„Wichrowe Wzgórze” – Odcinek 365: Streszczenie
Halil odchodzi od zmysłów, krążąc po pokoju jak uwięzione zwierzę. W głowie dudni mu jedno pytanie: co stało się z Zeynep? Gdy telefon nagle zaczyna dzwonić, serce podskakuje mu do gardła. Na ekranie widnieje imię żony. Odbiera natychmiast.
Zamiast oczekiwanej twarzy Zeynep, widzi jednak szyderczo uśmiechniętą Songul. Jej oczy błyszczą chłodnym triumfem.
— Gdzie jest Zeynep?! — ryczy Halil, ledwo panując nad głosem. — Jak mogłaś ją porwać?! Zapłacisz za to, słyszysz?! Wstyd mi, że jesteś częścią mojej rodziny! Jesteś potworem! Zdrajczynią, która próbowała zabić własną siostrę!
Uśmiech Songul znika natychmiast, zastąpiony gniewem, który aż iskrzy na jej twarzy.
— To TY jesteś zdrajcą, Halilu! — wyrzuca, cedząc każde słowo. — Miałeś zemścić się na rodzinie Aslanlich, a ty co zrobiłeś? Poślubiłeś jedną z nich! I jeszcze… zdecydowałeś się mieć z nią dziecko.
Twarz Halila kompletnie blednie.
— C-co? Zeynep… jest w ciąży? — głos mu drży, jest ledwie słyszalny.
Songul odwraca kamerę. W kadrze pojawia się przywiązana do krzesła Zeynep, z twarzą mokrą od łez. Drży. Oddycha płytko. Jest przerażona.
— Zeynep… kochanie… powiedz. To prawda? — Halil pyta niemal szeptem.
Zeynep kiwa głową, bardzo delikatnie.
— Ha… Halil… — wydusza, ale nie kończy, bo Songul brutalnie odwraca telefon z powrotem na siebie.
— Dość! — warczy. — Nie będę słuchać waszych ckliwości. Czas, by moja zemsta dobiegła końca.
Sięga po pistolet. Metaliczny dźwięk odbezpieczania broni tnie ciszę jak nóż.
— Nie waż się! — krzyczy Halil, a głos mu pęka. — Błagam, nie rób tego!
— Myślisz, że jestem bezduszna? — syczy. — Ja wiem o miłości więcej niż ktokolwiek z was! Wszystko, co zrobiłam, zrobiłam dla niej. Ale rodzina Aslanli ukradła mi moją miłość, odebrała mi szansę na zostanie matką. Nigdy nią nie zostanę! — Jej głos łamie się, choć oczy pozostają zimne. — A jeśli ty stracisz swoje dziecko, zrozumiesz, jak wygląda moje piekło.
Podnosi broń i wymierza ją prosto w Zeynep.
— Ciociu, odłóż to! — błaga Halil. — Proszę cię. Proszę…
— Teraz ty będziesz patrzeć, jak twoje życie wymyka ci się z rąk — mówi lodowato. — Tak jak ja patrzyłam na swoje.
Songul naciska spust. Strzał rozrywa powietrze. Kula trafia Zeynep w ramię. Kobieta krzyczy z bólu, a krew natychmiast zaczyna spływać po jej skórze i kapie na drewnianą podłogę. Halil słyszy jej krzyk i coś w nim pęka. Pali go od środka.
— Mówiłam, że nie jestem bez serca — dodaje Songul spokojniej, jakby strzał był niczym. — Dałam ci szansę. Jeśli się pospieszysz, może ją uratujesz. Ale przyjdź sam. Jeśli zobaczę policję… stracisz wszystko.
Ustawia telefon na podłodze tak, by Halil widział wykrwawiającą się Zeynep, jej drżące ciało, jej gasnący wzrok.
— Zeynep, spójrz na mnie — mówi Halil stanowczo, choć głos mu się łamie. — Przyjdę po ciebie. Wytrzymaj. Proszę, kochanie, wytrzymaj.
Zrywa się do biegu, wypada z domu i wskakuje do samochodu. Silnik ryczy tak głośno, jakby podzielał jego rozpacz i determinację. Halil pędzi, nie ogląda się, nie myśli o niczym innym.
Wie jedno: ma bardzo mało czasu.
***
Songul wychodzi na zewnątrz, zatrzaskując za sobą drzwi z taką siłą, jakby chciała odgrodzić się od całego świata. Nerwowo rozgląda się po pustej okolicy, po czym wybiera numer na telefonie. Gdy tylko połączenie zostaje odebrane, natychmiast podnosi głos.
— Co się z tobą dzieje, Arzu?! — syczy z irytacją. — Dlaczego nie odbierałaś telefonu? Czy Halil już opuścił rezydencję?
Po drugiej stronie słychać przyspieszony oddech pokojówki.
— T-tak, wsiadł do samochodu i odjechał… Nie wiem dokąd. Proszę mi wybaczyć, pani Songul, ale muszę wracać do pracy…
— Skończymy rozmowę dopiero wtedy, gdy ja tak zdecyduję — przerywa jej ostro Songul. — Słuchaj uważnie. Potrzebuję pieniędzy, żeby stąd zniknąć. Załatwisz mi biżuterię Gulhan. Pójdziesz do sejfu i opróżnisz go co do ostatniego naszyjnika. Kod to: zero-sześć-dwa-dziewięć. Jeśli choćby pomyślisz o zdradzie, zgłoszę cię na policję. Przyniesiesz mi wszystko, co tam znajdziesz. Wyślę ci lokalizację.
Arzu zaczyna panikować, jej głos drży.
— Ja… ja nie mogę zrobić czegoś takiego, pani Songul. Co jeśli mnie przyłapią? Jak to wytłumaczę?
W odpowiedzi Songul wydaje z siebie krótki, pogardliwy śmiech.
— Nie próbuj ze mną pogrywać, mały diabełku. Mam ci może przypomnieć, jak wlałaś truciznę do soku Zeynep? Jak próbowałaś ją zabić w dniu jej własnego ślubu? — Jej głos staje się niższy, zimniejszy. — Mogę o tym opowiedzieć policji. Albo Halilowi. Co wolisz?
Zapada krótka, dławiąca cisza.
— Dobrze — mówi Arzu cicho, prawie szeptem. — Zrobię to, co pani każe.
— Oczywiście, że zrobisz — odpowiada Songul, a w jej głosie pobrzmiewa niebezpieczna satysfakcja. — Nie zwlekaj ani minuty.
Rozłącza się jednym zdecydowanym ruchem, po czym opuszcza rękę z telefonem, oddychając ciężko. Wie, że jej plan właśnie ruszył dalej. I nie ma już drogi odwrotu.
***
W drodze do chaty fałszywi policjanci zawiązali oczy Zeynep grubą, szorstką opaską. Od tamtej chwili widziała tylko ciemność. Nie potrafi określić, gdzie jest, ani jak daleko od miasta ją wywieziono. W jej głosie słychać rezygnację – tę cichą, smutną pewność, że Halil nie zdąży. Jest gotowa na śmierć.
Telefon, ustawiony na podłodze przed nią, miga czerwoną ikonką niskiej baterii.
— Bateria zaraz padnie, Halilu… — szepcze, próbując utrzymać równy głos. — Posłuchaj mnie bardzo uważnie, proszę. Muszę ci coś powiedzieć. Coś… ważnego. — Nabiera drżącego oddechu. — Byłam szczęśliwa, wiesz? Naprawdę szczęśliwa. Kochana. Każdą minutę spędzoną z tobą przeżyłam tak, jakby była całym życiem. Długim, pięknym życiem.
Halil jedzie jak szalony, dłonie ma zaciśnięte na kierownicy tak mocno, że aż bieleją mu knykcie.
— Zeynep… co to znaczy „było”? — pyta z bólem. — Nasza miłość trwa. Jest silniejsza niż wszystko. Miłość olbrzymów, pamiętasz? Ona tylko rośnie.
Zeynep wstrzymuje oddech, bo nie znosi myśli, że go rani.
— Pozwól mi dokończyć, proszę — wychrypuje, a łzy spływają jej po policzkach z coraz większą intensywnością. — Kiedy się pojawiłeś, moje krótkie, niepewne życie wreszcie nabrało sensu. Dziękuję ci za wszystko, Halilu… za spokój, który mi dałeś… za odwagę, którą we mnie obudziłeś…
Jej głos zaczyna się łamać.
— Jedyne, czego żałuję, to to, że… nie zobaczysz naszego dziecka. — Robi cichą przerwę, walcząc z bólem fizycznym i psychicznym. — Przykro mi. Przepraszam, że nie potrafiłam go ochronić… Wybacz mi…
Halil czuje, jak coś w nim pęka. Łzy zamazują mu widok drogi, ale nie może przestać jechać. Ociera policzek wierzchem dłoni, zmuszając się do opanowania.
— Przestań tak mówić. Wyrzuć to z głowy — odpowiada stanowczo, choć głos mu drży. — Nasze dziecko się urodzi, Zeynep. Będzie płakać w nocy, a my będziemy się kłócić o to, kto wstanie do kołyski. — Próbuje się uśmiechnąć, choć serce mu krwawi. — Wyobraź sobie moment, w którym je trzymasz. Wiesz dobrze, że pierwszym słowem, które powie, będzie „mama”. Stworzymy szczęśliwą rodzinę. Dlatego nie żegnaj się. Nie teraz. Wytrzymaj. Poczekaj na mnie. Przyjdę po ciebie, moja miłości.
Zeynep chciałaby mu uwierzyć. Chciałaby poczuć tę siłę, którą on próbuje w niej rozpalić. Ale jej ramię krwawi coraz mocniej — ciepła, lepka strużka spływa po skórze, wsiąka w materiał i kapie na podłogę. Z każdym kroplą robi jej się słabiej. Jej powieki zaczynają opadać, stają się ciężkie jak kamień.
Stara się podnieść głowę, utrzymać kontakt z jego głosem. Walczy.
Ale ciemność zaczyna ją wciągać…
***
Tekin wchodzi do kuchni, by nalać sobie szklankę wody. Jego ruchy są nerwowe, jakby każdy gest kosztował go wysiłek. Gulhan, siedząc przy stoliku, uważnie mu się przygląda. Wstaje powoli, z niepokojem w oczach.
— Tekin… otwierałeś dziś sejf w naszym pokoju? — pyta ostrożnie, ale w jej głosie pobrzmiewa napięcie.
Mężczyzna zastyga na moment, po czym spogląda na nią ze zdziwieniem.
— Nie, nie otwierałem — odpowiada szybko, a po chwili odwraca wzrok, jakby coś ważył w głowie.
Gulhan podchodzi bliżej, wyczuwając, że coś jest nie tak.
— Coś się stało? — dopytuje cicho.
Tekin ciężko wypuszcza powietrze i opiera dłonie o blat, jakby musiał się podeprzeć, zanim powie kolejne zdanie.
— Właśnie dostałem telefon z komisariatu… — zaczyna, po czym patrzy jej prosto w oczy. — Kiedy nie udało im się skontaktować z Halilem, zadzwonili do mnie.
Na plecach Gulhan przebiega lodowaty dreszcz.
— Co się stało? — pyta coraz bardziej przerażona.
— Posłuchaj mnie uważnie — mówi Tekin, próbując zachować spokój. — Powiem ci wszystko, ale… proszę, postaraj się nie denerwować.
— Tekin, mów — nalega. — Nie trzymaj mnie w niepewności.
Mężczyzna przełyka ślinę, jakby słowa utknęły mu w gardle.
— Dzisiaj przed sądem stanął Fikret. Ten sam, który wykonywał brudną robotę za twoją ciotkę… — zaczyna powoli. — I przyznał się. Powiedział wszystko. Wyjawił, że to on zabił Canan i Asu.
Gulhan blednie natychmiast, jakby uderzył ją lodowaty podmuch.
— Co? — szepcze. — Jak to możliwe? Przecież… to musi być pomyłka. To nie może być prawda.
Tekin kręci głową.
— Fikret zeznał, że zatopił w morzu samochód, którym uciekły. Policja rozpoczęła poszukiwania, ale po takim czasie… — urywa, wzruszając bezradnie ramionami. — Poprosili mnie o dokumenty potwierdzające, że pracowały w rezydencji.
— Poczekaj… — Gulhan zaczyna i cofa się o krok, jakby rzeczywistość za bardzo napierała na jej myśli. — Nie rozumiem. Dlaczego miałby to zrobić? — Jej spojrzenie nagle się zmienia; w oczach pojawia się błysk przerażającej świadomości. — Chwila… Czy ciocia… wiedziała?
Tekin spuszcza wzrok, jakby nie chciał być świadkiem bólu, który zaraz rozleje się po jej twarzy.
— Gulhan… — mówi cicho. — To ona wydała rozkaz. Fikret był tylko narzędziem. Płatnym zabójcą. Gdy Canan i Asu ukradły naszyjnik i uciekły z rezydencji, twoja ciotka wysłała go za nimi. Kazała mu je zabić.
Gulhan przyciska dłonie do ust, jakby chciała powstrzymać krzyk, który zaczyna narastać w jej wnętrzu.
— Jak… jak to możliwe? — jej głos załamuje się kompletnie. — Moja ciocia? Jak mogła? Co to za okrucieństwo?! Jak długo nosiła w sobie tyle zła? Jak mogła nas tak oszukać? Jak mogliśmy niczego nie zauważyć?!
Drży cała, a Tekin ostrożnie wyciąga do niej rękę, choć nie jest pewien, czy dotyk w takiej chwili ją ukoi, czy złamie jeszcze bardziej.
***
Halil czuje, jak grunt usuwa mu się spod kół — dosłownie. Samochód szarpie, zbacza z drogi i nagle zapada się w głęboką koleinę. Silnik warczy, ale auto ani drgnie. W tej samej chwili obraz na telefonie zaczyna migotać.
— Zeynep? Zeynep, jesteś tam?! — woła, ale odpowiedzi brak.
Ostatnie słabe piknięcie baterii. Ekran gaśnie. Połączenie urwane. Cisza.
Przez ułamek sekundy Halil czuje, jakby świat zatrzymał się wraz z tym jednym dźwiękiem. Jakby ktoś odciął mu tlen. Ale zaraz w jego oczach pojawia się ogień — ten sam, który zapalał się zawsze, gdy walczył o coś ważnego. O nią.
Wyskakuje z samochodu, zatrzaskuje drzwi i przez chwilę stoi bez ruchu, z twarzą uniesioną ku niebu.
— Boże… wskaż mi drogę — mówi drżącym głosem. — Błagam. Prowadź mnie do niej. Nie pozwól, żebym ją stracił.
Powietrze wokół jest chłodne, ziemia wilgotna, a ciemny las sprawia wrażenie labiryntu bez wyjścia. Ale Halil nie czeka na cud.
Stawia pierwszy krok.
Potem drugi.
A w końcu biegnie — coraz szybciej, coraz dalej, przez nierówny teren.
Biegnie, jakby od tego zależał cały wszechświat.
Bo dla niego zależy.
Nie ogląda się za siebie, nie zwalnia, nie pozwala sobie na wątpliwość. W jego głowie brzmi tylko jedno zdanie:
„Zeynep czeka. Muszę ją znaleźć.”
I biegnie dalej — aż nogi odmówią posłuszeństwa, lub aż dotrze do niej na czas.
Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Rüzgarlı Tepe. Inspiracją do jego stworzenia był film Rüzgarlı Tepe 212. Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

















