„Panna młoda” Odc. 34 – streszczenie
Cihan niemal siłą zabiera Hancer do restauracji, chcąc za wszelką cenę wyrwać ją z ciężkich myśli po ostatnich wydarzeniach. Lokal tonie w ciepłym świetle lamp, pachnie świeżymi ziołami i grillowaną rybą. Eleganckie stoły ustawione są blisko siebie, a cichy gwar rozmów odbija się od jasnych ścian.
Choć Cihan zarezerwował stolik w samym centrum sali, Hancer niemal odruchowo zatrzymuje kelnera i wskazuje miejsce przy ścianie. Nie chce być na widoku, nie chce ciekawskich spojrzeń. Siada sztywno na krześle, naprzeciwko męża, krzyżując ręce na piersiach, jakby w ten sposób chciała zbudować niewidzialny mur. Jej twarz jest napięta, a oczy czujne i chłodne.
Cihan przygląda jej się przez chwilę, po czym krótko parska śmiechem.
– Z czego się śmiejesz? – pyta ostro Hancer. – Czy wyglądam śmiesznie? Może nie pasuję do takich miejsc?
– To będzie długa noc… – mruczy pod nosem Cihan, odwracając głowę, jakby już teraz przeczuwał trudną rozmowę.
Kelner podaje kartę, ale Hancer nawet na nią nie zerka.
– Nie chcę niczego, dziękuję – mówi natychmiast.
– Przygotowaliśmy przystawki, które zawsze pan zamawia – dodaje kelner, zwracając się do Cihana.
– Poproszę rybę z grilla – decyduje Cihan spokojnie. – Dla pani to samo.
Kelner skłania się i odchodzi.
– Przychodzę tu głównie na spotkania biznesowe – wyjaśnia Cihan, jakby mimochodem. – To jedna z najlepszych restauracji rybnych w Stambule.
– Myślałam, że wybierzesz coś droższego – rzuca Hancer z przekąsem. – Kawior, homary… coś odpowiedniego dla twojego nazwiska.
– To, co zamówiłem, jest naprawdę dobre. Jestem pewien, że będzie ci smakować.
– Powiedziałam, że niczego nie chcę. Nie powinieneś był zamawiać za mnie.
– Czy zamierzasz zachowywać się tak przez cały wieczór?
Hancer unosi podbródek. W jej głosie pojawia się gorycz:
– Masz rację. Kim ja właściwie jestem, żeby stawiać warunki Cihanowi Develioglu? Tylko prostą dziewczyną, która wyszła za mąż dla pieniędzy i po to, żeby urodzić ci syna.
– Nie o tym chciałem rozmawiać – odpowiada twardo. – Zaprosiłem cię tu, żebyśmy porozmawiali o czymś innym.
– Nie martw się. Nie będę już tego tematu poruszać.
– Cieszę się, że przynajmniej w tej kwestii się zgadzamy.
– Nie zamierzam niczego negocjować – mówi cicho Hancer. – Skupiam się tylko na jednym. Na spłaceniu długu wobec ciebie.
– Myślisz, że tym mnie przestraszysz? – pyta Cihan spokojnie, ale w jego spojrzeniu widać determinację.
Kelner przynosi dania. Na stole pojawiają się miseczki z przystawkami, parująca ryba i świeża sałatka. Cihan zaczyna jeść, natomiast Hancer siedzi nieruchomo, z napiętymi ramionami, wpatrzona w blat stołu.
Po chwili Cihan odkłada sztućce, nabija na widelec kawałek ryby i wyciąga rękę w jej stronę.
Hancer rozgląda się nerwowo. Czuje na sobie spojrzenia gości z sąsiednich stolików.
– Ludzie na nas patrzą… – szepcze. – Odłóż ten widelec.
Cihan nie cofa ręki. Jego spojrzenie jest stanowcze, niemal uparte. Zawstydzona Hancer, nie mając innego wyjścia, pochyla się i przyjmuje kęs z jego widelca.
***
Do rezydencji przyjeżdża Aysu, córka Fadime. Kuchnia wypełnia się zapachem herbaty i cichym brzękiem szklanek. Fadime krząta się przy blacie, Gulsum opiera się o wyspę kuchenną, a Aysu stoi pośrodku – wyraźnie ożywiona rozmową.
Aysu to młoda kobieta o delikatnej, dziewczęcej urodzie. Ma jasną cerę i duże, czujne oczy, które zdradzają ciekawość świata i bystry umysł. Jej kasztanowe, naturalnie kręcone włosy opadają miękko na ramiona, a różowy sweter podkreśla jej świeżość i energię. Na jej twarzy niemal bez przerwy gości półuśmiech – ironiczny, ale pełen temperamentu.
– Naprawdę jestem pod wrażeniem nowej synowej – mówi Aysu z wyraźnym entuzjazmem. – Sprzeciwiła się Cihanowi Develioglu.
– To prawda – przyznaje Gulsum, unosząc szklankę z herbatą. – Powiedziała, że nigdzie z nim nie pojedzie.
– Szkoda, że tego nie widziałam. – Aysu uśmiecha się szerzej, a w jej oczach pojawia się błysk. – Powiedziała mu to prosto w twarz, prawda? Z dumą?
– Dość, Aysu – upomina ją Fadime, nawet na nią nie patrząc. – Co cię obchodzi, co robią inni?
– Daj spokój, mamo. Przecież tylko rozmawiamy – odpowiada lekko. – Odkąd się wyprowadziłam, tutaj dzieje się więcej niż w serialu. Gdyby to transmitować na żywo, pobiłoby rekordy oglądalności.
– Nie chcę słuchać tych bzdur – burczy Fadime.
– Przecież żartuję. – Aysu wzrusza ramionami. – Ale cieszę się, że tu jesteś, siostro Gulsum. Wreszcie mam z kim porozmawiać. I dobrze, że pan Cihan pozbył się tej przylepki… mam na myśli panią Beyzę.
– Bój się Boga, Aysu! – Fadime odwraca się gwałtownie.
– Czy kłamię? – Aysu unosi brwi. – Czy ona nie trzymała się pana Cihana jak cień? Nie potrafiła się od niego oderwać.
– Aysu, przestań – syczy Fadime, rozglądając się nerwowo, czy nikt nie słucha.
Ale Aysu nie daje się uciszyć:
– Pan Cihan nigdy jej nie chciał. To ona dogadała się z panią Mukadder i razem zmusiły go do ślubu. Jak miał być szczęśliwy? Jego życie zamieniło się w piekło.
– Skoro tak było, to dlaczego od razu się z nią nie rozwiódł? – pyta spokojnie Gulsum.
– Bo kiedy pan Cihan coś obiecuje, dotrzymuje słowa – odpowiada Aysu bez wahania. – Jego matka manipulowała nim, wmówiła mu, że to odpowiednia kobieta, że miłość przyjdzie z czasem. I on w to uwierzył.
– Córko, byłaś wtedy dzieckiem – zauważa Fadime. – Skąd możesz to wszystko wiedzieć?
– Bo byłam uważnym dzieckiem – mówi Aysu ciszej, ale z przekonaniem. – Widziałam jej załamania, słyszałam kłótnie, czułam napięcie w tym domu. Jednego tylko nie rozumiem… – Jej głos twardnieje. – Dlaczego Beyza wciąż jest w rezydencji? To nie może być przypadek.
W jej oczach pojawia się zdecydowany, przenikliwy błysk.
– Prawda zawsze wychodzi na jaw – dodaje cicho, jakby składała obietnicę.
***
Aysu wchodzi do salonu ostrożnym krokiem, niosąc na tacy dwie filiżanki świeżo zaparzonej kawy. Aromat szybko wypełnia pomieszczenie. Stawia tacę na stoliku przed Mukadder i Sinem, zachowując należny dystans, ale jej postawa jest wyprostowana, pewna siebie.
Mukadder mierzy ją chłodnym spojrzeniem, jakby sama obecność dziewczyny była dla niej drobną niedogodnością.
– Dlaczego to ty się tym zajmujesz? – pyta sucho. – Wróć do szkoły jak najszybciej i ją skończ. W przeciwnym razie skończysz jako służąca, tak jak twoja matka.
Słowa padają ostro, bez cienia wahania. Aysu na moment zamiera, po czym unosi głowę. W jej oczach nie ma ani wstydu, ani strachu – jest spokój i determinacja.
– Ma pani rację, pani Mukadder – odpowiada spokojnie. – Dlatego właśnie chcę jak najszybciej znaleźć dobrą pracę. Chcę wysłać mamę na zasłużoną emeryturę. Przez całe życie ciężko pracowała dla innych, często kosztem siebie. Zasłużyła na odpoczynek, na spokój. Ktoś w końcu musi docenić jej trud.
W salonie zapada krótka, gęsta cisza. Mukadder przewraca oczami, wyraźnie zirytowana, ale jednocześnie zaskoczona bezpośredniością dziewczyny. Przez chwilę nie potrafi znaleźć odpowiednich słów.
Sinem, siedząca obok, spuszcza wzrok na filiżankę kawy, a na jej ustach pojawia się ledwie zauważalny uśmiech – krótki, dyskretny, pełen aprobaty.
– Nie martw się – dodaje Aysu cicho, ale z wyraźnym naciskiem. – Zapamiętam pani słowa.
Odwraca się i opuszcza salon, zostawiając za sobą wyczuwalne napięcie.
– To nowe pokolenie jest coraz bardziej bezczelne – burczy Mukadder, potrząsając głową. – A jedna z jego przedstawicielek mieszka pod moim dachem. – Wypuszcza ciężkie westchnienie. – Zobaczymy, w jakim stanie Cihan wróci z kolacji.
– Mam nadzieję, że wrócą w dobrych nastrojach – mówi pojednawczo Sinem.
Mukadder zaciska usta i spogląda w stronę okna.
– Oby tylko ta dziewczyna nie zdenerwowała mojego syna – odpowiada chłodno. – Reszta mnie nie interesuje.
***
Beyza nie byłaby sobą, gdyby pozwoliła Cihanowi i Hancer spędzić ten wieczór w spokoju.
W eleganckiej restauracji, pośród białych obrusów i niskiego, ciepłego światła, Cihan siedzi naprzeciwko Hancer. Na stole stoją jeszcze niedojedzone przystawki, talerze z rybą i miseczki z sałatkami. Powietrze między nimi jest gęste — nie od rozmowy, lecz od napięcia.
W tej chwili przy stoliku pojawia się kelner, niosąc na srebrnej tacy tort w kształcie serca. Lśni intensywną czerwienią polewy, a w jego powierzchni odbijają się płomienie siedmiu zapalonych świeczek. Na wierzchu spoczywa mała karteczka.
Kelner stawia tort dokładnie przed Cihanem.
— Proszę bardzo — mówi neutralnym tonem.
Cihan marszczy brwi i unosi wzrok.
— Co to jest? — pyta chłodno. — Nie zamawialiśmy tortu.
— W kuchni kazano mi podać go do tego stolika — odpowiada kelner, wyraźnie zaskoczony.
Hancer pochyla się nieznacznie i zerka na kartkę. Jej oczy momentalnie ciemnieją.
„Życzę nam jeszcze wielu szczęśliwych lat razem, kochanie”.
Słowa uderzają w nią jak policzek. W jednej chwili w jej głowie rozbrzmiewa głos Beyzy, lepki i pełen fałszywej troski:
Nie bądź smutna. Ich rozwód nie ma z tobą nic wspólnego. Skąd mogłaś wiedzieć, że mężczyzna, którego poślubiłaś, nadal kocha swoją pierwszą żonę?
Hancer prostuje się gwałtownie. Jej twarz blednie, a dłonie zaciskają się na brzegu stołu.
Do stolika podchodzi drugi kelner, wyraźnie speszony.
— Bardzo przepraszam — mówi szybko. — Tort został podany przez pomyłkę. Jest przeznaczony dla innego gościa. Już go zabieram. Jeszcze raz przepraszam.
Zanim Cihan zdąży zareagować, kelner podnosi tort i odchodzi.
— Możemy już iść — mówi Hancer cicho, ale stanowczo, nie patrząc na męża. — Nie mam ochoty tu dłużej przebywać.
Cihan spogląda na nią uważnie. Widzi napięcie w jej szczęce i błysk bólu w oczach. Bez słowa wstaje od stołu.
***
Akcja przenosi się do domu Nusreta.
Beyza klęczy przy niskim stoliku, ubrana niedbale, jakby ten wieczór był tylko kolejnym prywatnym rytuałem. Przed nią stoi identyczny tort — ten sam kształt serca, ta sama krwistoczerwona polewa, te same ślady świeczek.
Nie zadaje sobie trudu, by pokroić go na porcje. Wbija widelec prosto w środek i odcina kolejne warstwy, jedząc zachłannie, niemal z namaszczeniem. Na jej twarzy maluje się czysta satysfakcja.
Telefon zaczyna wibrować.
— Podałeś tort? — pyta, odbierając bez wstępu.
— Tak — odpowiada kelner. — Zrobiłem dokładnie tak, jak kazałaś. Zapaliłem siedem świeczek, postawiłem przed nimi… a potem powiedziałem, że to pomyłka.
Beyza uśmiecha się szerzej.
— Mów dalej. Jak zareagowali?
— Mężczyzna był wyraźnie zdenerwowany, a kobieta od razu chciała wyjść. Wstali, mimo że nie skończyli kolacji, i opuścili lokal.
— Świetnie — mówi Beyza miękko. Oblizuje widelec z czerwonej polewy. — Pieniądze dostaniesz, jak obiecałam. Tylko pamiętaj — nikomu ani słowa.
Rozłącza się i wraca do tortu. Nabiera kolejny kawałek, powoli, celebrując każdy kęs.
— To najlepszy tort, jaki jadłam w życiu — mruczy do siebie.
I naprawdę w to wierzy.
***
Nazajutrz, wczesnym rankiem, Hancer bez zapowiedzi pojawia się w klinice doktor Yasemin. W poczekalni panuje cisza, jeszcze niezakłócona codziennym ruchem pacjentów. Dziewczyna wygląda na zmęczoną — ma podkrążone oczy, a jej ramiona są napięte, jakby przez całą noc nie zmrużyła oka.
Yasemin zauważa ją natychmiast i wstaje zza biurka.
— Hancer? — pyta z wyraźnym niepokojem. — Przyszłaś tak wcześnie… Co się stało? Czy wydarzyło się coś złego?
Hancer zamyka za sobą drzwi gabinetu i przez chwilę milczy. Jakby szukała w sobie odwagi, by wypowiedzieć to, z czym przyszła. W końcu podnosi wzrok.
— Przyszłam cię o coś poprosić — mówi cicho. Po chwili dodaje: — Do tej pory jedyną osobą, której naprawdę ufałam, był mój brat. Kiedy poznałam ciebie, zyskałam też siostrę.
Yasemin mięknie. Chce coś powiedzieć, ale w tej samej chwili telefon Hancer, położony na biurku, zaczyna wibrować. Ekran rozświetla się nazwą: Cihan Develioglu.
Hancer nawet na niego nie patrzy. Jednym ruchem odrzuca połączenie.
— Czy wasza relacja… nie poprawiła się po wczoraj? — pyta ostrożnie Yasemin.
— Nie ma tu nic do naprawienia — odpowiada Hancer stanowczo, choć w jej głosie pobrzmiewa ból. — Podjęłam decyzję. Ostateczną. Wdrożę wszystko, co będzie konieczne. Zamierzam poddać się zapłodnieniu in vitro.
Yasemin otwiera usta, instynktownie gotowa zaprotestować, ale Hancer nie daje jej tej szansy.
— Siostro Yasemin — mówi szybko, niemal błagalnie — nie mów od razu „nie”. Jeśli ty tego nie zaakceptujesz, znajdę inną lekarkę. — Jej głos lekko drży. — Ale nie chcę tego robić bez ciebie. Nie odwracaj się ode mnie plecami. Zostań ze mną. Poprowadź mnie przez ten proces.
W gabinecie zapada ciężka cisza. Yasemin patrzy na Hancer długo, z troską i wewnętrznym konfliktem. Wie, że ta decyzja nie wynika z siły, lecz z desperacji.
I właśnie dlatego jest tak trudna do przyjęcia.
***
Derya i Cemil od samego rana przygotowują lokal do otwarcia nowego sklepu. W powietrzu unosi się zapach świeżej farby i nerwowe napięcie przed wielkim dniem. Cemil coś mierzy, Derya sprawdza listę spraw do załatwienia, gdy nagle jej telefon zaczyna wibrować. Sąsiadka informuje ją, że do ich domu przyszła ważna kobieta.
Serce Deryi zamiera. Nie musi pytać, kto to jest. Bez słowa zostawia męża i pędzi do domu.
W ogrodzie panuje cisza. W drewnianej altanie, z której roztacza się widok na błękitną taflę morza i odległą linię miasta, stoi Mukadder. Ubrana w beżowy, perfekcyjnie skrojony płaszcz, z torebką trzymaną sztywno pod ramieniem, wygląda jak ktoś, kto przyszedł nie po rozmowę, lecz po wyrok.
– Dzień dobry. – Derya zatrzymuje się kilka kroków od niej. – Dlaczego przypomniałaś sobie o mnie tak wcześnie? Byłam naprawdę zaskoczona, gdy sąsiadka zadzwoniła.
Mukadder nawet na nią nie patrzy. Jej wzrok błądzi po ogrodzie, jakby oceniał wszystko – drzewa, altanę, samą Deryę.
– W ogóle nie wychowałaś tej dziewczyny – mówi lodowato. – Ale teraz zobaczymy, jaka ty jesteś.
– Pani Mukadder… – Derya bierze głębszy oddech. – Każdy jest wychowany inaczej. Nie rozmawiajmy tutaj. Proszę, wejdźmy do środka.
Mukadder nawet się nie porusza.
– Nie przyszłam z wizytą. Porozmawiamy tutaj.
Siada ciężko przy drewnianym stole. Derya, z wahaniem, zajmuje miejsce naprzeciwko niej. Między nimi leżą torebki, jakby symbolicznie wyznaczały granicę.
– Mam już dość zrzędliwości i bezczelności tej dzikuski. – Mukadder nie owija w bawełnę. – Gdyby to ode mnie zależało, nie tolerowałabym jej ani dnia dłużej. Robię to wyłącznie dla mojego syna.
– Boże… – Derya kręci głową. – W domu była zupełnie inna. Spokojna, wdzięczna. Musiało się coś wydarzyć.
– Luksus ją rozpieścił – prycha Mukadder. – Zrobiła z mojego syna beczkę prochu. Sprzeciwia się jemu, sprzeciwia się mnie.
– Za każdym razem, gdy próbuję z nią porozmawiać, twierdzi, że wszystko jest w porządku – tłumaczy Derya bezradnie. – Że nic złego się nie dzieje.
– Kłamie. – Mukadder pochyla się lekko do przodu. – Wychowałam już dwie synowe. Znam się na takich jak ona. Ta nie ma zamiaru spokornieć. Zachowuje się jak dzikuska, której trzeba pokazać granice.
Derya prostuje się, czując narastający niepokój.
– Proszę powiedzieć wprost… Czego pani ode mnie oczekuje?
Mukadder mruży oczy.
– Odważnych dyscyplinuje się bólem. Gdyby to zależało ode mnie, nie zawahałabym się jej skrzywdzić. Wyrzuciłabym ją na ulicę. – Robi krótką pauzę, a potem dodaje ciszej, groźniej: – Dlatego nie zostawiaj tego mnie. Zrób, co potrafisz. Trzymaj ją z dala od drzwi gabinetu lekarskiego. Spraw, żeby oddała się mojemu synowi.
Słowa zawisają w powietrzu ciężkie jak kamień. Derya zaciska usta i splata dłonie na kolanach. Wie, że właśnie została wciągnięta w grę, z której nie ma dobrego wyjścia.
Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia był film Gelin 20.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.














