„Panna młoda” Odc. 36 – streszczenie
Fadime na chwilę przestaje siekać warzywa. Nóż zawisa w powietrzu, gdy jej spojrzenie zatrzymuje się na twarzy córki. Zna Aysu zbyt dobrze, by nie dostrzec tej nienaturalnej sztywności w ramionach i zbyt czujnego spojrzenia.
— Jesteś jakaś inna — mówi w końcu, uważnie ją obserwując. — Coś się stało? Czy pani Mukadder znowu coś ci powiedziała?
Aysu waha się przez moment, po czym podnosi głowę.
— To Mine mi powiedziała — odpowiada cicho. — Powiedziała, że pani Mukadder… biła jej mamę. — Przełyka ślinę. — Czy to prawda? Czy w rezydencji dzieją się takie rzeczy? Jeśli tak, musimy powiedzieć panu Cihanowi.
Fadime odkłada nóż z głośnym stuknięciem. Odwraca się gwałtownie.
— Nie opowiadaj bzdur, córko — ucina ostro. — Jakie bicie? O czym ty w ogóle mówisz? — Jej głos staje się twardy. — Myślisz, że coś takiego jest możliwe? Sinem jest dorosłą kobietą. Synową pani Mukadder. Żoną jej zmarłego syna. Broń Boże… to niemożliwe.
— Dlaczego więc dziecko tak powiedziało? — Aysu nie ustępuje.
— Bo jest dzieckiem — odpowiada Fadime zbyt szybko. — Dzieci wymyślają. Mylą sny z rzeczywistością. — Zbliża się do córki i ścisza głos. — Nie słuchaj takich rzeczy i nie rób zamieszania. Jeśli ktoś to powtórzy, pani Sinem znowu wpadnie w kłopoty. — Patrzy jej prosto w oczy. — Zrozumiałaś mnie?
Aysu milknie na chwilę.
— Czyli… nic takiego się nie wydarzyło? — pyta jeszcze ciszej. — Na pewno?
— Oczywiście, że nie — odpowiada Fadime, tym razem łagodniej, niemal uspokajająco. — Gdyby coś takiego miało miejsce, wiedziałabym o tym. Widziałabym to lub usłyszała. — Odwraca się z powrotem do blatu. — Dziecku coś się przyśniło, a potem uwierzyło, że to prawda. Koniec tematu. A teraz idź i powiedz Gülşüm, żeby przyniosła ziemniaki.
Aysu jeszcze przez moment stoi w miejscu, jakby chciała zapytać o coś więcej, ale ostatecznie kiwa głową i wychodzi z kuchni.
Gdy kroki cichną, Fadime opiera dłonie o blat i ciężko wzdycha. Jej ramiona opadają.
— Jaką torturą jest wiedzieć… i musieć milczeć — szepcze do siebie. — Ach, pani Sinem… — Zamyka oczy. — Gdybym tylko miała pewność, że nic ci się nie stanie… myślisz, że potrafiłabym trzymać język za zębami?
Jej głos drży.
— Niech Bóg mi wybaczy. I oczom, które widziały. I językowi, który milczy.
***
Nusret i Beyza siedzą obok siebie na kanapie w salonie. Po niedawnej chorobie mężczyzny nie ma już śladu — wygląda na wypoczętego, ma dobry kolor twarzy, a w jego ruchach znów widać energię. Beyza obserwuje go uważnie, jakby chciała upewnić się, że naprawdę wszystko wróciło do normy.
— Gdyby nie ta zupa, pewnie dochodziłbym do siebie znacznie dłużej — mówi Nusret z zadowoleniem. — Dobrze, że ją przyniosła. Postawiła mnie na nogi szybciej niż lekarstwa.
Beyza napina się nieznacznie.
— Nie zrozum mnie źle, tato, ale… — zaczyna ostrożnie. — Nie musisz jej pomagać tylko dlatego, że jest moją przyjaciółką. Yonca jest sprytna i doświadczona. Poradzi sobie. Bez problemu znajdzie pracę gdzie indziej.
Nusret uśmiecha się pod nosem.
— Nie będę kłamał — przyznaje. — Na początku miałem wątpliwości, zatrudniając ją. Ale szybko je rozwiała. Jest pilna, uczy się w mgnieniu oka i potrafi rozmawiać z ludźmi. — Kręci głową z lekką dezaprobatą. — Poprzednia pracownica nie umiała zamienić z klientem dwóch zdań. Yonca ma w sobie naturalną swobodę.
Zmienia pozycję i odwraca się w stronę córki.
— Ale zostawmy już Yoncę — mówi łagodniej. — Twoja ciotka nie pozwoliłaby ci tak długo przebywać poza rezydencją. Nie drażnij jej. Wróć do domu.
Beyza marszczy brwi.
— Co to ma znaczyć? — pyta chłodno. — Znudziłeś się mną? Chcesz mnie odesłać?
— Wstydź się. — Nusret parska cicho. — Czy ojciec może znudzić się własną córką? — Kładzie jej dłoń na ramieniu. — Czy nie mówiłem ci, że dla ciebie spalę cały świat? Nawet jeśli zupa, którą ugotowałaś, była… — zawiesza głos — niezbyt smaczna, dla mnie zawsze będziesz moją księżniczką.
Beyza prycha.
— W takim razie, jak tylko skończysz zupę od Yoncy, będziesz musiał zjeść kolejną. Moją.
Nusret śmieje się pod nosem.
— Zobaczymy. — Wstaje z kanapy. — Miłego wieczoru.
Kieruje się na górę, a Beyza patrzy za nim tylko do chwili, gdy znika z pola widzenia. Natychmiast sięga po telefon i wybiera numer Gülşüm.
— Opowiadaj — rzuca bez wstępów. — Co się dziś działo w rezydencji?
— Panna młoda przygotowała faszerowane bakłażany — odpowiada pokojówka. — Jej brat jutro otwiera sklep. Część dań zaniosła na oficjalne otwarcie, a resztę przyniosła do rezydencji. Pan Cihan spróbował… — robi krótką pauzę — i trudno było nie zauważyć, że bardzo mu smakowały.
— A ciocia? — Beyza ściska telefon mocniej. — Nic nie powiedziała?
— Jadła razem z nimi — mówi Gülşüm. — Nawet zachęciła pana Cihana, żeby wziął dokładkę.
— A o mnie? — głos Beyzy drży. — Czy ktokolwiek o mnie wspomniał?
— Nie… nikt — odpowiada Gülşüm ciszej. — Ani pani Mukadder, ani nikt inny. Przepraszam, jest słaby zasięg… nie słyszę… — Połączenie nagle się urywa.
Beyza odkłada telefon powoli. Jej dłonie zaciskają się na kolanach tak mocno, że bieleją jej knykcie.
— Wszyscy już o mnie zapomnieli — syczy przez zęby. — Jakby mnie nigdy tam nie było. — Kręci głową z niedowierzaniem. — Czy naprawdę jestem aż tak bezwartościowa? Nikt nawet nie wypowiedział mojego imienia.
Wstaje gwałtownie.
— Ta żmija wpełzła do rezydencji i rozniosła swój jad — mówi z wściekłością. — A ciotka jeszcze ją wspiera. — Jej oczy błyszczą gniewem. — Ale to się zmieni. Zobaczycie. Najpierw Hancer, potem Yonca. Rozprawię się z nimi po kolei.
Jej twarz twardnieje.
To nie jest koniec. To dopiero początek.
***
Nazajutrz Hancer budzi się bardzo wcześnie. Świt dopiero rozjaśnia niebo, a w starym domu panuje gęsta cisza. Dziś ma zaplanowaną wizytę u doktor Yasemin Onder i myśl o niej nie pozwoliła jej spać dłużej.
W samej koszuli nocnej wychodzi z sypialni… i zamiera. Na kanapie w salonie siedzi Cihan. Laptop spoczywa na niskim stoliku, ekran świeci chłodnym światłem, a on skupionym wzrokiem śledzi dokumenty, jakby całą noc nie zmrużył oka. Nawet na nią nie patrzy.
Hancer przez chwilę stoi bez ruchu. Jego obecność ją zaskakuje, ale nie zamierza się wycofać. Bez słowa wraca do pokoju.
Przygotowuje się starannie, niemal demonstracyjnie. Zakłada prostą, elegancką sukienkę w jasnym odcieniu, która podkreśla jej smukłą sylwetkę. Długie, czarne włosy wygładza i zostawia rozpuszczone – opadają swobodnie na ramiona, dodając jej powagi i zdecydowania. Delikatny makijaż tylko podkreśla wyraziste oczy, w których widać napięcie, ale i determinację. Narzuca lekki płaszcz, bierze torebkę i prostuje się przed lustrem. Wygląda jak kobieta gotowa do wyjścia… i do walki.
Wychodzi z pokoju.
– Wychodzę – rzuca krótko, mijając salon.
Schodzi na dół, chwyta za klamkę i pociąga. Drzwi ani drgną.
Próbuje jeszcze raz. Mocniej. Nic.
– Co jest…? – mruczy pod nosem.
Wtedy słyszy jego głos, dochodzący z góry, spokojny aż do irytacji:
– Nie trudź się na próżno. Są zamknięte na klucz.
Hancer zatrzymuje się w połowie schodów i unosi wzrok. Cihan stoi przy barierce, patrząc na nią z góry.
– Otwórz drzwi – mówi twardo. – Chcę wyjść.
Cihan sięga do kieszeni i wyciąga klucz. Przez chwilę obraca go między palcami, po czym unosi rękę wysoko, poza jej zasięg.
– Nigdzie się nie wybierasz – oznajmia chłodno.
– Daj mi ten klucz! – Hancer podbiega bliżej. – Co ty wyprawiasz?! Zamierzasz mnie tu zamknąć?!
Na jego ustach pojawia się lekki, irytujący uśmiech. Bez słowa odsuwa firankę, otwiera okno… i wyrzuca klucz na zewnątrz.
Najpierw metaliczny brzęk, a potem głuchy stukot o ziemię.
– Co ty zrobiłeś?! – krzyczy Hancer, podbiegając do okna.
Klucz leży daleko, na kostce. Całkowicie poza zasięgiem.
– Nie tylko ty – odpowiada spokojnie Cihan, wracając na kanapę i siadając przed laptopem. – Będziemy tu zamknięci razem.
Hancer odwraca się do niego, wstrząśnięta.
– Dlaczego zrobiłeś taką głupotę?! – Jej głos drży, ale nie z lęku. Z wściekłości.
– Powiedziałem ci, że nie pójdziesz do lekarza – mówi, nie podnosząc wzroku znad ekranu.
– I to jest twoje rozwiązanie? – podchodzi bliżej, zaciskając dłonie w pięści. – Jak długo zamierzasz mnie tu trzymać?
Cihan wreszcie na nią patrzy. Jego spojrzenie jest twarde, nieustępliwe.
– Dopóki nie powiesz, że zrezygnowałaś z wizyty.
Między nimi zapada cisza ciężka jak wyrok.
***
Kuchnia lśni od światła, zapachów detergentów i nerwowej energii. Aysu, jej mama i Gulsum pracują ramię w ramię, każda pochłonięta innym zadaniem. Na wyspie kuchennej płyta gazowa tonie w pianie, gąbki skrzypią o metal, a na czarnym blacie odbijają się szybkie, nerwowe ruchy dłoni.
Aysu pochyla się nad płytą, naciskając gąbkę z przesadną siłą, jakby chciała zdrapać nie tylko brud, ale i własne emocje. Pod nosem nuci, pół żartem, pół zjadliwie:
— Naciskaj ją tak, jakbyś torturowała czarną wdowę, Mukadder… — mruczy, przesuwając gąbką po palniku. — Razem z gniewem wyczyścimy brud z kuchni…
Fadime na moment przerywa mycie garnka i rzuca córce surowe spojrzenie.
— Wstydź się, córko — upomina ją ostro. — Co to za słowa? Jak ty mówisz?
— To terapia, mamo — odpowiada Aysu bez wahania. — Złap tę szmatę tak, jakbyś złapała czarownicę Beyzę za włosy, i szoruj garnek. Zobaczysz, o ile lżejsza stanie się praca.
Fadime kręci głową z dezaprobatą, ale w jej oczach na moment pojawia się cień uśmiechu — taki, którego nie chce dopuścić do głosu.
Gulsum w tym czasie odkłada ściereczkę, wyciera dłonie o fartuch i zerka na telefon.
— Wrócę za pięć minut — oznajmia spokojnie i wychodzi z kuchni.
Aysu natychmiast unosi brwi.
— Ten mikser coś knuje — rzuca z przekonaniem, nie odrywając wzroku od piany. — Mówię ci, mamo.
— Wstydź się — odpowiada Fadime, tym razem ciszej. — Zostaw już tę płytę. Ciągle ją szorujesz. Odkąd przyjechałaś, ty pracujesz, a Gulsum odpoczywa.
Aysu prostuje się, odkłada gąbkę i bez słowa podchodzi do matki. Całuje ją w policzek — szybko, czule.
— Robię to dla ciebie, mamo.
Fadime mięknie.
— Skup się na studiach i zdobądź dyplom — mówi spokojnie. — Niczego więcej od ciebie nie oczekuję, córko.
Aysu wraca do płyty i znów zaczyna szorować, jakby w tej czynności kryła się odpowiedź na wszystko.
— Dziś rano czarna wdowa Mukadder była w dobrym humorze — mówi nagle. — Ucieszyła się, gdy usłyszała, że brat Cihan jest w starym domu.
— Chce wnuka, córko — odpowiada Fadime rzeczowo. — Pragnie tego od lat.
— Ta kobieta wywróciłaby świat do góry nogami — prycha Aysu. — Śmiech jej nie służy. Jest jak… przedstawicielka Jokera w Stambule.
Fadime marszczy brwi.
— Kto to jest, córko?
— Ktoś dziwny. Pokażę ci później — mówi Aysu. — Ona jest jak jego kopia.
— Dość już tych plotek. Skup się na pracy.
Aysu nachyla się nad płytą, przesuwając gąbką wolniej, niemal rytmicznie. Jej głos cichnie, przechodzi niemal w szept, jakby przywoływała ducha:
— Chodź, czarna wdowo Mukadder… Może uda nam się wyciągnąć z ciebie część trucizny. Oczyścimy cię ze złośliwości i podłości, żebyś mogła wreszcie świecić.
Piana spływa z metalowej powierzchni, a kuchnia — przynajmniej na chwilę — wydaje się czystsza. Nie tylko od brudu.
***
Beyza krąży po salonie domu ojca, jak zwierzę zamknięte w klatce. Co chwilę przystaje, poprawia poduszkę, potem znów rusza przed siebie. Cisza działa jej na nerwy bardziej niż hałas. Nagle telefon w jej dłoni zaczyna dzwonić.
— Co się stało, Gülşüm? — odbiera natychmiast.
— Mam… mam wieści o panu Cihanie… — głos pokojówki brzmi niepewnie, jakby sama bała się tego, co za chwilę powie.
— O co chodzi? — Beyza przystaje. — Mów bez owijania w bawełnę.
— Dziś rano poszedł do starego domu. Zabrał komputer i… — zawiesza głos — do tej pory nie wrócił.
Zapada cisza. Ciężka, lodowata.
— Halo? — dopytuje Gülşüm. — Jest pani tam?
— Zadzwoń do mnie w tej samej sekundzie, w której wyjdzie z tego domu — odpowiada Beyza niskim, opanowanym głosem.
Rozłącza się i z rozmachem odkłada telefon na stolik kawowy.
— To przez tę żmiję! — wybucha. — Powoli bierze Cihana pod swoje skrzydła, a ja siedzę tu jak idiotka z założonymi rękami! Niech to szlag!
Zrzuca ze stolika talerz. Porcelana rozbija się z hukiem. Beyza opada ciężko na kanapę, oddychając płytko, jak po biegu.
W tej samej chwili rozlega się dzwonek do drzwi.
— Świetnie… — syczy pod nosem.
Niechętnie wstaje i otwiera. Przed wejściem stoi Yonca.
— Czego tu znowu szukasz? — rzuca lodowato. — Myślisz, że to tawerna? Wynoś się!
Yonca próbuje wejść, ale Beyza zastępuje jej drogę.
— Zabierz tę rękę — żąda Yonca.
— Nie krzycz na próżno — odpowiada Beyza ze sztucznym spokojem. — Taty nie ma w domu. Nikt cię nie usłyszy. A teraz idź stąd i nie denerwuj mnie.
— Wpuść mnie. Przyszłam porozmawiać.
— O czym? — Beyza śmieje się krótko, bez cienia humoru. — Trzymaj się z dala od mojego ojca. Odejdź z firmy i z mojego życia. Inaczej pożałujesz dnia, w którym się urodziłaś. Wynoś się!
Yonca jednak nie cofa się ani o krok. Odsuwa Beyzę i wchodzi do środka.
— Przyszłam tu dla ciebie — mówi twardo. — Masz poważne kłopoty. Nie oglądasz wiadomości?
Beyza marszczy brwi.
— Jakich wiadomości?
Przechodzą do salonu. Siadają naprzeciwko siebie, jak przeciwniczki przed pojedynkiem.
— Ta twoja lekarka-rzeźnik… Fusun Kaba — oznajmia Yonca bez ogródek — została zatrzymana. Oskarżono ją o wykonywanie nielegalnych aborcji. W tej chwili składa zeznania na policji.
Beyza blednie.
— Ta kobieta… — szepcze. — Ta kobieta wpędzi mnie w kłopoty…
— Spodziewałam się, że chociaż mi podziękujesz — mówi Yonca z lekką ironią. — Gdybym nie przyszła, dowiedziałabyś się o wszystkim z wiadomości. Ostrzegam cię jako stara przyjaciółka.
— Kto ją oskarżył? — pyta Beyza nerwowo.
— Czy to teraz ma znaczenie? — wzrusza ramionami Yonca. — Może stracić prawo do wykonywania zawodu. Może trafić do więzienia.
— Osobiście życzę jej o wiele gorszych rzeczy — cedzi Beyza. — Nie obchodzi mnie, co się z nią stanie.
— Zacznie cię obchodzić, kiedy wymówi twoje nazwisko — odpowiada Yonca chłodno. — Policja wezwie cię na przesłuchanie. A twój były mąż i twoja ukochana ciotka dowiedzą się wszystkiego z pierwszych stron gazet.
Beyza zrywa się z kanapy i zaczyna nerwowo chodzić po pokoju.
— Ona nie jest głupia — mówi, bardziej do siebie niż do Yoncy. — Nie wyda swoich klientów. Musi trzymać język za zębami. Jeśli zacznie sypać nazwiskami, pogrąży się jeszcze bardziej.
— Nigdy nie byłaś w więzieniu — stwierdza Yonca spokojnie. — Nie wiesz, co to za miejsce. Tam ludzie śpiewają jak słowiki. Mówią wszystko. Nawet to, o co nikt ich nie pyta. — Patrzy Beyzie prosto w oczy. — Twoje życie może się zawalić szybciej, niż myślisz. Nawet twój tatuś nie będzie w stanie cię uratować.
— Dość! — Beyza prostuje się gwałtownie. — Nie strasz mnie! Tylko na to czekałaś!
— Przyszłam cię ostrzec — odpowiada Yonca chłodno. — Potraktuj to jako zapłatę za pracę u twojego ojca. Zamiast atakować mnie, pomyśl, jak uciszyć lekarkę. Bo jeśli zacznie mówić… będzie po tobie.
Yonca wstaje i kieruje się do wyjścia.
Beyza zostaje sama. Stoi na środku salonu, przygryzając palce, z oczami pełnymi strachu i gniewu.
Wie jedno: tym razem naprawdę znalazła się pod ścianą.
Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 21.Bölüm i Gelin 22.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.












