Złoty chłopak odc. 251 i 252: Abidin jest Korhanem! Seyran zostaje żoną Sinana!

Abidin odwraca głowę, patrząc na Seyran.

„Złoty chłopak” Odc. 251 – streszczenie

Seyran i Sinan jadą samochodem. Gdy mijają restaurację, którą dziewczyna w przeszłości często odwiedzała z Feritem, Seyran prosi narzeczonego, by się zatrzymali. Sinan zgadza się.

Kiedy wychodzą z lokalu, niespodziewanie natykają się na Ferita. Wystarczy kilka spojrzeń i krótkich zdań, by stało się jasne, że to było jedno z ulubionych miejsc byłych małżonków. Napięcie natychmiast gęstnieje. Sinan nie mówi nic — odwraca się i odchodzi w stronę wybrzeża, żeby ochłonąć.

Seyran rusza za nim, wyraźnie poruszona.

— Powiedziałaś, że nigdy wcześniej tu nie byłaś — mówi Sinan z pretensją, zatrzymując się dopiero przy samej wodzie. — A okazuje się, że jesteś stałym klientem. Z jakiegoś powodu dziś robią twoją ulubioną pizzę. A o tym wszystkim dowiaduję się… od Ferita. — Jego głos twardnieje. — Ciągle mnie okłamujesz.

— Skłamałam, żeby właśnie nie doszło do takiej sytuacji — odpowiada Seyran cicho. — Bałam się tej reakcji.

— I co? — pyta ostro. — Teraz jest lepiej?

— Nie. — Przyznaje bez wahania. — Wiem, że popełniłam błąd.

Sinan kręci głową z niedowierzaniem.

— Zawsze kłamstwa, Seyran. Czy ty rozumiesz, że zmieniasz mnie w inną osobę? — mówi coraz bardziej emocjonalnie. — W kogoś, kto bez przerwy próbuje sam siebie przekonać, że wszystko jest w porządku. Takim mnie uczyniłaś.

Robi krok w bok, jakby brakowało mu powietrza.

— Ty jesteś w innym świecie. Nawet nie zdajesz sobie sprawy, co robisz mnie… co robisz nam.

Odwraca się w stronę drogi.

— Chodźmy stąd. Ta rozmowa nie skończy się dobrze.

***

Ferit staje przed drzwiami domu Diyar. Chwilę waha się, po czym przykłada ucho do chłodnego drewna i puka — cicho, jakby bał się, że jednym głośniejszym dźwiękiem wszystko zniszczy. Po drugiej stronie słyszy ostrożne kroki. Serce mu przyspiesza. Wie, że tam jest. Wie, że słyszy.

— Przyniosłem ci pizzę — mówi w końcu, nisko, niemal szeptem. — Pomyślałem, że możesz być głodna. Ja też jestem… ale nie potrafię jeść bez ciebie. Pomyślałem, że może zjemy razem.

Zapada cisza. Ferit opiera czoło o drzwi, jakby chciał przez nie przeniknąć.

— Kiedy pojechałem po pizzę… widziałem Seyran. Była z Sinanem.

Milknie. Nasłuchuje. Delikatne szuranie po drugiej stronie zdradza, że ktoś osuwa się pod drzwiami. Ferit robi to samo — siada na schodku, plecami do drewna, dzieląc z Diyar tę samą cienką granicę.

— Rozmawialiśmy chwilę. Życzyłem jej miłego dnia i… znalazłem się tutaj — ciągnie. — Wczoraj powiedziałem ci, że to, co się stało, było jednorazowym błędem. Tym razem nie uciekłem w alkohol. Przyjechałem do ciebie, bo tu jest moje oparcie. Nawet jeśli zamkniesz przede mną drzwi, i tak będę do nich pukał. Proszę… nie karz mnie ciszą. Nie poradzę sobie bez ciebie. Kiedy cię nie ma, boję się, że się zgubię. Nie umiem znaleźć drogi.

Głos mu się łamie, ale nie przestaje mówić.

— W tej chwili mogę tylko przeprosić — dodaje po chwili. — I złożyć obietnicę. Wielką. Nigdy więcej. Przyniosłem ci twoją ulubioną pizzę. Tak bardzo cię kocham, Diyar.

Po drugiej stronie drzwi pada ledwie słyszalny szept:

— Ja też cię kocham.

Ferit tego nie słyszy. Wstaje powoli, jeszcze przez moment stoi, jakby liczył na cud. Potem odchodzi. Na wycieraczce zostawia pudełko z pizzą, a na nim karteczkę z odręcznym napisem: „Wiedziałem, że mnie zjesz.”

Kiedy Diyar otwiera drzwi, przed wejściem nie ma już nikogo. Jest tylko pizza. I ciepło, które po nim zostało. Łzy spływają jej po policzkach, ale w kącikach ust pojawia się delikatny, nieśmiały uśmiech.

***

Betul wychodzi z gabinetu lekarskiego powoli, jakby wciąż próbowała oswoić to, co właśnie usłyszała. Orhan trzyma ją za rękę mocno, niemal ochronnie. Krok za nimi stawia jej matka.

— Słyszałaś, co powiedział lekarz — odzywa się Orhan spokojnym, ale stanowczym tonem. — Musisz uważać na to, co jesz, i unikać stresu. To najważniejsze, dobrze?

— Dobrze — potwierdza Betul cicho, spuszczając wzrok.

— Łatwo powiedzieć — wtrąca się jej matka. — Na sąsiedniej posesji psy szczekają przez całą noc, a w dzień trwa nieustanny remont. Jak moja córka ma się w takich warunkach zrelaksować? Jak ma nie być zestresowana?

Orhan zatrzymuje się i patrzy na nią z wyraźnym zaskoczeniem.

— Naprawdę jest aż tak źle?

— To nic, kochanie — wtrąca szybko Betul, ściskając jego dłoń. — Poradzę sobie. Naprawdę.

Orhan kręci głową.

— Nie. Nie możesz tak żyć, Betul. Pojedziesz ze mną do rezydencji. — Po chwili dodaje, kierując spojrzenie na jej matkę: — Oczywiście, jeśli pani Nurten wyrazi na to zgodę.

— Ja absolutnie tego nie pochwalam — odpowiada Nurten twardo. — Panie Orhanie… czy moja córka jest pana kochanką?

Betul wstrzymuje oddech. Orhan prostuje się.

— Proszę uważać na słowa, pani Nurten. Ja i Betul pobierzemy się.

— Pobierzecie się? — kobieta unosi brwi. — Najpierw niech pan wyprowadzi swoją byłą żonę z rezydencji, a dopiero potem myśli o ślubie z moją córką.

— Mamo… — Betul próbuje ją powstrzymać. — Pani Gülgün jest mamą pana Ferita…

— Czy Ferit jest małym dzieckiem, że potrzebuje ciągłej opieki matki? — przerywa ostro Nurten. — Nie. To ty i twoje dziecko potrzebujecie teraz bezpieczeństwa.

Orhan bierze głęboki oddech.

— Betul — mówi łagodniej. — Obiecuję, że zrobię wszystko, żebyś czuła się komfortowo. A żeby pani Nurten też była spokojna, do dnia naszego ślubu będziemy mieszkać w oddzielnych pokojach. — Spogląda na kobietę. — Czy to wystarczy?

— Panie Orhanie — odpowiada po chwili Nurten — nie mogę zostawić córki w miejscu, którego nie znam.

— W takim razie zróbmy inaczej — proponuje. — Proszę dziś wieczorem przyjść do rezydencji na kolację. Zobaczy pani, w jakich warunkach Betul będzie mieszkać. Przy okazji ustalimy datę ślubu i pozna pani resztę rodziny.

Nurten zgadza się w końcu, choć bez cienia entuzjazmu. W jej spojrzeniu czai się coś jeszcze — oczekiwanie. Jakby liczyła na więcej. Może na to, że i dla niej znajdzie się miejsce w rezydencji.

***

Suna oddaje szantażyście pamiątkowy naszyjnik — prezent ślubny od ciotki, jedną z najcenniejszych rzeczy, jakie posiada. Świadkiem tej sceny jest Kazim. Widząc wymianę, wpada w szał i rusza w stronę nieznajomego, gotów go pobić. Suna w porę go powstrzymuje i szybko wyjaśnia, że mężczyzna, z którym się spotkała, jest jubilerem i ma jedynie zająć się konserwacją biżuterii. Jej słowa studzą gniew Kazima, choć nie całkiem rozwiewają jego niepokój.

Później Suna zwraca się do Seyran z prośbą o dużą pożyczkę. Tłumaczy, że ona i Abidin wpadli w długi z powodu kosztów związanych ze ślubem. Seyran zgadza się bez wahania, nie zadając żadnych pytań ani nie domagając się wyjaśnień. Nawet przez myśl jej nie przechodzi, że jej siostra mogła znaleźć się w naprawdę poważnych kłopotach.

***

Podczas kolacji Nurten osiąga swój cel. Orhan, ulegając jej sugestiom i naciskom, proponuje jej również osobny pokój w rezydencji.

„Złoty chłopak” Odc. 252 – streszczenie

Kazim dowiaduje się od Hatice, że naszyjnik, który podarowała Sunie, niedawno przeszedł konserwację i jest w nienagannym stanie. Ta informacja uderza w niego jak policzek. W jednej chwili zdaje sobie sprawę, że córka go oszukała. W jego oczach pojawia się gniew, a w piersi narasta wściekłość, której nie potrafi powstrzymać.

***

Akcja przeskakuje do następnego dnia.

W przedpokoju panuje poranny półmrok, rozjaśniony jedynie miękkim światłem wpadającym z salonu. Abidin siedzi na wąskiej ławeczce przy ścianie, pochylony, skupiony na wiązaniu sznurówek. Jego ruchy są szybkie, nerwowe, jakby spieszył się nie tylko fizycznie, ale i myślami.

Cicho, niemal bezszelestnie, podchodzi do niego Seyran. Zatrzymuje się na moment, jakby zbierała w sobie odwagę, po czym siada obok. Przez chwilę milczy, splata dłonie na kolanach, wpatrując się w podłogę.

— Poproszę cię o coś — odzywa się w końcu szeptem. Jej głos drży, ale brzmi zdecydowanie. — Ale to musi zostać między nami. Obiecaj mi, proszę.

Abidin unosi na nią wzrok, nie przerywając wiązania buta. Przez ułamek sekundy waha się, po czym skinieniem głowy potwierdza:

— Dobrze. Obiecuję.

Seyran sięga po teczkę, którą trzymała przy sobie, i podaje mu ją ostrożnie, jakby przekazywała coś bardzo kruchego.

— Mógłbyś dostarczyć to Feritowi?

Abidin prostuje się i bierze teczkę do ręki. Marszczy brwi.

— Co to jest, Seyran?

— Szkice — odpowiada cicho. — Dzisiaj Ferit ma prezentację. Narysowałam je dla niego. Gdyby nie był w tak trudnej sytuacji… nie zrobiłabym tego.

Zapada krótka cisza. Abidin zerka na teczkę, potem z powrotem na Seyran. Widać, że walczy ze sobą — lojalność ściera się w nim z rozsądkiem.

— Ja też nie powinienem tego robić — mówi w końcu powoli. — Naprawdę nie powinienem.

Seyran spuszcza wzrok, jakby była gotowa na odmowę. Wtedy Abidin dodaje, już ciszej:

— Ale… zrobię to. Dla Ferita.

Otwiera teczkę na moment, zerkając na szkice. W jego spojrzeniu pojawia się szczere uznanie.

— Naprawdę pięknie to narysowałaś.

Seyran oddycha z ulgą. Na jej twarzy pojawia się ledwie dostrzegalny uśmiech.

— Dziękuję, Abidinie.

On tylko kiwa głową, zamyka teczkę i wstaje, jakby ciężar tej prośby był teraz kolejnym zobowiązaniem, które musi unieść.

***

W rezydencji od samego rana panuje nerwowe poruszenie. Korytarze wypełniają się pospiesznymi krokami, przyciszonymi rozmowami i napięciem, które wyraźnie czuć w powietrzu. Korhanowie są spięci, rozdrażnieni, pełni obaw przed dzisiejszą prezentacją — od jej wyniku zależy znacznie więcej, niż chcieliby przyznać na głos.

Ifakat stoi z boku, zrezygnowana. Jakby już dawno pogodziła się z porażką.

— Może powinniśmy odwołać to spotkanie — rzuca w końcu chłodno. — Po co się kompromitować?

Hatice natychmiast reaguje, próbując tchnąć w nią choć odrobinę nadziei.

— Ifakat, nie przekreślaj wszystkiego tak od razu — mówi stanowczo. — Ferit był wczoraj w pracowni. Dopóki jest życie, dopóty jest i nadzieja.

Ifakat uśmiecha się blado, bez cienia wiary.

— Ta nadzieja umarła już dawno — odpowiada cicho, ale z goryczą.

— Dobrze, nie traćmy więcej czasu — ucina Orhan. Spogląda na Ifakat, po czym oboje wychodzą, zostawiając za sobą ciężką ciszę.

Kamera przesuwa się w stronę jadalni. Przy stole siedzą Betul i jej matka, Nurten. Atmosfera tutaj wydaje się spokojniejsza, niemal oderwana od reszty domu.

— Dlaczego oni aż tak to przeżywają? — dziwi się Nurten. — Przecież mieszkają w ogromnej rezydencji. Nawet jeśli firma zbankrutuje… czy naprawdę czegokolwiek im zabraknie?

Serpil, pochylona nad telefonem, parska krótkim, szyderczym śmiechem.

— Z czego się śmiejesz? — pyta Betul, zaniepokojona.

Serpil podnosi wzrok. Na jej ustach błąka się kpiący uśmieszek.

— Nie mówiłam wam? — rzuca niedbale. — Ta rezydencja nie należy do Korhanów.

— Jak to… nie należy do nich? — Nurten marszczy brwi. — To do kogo?

— Do Seyran — odpowiada Serpil bez wahania. — Korhanowie są tu tylko najemcami.

Zapada cisza. Betul i jej matka zastygają, jakby ktoś nagle odebrał im grunt spod nóg. Szok miesza się z niedowierzaniem. Przez chwilę nie są w stanie wydobyć z siebie słowa. Myślały, że wchodzą do świata bogaczy i potęgi — tymczasem brutalna prawda spada na nie z siłą gromu, burząc wszystkie wyobrażenia o rodzinie, do której miały właśnie należeć.

***

Suna pojawia się w parku zdyszana, jakby biegła, choć każdy jej krok jest teraz ciężki jak ołów. W dłoni ściska czek opiewający na dwa miliony lir — cienki kawałek papieru, który waży więcej niż cały jej świat. Rozgląda się nerwowo, po czym podchodzi do Sevkiego, czekającego w cieniu drzew.

Bez słowa podaje mu dokument. Sevki bierze czek powoli, z wyraźną satysfakcją. Przez dłuższą chwilę wpatruje się w kwotę, jakby chciał się nią nacieszyć, po czym kiwa głową. Z kieszeni wyciąga pamiątkowy naszyjnik i wręcza go Sunie.

— Dobrze — mówi chłodno. — To wystarczy za moje milczenie… na razie.

Suna momentalnie marszczy brwi. W jej spojrzeniu pojawia się niepokój.

— Co znaczy „na razie”? — pyta ostro, choć głos lekko jej drży. — Nie ma żadnego „na razie”, Sevki. Dostałeś pieniądze. Jesteśmy rozliczeni.

Mężczyzna uśmiecha się krzywo, niemal pobłażliwie.

— Co też pani mówi, pani Suno… — odpowiada spokojnie. — Będziemy się jeszcze widywać. I to częściej, niż by pani chciała. Zażądam więcej, jeśli zależy pani na tym, by Abidin nie dowiedział się, że jest jednym z Korhanów. — Pochyla się lekko w jej stronę. — Sprawię, że będzie pani cierpieć jeszcze bardziej.

Twarz Suny momentalnie blednie. Powietrze zdaje się uciekać z jej płuc. Otwiera usta, ale nie jest w stanie wydobyć z siebie ani jednego słowa. Palce drżą jej tak bardzo, że ledwo utrzymuje naszyjnik w dłoni.

— Do zobaczenia — rzuca Sevki i odchodzi bez oglądania się za siebie.

Suna osuwa się na ławkę, chwytając się oparcia, jakby tylko ono trzymało ją jeszcze przy rzeczywistości. Oddycha płytko, a jej wzrok błądzi gdzieś w pustce.

Kamera przesuwa się ku pobliskim zaroślom. W cieniu krzewów ukrywa się Kazim. Widział wszystko. Słyszał każde słowo. Jego twarz zastygła w szoku.

— O Boże… — szepcze do siebie, przysiadając bezwiednie. — Abidin… jest Korhanem…

Z wrażenia aż przeciera twarz dłonią, jakby chciał się upewnić, że to nie sen.

— Co za wiadomość… — dodaje cicho, a w jego spojrzeniu zapala się niebezpieczny błysk. Kazim nie byłby sobą, gdyby nie spróbował obrócić tej informacji na własną korzyść.

***

Ferit jest kompletnie załamany. Ślady nieprzespanej nocy widać na jego twarzy, w ciężkim spojrzeniu i zgarbionej sylwetce. Mimo godzin spędzonych nad kartkami papieru nie powstał ani jeden szkic, który mógłby uznać za wart pokazania. W jego głowie kłębią się myśli: zawiódł rodzinę, pogrążył Korhanów, odebrał im ostatnią szansę. Jest przekonany, że to koniec — że po tej porażce już nigdy się nie podniosą.

W tej ciszy, przesiąkniętej bezradnością, drzwi pracowni otwierają się cicho. Do środka wchodzi Diyar, trzymając w dłoniach teczkę. Na moment zatrzymuje się w progu, widząc Ferita pochylonego nad stołem, jakby przygniecionego ciężarem własnych myśli.

— Abidin dał mi to przy drzwiach — mówi spokojnie, podając mu teczkę. — Kazał ci przekazać.

Ferit bez słowa bierze ją do rąk. Otwiera i zaczyna przewracać kolejne kartki. Z każdą następną jego skupienie rośnie, a niedowierzanie stopniowo ustępuje miejsca cichej fascynacji. Linie są pewne, proporcje idealne, detale przemyślane — dokładnie takie, jakich sam nie potrafił tej nocy stworzyć. Jego oddech przyspiesza, a w oczach pojawia się wilgoć. Wie doskonale, kto jest autorem tych szkiców.

— Są piękne — odzywa się Diyar cicho, równie poruszona. Ona także nie ma wątpliwości, czyja ręka je stworzyła.

Zatrzymuje się przy wyjściu z pracowni. Odwraca się jeszcze raz do Ferita i mówi łagodnie, niemal szeptem:

— Widzisz? Nawet kiedy mnie nie ma, wszystko jest w porządku. Nie masz czego się bać. Masz swojego anioła stróża.

Zostawia go samego — z teczką w dłoniach, drżącym sercem i pierwszym od wielu godzin uczuciem, że nie wszystko zostało stracone.

***

Samochód zatrzymuje się przed budynkiem ze złotym napisem „Salon weselny”. Sinan i Seyran wysiadają razem. Wokół kręcą się elegancko ubrani ludzie, ktoś poprawia welon panny młodej, a w powietrzu czuć napięcie i podekscytowanie.

Seyran patrzy na budynek z wyraźnym zdezorientowaniem.

— Co my tutaj robimy? — pyta, marszcząc brwi.

Sinan podchodzi bliżej. W jego oczach nie ma wahania, tylko determinacja.

— Seyran… nie chcę czekać ani minuty dłużej. Wyjdź za mnie. Weźmy ślub. Teraz.

Dziewczyna cofa się o krok i rozgląda nerwowo wokół, jakby szukała wyjścia z tej sytuacji.

— Ale jak? Jak udało ci się to wszystko zorganizować w tak krótkim czasie?

Na jego twarzy pojawia się cień uśmiechu.

— Mam swoje znajomości — odpowiada cicho. — Ale to nie one są ważne. Ważne jest to, że nie wyobrażam sobie już życia bez ciebie.

Ujmuje jej dłonie. Trzyma je mocno, jakby bał się, że jeśli puści, straci ją na zawsze.

— Podróżowaliśmy razem. Śmialiśmy się. Płakaliśmy. Byłem przy tobie, gdy było najgorzej. Chcę być przy tobie zawsze. Każdego dnia. Czy jesteś gotowa spędzić ze mną całe życie?

Seyran czuje, jak serce zaczyna bić szybciej. Przez ułamek sekundy widzi inną twarz. Inne miejsce. Inne obietnice sprzed trzech lat. Słowa, które wtedy brzmiały niemal identycznie. Łza spływa jej po policzku.

Ale potem wraca pamięcią do czasu spędzonego w szpitalu. Do ciszy przerywanej dźwiękiem aparatury. Do dłoni Sinana, która ani na moment nie puściła jej ręki. Do jego cierpliwości i obecności, gdy świat walił się im obojgu na głowę.

Unosi wzrok. Tym razem jest w nim mniej strachu, więcej decyzji.

— Jeżeli będziesz mnie trzymał za rękę… nie będę się bać — szepcze.

Sinan przyciąga ją do siebie. Przez chwilę stoją tak pośrodku placu, jakby wokół nie było nikogo.

Wchodzą do środka.

Sala ślubów jest niemal pusta. Rzędy czerwonych foteli świecą pustką, jakby ceremonia miała odbyć się tylko dla nich. Na podwyższeniu stoi biały stół, za którym zasiada urzędnik w odświętnej todze. Świadkowie zajmują miejsca. Wszystko jest gotowe.

Padają formalne pytania. Głosy brzmią poważnie, niemal uroczyście.

— Czy pan…
— Czy pani…

Ich odpowiedzi są ciche, ale pewne.

Podpisy złożone. Kartki przewrócone. Kilka minut — i wszystko się zmienia.

Sinan obejmuje Seyran i delikatnie całuje ją w czoło. Ona zamyka oczy.

W jednej chwili staje się czyjąś żoną. I choć jej serce nadal niesie w sobie ślady przeszłości, wybiera teraźniejszość.

***

Inwestorzy z uwagą oglądają rozłożone na stole szkice. W sali konferencyjnej zapada cisza — taka, w której każdy detal nabiera znaczenia. Widać uznanie, ale i nieufność. Kilka spojrzeń wymienia się ponad papierami.

— Projekty są znakomite — odzywa się w końcu inwestorka. — Śmiałe, dojrzałe, bardzo charakterystyczne.

Ferit prostuje się na krześle. Wie, że to moment, którego nie da się obejść półprawdą.

— Nie wyszły spod mojej ręki — mówi spokojnie, bez zawahania. — Ich autorką jest moja była żona. Seyran.

W sali przechodzi ledwie słyszalny szmer. Inwestorka odkłada teczkę, splata dłonie i przez chwilę przygląda się Feritowi uważnie, jakby sprawdzała jego szczerość.

— W takim razie sprawa jest jasna — oznajmia stanowczo. — Podpiszemy umowę, ale tylko pod jednym warunkiem. Pani Seyran musi być oficjalnie zaangażowana w ten projekt.

Nie czekając na odpowiedź, wstaje od stołu. Jej partner biznesowy robi to samo. Oboje opuszczają salę, zostawiając Korhanów w ciężkiej, niekomfortowej ciszy.

— Co teraz zrobimy? — odzywa się Orhan, przecierając nerwowo skroń. — Seyran nawet nie zechce na nas spojrzeć. Doskonale wiesz, jak to się skończyło.

Ifakat powoli odwraca głowę w stronę Ferita. W jej spojrzeniu nie ma wahania — jest zimna determinacja.

— Jeśli naprawdę zależy ci na dziedzictwie twojego dziadka, musisz ją przekonać — mówi twardo.

Ferit kręci głową.

— Nie mogę wykorzystać Seyran do ratowania firmy — odpowiada cicho, ale stanowczo. — To byłoby nie fair.

Ifakat unosi brew.

— A może po prostu boisz się być blisko niej? — rzuca bezlitośnie.

— Czego niby miałbym się bać, ciociu? — Ferit parska krótkim, wymuszonym śmiechem. — Wszystko się skończyło. To przeszłość. Nic już do niej nie czuję.

— Skoro tak — Ifakat pochyla się lekko w jego stronę — to udowodnij to. Potraktuj to jak czystą propozycję biznesową. Jak rozmowę ze starym znajomym. Co w tym złego?

Ferit nie odpowiada od razu. Opiera się ciężko o oparcie fotela, odwraca wzrok i wypuszcza powietrze powolnym, ciężkim westchnieniem. Wie, że to, co właśnie usłyszał, jest logiczne. I właśnie dlatego boli najbardziej.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Yalı Çapkını. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Yalı Çapkını 75.Bölüm i Yalı Çapkını 76.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

Podobne wpisy