„Złoty chłopak” Odc. 249 – streszczenie
Abidin i Suna stoją przy stoliku udekorowanym kwiatami. W powietrzu unosi się zapach róż i jaśminu, a światła girland odbijają się w szklanej tafli blatu. Najpierw Suna, z drżącym uśmiechem, składa swój podpis. Zaraz po niej Abidin pochyla się nad dokumentem, jakby ten moment ważył więcej niż wszystko, co do tej pory przeżył. Gdy odkłada długopis, splata ich dłonie – mocno, pewnie.
Świadkami są Ferit i Seyran. Oboje stoją obok siebie, formalnie, niemal obco. Ferit podpisuje dokument bez słowa, z twarzą napiętą, skupioną. Seyran robi to chwilę później, czując na sobie jego obecność bardziej niż powinna. Ich spojrzenia spotykają się tylko na ułamek sekundy – wystarczająco długo, by zabolało.
Muzyka znów przyspiesza, goście klaszczą, ktoś woła toast. Zabawa trwa dalej, śmiech miesza się z dźwiękiem kieliszków. Ferit jednak nie zostaje do końca. Bez pożegnań, bez wyjaśnień, znika z sali.
Seyran zauważa to dopiero po chwili. Jej wzrok mimowolnie wraca do miejsca, przy którym siedział. Puste krzesło. Pusta szklanka. Pustka, która nagle rozlewa się w jej piersi, jakby ktoś wyjął z niej powietrze.
Myli krok w tańcu z Sinanem.
– Przepraszam… – szepcze, odsuwając się nagle. – Muszę na chwilę wyjść.
Nie czeka na odpowiedź. Idzie szybkim krokiem w stronę łazienki. Zamykając za sobą drzwi, opiera dłonie o umywalkę. Odkręca kran. Zimna woda spływa po jej palcach, potem po szyi. Oddycha płytko. Serce bije tak głośno, że zagłusza muzykę dobiegającą zza ściany.
Dotyka klatki piersiowej, jakby chciała je uspokoić.
Wtedy drzwi cicho się otwierają. Do środka wchodzi Suna. Jej twarz natychmiast poważnieje.
– Seyran… wszystko w porządku? – pyta cicho, podchodząc bliżej. – Co się stało? Dlaczego trzymasz się za serce?
Seyran powoli się odwraca. W jej oczach widać chaos i strach.
– Bo bije tak szybko… – odpowiada drżącym głosem. – Powiedz mi… dlaczego moje serce bije tak szybko, kiedy widzę Ferita, chociaż powinien być w nim tylko Sinan?
Suna na chwilę milknie. Potem przyciąga siostrę do siebie i obejmuje ją mocno.
– Och, Seyran… – szepcze. – Co ja mam ci teraz powiedzieć? Zbierz się w sobie. Jeśli ja to zauważyłam i przyszłam tutaj, to znaczy, że każdy mógł się zorientować. Zwłaszcza Sinan. A to nie jest dla niego łatwe… ani miłe.
Seyran zamyka oczy.
– Dziś rano on też doprowadził mnie do szału – przyznaje.
– Bo jest zazdrosny – mówi spokojnie Suna. – I jak widać… nie bez powodu.
Odsuwa się lekko i ujmuje twarz Seyran w dłonie.
– Chodź. Wróćmy, zanim inni zaczną się niepokoić.
Seyran bierze głęboki oddech, jeszcze raz obmywa dłonie i prostuje się. Wychodzą razem z łazienki, wracając do światła, muzyki i uśmiechów – choć żadna z nich nie ma już wątpliwości, że pod tą radością kryje się coś znacznie trudniejszego do uciszenia.
***
Po opuszczeniu sali weselnej Ferit nie wraca do domu. Zamiast tego skręca w nocne miasto i zatrzymuje się pod klubem, w którym pulsujące światło i głośna muzyka obiecują jedno: zapomnienie. Plan był prosty — jeden drink, żeby stłumić napięcie, uciszyć myśli. Tylko jeden.
Ale pierwszy kieliszek szybko ustępuje miejsca kolejnemu. I następnym. Barman nawet nie odkłada butelki — napełnia szklankę automatycznie, bez pytań. Ferit opiera się o bar, dłońmi zaciska szkło, wzrok ma coraz bardziej nieobecny. Tłum wokół niego wiruje, śmieje się, tańczy — a on coraz bardziej odpływa.
W pewnym momencie muzyka cichnie w jego głowie. Zamiast niej pojawia się Seyran. Widzi ją wyraźnie — jej sukienkę, sposób, w jaki unosi ręce, gdy się śmieje. Wyciąga do niej dłoń. Tańczy z nią. Obraca ją, przyciąga do siebie. Jest przekonany, że nie jest sam.
W rzeczywistości kołysze się bezładnie pośrodku parkietu, wpadając na obcych ludzi, ledwo utrzymując równowagę. Jego ciało tańczy, ale umysł dawno przestał nadążać.
— Wystarczy — słyszy czyjś głos.
Chwilę później czuje silne dłonie na ramionach. Ochrona wyprowadza go z klubu, niemal ciągnąc po schodach. Drzwi zamykają się za nim z głuchym trzaskiem, a nocne powietrze uderza go w twarz.
Ferit rusza przed siebie chwiejnym krokiem. Chodnik faluje pod stopami, światła uliczne rozmazują się w żółte smugi. Po kilku metrach nogi odmawiają posłuszeństwa. Potyka się i upada ciężko na stos czarnych worków leżących obok kontenera na śmieci. Leży bez ruchu, z jedną ręką bezwładnie opadającą na asfalt, drugą przyciśniętą do piersi, jakby próbował uspokoić serce.
Właśnie w takim stanie znajduje go Diyar.
Zatrzymuje się gwałtownie, widząc go tam — brudnego, pijanego, bezbronnego. Przez chwilę tylko patrzy, a potem bez słowa pochyla się nad nim. Delikatnie potrząsa jego ramieniem.
— Ferit… — mówi cicho.
Nie czeka na odpowiedź. Pomaga mu wstać, obejmuje, podtrzymuje jego ciężar i prowadzi do samochodu. Tej nocy to ona zabiera go do swojego domu — zanim Ferit zdąży wyrządzić sobie coś więcej niż tylko złamane serce.
***
Abidin i Suna zostają w hotelu na noc poślubną. Apartament tonie w ciepłym, przytłumionym świetle. Kiedy Abidin znika w łazience, by wziąć prysznic, Suna przez chwilę stoi nieruchomo, wsłuchując się w szum wody. Serce zaczyna bić jej szybciej.
Cicho otwiera drzwi pokoju i wymyka się na korytarz. Zbiega po schodach do hallu, gdzie jej wzrok natychmiast pada na mężczyznę stojącego pod ścianą, jakby czekał właśnie na nią. W jednej chwili podchodzi do niego gwałtownie i zaciska palce na jego ramieniu.
Mężczyzna jest wysoki i szczupły, na oko pięćdziesięcioletni. Ma zapadnięte policzki, kilkudniowy zarost i zmęczone, czujne oczy, które nieustannie lustrują otoczenie. Ubrany jest niedbale — w spraną koszulkę i ciemne spodnie — zupełnie niepasujące do eleganckiego wnętrza hotelu i weselnej atmosfery. Na jego twarzy błąka się krzywy, zbyt pewny siebie uśmiech.
— Co ty tutaj robisz?! — syczy Suna, ledwo panując nad głosem.
— Spokojnie — odpowiada cicho, pochylając się ku niej. — Przyszedłem świętować.
— Jakie świętowanie, Sevki? — jej oczy błyszczą ze złości i strachu.
— A czy to nie ty powiedziałaś, żebym poczekał do twojego ślubu? — unosi brew. — Że wtedy dostanę wszystkie pieniądze?
— Powiedziałam… — Przełyka ślinę. — Ale czy teraz jest na to czas? Dlaczego nie możesz być choć trochę cierpliwy?
Sevki prostuje się i jego twarz nagle twardnieje.
— Kazałaś mi czekać do ślubu, więc czekałem. Teraz posłuchaj mnie uważnie. — Podnosi palec wskazujący, zatrzymując go tuż przed jej twarzą. — Jutro masz mi dać pieniądze. Albo Abidin pozna całą prawdę.
— Sevki, proszę… — głos Suny łamie się na moment.
— Dobrej nocy — rzuca chłodno i odchodzi, zostawiając ją samą w hotelowym hallu.
Suna stoi nieruchomo, czując, jak kolana odmawiają jej posłuszeństwa, a w piersi narasta duszny lęk. Jaka tajemnica łączy ją z Sevkim? Jakiej prawdy boi się najbardziej? I co stanie się z jej świeżo zawartym małżeństwem, jeśli Abidin dowie się wszystkiego?
„Złoty chłopak” Odc. 250 – streszczenie
Wstaje nowy dzień. Dom powoli budzi się do życia, zalany miękkim, porannym światłem. Seyran schodzi na dół w jasnej, niebieskiej piżamie, jeszcze z lekko potarganymi włosami. Zatrzymuje się na moment na schodach — w salonie, obok mamy, siedzi jej ciocia Hatice.
Na twarzy Seyran pojawia się cień zaskoczenia, a zaraz potem ciepły uśmiech. Podchodzi szybkim krokiem, pochyla się i mocno przytula ciocię, jakby chciała nadrobić nieobecność ostatnich dni. Siada obok niej na kanapie, podciąga nogi pod siebie. W dłoni trzyma telefon — co chwilę zerka na wygaszony ekran, jakby spodziewała się, że za moment coś się na nim pojawi.
Hatice przygląda jej się uważnie, z ledwo dostrzegalnym uśmiechem.
— Czekasz na wiadomość od Sinana? — pyta łagodnie. — Opowiedz mi o nim. Jaki jest?
Seyran opiera łokcie na kolanach i splata palce. Przez chwilę milczy, szukając słów. Jej spojrzenie błądzi gdzieś daleko, jakby mówiła nie do końca do cioci, a bardziej do samej siebie.
— Jest dla mnie jak oddech — mówi w końcu cicho. — Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby nie on. Chyba… chyba bym utonęła.
Hatice wzdycha ciężko i kręci głową.
— Masz szczęście, że uciekłaś od naszego wariata. Inaczej do teraz stałabyś pod drzwiami i czekała, aż łaskawie wróci do domu.
— Jak to? — Seyran odwraca głowę i patrzy na nią uważnie, zaniepokojona.
— Nie wrócił na noc — odpowiada Hatice bez ogródek. — Wszyscy czekaliśmy do rana. On jest szalony, ale ludzie w tym domu są jeszcze bardziej szaleni. Czasem naprawdę jest mi go szkoda. Z jednej strony Ifakat, z drugiej Orhan… ciągną go w przeciwne strony, aż w końcu nie wie, kim właściwie ma być.
Seyran marszczy brwi, wyraźnie poruszona.
— Jaki problem znowu ma Ifakat, na litość boską?
— Jutro w firmie ma być ważna prezentacja — wyjaśnia Hatice. — Ferit miał coś zaprojektować, ale z tego, co słyszałam, nawet się za to nie zabrał. Ifakat oszalała. Cały czas mówi tylko o nowych szkicach, straszy bankructwem, jakby Korhanowie mogli zbankrutować przez jeden dzień opóźnienia.
Seyran spuszcza wzrok, a jej palce mocniej ściskają telefon.
— Nigdy nie wiadomo, ciociu… — mruczy.
— Nie mów bzdur — ucina Hatice. — Jeśli nie chce rysować, to niech nie rysuje. Nic na to nie poradzimy. Taki los.
Seyran nagle prostuje się i wstaje z kanapy, jakby jakaś myśl uderzyła ją z całą siłą.
— Muszę iść — mówi zdecydowanie. — Muszę się z nim spotkać. Z Sinanem, oczywiście — dodaje szybko, niemal odruchowo.
Hatice unosi brwi.
— Dziewczyno, dokąd ty się tak spieszysz? Nie zdążyłam cię jeszcze wypytać o jego rodzinę.
— Mam nadzieję, że mają się dobrze — odpowiada Seyran z lekkim uśmiechem, już w drodze na schody. — Teraz przepraszam, ciociu. Uciekam, bo naprawdę się spieszę.
Szybkim krokiem znika na piętrze, a w salonie zapada cisza. Hatice odwraca się do Esme, która od dłuższej chwili przysłuchiwała się rozmowie.
— Czy Seyran nie poznała jeszcze jego rodziny? — pyta półgłosem.
Esme kręci głową przecząco, a w jej spojrzeniu pojawia się cień niepokoju.
***
Ferit budzi się, jakby ktoś wbił mu w skronie rozżarzone igły. Krzywi się, zaciska powieki, a gdy w końcu je otwiera, przez chwilę nie rozumie, gdzie jest. Obce ściany, jasne zasłony, zapach świeżego powietrza i czegoś słodko-kwaśnego unoszącego się w powietrzu.
— Szlag… — mruczy, unosząc się na łokciu.
Wtedy do niego dociera. To nie jego pokój. To dom Diyar.
Z westchnieniem sięga po spodnie rzucone niedbale na krzesło i wciąga je na siebie razem z wymiętą koszulą. Każdy ruch sprawia ból. Schodzi po schodach powoli, trzymając się poręczy, jakby bał się, że zaraz runie.
W kuchni Diyar stoi przy stole. Poranne światło pada na jej twarz, ale jej spojrzenie jest chłodne, zamknięte. Bez słowa podaje mu szklankę soku o intensywnie czerwonym, arbuzowym kolorze.
Ferit bierze łyk. Natychmiast się krzywi.
— Co to jest? — pyta ochryple, aż go wzdryga.
— Zaczynasz wracać do świata żywych — odpowiada sucho. — Usiądź.
Odsuwa krzesło przy stole zastawionym śniadaniem: chleb, sery, oliwki, warzywa. Wszystko dopracowane, idealne — jakby przygotowane dla kogoś, kto na to nie zasługuje.
Ferit siada i próbuje się uśmiechnąć.
— Moja piękna… tyle pyszności… — rzuca lekko, jakby to był zwyczajny poranek.
— Smacznego — mówi Diyar mechanicznie. Nie patrzy na niego ani przez sekundę.
Ferit przełyka kęs i czuje, że atmosfera jest gęsta jak powietrze przed burzą.
— Naprawdę… dziękuję za wczoraj — mówi ciszej. — Właściwie nie pamiętam, jak tu trafiłem. Urwał mi się film.
— Nie możesz pamiętać — odpowiada, skupiona na smarowaniu chleba masłem. — Byłeś zbyt pijany.
W końcu podnosi na niego wzrok.
— Kiedy cię znalazłam, leżałeś na workach ze śmieciami obok klubu. Ledwo oddychałeś.
Ferit zamiera.
— Więc… to byłaś ty?
— Wiem, że wolałbyś, żeby to była Seyran — mówi ostro. — Ale tak. To byłam ja.
— O co ci chodzi? — marszczy brwi.
— O to, że upiłeś się przez nią. I oboje dobrze o tym wiemy.
— Oczywiście, że nie! — odpowiada zbyt szybko, sięgając po ogórek.
Diyar odkłada nóż z głośnym stuknięciem.
— Masz mnie za idiotkę? — wbija w niego gniewne spojrzenie. — Zignorowałeś mnie zeszłej nocy. Jakbym była nikim. Dlaczego? Bo zobaczyłeś swoją byłą żonę po półтора roku.
— Diyar…
— Nie piłeś alkoholu od półтора roku! — jej głos się łamie, ale nie przestaje. — Ani kropli. Przysięgałeś. I dałeś radę. A potem jedna noc… jedna chwila… i wszystko zniszczyłeś. A teraz nawet nie jest ci wstyd!
— To była jedna noc — mówi defensywnie. — Jeden błąd. Nie zamierzam znowu pić. Wyluzuj trochę.
— Wyluzować?! — śmieje się krótko, gorzko. — Powiedziałam ci jasno: alkohol to moja granica. Przez alkohol straciłam rodziców. Oni zginęli przez alkohol, Ferit!
Jej głos się załamuje. Łzy spływają po policzkach.
Ferit wstaje natychmiast i chwyta jej dłoń.
— Przepraszam… — mówi cicho. — To się więcej nie powtórzy. Obiecuję.
— Wiesz, dlaczego wcześniej się nie powtórzyło? — patrzy na niego przez łzy. — Bo nie było próby. A kiedy próba przyszła… ty ją oblałeś.
— Tak, schrzaniłem — przyznaje. — Ale to się nie powtórzy.
Diyar cofa rękę.
— Nie wierzę ci. Jeśli wystarczyło jedno spojrzenie na Seyran, żebyś się zniszczył… to nie masz szacunku ani do mnie, ani do siebie. Pomyliłam się. Teraz wyjdź z mojego domu.
Ferit prostuje się.
— Mówisz poważnie?
— Wynoś się.
Zatrzymuje się przy drzwiach.
— To była moja próba. A twoja? Zostawisz mnie?
— Tak — odpowiada bez wahania. — Jestem tylko człowiekiem. Taka jest ludzka natura. Żegnaj.
Drzwi zamykają się za nim z głuchym trzaskiem.
Diyar osuwa się na krzesło. Zakrywa twarz dłońmi i ciężko oddycha.
— Nie mogę cię tak stracić… — szepcze przez łzy. — Tak bardzo cię kocham…
***
Seyran, z każdą kolejną nieodebraną próbą połączenia coraz bardziej niespokojna, w końcu podejmuje decyzję. Wsiada do samochodu i jedzie pod dom Sinana. Serce bije jej szybciej, gdy staje przed wejściem.
Drzwi otwierają się, a ona po raz pierwszy staje twarzą w twarz z jego rodziną. Matka Sinana, Ayla, mierzy ją uważnym, chłodnym spojrzeniem. Obok stoi jego siostra, zaskoczona i wyraźnie skrępowana, oraz wujek, który przygląda się całej sytuacji z milczącą rezerwą.
Sinan bierze Seyran za rękę. Jego gest jest stanowczy, niemal demonstracyjny.
— Chcę wam kogoś przedstawić — mówi spokojnie. — To Seyran. Kobieta, którą kocham. I z którą zamierzam się ożenić.
W powietrzu zapada ciężka cisza. Ayla uśmiecha się — uprzejmie, niemal nienagannie — ale w jej oczach nie ma ani krzty radości. To uśmiech kobiety, która właśnie dostała cios, lecz nie zamierza go okazywać przy świadkach. Gdyby była z synem na osobności, z pewnością rozpętałaby burzę.
***
Kilka chwil później Seyran i Sinan siedzą obok siebie na tylnej kanapie samochodu. Wnętrze auta wydaje się zbyt ciasne, jakby powietrze nagle zgęstniało. Miasto przesuwa się za szybą, ale żadne z nich na nie nie patrzy.
— Dlaczego nie powiedziałeś wcześniej rodzinie, że się żenisz? — pyta Seyran cicho, ale z wyrzutem.
Sinan odwraca głowę w jej stronę.
— A dlaczego miałbym mówić? — odpowiada. — Na wszystko jest czas i miejsce. Widziałaś moją mamę. O mało nie dostała zawału.
— Czyli to aż tak straszna wiadomość? — w jej głosie pojawia się ironia. — Tak straszna, że mogłaby ją zaprowadzić do grobu?
— Nie powiedziałem, że straszna… — wzdycha. — Po prostu… trudna.
— Więc dlaczego milczałeś? — naciska. — Jeśli nie chcesz tego ślubu, powiedz to wprost.
Sinan patrzy na nią uważnie.
— A może to ty nie chcesz? — rzuca nagle.
— Co to ma znaczyć?
— Przyjeżdżamy do Stambułu. Ty nagle mówisz o małżeństwie. Potem idziemy na ślub… — urywa na moment. — Widzisz tam Ferita. I przytulasz się do mnie mocniej, jakbyś chciała się czegoś złapać. A kiedy ja robię krok w tył, pojawiasz się pod moimi drzwiami, jakby nic się nie stało. Jakbyś była kimś innym.
— Wiesz, dlaczego tak zrobiłam? — pyta, z trudem panując nad emocjami. — Bo cię kocham. A może dlatego, że to wszystko nie ma nic wspólnego z Feritem? Czy ja cię przytłaczam?
— Możesz mnie nawet udusić swoją miłością — odpowiada szorstko. — Ale tylko wtedy, gdy jest prawdziwa. Powiedziałem ci, że nie chcę być portem, do którego uciekasz przed burzą. Powiedz mi teraz szczerze… — nachyla się bliżej. — Czy naprawdę nic nie poczułaś, gdy go zobaczyłaś? Ani odrobiny ekscytacji?
Seyran bez słowa ujmuje jego dłoń. Jej palce są chłodne, ale uścisk pewny.
— Nie, Sinanie — mówi cicho, patrząc mu prosto w oczy. — Moje serce nie zabiło tak, jak sobie wyobrażasz. Nie poczułam tego, o co mnie podejrzewasz. Proszę, uwierz mi. Nic się nie stało. Zostawmy to… dobrze?
Sinan kiwa głową. Powoli.
— Dobrze. Zamknijmy ten temat.
Jednak jego spojrzenie pozostaje napięte, jakby wciąż ważył jej słowa. Samochód jedzie dalej, a między nimi zapada cisza — ciężka i niepokojąca, pełna niewypowiedzianych wątpliwości.
***
Ayla przemierza przestronny salon nerwowym krokiem. Wysokie okna wpuszczają do środka ostre, popołudniowe światło, które odbija się w tafli marmurowego stolika. Ciężkie zasłony poruszają się lekko od przeciągu, a w powietrzu czuć napięcie, które niemal dźwięczy między ścianami.
Mumtaz stoi wyprostowany obok złotej kanapy, splatając ręce za plecami. Na sofie siedzi Hazal, z nogą założoną na nogę, przyglądając się matce z mieszaniną niepokoju i ciekawości.
— Nie rozwiążę tego problemu rozmową z Sinanem — mówi Ayla przez zaciśnięte zęby. Jej perłowy naszyjnik drży przy każdym gwałtownym ruchu. — On mnie nie posłucha. Jest zaślepiony.
— Co więc zrobisz, mamo? — pyta Hazal, unosząc brwi. — Zamkniesz go w domu? Zabronisz mu wychodzić?
— Nie. — Ayla zatrzymuje się nagle i unosi palec, jakby wygłaszała wyrok. — Odkryję największą słabość tej dziewczyny. Każdy ją ma. A kiedy ją znajdę… wykorzystam ją. Nie pozwolę, by jakaś małomiasteczkowa piękność ukradła Sinana Kartarci.
Odwraca się w stronę okna, patrząc na błękit basenu za szybą.
— Nie jesteśmy jak Korhanowie — dodaje chłodno. — My jesteśmy rodziną szlachecką. Obywatelami Stambułu od siedmiu pokoleń. Nasze nazwisko coś znaczy.
— Dobrze, Ayla, uspokój się — wtrąca Mumtaz pojednawczo. — Może trochę przesadzasz. Choć przyznam, że ta dziewczyna rzeczywiście… — krzywi się lekko — pachniała jak kebab. Czego ona się najadła na śniadanie?
Ayla posyła mu lodowate spojrzenie, które natychmiast ucina dalsze komentarze.
Siada powoli na przeciwległej kanapie. Jej twarz twardnieje, ale w oczach pojawia się cień lęku.
— Potrzebuję twojej pomocy, Hazal — mówi ciszej, niemal błagalnie. — Jeśli nic nie zrobimy, naprawdę stracisz brata. A wiem, jak bardzo go kochasz.
Hazal prostuje się.
— Co mam zrobić?
— Będziesz jego największym wsparciem. — Ayla mówi spokojniej, jakby układała precyzyjny plan. — Będziesz mówić o Seyran ciepło. Uśmiechać się do niej. Zbliżysz się do niej. Zdobędziesz jej zaufanie. Zostaniesz jej przyjaciółką.
Hazal milczy przez chwilę, przetwarzając słowa matki.
Ayla przenosi wzrok na brata.
— Mumtaz, chcę wiedzieć o niej wszystko. O jej rodzinie. O przeszłości. O każdym błędzie i każdym sekrecie. Znajdziesz ich słabości. Wszystkie.
Mumtaz kiwa głową z powagą.
— Nie martw się. Zajmę się tym.
W salonie zapada cisza. Jedynie zegar tyka miarowo, jakby odliczał czas do nieuniknionej konfrontacji.
***
Betul wchodzi do mieszkania z rozmachem. Drzwi jeszcze nie zdążą się za nią zamknąć, a ona już stawia na podłodze kilka wypchanych po brzegi toreb. Metki wystają spomiędzy materiałów, a delikatny zapach nowości miesza się z wonią detergentów. Jej matka, w domowych ubraniach, z wilgotną jeszcze od sprzątania dłonią, odwraca się gwałtownie znad kanapy.
— Brawo — rzuca z jadem w głosie, mierząc torby pogardliwym spojrzeniem. — Znowu wydałaś wszystkie pieniądze z karty!
Betul wzrusza ramionami, próbując zachować spokój.
— Mamo, przesadzasz. To tylko podróbki.
Kobieta parska śmiechem, w którym nie ma ani krzty rozbawienia.
— Oczywiście. Podróbki… — Jej głos nagle twardnieje. — Przepraszam, że nie dałam ci życia jak z bajki. Ale ile razy mam jeszcze sprzątać cudze domy, co? Od dwóch lat słyszę to samo: „Złapię bogatego męża, mamo”. I co? Nic! Mam dość szorowania cudzych podłóg!
Podchodzi bliżej, coraz bardziej roztrzęsiona.
— Wysil się wreszcie! — syczy. — Wyciągnij od niego pieniądze, skoro już z nim jesteś!
Nagle chwyta poduszkę z kanapy i zaczyna okładać nią Betul. Uderzenia nie są mocne, ale pełne gniewu i frustracji. Betul cofa się odruchowo, osłania brzuch rękami.
— Przestań! — krzyczy, a jej głos łamie się w pół. — Dziecko…
Twarz Betul blednie w jednej chwili. Zgina się lekko wpół, czując ostry skurcz. Z trudem odrywa się od matki i chwiejnym krokiem idzie do łazienki. Drzwi zamykają się z trzaskiem.
Po chwili wychodzi. Jest blada jak ściana, a dłonie drżą jej niekontrolowanie.
— Mamo… — mówi cicho, niemal szeptem. — Ja… ja krwawię…
Strach natychmiast zastępuje wściekłość. Betul drżącymi palcami sięga po telefon. Wybiera numer Orhana. Łzy spływają jej po policzkach.
— Orhan… — głos więźnie jej w gardle. — Ja i mama jedziemy do szpitala… Proszę, przyjedź natychmiast. Coś jest nie tak…
Opiera się o ścianę, kurczowo trzymając się brzucha, jakby w ten sposób mogła ochronić dziecko. W mieszkaniu zapada ciężka, duszna cisza, przerywana jedynie jej przyspieszonym oddechem.
Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Yalı Çapkını. Inspiracją do jego stworzenia był film Yalı Çapkını 75.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.














