odważnego i lojalnego mężczyzny.
W salonie zapada cisza. Wzrok babci Diyar łagodnieje.
– Córko… wybacz pytanie. Czy ty nadal go kochasz, że tak go bronisz?
Seyran milknie na moment.
– To nie o mnie chodzi – odpowiada w końcu. – Wiem, jak bardzo Ferit kocha Diyar. Ona zna go lepiej niż ktokolwiek. Nawet moje nagłe pojawienie się tego nie zmieniło. Jeśli są państwo źli, że Diyar wciąż przy nim trwa, to proszę nie karać go za to, że jest dobrym człowiekiem. Nie zmuszajcie go, by płacił za swoje serce.
Odwraca się.
– To wszystko, co chciałam powiedzieć.
Diyar odprowadza ją do drzwi. W półmroku korytarza patrzą na siebie w milczeniu.
– Nie musiałaś narażać się dla takiej rozmowy – mówi cicho Diyar.
– Musiałam – odpowiada Seyran. – Byłaś przy mnie w szpitalu. Nie zapominam takich rzeczy. Czuję, że jestem wam coś winna.
Delikatnie kładzie dłoń na jej ramieniu. W jej oczach błyszczą łzy, które szybko ociera wierzchem dłoni, zanim zdążą spaść.
Wychodzi w chłodne powietrze. Diyar stoi w otwartych drzwiach jeszcze długo, patrząc, jak sylwetka Seyran znika za furtką.
***
Powietrze nad ogrodem jest ciężkie, jakby zaraz miało spaść z niego coś więcej niż deszcz. Zachmurzone niebo odbija się w nieruchomej tafli basenu, a błękit wody wydaje się chłodny i obcy. Wśród gęstej zieleni palm i żywopłotu, przy niskim stoliku ze szkła, siedzą naprzeciw siebie: Ifakat, Abidin i Suna.
Ifakat nie spuszcza z mężczyzny wzroku. Jej twarz pozostaje kamienna, ale w spojrzeniu czai się chłodna kalkulacja. Patrzy na niego tak, jakby chciała go złamać samą ciszą.
Abidin w końcu unosi głowę.
– Czego pani chce, pani Ifakat? – pyta ostro. – Myśli pani, że jeśli będzie się tak na mnie patrzeć, to się rozpłynę?
Kobieta bez słowa sięga do torebki. Wyciąga czek i powoli, z namysłem, przesuwa go po szklanym blacie w stronę Abidina. Papier zatrzymuje się tuż przed jego dłonią.
– Aga kazał mi to przekazać – mówi chłodno. – Powiedział, że to wystarczy, żebyś zapomniał nie tylko o tym, że jesteś Korhanem… ale nawet o własnym imieniu.
Abidin zerka na kwotę. Szczęka mu twardnieje.
– Co mnie obchodzi to nazwisko? Co mnie obchodzi wasz Aga? Ja was wszystkich…
– Ciszej – ucina Ifakat ostrym szeptem. – Weź pieniądze i wyjedź. Daleko. Tam, gdzie nie będziemy musieli cię oglądać ani słuchać twoich oskarżeń.
– Nie chcę waszych pieniędzy – odpowiada przez zaciśnięte zęby. – Nie kupicie mnie.
Ifakat opiera się wygodniej.
– Sinan zniknął. Ty straciłeś pracę. Suna również jej nie ma. – Przenosi spojrzenie na dziewczynę, która siedzi cicho z opuszczonym wzrokiem. – Ten dom należy do Seyran. A ty jesteś mężem Suny. Twoim obowiązkiem jest zapewnić jej bezpieczeństwo. Dumą rachunków nie opłacisz.
Wstaje powoli z fotela.
– Weź pieniądze. Przestań udawać bohatera.
Odchodzi bez pożegnania, stukot jej obcasów niknie wśród szumu liści.
Zapada cisza.
– Widzisz? – mówi Abidin, patrząc na czek, jakby był czymś brudnym. – Oni nie znają innego języka niż pieniądze.
Sięga po dokument i zaciska na nim palce, gotów rozerwać go na pół. Suna gwałtownie chwyta jego nadgarstek.
– Nie rób tego.
– O czym ty myślisz, Suna? – odwraca się do niej z niedowierzaniem.
Jej głos jest cichy, ale stanowczy.
– Czy naprawdę nas na to stać? Nie potrzebujemy tych pieniędzy?
Abidin przez chwilę patrzy jej w oczy, jakby próbował znaleźć w nich dawną pewność. Zamiast tego widzi lęk.
– Proszę bardzo. – Kładzie czek na jej dłoni. – Widzę, że ten czek znaczy dla ciebie więcej niż ja. W końcu jaką wartość ma bezrobotny mąż…
Suna blednie. Odkłada czek z powrotem na stolik, jakby nagle ją parzył.
– Wstydź się – mówi cicho, zraniona.
Wstaje i odchodzi w stronę domu, nie oglądając się za siebie.
Abidin zostaje sam przy basenie. Woda pozostaje nieruchoma, ale w jego oczach wzbiera burza. Złość miesza się z upokorzeniem, a pod powierzchnią rodzi się coś groźniejszego – chłodna, coraz silniejsza chęć zemsty na Korhanach.
Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Yalı Çapkını. Inspiracją do jego stworzenia był film Yalı Çapkını 81.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.












