Dziedzictwo odc. 864: Ferit ukrywa się wraz z Dogą!

Ferit zmienił wygląd. Ma krótkie włosy i trzydniowy zarost.

„Dziedzictwo” Odc. 864 – streszczenie

Nowy dzień wstaje leniwie, wypełniając szare ulice Stambułu bladym światłem. Chłód poranka wdziera się do prowizorycznego schronienia, ale Yusuf jeszcze śpi, wtulony w cienki koc. Nana ostrożnie wychodzi na zewnątrz, czując, jak zimne powietrze owiewa jej twarz. Siada na betonowym murku, obejmując się ramionami, nie tylko dla ciepła, ale też by zebrać myśli.

Tragedia sprzed pół roku wciąż jest żywa, jak otwarta rana, która nie chce się zagoić. Pulsuje w niej bólem, który nie słabnie, niezależnie od tego, ile dni minęło.

– Ten łajdak zabrał mi ciebie – szepcze w pustkę. Jej głos drży, a oddech zamienia się w białą mgiełkę. – Zabrał mi rodzinę, dom… Mam tylko Yusufa. I będę żyć, żeby go chronić. Ale bez ciebie wszystko jest takie trudne.

Zaciska pięści, próbując nie płakać, ale łzy same spływają po jej policzkach.

Nagle czuje czyjąś dłoń na ramieniu. Wzdryga się, lecz szybko rozpoznaje ciepły, matczyny dotyk. To Fatma – starsza kobieta, która tak jak ona straciła dach nad głową.

– Moja piękna córko, wiem, że ci trudno – mówi cicho, a w jej oczach odbija się ból, który tylko ktoś taki jak ona może zrozumieć. – Ale życie takie jest. Nie rób tego sobie. Twój chłopiec potrzebuje siły. Będzie mu ciężko, jeśli zobaczy, jak płaczesz.

Nana ociera łzy, starając się uspokoić oddech.

– Dziękuję, ciociu Fatmo – mówi, uśmiechając się słabo. – Nic mi nie jest.

Ale kłamstwo pali ją w gardło. Zakrywa usta dłonią, tłumiąc szloch, który wciąż czai się w jej piersi.

***

Nana wraca do namiotu, gdzie Yusuf wciąż śpi. Przez chwilę tylko na niego patrzy. Jego twarz jest spokojna, ale nawet we śnie wydaje się zmęczony. W końcu kładzie się obok niego i cicho, ledwie słyszalnie, zaczyna mówić:

– Moja duszyczko, mój aniołku… Nosimy zbyt duży ciężar, prawda? Ale ty… ty nie powinieneś go dźwigać. Powinieneś być dzieckiem. Jeździć na rowerze, biegać po podwórku, grać w piłkę… Śmiać się.

Zaciska powieki, nie pozwalając łzom znów wygrać.

– Nie poddam się – myśli, a jej wewnętrzny szept przechodzi w cichy głos. – Nadejdzie dzień, kiedy wszystko będzie dobrze. Znowu będziesz dzieckiem. Obiecuję.

W końcu wstaje, zakłada czapkę, buty i przewiesza przez ramię torbę, do której zbierać będzie wartościowe rzeczy, które może sprzedać. Gdy chwyta za rączki wózka, słyszy trzask.

Koło odpada, tocząc się po bruku.

Serce Nany przyspiesza. Jeśli nie znajdzie nowego, nie zarobi dzisiaj ani grosza. A jeśli nie zarobi, Yusuf nie dostanie jedzenia.

Przypomina sobie, że niedaleko widziała porzucony wózek. Postanawia go sprawdzić, zanim chłopiec się obudzi.

***

Przemierzając wąskie uliczki, Nana czuje, jak miasto budzi się do życia. Stambuł nigdy nie śpi naprawdę, ale o tej porze ludzie są jeszcze ospali, ruch na ulicach niewielki. Przechodzi przez podwórko, gdzie widziała porzucony wózek. Faktycznie – stoi tam, rdzewiejący i zapomniany. A przy nim…

Ktoś.

Mężczyzna.

Coś w nim budzi w Nanie niepokój. Jego spojrzenie jest zbyt uważne, krok zbyt ostrożny, jakby… jakby na nią czekał.

Serce zaczyna bić jej szybciej. Nie myśląc, rzuca się do ucieczki. Nie ogląda się za siebie, nie wie nawet, czy on ją goni – instynkt każe jej biec, póki nie znajdzie schronienia.

Dostrzega otwarte drzwi starego, opuszczonego budynku. Wpada do środka i przyciska się do ściany, oddychając szybko, usiłując się uspokoić. Czeka.

Cisza.

Czy to była tylko paranoja?

Ostrożnie robi kilka kroków w głąb budynku. W półmroku dostrzega coś przy ścianie.

Koło.

Idealnie pasujące do jej wózka.

Przyklęka i bierze je do rąk, modląc się, by los w końcu się do niej uśmiechnął. Ale gdzieś w głębi duszy czuje, że to nie koniec.

***

Akcja przenosi się do stołówki na komisariacie. Przy jednym ze stolików siedzą Kara, Volkan i Ibrahim, pochylając się nad parującymi szklankami. Temat ich rozmowy jest ten sam, co od miesięcy – Ferit i jego tajemnicze zniknięcie.

– Myślę, że pojechał do Karsu – mówi Ibrahim, obracając w palcach szklankę z herbatą.

Kara marszczy brwi.

– Jakiego znowu Karsu?

– Wiedząc, że Ayse będzie chciała odebrać mu córkę, udał się jak najdalej od Stambułu – wyjaśnia Ibrahim z przekonaniem. – To musi być Kars.

Volkan prycha z ironią, opierając się o krzesło.

– Świetna dedukcja, Ibo. Naprawdę, brawo.

Ibrahim wzrusza ramionami.

– Co mogę powiedzieć, bracie? Przeszukaliśmy cały Stambuł. Ani ich, ani Trucizny. Jakby wszyscy rozpłynęli się w powietrzu.

Kara patrzy w bok, jakby ważyła w myślach każde słowo.

– Jego czyn jest nieakceptowalny – mówi w końcu, poważnym tonem. – Byłoby dobrze, gdyby wrócił.

Do stolika podchodzi Kirpi i siada obok nich, potrząsając głową.

– Ayse jest w bardzo złym stanie – oznajmia cicho. – Prawie nie je. Nie pije.

Zapada cisza, którą po chwili przerywa dźwięk dzwoniącego telefonu Volkana. Na ekranie wyświetla się nazwa kontaktu: „Pani Melek”.

– Dzwoni właścicielka domu – mruczy, wstając od stolika. Oddala się kilka kroków i odbiera.

– Słucham, pani Melek – mówi dziwnie głośno, ale zaraz potem ścisza głos i dodaje niemal bezgłośnie: – Nie ma postępu. Od pół roku ani śladu. Sprawa Kirimliego zostanie zamknięta. Przeszukaliśmy całe miasto – nic. Ani ich, ani Trucizny.

W słuchawce odzywa się niski, znajomy głos. Na pewno nie należący do żadnej pani Melek.

– Jak ma się Ayse? – pyta mężczyzna po drugiej stronie.

To Ferit! Zmienił się. Jego włosy są krótsze, podobnie jak broda, przez co wygląda inaczej, obco. Ale w oczach wciąż tli się ta sama iskra.

Volkan przełyka ślinę.

– Szuka cię wszędzie, ale nie znalazła niczego – mówi cicho. – Komisarzu, dlaczego tego nie zakończysz?

Po drugiej stronie linii zapada krótka cisza.

– Nie zrobię tego – odpiera Ferit spokojnie. – I nie nazywaj mnie komisarzem. Nie jestem już nikim więcej niż niewolnikiem prasy drukarskiej. Uciekinierem z plakatów.

Jego głos brzmi twardo, ale w tym jednym zdaniu zawierało się więcej niż tysiąc wyjaśnień.

– Rozłączam się – dodaje po chwili. – Daj mi znać, jeśli będzie jakiś postęp.

Połączenie zostaje przerwane.

***

Doga siedzi przy stole razem z Aynur i Adalet. Jej drobne palce nerwowo bawią się widelcem, który drapie po porcelanowym talerzu, przesuwając oliwki tam i z powrotem. Nie tknęła ani kęsa. Nie ma w niej już tej samej radości, co kiedyś. Jej twarz jest blada, oczy smutne, a usta uparcie zaciśnięte.

– Ciasto jest wspaniałe – mówi Adalet, nakładając kawałek na talerz dziewczynki.

Doga nie podnosi wzroku.

– Nie będę jeść, ciociu Adalet – odpowiada cicho, jakby mówienie zabierało jej resztki sił.

Do pokoju wchodzi Ferit, niosąc talerz z omletem. Udekorował go tak, by przypominał uśmiechniętą twarz – dwa kawałki pomidora jako oczy, oliwka jako nos, a zioła ułożone w kształt wesołej buzi.

Jednak dziewczynka nawet na niego nie patrzy. Nawet kanapka z kremem czekoladowym, którą podsuwają jej pod nos, nie robi na niej wrażenia.

Ferit nie daje za wygraną.

– W takim razie zrobimy coś specjalnego – mówi z uśmiechem, siadając naprzeciwko niej. – Bielsze niż śnieg, zimniejsze niż lód. Mogą być kremowe albo truskawkowe.

Doga unosi wzrok, a na jej twarzy na ułamek sekundy pojawia się cień zainteresowania.

– Lody? – pyta cicho.

Ferit kiwa głową, licząc na to, że w końcu uda mu się ją rozweselić.

– Mama nie pozwoliłaby mi jeść ich na śniadanie – dodaje dziewczynka po chwili, a jej chwilowy entuzjazm znika tak szybko, jak się pojawił.

Odchodzi od stołu i siada na sofie. Bierze swoją lalkę w ramiona, ale nawet ona nie przynosi ukojenia. Ferit podchodzi do niej i głaszcze ją po włosach.

– W Niemczech też jest już rano, prawda? – pyta Doga. – Mama poszła do pracy.

Ferit nie odpowiada, więc dziewczynka ciągnie dalej:

– Kiedy zakończy się ta misja? Brakuje mi mamy, bracie Fericie.

Jego szczęka lekko się zaciska.

– Rozmawialiśmy o tym – mówi spokojnie. – Nie możemy każdego dnia dzwonić do mamy. Musi pracować, jak powinna.

Doga nie protestuje. Zamiast tego wtula się w swoją lalkę i wzdycha ciężko.

– Pośpię jeszcze trochę. Może mi się przyśni…

Powoli wstaje i znika za drzwiami swojego pokoju.

Adalet idzie otworzyć drzwi wejściowe, a Aynur zabiera się za sprzątanie stołu. Zanim jednak wynosi talerze, spogląda na Ferita z troską.

– Panie Fericie, nie możemy ci się odwdzięczyć – mówi z wdzięcznością. – Zaopiekowałeś się nami po tym, jak straciliśmy pana Yamana. Ale…

Zawiesza głos, jakby bała się powiedzieć coś, co nie powinno paść.

– Wiem, że nie powinnam się wtrącać, ale jak długo to będzie trwać? Biedactwo tęskni za matką. Nawet przez sen krzyczy jej imię. Może znajdziesz sposób, żeby się z nią dogadać?

Ferit wpatruje się w puste miejsce przy stole. W jego oczach miga cień gniewu.

– Dogadać się? – powtarza, a w jego głosie brzmi gorycz. – Przez lata nie wiedziałem, że mam córkę.

Zaciska pięści.

– Teraz kolej na nią. Przejdzie przez to samo, co ja!

***

Nese stoi w oknie, wypatrując powrotu siostry. Gdy nagle rozlega się dzwonek do drzwi, serce podchodzi jej do gardła. Dopada do wejścia i z impetem otwiera.

Na progu stoi Ayse – blada, przygarbiona, z pustym spojrzeniem. Wchodzi do mieszkania bez słowa, niczym zjawa. Nie wita się, nie patrzy na siostrę, po prostu ją mija, jakby była przezroczysta.

– Znowu nie było cię całą noc – odzywa się Nese, chwytając ją za ramię. – Nie jesz, nie pijesz, nie śpisz. Jak długo zamierzasz tak żyć?

Ayse nagle zrywa się jak rażona prądem. W jej oczach błyska ogień desperacji.

– Dopóki ich nie znajdę! – wybucha. – Dopóki nie znajdę mojego dziecka i tego łajdaka!

Z furią zrzuca torebkę na podłogę i osuwa się na kanapę. Jej ręce zaciskają się w pięści, a oddech przyspiesza.

– Nie ma żadnego śladu, Nese! – mówi drżącym głosem. Rzuca rękami w powietrzu, jakby chciała roztrzaskać niewidzialną ścianę, która oddziela ją od córki. – Rozkleiłam setki plakatów, sprawdziłam każdą ulicę, rozmawiałam z każdym, kto mógłby coś wiedzieć, ale…

Zrywa się nagle i sięga po leżące na stole pudełko. Wyciąga z niego plakat – na wyblakłym papierze widnieją dwa zdjęcia: Ferita i Dogi. Nad nimi wielkie, krzyczące litery: „POSZUKIWANY / ZAGINIONA”.

Ayse przesuwa drżącym palcem po twarzy dziewczynki.

– Moje dziecko… – szepcze.

Z kącika jej oka wypływa łza i spływa po policzku.

Nese bierze do rąk plakat, po czym wzdycha ciężko.

– To ostatni – oznajmia. – Wczoraj rozwiesiłam wszystkie.

Ayse gwałtownie podnosi głowę.

– To nic – rzuca. – Zamówię nowe! Natychmiast!

Sięga po telefon, ale Nese łapie ją za rękę.

– Siostro, błagam – mówi cicho, z troską w głosie. – Odpocznij choć na chwilę.

Ayse stoi przez moment nieruchomo, wciąż w napięciu, gotowa do dalszej walki. Ale w końcu opada z sił. Powoli, niemal bezwładnie, osuwa się w ramiona siostry.

– Tak bardzo za nią tęsknię… – szlocha. – Tęsknię za zapachem mojej Dogi…

Jej ciało drży od tłumionego płaczu. Nese mocniej przyciska ją do siebie, gładząc po włosach. Nie wie, co powiedzieć. Bo czy w ogóle istnieją słowa, które mogłyby ukoić ból matki, której odebrano dziecko?

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Emanet. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Emanet 622. Bölüm i Emanet 623. Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

Podobne wpisy