„Złoty chłopak” Odc. 247 – streszczenie
Seyran wręcza siostrze prezent ślubny – zaprojektowany przez siebie naszyjnik i kolczyki. Suna, wyraźnie wzruszona, nie kryje łez i od razu przytula Seyran, dziękując jej szeptem. Z boku całej scenie uważnie przyglądają się Abidin i Sinan.
W tym samym czasie do centrum handlowego na zakupy przyjeżdżają Diyar i Ferit. Choć los nie doprowadza do bezpośredniego spotkania złotego chłopaka i Seyran, oboje instynktownie wyczuwają swoją obecność. Każde z nich odczuwa nagły, trudny do wyjaśnienia ucisk w klatce piersiowej – jakby coś niewidzialnego przyciągało ich ku sobie.
Paparazzo robi zdjęcia Feritowi i Diyar, a chwilę później również Seyran i Sinanowi. Gdy Seyran oddala się i idzie do toalety, Sinan korzysta z okazji. Odsuwa się na bok i wyciąga telefon, wybierając numer swojego kierowcy.
– Osmanie, proszę cię – mówi do słuchawki przyciszonym, nerwowym głosem. – Upewnij się, że te zdjęcia nigdzie nie wyciekną. Zrób wszystko, żeby nie zostały opublikowane. Mama nie może się o tym dowiedzieć, rozumiesz? Nie ma żadnej potrzeby, żeby ktokolwiek wiedział, że spotykam się z tą dziewczyną.
***
Wieczorem salon tonie w ciepłym, złotawym świetle kryształowego żyrandola. Ciszę przerywa jedynie ciche brzęknięcie porcelany. Seyran ostrożnie stawia na ławie tacę z trzema filiżankami kawy, małym dzbankiem i miseczką z czekoladkami. Aromat świeżo zaparzonej kawy powoli wypełnia pomieszczenie, mieszając się z zapachem drewna i ciepła domu.
– Siostro, kawa jest gotowa – woła w stronę korytarza, poprawiając tacę. – Przyjdź, zanim wystygnie.
– Dobrze, już idę – odpowiada Suna zza zamkniętych drzwi.
Seyran siada na kanapie obok matki. Miękkie poduszki szeleszczą cicho, gdy Esme przesuwa się odrobinę bliżej. Przez chwilę obie patrzą na stolik, jakby żadna nie chciała jako pierwsza przerwać tej spokojnej chwili. Esme bierze filiżankę do rąk, ale zamiast napić się kawy, obraca ją powoli między palcami.
– Jesteś pewna swojej decyzji o wyjściu za mąż, córko? – pyta w końcu łagodnie, lecz w jej głosie pobrzmiewa niepokój.
Seyran uśmiecha się lekko, sięga po czekoladkę i wkłada ją do ust, jakby chciała zbyć ciężar pytania czymś słodkim.
– Oczywiście, że tak, mamo – odpowiada swobodnie. – Dlaczego miałabym nie być?
Esme wzdycha cicho.
– Cóż… mam wrażenie, że wszystko dzieje się bardzo szybko.
Seyran prostuje się nieznacznie i spogląda na matkę uważniej.
– Mamo, wiem, co robię. Nie podjęłam tej decyzji lekkomyślnie. Widziałam go w różnych sytuacjach, poznałam go naprawdę. Nie tylko wtedy, gdy było łatwo.
Esme wciąż jednak nie wygląda na uspokojoną.
– Rozumiem, ale nie chcę, żebyś pod wpływem impulsu popełniła błąd – mówi ciszej. – Mówisz, że znasz go dobrze, a mimo to nadal nie poznałaś jego rodziców. Czy oni w ogóle wiedzą o tobie?
Seyran bierze łyk kawy, po czym odkłada filiżankę na spodek. Dźwięk porcelany brzmi w ciszy zbyt głośno.
– Cóż… jesteśmy razem już długo – zaczyna ostrożnie. – Myślę, że im powiedział.
Esme patrzy na nią uważnie, jakby próbowała dostrzec w jej twarzy coś więcej niż wypowiedziane słowa. Nie komentuje jednak, tylko lekko kiwa głową.
– Mamo… – dodaje po chwili Seyran, pochylając się ku niej. – Nie chcę go wypytywać o takie rzeczy. Nie chcę, żeby nasze rodziny stały się dla nas ciężarem. Oczywiście nie mówię o tobie. Ty jesteś moją mamą. Najcenniejszą osobą, jaką mam. Wiesz dobrze, kogo mam na myśli.
Esme odkłada filiżankę i obejmuje córkę ramieniem. Przyciąga ją do siebie w cichym, pełnym troski geście.
– Wiem, córko – odpowiada spokojnie. – Wiem.
Seyran opiera głowę na jej ramieniu. W salonie znów zapada cisza, przerywana jedynie tykaniem zegara i zapachem stygnącej kawy, pod którym kryją się niewypowiedziane obawy i matczyna miłość.
***
Hatice spaceruje wieczorem wzdłuż ogrodzenia rezydencji. Powietrze jest chłodne, a alejki oświetlone punktowymi lampami rzucają długie cienie na bruk. Idzie powoli, z podniesioną głową, starając się zachować godność, choć w jej krokach czuć zmęczenie. Dwa kroki za nią podąża ochroniarz – czujny, milczący, z rękami splecionymi za plecami.
Nagle zza rogu wyskakuje Kazim.
Zaskoczony ochroniarz instynktownie robi krok naprzód, ale zanim zdąży zareagować, Kazim pada na kolana tuż przed Hatice. Chwyta jej dłoń, chcąc złożyć na niej pocałunek. Seniorka gwałtownie cofa rękę i odpycha go z wyraźną odrazą.
– Odejdź stąd, łobuzie! – krzyczy, a jej głos niesie się po cichym osiedlu.
Kazim jednak nie zamierza się podnieść. Zamiast tego obejmuje ramionami jej nogi, jakby kurczowo trzymał się ostatniej deski ratunku.
– Zostaw mnie natychmiast! – syczy Hatice, próbując się wyrwać. – Upadniemy i ośmieszysz nas oboje!
Kazim unosi na nią wzrok. W jego oczach miesza się strach, upokorzenie i desperacja.
– Jak bardzo możemy jeszcze upaść? – pyta drżącym głosem. – Jestem twoim bratankiem, a ty moją ciocią. Jeśli chcesz, bij mnie, strofuj, rób ze mną, co chcesz, ale nie mów do mnie w ten sposób.
Opada całkiem na ziemię, niemal u jej stóp.
– Kazim, wstań! – rozkazuje Hatice, rozglądając się nerwowo wokół. – Wszyscy na nas patrzą!
– Już i tak narobiłem sobie wstydu – odpowiada gorzko. – Czy naprawdę zostawisz mnie takiego? Bezbronnego, bez opieki, jak psa?
Hatice prostuje się, a jej twarz twardnieje.
– Mogę ci powiedzieć tylko jedno – mówi chłodno. – Radź sobie sam.
Kazim milknie na ułamek sekundy, po czym na jego twarzy pojawia się cień desperackiej determinacji.
– Wiesz, co zrobię? – rzuca nagle. – Pójdę spać pod drzwiami mieszkania Esme. A wtedy już nikogo z nas nie wpuszczą na to osiedle!
Hatice zamiera. Zaciska dłonie w pięści, walcząc ze sobą. Po chwili ciężko wzdycha – to gest kapitulacji.
– Wstań… – mówi ciszej.
Pomaga Kazimowi się podnieść i obejmuje go krótko, sztywno, jakby robiła to wbrew własnej woli. Nie prowadzi go jednak w stronę głównego wejścia do rezydencji. Zamiast tego skręca w boczną alejkę i kieruje się ku niewielkiej przybudówce przeznaczonej dla służby.
– Tylko tyle mogę dla ciebie zrobić – dodaje sucho. – I nikt nie może się o tym dowiedzieć.
Kazim milczy, ale w jego oczach pojawia się ulga – choćby chwilowa.
***
Orhan znajduje się w sypialni i z pomocą służby ustawia niewielkie łóżeczko dziecięce obok łóżka. Drewno skrzypi cicho, gdy poprawia jedną z nóg, sprawdzając, czy konstrukcja stoi równo. Ten pokój nigdy nie był przeznaczony na coś takiego. A jednak właśnie tutaj przygotowuje miejsce dla dziecka, którego spodziewa się ze swoją młodą sekretarką, Betül.
Drzwi otwierają się bez pukania.
Ifakat wchodzi powoli i zatrzymuje się tuż za jego plecami. Przez chwilę tylko patrzy – na łóżeczko, na jego dłonie, na absurd całej sytuacji. Jej głos, gdy w końcu się odzywa, jest lodowaty.
– Co ty robisz? – pyta. – W jakim charakterze sprowadzasz tu tę dziewczynę? Jako matkę swojego nieślubnego dziecka?
Zawiesza głos, po czym dodaje z jadem:
– Oczywiście, o ile to dziecko w ogóle jest twoje.
Orhan prostuje się powoli i odwraca. Wsuwa ręce do kieszeni spodni, jakby chciał ukryć drżenie palców. Na jego twarzy pojawia się wymuszony, prowokujący uśmiech.
– Jesteś zazdrosna, prawda? – rzuca. – W tym wieku zostanę ojcem. Ty swoją szansę na macierzyństwo straciłaś już dawno temu.
Ifakat odpowiada krótkim, ostrym śmiechem.
– Nie rozśmieszaj mnie – mówi chłodno. – Ja przynajmniej nie okryłam się hańbą, tak jak ty.
Robi krok w jego stronę.
– Widziałeś dziś rano, w jakim stanie jest Ferit? Musi natychmiast przygotować nową kolekcję. Jeśli tego nie zrobi, dobrze wiesz, co się z nami stanie.
Jej głos staje się coraz bardziej nerwowy, prawie oskarżycielski.
– Rynek jest już nasycony starymi modelami. Ferit musi oczyścić umysł. Potrzebujemy nowego projektu. Jeśli go nie będzie, będzie po nas. Po wszystkim.
Rozgląda się po sypialni z pogardą.
– Ale co ciebie obchodzi biznes? Ty w tym czasie ustawiasz kołyskę tuż pod moim nosem. Myślisz, że to mnie zrani? Że mnie upokorzysz?
– Nie gadaj głupot, Ifakat – przerywa jej Orhan. Podnosi marynarkę z oparcia krzesła i zakłada ją spokojnym ruchem. – Tak czy inaczej… dziś, jutro albo za kilka miesięcy… przyzwyczaj się do myśli, że w tej rodzinie pojawi się nowe dziecko.
Ifakat mruży oczy.
– Nie. Nie przyzwyczaję się – odpowiada twardo. – I nie sprowadzaj tutaj tej kobiety. Mogę ją odesłać w każdej chwili.
– Niby jak? – pyta Orhan, poprawiając mankiety koszuli. – Ona ma coś, czego ty nie masz, Ifakat.
Pochyla się lekko w jej stronę.
– Dziecko, które nosi, ma krew Korhanów. I nic nie możesz z tym zrobić.
Nagle Ifakat wykonuje gwałtowny krok i całuje go. Krótko, nachalnie, bez cienia czułości.
– Co ty robisz?! – Orhan odpycha ją od siebie. – Oszalałaś?
– Nie mów mi, co mam robić – syczy. – W życiu zawsze dostaję to, czego chcę. Chciałam ci tylko o tym przypomnieć. Nie doszukuj się w tym innego znaczenia.
Jej głos staje się lodowaty.
– A teraz powiedz tej swojej małej dziwce, żeby dokonała aborcji. W przeciwnym razie osobiście dopilnuję, żeby to dziecko się nie urodziło.
Patrzy mu prosto w oczy.
– To nie jest coś, czego jeszcze nie robiłam.
Odwraca się gwałtownie i wychodzi, trzaskając drzwiami. Jej spojrzenie, rzucone na odchodne, mówi jedno: jest gotowa na wszystko.
***
Ferit wraca do domu późno w nocy. Cisza rezydencji jest niemal przytłaczająca – żadnych kroków, żadnych głosów, tylko stłumiony odgłos zamykanych drzwi. Wchodzi do swojego pokoju, zapala jedynie boczną lampę. Jej ciepłe światło ledwie rozprasza mrok, wydobywając z cieni skórzaną sofę, niski stolik i masywny fotel ustawiony naprzeciw ściany.
Podchodzi do niej bez pośpiechu. Przez chwilę stoi nieruchomo, jakby zbierał w sobie odwagę. W końcu ściąga ze ściany duży obraz – ciężka rama cicho uderza o jego dłoń. Odkłada płótno na kanapę, nie patrząc na nie, i siada w fotelu. Opada w niego zmęczony, z ramionami bezwładnie spuszczonymi w dół.
Kamera przesuwa się za jego plecy.
Na odsłoniętej ścianie wisi niewielka ramka. Pod dużym obrazem, skryty przed światem, znajduje się szkic twarzy Seyran. Jej oczy patrzą wprost przed siebie – spokojne, a jednocześnie przejmujące. Delikatne linie ołówka oddają każdy szczegół: łagodny łuk brwi, subtelne usta, spojrzenie, którego nie sposób zapomnieć.
W tle zaczyna rozbrzmiewać utwór „Derinlerde” Marka Eliyahu i Cema Adriana.
Oddaj mi moje marzenia.
Niech reszta zostanie z tobą.
Uśmiechnij się do mnie w ten sposób po raz ostatni…
Niech moje serce pozostanie przy tobie.
Ferit nie mruga. Wpatruje się w rysunek, jakby bał się, że jeśli spuści wzrok, twarz Seyran zniknie. Przypomina sobie dzień, w którym ją szkicował – ciszę i skupienie. Potem wraca do niego inne wspomnienie: ona, pochylona nad kartką, gdy rysowała jego twarz. Jak śmiała się cicho, gdy próbował zajrzeć jej przez ramię.
Twój ogień jest dla mnie wspomnieniem…
Płonę, płonę…
Pamięta ich pocałunki. Te krótkie, kradzione, ledwie muśnięcia ust, jakby bali się, że ktoś ich przyłapie. I te inne – długie, namiętne, gdy świat przestawał istnieć, a oni odnajdywali się wyłącznie w swoich ramionach. Jego oczy lśnią delikatnie, wilgotnieją, choć nie pozwala sobie na łzy.
Wstaje powoli. Podchodzi do drzwi balkonowych i je otwiera. Chłodne nocne powietrze uderza go w twarz. Ferit wychodzi na balkon i podnosi wzrok ku niebu. Księżyc w pełni zawisł wysoko, jasny i obojętny, jakby przyglądał się jego samotności.
Nikt inny nie może cię znaleźć.
Moja strata…
Gdzieś indziej, w tym samym mieście, młoda dziewczyna również nie śpi. Seyran stoi na swoim balkonie, owinięta lekkim okryciem. Otwarta noc wdziera się do jej wnętrza razem z ciszą. Tak samo jak on unosi głowę i patrzy w księżyc. Ten sam blask, to samo niebo – jakby byli bliżej siebie, niż pozwala na to rzeczywistość.
Znam twoją twarz na pamięć.
Czy tak łatwo wymazać ją z pamięci?
W moim przeznaczeniu jest węzeł…
Czy tak łatwo go rozwiązać?
Ferit zaciska dłonie na balustradzie. Seyran wstrzymuje oddech, jakby czuła, że w tej samej chwili on robi to samo. Miasto śpi, a oni oboje czuwają – połączeni wspomnieniem, bólem i uczuciem, którego nie potrafią się wyrzec.
Twój ogień jest dla mnie wspomnieniem…
Płonę, płonę…
Tej nocy Ferit i Seyran nie zmrużyli oczu. Bo choć byli daleko od siebie, ich serca pozostały dokładnie w tym samym miejscu.
***
Pomimo wszystkich starań Sinana, jeden z portali plotkarskich publikuje zdjęcia jego i Seyran oraz Ferita i Diyar, wykonane w tej samej galerii handlowej. Fotografie, zestawione obok siebie, nie pozostawiają wiele miejsca na domysły. Artykuł opatrzony jest krzykliwym nagłówkiem: „Byli kochankowie spotkali się ponownie”.
Jako pierwsza natrafia na niego Esme. Jej twarz blednie, gdy przewija kolejne linijki tekstu. Serce zaczyna bić jej szybciej. Bez słowa podaje telefon Sunie, a ta, czytając, mimowolnie zasłania usta dłonią. Obie pochylają się nad ekranem, szepcząc coś do siebie nerwowo, jakby chciały ukryć prawdę przed samymi sobą.
Seyran zauważa ich konspiracyjne zachowanie niemal natychmiast. Coś w ich spojrzeniach i napiętych ramionach sprawia, że w jej żołądku pojawia się niepokojący ucisk. Podchodzi bliżej bez pytania, wyciąga rękę i zabiera telefon z dłoni matki.
Jej wzrok zatrzymuje się na nagłówku. Potem na zdjęciach.
Zamarza.
Przez dłuższą chwilę nie jest w stanie się poruszyć ani odezwać. Świat wokół niej jakby cichnie, a wszystkie dźwięki stają się przytłumione. W końcu oddaje telefon, wzrusza ramionami z pozorną obojętnością i wymusza lekki uśmiech.
– Boże, takie rzeczy się zdarzają – mówi lekko, niemal nonszalancko. – Mieszkamy w małym miasteczku, prawda?
Nie czeka na odpowiedź. Odwraca się i wychodzi na zewnątrz, zamykając za sobą drzwi. Dopiero tam jej maska pęka.
Opiera się o ścianę, oddycha ciężko, jakby nagle zabrakło jej powietrza. Serce bije jej zbyt szybko, a dłonie lekko drżą. Zamykając oczy, widzi tylko jedno – jego twarz, spojrzenie, które zna aż za dobrze.
– Więc byłeś tam… – szepcze do siebie drżącym głosem. – Czułam to…
Po jej policzku spływa pojedyncza łza, choć szybko ją ociera, jakby nie chciała pozwolić sobie na słabość. Jednak prawda jest już jasna: to spotkanie nie było przypadkiem – i ona wiedziała o nim, zanim zobaczyła zdjęcia.
***
Sinan siedzi w samochodzie zaparkowanym przy krawężniku. Silnik jest zgaszony, ale ekran na desce rozdzielczej wciąż świeci. W programie śniadaniowym, który ogląda, jego twarz pojawia się obok zdjęcia Diyar. Prowadzący z przejęciem omawia „szokujące fotografie”, a na dole ekranu przesuwa się pasek z jednoznacznym komentarzem: „Osoby odpowiedzialne za rozpad szczęśliwego związku Ferita i Seyran”.
Sinan zaciska szczękę. Oparłszy głowę o zagłówek, przez chwilę wpatruje się w ekran, jakby liczył, że wszystko okaże się tylko złym snem. W tym samym momencie telefon znów zaczyna wibrować.
Mama.
Odrzuca połączenie. Po kilku sekundach ekran znów się rozświetla – to samo imię, to samo natarczywe drżenie telefonu. Sinan bierze głęboki oddech i zamiast odebrać, wybiera numer Osmana.
– Powiedziałem ci wyraźnie, żebyś ukrył te zdjęcia do czasu ślubu – mówi ostro, bez przywitania. – Do czasu ślubu, Osmanie.
Jego głos drży ze złości. – Mama wydzwania do mnie od rana. Widziała je już, prawda?
– Tak, panie Sinanie – odpowiada Osman z wyraźnym napięciem. – Wybacz mi. Próbowałem… naprawdę próbowałem to zatrzymać, ale ktoś nas ubiegł.
Sinan uderza dłonią w kierownicę.
– Co mówią w domu?
– Pański wujek wyszedł wcześnie – relacjonuje Osman. – Zdjęcia widziała tylko pana mama. Od rana krzyczy i powtarza jedno: „Dlaczego wrócił do Stambułu i nic mi nie powiedział?”.
Zawiesza głos, po czym dodaje ostrożnie:
– Panie Sinanie… może powinien pan wysłać jej chociaż wiadomość?
Sinan zamyka oczy.
– Dobrze, Osmanie. Rozłączam się – mówi chłodno. – Resztą zajmę się sam.
Kończy rozmowę i przez chwilę siedzi bez ruchu. Telefon znów wibruje, ale tym razem nie patrzy na ekran. Wysiada z samochodu gwałtownym ruchem, trzaskając drzwiami. Jego twarz jest napięta, spojrzenie twarde, jakby podjął właśnie trudną decyzję.
Rusza szybkim krokiem w kierunku salonu fryzjerskiego.
Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Yalı Çapkını. Inspiracją do jego stworzenia był film Yalı Çapkını 74.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.














