„Panna młoda” Odc. 22 – streszczenie
Późnym wieczorem w starym domu rozlega się natarczywe pukanie. Jedno, drugie, trzecie — coraz bardziej niecierpliwe. Hancer w końcu otwiera drzwi. Staje twarzą w twarz z Cihanem. Jego spojrzenie jest chłodne, nieprzeniknione. Przez dłuższą chwilę milczy, jakby ważył słowa, po czym bez jednego zdania mija ją i rusza po schodach na górę.
Hancer zamyka drzwi i podąża za nim. Na piętrze czeka już zastawiony stół — ulubione potrawy Cihana, starannie przygotowane zgodnie z poleceniem jego matki. Zapach jedzenia wypełnia przestrzeń, lecz nie ma w nim nic domowego ani ciepłego. To raczej kolejny obowiązek, niż gest troski.
Uwagę Hancer przykuwa czarna, sportowa torba, którą Cihan trzyma w ręku. Niesie ją lekko, choć widać, że jest wypełniona po brzegi.
— Przyniosłem ci prezent — oznajmia spokojnie. — No dalej. Otwórz.
Hancer waha się, ale bierze torbę. Jedną ręką unosi ją i kładzie na komodzie. Jest zaskakująco lekka, jak na swój rozmiar. Zmarszczone brwi zdradzają niepokój. Sięga po suwak i powoli go rozsuwa.
W środku leżą ciasno ułożone pliki banknotów.
— Jeden milion — mówi Cihan bez emocji. — Dostałaś to, czego chciałaś. Teraz chodźmy do pokoju.
Nie czekając na reakcję żony, odwraca się i wchodzi do sypialni. Zdejmuje marynarkę i niedbale rzuca ją na łóżko.
Hancer stoi nieruchomo. Strach ściska jej gardło. Robi krok do przodu, lecz zatrzymuje się tuż przed progiem. Spogląda na Cihana szeroko otwartymi, pełnymi lęku oczami. Potem jej dłonie puszczają torbę — ta z głuchym dźwiękiem spada na podłogę. Hancer odwraca się gwałtownie, jakby chciała uciec od tej chwili, od niego, od wszystkiego.
Cihan w kilku krokach jest przy niej. Jego dłoń zaciska się na jej ramieniu.
— Nie dotykaj mnie! — krzyczy Hancer, próbując się wyrwać.
Nie puszcza. Chwyta ją za drugą rękę, przyciąga do siebie, wciąga do sypialni i popycha na łóżko.
— Zawarliśmy umowę — mówi lodowatym tonem. — Ja się z niej wywiązałem. Teraz twoja kolej. Nie stawiaj oporu. To był twój wybór. Nie ja doprowadziłem do tego momentu. Powinnaś była o tym pomyśleć, zanim się zgodziłaś. Marzyłaś o ślubie z miłości? — Pochyla się nad nią. — Oto jedyna „miłość”, jaką możesz dostać w tym małżeństwie.
Jego dłonie znów zaciskają się na jej ramionach.
— Puść mnie! Nie zbliżaj się do mnie! — Hancer odpycha go resztką sił.
Cihan cofa się nagle.
— Nawet nie miałem takiego zamiaru — mówi chłodno. — Nawet gdybyś chciała, nie dotknąłbym cię.
Podnosi marynarkę z łóżka i zarzuca ją na ramię.
— Chciałem tylko, żebyś spojrzała w oczy swojemu wyborowi. Mam nadzieję, że oprzytomniałaś. Masz pieniądze. Nie komplikuj tego bardziej. — Jego spojrzenie twardnieje. — Jutro jedziemy do kliniki.
Odwraca się i bez cienia wahania schodzi po schodach. Po chwili drzwi wejściowe trzaskają głośno.
Hancer osuwa się na łóżko. Oddycha płytko, jakby zabrakło jej powietrza. W jej oczach zbierają się łzy, gdy patrzy na leżącą na podłodze czarną torbę.
Milion, który miał być ratunkiem, wygląda teraz jak wyrok.
***
Beyza stoi w kuchni, oparta niedbale o blat. Przez okno obserwuje dziedziniec. Widzi, jak Cihan wychodzi ze starego domu szybkim, nerwowym krokiem, niemal uderzając ramieniem w drzwi.
Na jej ustach powoli pojawia się uśmiech — cichy, triumfalny, podszyty satysfakcją.
— Załatwione — szepcze do siebie. — Sztuczka z zegarkiem zadziałała idealnie.
Jej spojrzenie błyszczy dumą, a plecy prostują się, jakby właśnie wygrała długą, wyczerpującą bitwę.
— Nawet ona nie potrafiła tego znieść. Ta dziewczyna bez zaplecza, bez dumy… — mówi z pogardą. — Wygrałam, dziewczyno ze slumsów!
Uśmiech Beyzy staje się ostrzejszy, niemal drapieżny.
— Cihan spędzi tę noc w tym samym domu co jego była żona. A ty… — odwraca się od okna, jakby zwracała się wprost do Hancer — wrócisz tam, skąd przyszłaś. Do swojego śmietnika.
Jej cichy śmiech rozbrzmiewa w kuchni, zimny i pewny. W tej chwili Beyza nie ma wątpliwości: to ona rozdaje karty.
***
Cihan wchodzi do rezydencji szybkim, zdecydowanym krokiem. Nie zdejmuje nawet płaszcza. Kieruje się prosto do salonu, gdzie czeka Mukadder. Zatrzymuje się przed nią, a w jego spojrzeniu nie ma ani szacunku, ani uległości — tylko gniew i zmęczenie. Unosi palec, jakby stawiał granicę.
— Nie wtrącaj się więcej do moich spraw — mówi twardo, niemal przez zaciśnięte zęby.
Nie czeka na odpowiedź. Odwraca się i rusza do swojego pokoju. Mukadder przez ułamek sekundy stoi nieruchomo, po czym podąża za nim. Zamyka za sobą drzwi i od razu przechodzi do rzeczy.
— Przemilczałam waszą pierwszą noc — mówi chłodnym, kontrolowanym tonem. — Uznałam, że dziewczyna była zawstydzona. Że potrzebowała czasu. Ale dzisiaj… — zawiesza głos. — Synu, odpowiedz mi. Jak chcesz mieć dziecko, skoro nie chcesz być mężem?
Cihan siedzi w fotelu i nawet nie spogląda na matkę.
— To się nie wydarzy tak, jak sobie to wyobrażasz, mamo — odpowiada spokojnie, lecz z wyraźnym napięciem. — Zrobimy to poprzez zapłodnienie in vitro.
Mukadder marszczy brwi, wyraźnie zaskoczona.
— Zapłodnienie in vitro? — powtarza. — Dlaczego? Przecież oboje jesteście zdrowi. — Jej głos staje się podejrzliwy. — Czy ta dziewczyna cię nie pociąga?
— Mamo, przestań — ucina. — Naprawdę przekraczasz granicę.
— Z wyglądu nie można jej nic zarzucić — ciągnie bezlitośnie. — Musi być jakiś powód, dla którego nie chcesz spędzić z nią nocy.
— Po prostu nie chcę — odpowiada krótko.
Mukadder robi krok bliżej.
— Czekałeś latami pod drzwiami kliniki — mówi ciszej, ale z naciskiem. — Ta dziewczyna jest zdrowa. Wie, po co tu przyszła. Ma urodzić dziecko. Dlaczego zwlekasz?
Cihan gwałtownie się odwraca. Wstaje z fotela i prostuje się, jakby chciał przygnieść ją samą postawą.
— Nie słyszałaś mnie? — mówi stanowczo. — Zrobię to po swojemu.
— Jeśli ona sprawia problemy, porozmawiam z nią — rzuca Mukadder bez wahania.
To wystarcza.
— Nic więcej nie zrobisz — odpowiada Cihan twardo. — Nie będziesz się wtrącać. Nie staniesz między mężem a żoną. Przynajmniej nie tym razem.
Zapada ciężka cisza. Mukadder patrzy na syna długo, chłodno, jakby zapamiętywała tę chwilę. Bez słowa odwraca się i wychodzi.
Na korytarzu, w półcieniu, stoi Beyza. Słyszała doskonale całą rozmowę. Gdy drzwi się zamykają, na jej ustach pojawia się powolny, wyrachowany uśmiech.
***
Wstaje nowy dzień. Poranek w starym domu jest nienaturalnie cichy. Gülşum przynosi śniadanie na tacy, staje przed drzwiami sypialni Hancer i puka.
— Panno młoda? — woła ostrożnie.
Cisza.
Puka ponownie, tym razem głośniej. Gdy nadal nie słyszy odpowiedzi, naciska klamkę. Drzwi ustępują… a pokój okazuje się pusty. Łóżko jest starannie pościelone, szafa zamknięta, a na podłodze nie ma ani jednego porzuconego przedmiotu. Najbardziej rzuca się w oczy brak walizki.
Gülşum czuje, jak serce podchodzi jej do gardła.
Chwilę później, już w rezydencji, wchodzi zdenerwowana do środka i z emocji zamyka drzwi mocniej, niż zamierzała. Huk niesie się po korytarzu. Ubrana w szlafrok Beyza natychmiast wychodzi ze swojego pokoju.
— Co to za trzaskanie drzwiami?! — pyta oburzona.
— Nie ma panny młodej, pani Beyzo… — odpowiada Gülşum, wyraźnie poruszona.
— Jak to jej nie ma? — Beyza marszczy brwi.
— Przeszukałam cały stary dom i podwórko. Zabrała walizkę i odeszła.
Gülşum mija Beyzę, kierując się w stronę jadalni.
— Dokąd idziesz? — Beyza zatrzymuje ją ostrym tonem.
— Poinformuję o wszystkim panią Mukadder.
— Ja to zrobię — rzuca Beyza bez wahania.
Pokojówka skręca do kuchni, a Beyza, niemal tanecznym krokiem, wchodzi do jadalni. Zasiada obok Mukadder i, z trudem kryjąc satysfakcję, oznajmia lekkim, niemal radosnym tonem:
— Dziewczyna odeszła. Spakowała się, zabrała walizkę i wyszła bez słowa.
Twarz Cihana w jednej chwili kamienieje, a zaraz potem twardnieje gniewem. Mukadder natychmiast kieruje na syna czujne spojrzenie.
— Wiedziałeś o tym, synu?
Cihan gwałtownie wstaje, aż krzesło zgrzyta o podłogę. Jego dłonie zaciskają się w pięści.
— Kontynuujcie śniadanie — rzuca chłodno.
Mukadder również się podnosi.
— Jak mamy kontynuować śniadanie?! — wybucha. — Nigdy w życiu nie doświadczyłam takiego wstydu! Jak panna młoda może opuścić dom swojego męża bez jednego słowa?! Natychmiast do niej zadzwonię!
Sięga po telefon, ale Cihan chwyta ją za nadgarstek.
— Nic nie zrobisz — mówi stanowczo. — To mój problem.
Podwija rękawy koszuli, jakby przygotowywał się do walki, i opuszcza jadalnię bez oglądania się za siebie.
Przez chwilę panuje ciężka cisza. Przerywa ją głos Beyzy, przesycony ironią:
— Jak widać, nie wszyscy umierają z pragnienia poślubienia kogoś z rodziny Develioglu. Spójrzcie tylko na naszą wieśniaczkę… rzuciła wielkiego Cihana Develioglu.
— Beyza, proszę… to nie czas — odzywa się Sinem cicho, z wyraźnym zakłopotaniem.
Mukadder milczy. Jej twarz pozostaje nieruchoma, ale w oczach widać wściekłość i upokorzenie, które kipią tuż pod powierzchnią.
***
Cihan z impetem wrzuca neseser na tylną kanapę samochodu. Przez chwilę stoi jeszcze obok auta, jakby próbował opanować narastającą w nim złość. Zamiast wsiąść za kierownicę, wyciąga telefon i wybiera numer człowieka, któremu polecił dyskretną obserwację Hancer.
— Czy wykonujesz swoje zadanie? — pyta chłodno, bez zbędnych wstępów.
— Tak, panie Cihanie — odpowiada spokojny, lekko zachrypnięty głos starszego mężczyzny, który z powodzeniem mógłby uchodzić za zwykłego emeryta. — Śledzę ją od momentu, gdy mi pan to zlecił. Wyszła bardzo wcześnie rano, z walizką w ręku. Nie dzwoniłem, bo była jeszcze noc.
Cihan zaciska szczękę.
— Gdzie jest teraz?
— Na wybrzeżu. Siedzi na ławce i patrzy w morze.
— Od rana? — w jego głosie pojawia się cień zdziwienia. — Nigdzie nie poszła? Nie wróciła do swojej dzielnicy? Do nikogo?
— Nie. Jest sama. Nie ruszyła się stamtąd ani na chwilę.
Cihan milknie, jakby analizował każdą możliwość. Jego spojrzenie twardnieje.
— W takim razie na kogoś czeka — mówi w końcu. — Nie spuszczaj jej z oczu. Chcę wiedzieć o każdym ruchu. O wszystkim.
— Rozumiem.
Cihan rozłącza się, odkłada telefon i wsiada za kierownicę. Odpala silnik jednym, zdecydowanym ruchem. Samochód rusza gwałtownie, zostawiając za sobą pisk opon i jedno pytanie, które nie daje mu spokoju: przed czym — albo przed kim — ona ucieka?
***
Hancer siedzi na zimnej, drewnianej ławce, wpatrzona w gładką, niemal nieruchomą taflę morza. Woda jest spokojna, obojętna — zupełnie jakby nie miała nic wspólnego z chaosem, który kłębi się w jej wnętrzu. Serce Hancer bije zbyt szybko, niespokojnie. Mechanicznie odgryza kawałek obwarzanka, ale nie czuje ani smaku, ani głodu. To tylko odruch, próba zajęcia rąk, myśli, czegokolwiek.
Przed oczami wciąż ma wczorajszą noc. Torbę wypełnioną banknotami, brutalnie wciśniętą w jej dłonie. Chłodny głos Cihana, który kazał jej iść za sobą do sypialni, jakby wydawał polecenie pracownikowi, nie żonie. A potem — zegarek. Ten sam, który Beyza przyniosła od jego byłej żony. Dowód, który rozdarł ją od środka, podważył resztki godności i odebrał siłę, by zostać.
— Nie mam dokąd pójść w tym wielkim mieście… — szepcze do siebie, czując, jak ściska ją w gardle. — Boże, pomóż mi. Czuję się, jakbym utknęła w ślepej uliczce. Jakby ktoś mnie zamknął i zabrał klucz. Nie mogę się ruszyć. Nie mam wyjścia…
W tej samej chwili telefon zaczyna wibrować w jej dłoni. Hancer spogląda na ekran. Nieznany numer. Waha się ułamek sekundy, po czym odbiera.
— Dzień dobry, pani Hancer — odzywa się spokojny, uprzejmy kobiecy głos.
— Dzień dobry — odpowiada ostrożnie. — Kim pani jest?
— Nazywam się Yasemin. Jestem lekarką z kliniki. Jak się czujesz?
— Dobrze… pani Yasemin — kłamie automatycznie, choć jej głos brzmi matowo.
— Miałyśmy się spotkać wczoraj, ale Cihan odwołał wizytę z powodu pilnej pracy. Zaniepokoiłam się, kiedy dziś również się nie pojawiliście. Hancer… czy coś się dzieje?
— Nie — zaprzecza zbyt szybko. — Nie ma żadnego problemu.
— Mam dziś po południu wolny termin. Mogłybyśmy się spotkać. Porozmawiać na spokojnie.
— Nie przyjdę…
— W porządku — odpowiada łagodnie lekarka. — W takim razie umówmy się na przyszły tydzień. Co ty na to?
— Naprawdę… nie ma takiej potrzeby.
Po drugiej stronie zapada krótka cisza.
— Hancer — głos Yasemin staje się czujniejszy, poważniejszy. — Coś się dzieje. Gdzie teraz jesteś?
Hancer zaciska palce na telefonie.
— Ja… wyszłam z domu.
— Gdzie jesteś w tej chwili?
— Na wybrzeżu.
— Rozumiem — odpowiada po chwili. — Zakładam, że zamierzasz pójść do brata. Engin wspominał mi o nim. Co planujesz? Wrócisz tam?
Hancer milczy. Patrzy na linię horyzontu, jakby mogła tam znaleźć odpowiedź.
— Hancer? — ponagla lekarka delikatnie. — Czy możesz wysłać mi swoją lokalizację? Przyjadę. Porozmawiamy twarzą w twarz.
— Naprawdę… nie trzeba…
— Cihan się o tym nie dowie — zapewnia Yasemin. — Nie martw się. Jego zachowanie również mnie niepokoi.
— Dziękuję, ale naprawdę nie ma potrzeby…
— Hancer — przerywa jej stanowczo, choć wciąż ciepło. — Chcę cię wesprzeć. Jak kobieta kobietę. Jestem pewna, że na moim miejscu zrobiłabyś to samo. Wyślij mi lokalizację. Zaraz tam będę.
Połączenie zostaje zakończone.
Hancer opuszcza telefon na kolana. Przez chwilę siedzi nieruchomo, walcząc z narastającym w piersi lękiem — i z czymś jeszcze. Z cienką, ledwie uchwytną nadzieją, że może nie jest całkiem sama.
Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 11.Bölüm i Gelin 12.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.















