„Wichrowe Wzgórze” – Odcinek 340: Streszczenie
Halil wrócił na farmę. W salonie zastał swoją ciotkę i Gözde siedzące na kanapie w napiętym milczeniu. Na jego widok Songul natychmiast wstała, podeszła bliżej i objęła go mocno, jakby chciała się upewnić, że naprawdę wrócił.
– Bardzo się martwiłyśmy, Halilu – powiedziała z czułością, przyglądając mu się uważnie. – Jak się czujesz?
Halil odsunął się delikatnie z jej objęć. W jego spojrzeniu było zmęczenie, ale i gniew.
– Wszystko w porządku, ciociu. – Jego głos był chłodny, napięty. – Jestem tylko zły. Od chwili, gdy otworzyłem oczy, myślę o jednym – o wyrównaniu rachunków z rodziną Aslanlich.
Przeniósł wzrok na Gözde. Zmarszczył brwi, jakby próbował sobie przypomnieć, skąd ją zna.
– Pewnie nie pamiętasz, jak przyjechałam – odezwała się z lekkim uśmiechem, w którym brzmiała nuta niepewności. – Jestem tu już od jakiegoś czasu.
Halil pokręcił głową.
– Przepraszam, Gözde. Nie pamiętam niczego poza… zemstą.
Songul usiadła z powrotem, splatając dłonie na kolanach.
– Halilu – zaczęła spokojnie – kiedy dowiedzieliśmy się o twoim wypadku, chcieliśmy natychmiast do ciebie przyjechać. Ale Zeynep nałożyła na nas zakaz opuszczania rezydencji. Nie pozwoliła nikomu się z tobą zobaczyć.
Halil znieruchomiał. W jego oczach pojawił się błysk złości.
– Co? Jak ona śmie?! – głos mu się załamał. – Myślała, że może mną rządzić, bo jest moją żoną? Jak to w ogóle możliwe? Jak mogłem się z nią ożenić?!
– Wierz mi, Halilu – wtrąciła szybko Songul – próbowałam cię od tego odwieść. Ale wtedy wydawało mi się, że wiesz, co robisz. Myślałam, że to część twojego planu. Że ożeniłeś się z nią, by się zemścić.
Halil przytaknął powoli, jakby słowa ciotki ożywiły dawne przekonania.
– Tak też myślę. – Zacisnął szczękę. – Ożeniłem się z nią, żeby zniszczyć jej świat, tak jak ona zniszczyła mój. Ale teraz to ona odwróciła sytuację. Zwodziła mnie słowami, opowiadała historie, próbowała wzbudzić we mnie miłość… – Jego głos stwardniał. – Gdzie ona jest?!
– Musi być w rezydencji – odparła Songul, spoglądając w stronę schodów. – Nie widziałam, żeby wychodziła. Pewnie jest w waszym pokoju.
– W naszym pokoju? – powtórzył, otwierając szerzej oczy.
– Po schodach na górę – wyjaśniła. – Drugie drzwi po lewej.
Halil nie powiedział już ani słowa. Odwrócił się gwałtownie i ruszył po schodach. Jego kroki dudniły po drewnianych stopniach, a twarz miał napiętą od gniewu.
Na piętrze zatrzymał się na moment przed drzwiami, jakby próbował zebrać myśli. Potem otworzył je z impetem i zamknął za sobą z trzaskiem.
Pokój był pusty. W powietrzu unosił się lekki zapach perfum Zeynep, który tylko podsycił jego złość. Spojrzał na ścianę – wisiało tam zdjęcie przedstawiające ich razem. On, z dłońmi na jej ramionach, delikatnie dotykał twarzą jej włosów. Ten obraz tworzył atmosferę szczęścia, ukazując zakochaną parę.
Halil podszedł bliżej, zdjął zdjęcie ze ściany i rzucił je na sofę. Potem otworzył szafę. Po chwili na podłogę zaczęły spadać sukienki, swetry, chusty – wszystko, co należało do Zeynep. Rzucał nimi bezładnie, jakby chciał wyrzucić z tego pokoju każdy ślad po niej.
***
Zeynep wróciła do chaty rybackiej, ściskając w dłoni czerwoną wstążkę — cienką jak nić nadziei, która wciąż łączyła ją z przeszłością. Wierzyła, że ten prosty symbol, przesiąknięty wspomnieniami ich pierwszego spotkania, poruszy coś w sercu Halila. Że może, choć na chwilę, przebije się przez mgłę zapomnienia, która spowiła jego umysł po wypadku.
Jednak gdy przekroczyła próg, zamiast znajomej sylwetki męża, ujrzała dwóch mężczyzn. Ich obecność była jak cień, który wpełzł do wnętrza i zajął każdy kąt. Ubrani na czarno, stali nieruchomo, jakby czekali właśnie na nią. Jeden z nich miał naciągniętą na głowę wełnianą czapkę, spod której błyszczały oczy pełne pogardy.
Zeynep cofnęła się o krok, ale było już za późno. Zanim zdążyła się odwrócić, silne ręce chwyciły ją i brutalnie posadziły na krześle. Sznur zacisnął się na jej nadgarstkach i kostkach.
— Zostawcie mnie! — krzyknęła, szarpiąc się rozpaczliwie. — Co zamierzacie zrobić? Czego ode mnie chcecie?!
Mężczyzna w czapce uśmiechnął się krzywo, jakby jej strach był dla niego rozrywką.
— Byłaś gotowa nas zabić dla swojego ukochanego — powiedział z jadowitą satysfakcją. — Myślałaś, że tak po prostu ci to darujemy? Nie, piękna. Teraz ty dostaniesz to, na co zasługujesz.
Sięgnął po strzelbę wiszącą na ścianie, jakby to był zwykły rekwizyt w teatrze zemsty.
— Ale nie martw się — dodał z udawaną czułością. — Zginiesz z ręki własnego męża.
Zeynep zamarła. Jej oczy rozszerzyły się w przerażeniu.
— Wy… — wyszeptała. — Zastawiacie pułapkę na Halila?
— Brawo — zakpił drugi z oprawców. — Masz głowę na karku. Tak, właśnie to zrobimy. Zamontujemy broń przy drzwiach. Gdy twój mąż wróci i pociągnie za klamkę, strzelba wypali. Kula trafi ciebie. A on… on będzie żył z myślą, że cię zabił. Piękna ironia, prawda?
Zeynep poczuła, jak ziemia usuwa się spod jej stóp, choć wciąż siedziała na krześle. Serce waliło jej jak oszalałe, a w oczach stanęły łzy — nie ze strachu, lecz z bezsilnej furii.
— Jesteście potworami — wysyczała. — Ale Halil was przejrzy. On… on mnie nie skrzywdzi.
— Może i nie chciałby — odparł mężczyzna w czapce, przeładowując broń z teatralnym gestem. — Ale to nie będzie zależało od niego.
W chacie zapadła cisza, ciężka jak ołów. Tylko szum fal za oknem przypominał, że świat wciąż istnieje — choć dla Zeynep właśnie zaczynał się walić.
***
Halil wynosi wszystkie rzeczy Zeynep do piwnicy. Rzuca ramę ze zdjęciem o ścianę — szkło pęka, obraz odwraca się i opada rewersem na podłogę. Na odwrocie dostrzega odręczny napis:
„Chcę, żebyśmy pozostali małżeństwem na zawsze.”
— Co za nonsens! — wybucha gniewem, a słowa stają się napędem kolejnej fali furii. Przewraca kartony z suszonymi kwiatami: jeden, drugi, trzeci; papier, wstążki i płatki sypią się jak popiół. Nagle przeszywa go ostry ból głowy.
W jego głowie pojawia się wspomnienie, jak oglądany na ekranie film. Widzi siebie stojącego przed Zeynep, widzi jej oczy pełne czułości, słyszy własny głos mówiący:
— Miłość nie przemija z czasem. Przeciwnie — rośnie z dnia na dzień, wypełniając serce.
Obraz wiruje; Halil opada na skrzynię, żeby nie upaść. Wśród porozrzucanych kwiatów dostrzega flakonik perfum. Sięga po niego, obraca w dłoni jak talizman. Zakrętka skrzypi; naciska atomizer. Chmura zapachu wznosi się i nagle w jego umyśle pojawia się melodia — fragment, który pamięta: Zeynep nuci „Çemberimde Gül Oya”, gdy pracuje nad kompozycją perfum.
Wstaje gwałtownie. Poskładane dotąd w kawałki wspomnienia zaczynają układać się w obraz całości. Zrozumienie uderza go jak fala: wie już. Wie, że Zeynep jest niewinna.
— Zeynep tamtego dnia była w szpitalu — mówi do siebie, jakby wypowiadając wyrok prawdy. — To nie ona popchnęła moją matkę. Boże, co ja zrobiłem? Znowu ten sam błąd. Znowu ją oskarżyłem. Znowu byłem dla niej okrutny. Wynagrodzę ci to, Zeynep.
***
Akcja przenosi się do wnętrza rybackiej chaty, gdzie czas zdaje się zatrzymać. Drewniane ściany, przesiąknięte wilgocią i zapachem dymu z pieca, milczą jak świadkowie tragedii, która właśnie się rozgrywa. W kącie wciąż tli się ogień, rzucając drżące cienie na kolorowe koce i stare, wyblakłe tkaniny wiszące na ścianach. Ale to nie ciepło domowego ogniska, lecz chłód śmierci wisi w powietrzu.
Zeynep siedzi na krześle, unieruchomiona grubym sznurem, który oplata jej nadgarstki, kostki i tors. Czarne ubranie zlewa się z półmrokiem pomieszczenia, a czarna taśma na ustach tłumi każdy dźwięk, każdą próbę protestu. Jej oczy, pełne łez, są jedynym głosem, który pozostał — niemym krzykiem rozpaczy.
Naprzeciw niej stoi drugie krzesło. Do jego oparcia przytwierdzono strzelbę, lufą wymierzoną prosto w jej serce. Od spustu biegnie cienki sznurek, rozciągnięty przez całą długość pokoju aż do drzwi. Mechanizm jest prosty, bezlitosny: wystarczy, że ktoś wejdzie, pociągnie za klamkę… i broń wypali. Zeynep zginie na jego oczach. A on — on będzie żył z tym obrazem do końca życia.
Kamera zbliża się do jej twarzy. Łzy spływają obficie, zostawiając mokre ślady na policzkach. Ale nie ma w niej już krzyku. Jest cisza. Pogodzenie. Rezygnacja.
Nie udało mi się przekonać cię o naszej miłości — mówi w duchu, a jej myśli są czystsze niż kiedykolwiek. — Zaraz znajdziemy się w samym środku katastrofy, a to wszystko będzie moja wina. Proszę… nie przychodź tutaj. Nie otwieraj tych drzwi. Nie pozwól, aby twoje życie zostało zrujnowane przez ból, którego nigdy nie zapomnisz.
Jej ciało jest wyczerpane. Powieki ciągną w dół jak kamienie, głowa opada, a oddech staje się płytki. Walczy z sennością, z ciałem, które chce się poddać.
Nie możesz zasnąć, Zeynep. W żadnym wypadku. Jeśli zaśniesz, nie będziesz mogła dać mu znaku. Może usłyszy twoje ciche wołanie. Może uda ci się oszczędzić wam obojgu cierpienia…
Zeynep unosi głowę. Ostatkiem sił. Jej spojrzenie jest pełne błagania, pełne miłości, która nie umiera nawet w obliczu śmierci.
Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Rüzgarlı Tepe. Inspiracją do jego stworzenia był film Rüzgarlı Tepe 199. Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.












