„Złoty chłopak” Odc. 259 – streszczenie
Po niespodziewanym spotkaniu w hotelowym korytarzu napięcie między nimi wszystkimi sięga zenitu.
Seyran wraca do pokoju wstrząśnięta, a chwilę później wybucha jej gwałtowna kłótnia z Sinanem. Drzwi zamykają się z trzaskiem, a podniesione głosy odbijają się echem od ścian.
W sąsiednim pokoju Ferit stoi naprzeciwko Diyar. W jego dłoni wciąż spoczywa otwarte pudełeczko z pierścionkiem. Decyzja, która jeszcze chwilę temu wydawała się impulsem, teraz nabiera ciężaru.
Nagle klęka.
Jeszcze niedawno Diyar w takiej chwili rzuciłaby mu się na szyję, krzycząc „tak” bez chwili wahania. Teraz jednak jej twarz pozostaje nieruchoma. Odwraca wzrok, jakby nie była w stanie patrzeć ani na pierścionek, ani na jego oczy.
— Sinan miał rację — mówi cicho, z trudem powstrzymując drżenie głosu. — Oboje żyjemy z duchami waszych byłych partnerów.
Podnosi na niego spojrzenie.
— Chcesz się ze mną ożenić, żeby je przegonić? Żeby coś sobie udowodnić? Dlaczego nagle zapragnąłeś ślubu, skoro jeszcze niedawno nawet o nim nie myślałeś?
Ferit bierze głęboki oddech.
— Tak, boję się ślubów. Nie chciałem tego. Moje pierwsze małżeństwo było porażką. — jego głos łagodnieje — Ale ty… ty jesteś najlepszym, co mnie spotkało. Wierzę w nas. Ty i ja możemy być szczęśliwi. Znajdziemy spokój, Diyar. Proszę, powiedz „tak”.
Diyar potrząsa głową.
— Widzę, jak wciąż patrzysz na Seyran. Co z tym zrobimy?
Łzy napływają jej do oczu. Odwraca się, by ich nie zobaczył.
Ferit wstaje i podchodzi bliżej. Obejmuje ją w talii, przyciągając do siebie.
— Nie patrzę na nią w szczególny sposób. Byłem zaskoczony, to wszystko. Teraz liczy się tylko to, żebyś powiedziała „tak”.
Nie puszczając jej, delikatnie wsuwa pierścionek na jej palec.
— Obiecuję, że zrobię wszystko, by cię nie zranić. Daj mi jeszcze jedną szansę.
Diyar odwraca się powoli. W jej oczach wciąż widać wahanie.
— Pod jednym warunkiem — mówi cicho. — Nigdy więcej nie zobaczysz się z Seyran.
Ferit zamiera.
— To będzie trudne. Pracuje z nami…
— Nie zobaczysz jej więcej — przerywa stanowczo. — Nawet przypadkiem. Nie miniesz jej na ulicy. Nie zrobisz ani jednego kroku w jej stronę. Decyzja należy do ciebie.
Zapada cisza.
Ferit przyciąga ją do siebie mocniej.
— Dobrze. Nie spotkam się z nią więcej.
Diyar cofa się o pół kroku i patrzy mu prosto w oczy.
— To bardzo poważna obietnica. Po niej nie będzie już odwrotu. Zapytam raz jeszcze: czy na pewno nigdy więcej się z nią nie zobaczysz?
Ferit uśmiecha się lekko.
— Obiecuję.
Przytula ją ponownie. Kamera zatrzymuje się na jego twarzy — uśmiech jest delikatny, ale w oczach widać cień wątpliwości, którego nie da się ukryć.
Diyar wtula się w jego ramię. Nie widzi tego.
Na jej twarzy po raz pierwszy od wielu dni pojawia się spokój — kruchy, bo zbudowany na słowach, które mogą okazać się niezwykle trudne do dotrzymania.
***
Abidin wraca do domu późnym wieczorem. W dłoniach trzyma bukiet świeżych róż — jasnych, starannie dobranych, takich, jakie najbardziej lubi Suna. Na jego twarzy gości spokojny uśmiech; chciał zrobić jej niespodziankę.
Gdy tylko przekracza próg, zatrzymuje się nagle.
Z salonu dobiega ściszona, napięta rozmowa. Rozpoznaje głos żony. Instynktownie cofa się w cień przedpokoju.
— Ciociu… jak mogłaś oddać Abidina do sierocińca? — pyta Suna cicho, ale w jej głosie słychać drżenie.
Serce Abidina zamiera.
— Więc to był Abidin? — odpowiada Hatice. — Nie wiedziałam, że to bratanek Halisa.
Kwiaty wysuwają się z rąk Abidina i bezgłośnie rozsypują po chłodnych płytkach. Czerwone płatki rozsypują się jak krople krwi. On sam stoi nieruchomo, jakby ktoś odebrał mu zdolność poruszania się.
W salonie nikt niczego nie słyszy.
— Co stało się z jego rodzicami? — dopytuje Kazim.
— Latif przyszedł do mnie z dzieckiem na rękach — mówi Hatice. — Powiedział, że jego rodzice nie żyją. Halil Aga kazał mi zawieźć dziecko do sierocińca.
— Dlaczego sam tego nie zrobił? — w głosie Kazima narasta gniew.
— Nie chciał, by cokolwiek łączyło to dziecko z Korhanami. Nie wiedziałam, że był jego bratankiem.
W przedpokoju Abidin przymyka oczy. Każde słowo wbija się w niego jak nóż.
— Nie zrobiłby tego, gdyby nie miał czegoś na sumieniu — stwierdza Suna. — Musiał być zamieszany w śmierć jego rodziców.
— Skąd ta pewność? — broni Halisa Hatice. — Może zmarli naturalnie. Może nie chciał, żeby w przyszłości chłopiec rościł sobie prawa do majątku.
— To, co zrobiłaś, jest niewybaczalne — mówi twardo Kazim. — Oddałaś niewinne dziecko do sierocińca. Kto wie, co jeszcze zrobiłaś.
— Nie wiedziałam, że to Abidin. Przysięgam, nic więcej nie wiem.
W salonie zapada cisza. Kamera powoli przesuwa się w stronę drzwi wejściowych.
Abidina już tam nie ma.
Na podłodze leży tylko bukiet róż — porzucony, rozsypany, samotny. Tak jak on kiedyś.
***
Abidin siedzi na skraju łóżka, pochylony, z łokciami opartymi na kolanach. Jego dłonie drżą. Oczy ma zaczerwienione, jakby od godzin powstrzymywał łzy, które w końcu i tak znalazły ujście. Oddycha ciężko, nierówno — jak człowiek, któremu właśnie zawalił się świat.
Drzwi do sypialni otwierają się cicho.
Do środka wchodzi Suna, jeszcze nieświadoma burzy, która już przeszła przez to pomieszczenie.
— Kochanie, kiedy wróciłeś? — pyta pogodnie. — Siedzieliśmy na dole z moją ciocią. Powinieneś był do nas dołączyć…
Urywa.
Dopiero teraz widzi jego twarz.
Zastyga.
— Abidin…?
On podnosi wzrok. W jego spojrzeniu nie ma ciepła — tylko ból i gniew.
— Od jak dawna wiecie? — pyta szorstko.
— O czym ty mówisz…?
Wstaje gwałtownie, aż krzesło za nim zgrzyta po podłodze.
— Jak długo mnie oszukujesz, Suna?!
— Kochanie, ja… proszę, uspokój się. Wszystko ci wyjaśnię…
— Widziałem, jak rozmawiasz z ojcem po kryjomu. Jak mnie wypytywał. Czułem, że coś się dzieje, ale nie spodziewałem się czegoś takiego!
Jego głos łamie się między wściekłością a rozpaczą.
— Chciałam ci powiedzieć — szepcze Suna. — Naprawdę chciałam. Ale się bałam.
— Czego?!
— Że coś ci się stanie! — wybucha płaczem. — Bałam się, że jeśli prawda wyjdzie na jaw, ktoś zrobi ci krzywdę. Nie słyszałeś, co powiedziała ciocia? Halis wysłał cię do sierocińca. Zamiast wziąć cię w ramiona.
Abidin cofa się o krok, jakby ktoś go uderzył.
— Więc Halis Korhan jest moim stryjem? — mówi głucho. — Człowiek, który przez lata kazał mi harować jak słudze… jest moją rodziną? Ten, który sprowadził mnie do roli psa swojego wnuka… to mój wuj?
Zrywa z siebie marynarkę i z furią rzuca ją na podłogę.
— Ja go… — nie kończy. Słowa grzęzną mu w gardle.
Suna podchodzi do niego ostrożnie, jak do rannego zwierzęcia. Obejmuje go mocno.
Opór trwa sekundę. Potem jego ciało mięknie.
Osuwają się razem na podłogę.
Abidin chowa twarz w jej kolanach, jakby nagle stał się tym małym chłopcem, którym kiedyś był.
— Co ja im zrobiłem? — pyta cicho, niemal szeptem. — Moi rodzice nie żyją. Nie porzucili mnie… — jego głos się łamie. — Gdybym chociaż wiedział… Pozbawili mnie nawet zapachu matki. Wychowałem się w przekonaniu, że byłem niechciany…
Suna głaszcze go po włosach, drżąc razem z nim.
— Nie byłeś porzucony — szepcze. — Zostałeś skrzywdzony.
Abidin zamyka oczy. Łzy spływają po jego policzkach bez oporu.
A w tej ciszy, przerywanej tylko jego nierównym oddechem, rodzi się coś nowego — nie tylko ból, ale i gniew, który już nigdy nie pozwoli mu wrócić do dawnego życia.
Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Yalı Çapkını. Inspiracją do jego stworzenia był film Yalı Çapkını 78.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.












