„Złoty chłopak” Odc. 272 – streszczenie
Drzwi do pokoju Betul otwierają się bez pukania. W półmroku pomieszczenia słychać jedynie ciche tykanie zegara i przytłumiony szum miasta za oknem. Na bordowej sofie siedzi Betul – skulona, z dłońmi splecionymi na coraz wyraźniej zaokrąglonym brzuchu. Jej oczy są zaczerwienione od płaczu, a policzki mokre od łez.
Do środka wchodzi Ifakat. Jej kroki są spokojne, pewne siebie. Bordowy garnitur idealnie dopasowany do sylwetki i chłodne spojrzenie sprawiają, że wygląda bardziej jak sędzia niż członek rodziny.
Zatrzymuje się przed dziewczyną i patrzy na nią z góry.
– Nadal płaczesz? – pyta z lekką ironią. – Nadal jesteś w szoku? Naprawdę jeszcze się nie uspokoiłaś?
Betul powoli podnosi głowę. W jej oczach nie ma już tylko bólu – pojawia się także gniew. Wstaje gwałtownie z sofy.
– Jaka z ciebie okropna kobieta! – mówi drżącym, ale stanowczym głosem.
Ifakat unosi brwi i wzrusza ramionami, jakby słowa dziewczyny nie zrobiły na niej żadnego wrażenia.
– Ja jestem okropna? – powtarza spokojnie. – Stoję jedynie po stronie swojej rodziny. A dziecko, które nosisz pod sercem, będzie dla mnie jak własny siostrzeniec. Oczywiście, że będę je kochać.
Jej spojrzenie na chwilę zatrzymuje się na brzuchu Betul.
– Czasem zastanawiam się, czy to będzie dziewczynka, czy chłopiec… I do kogo będzie podobne.
Betul zaciska dłonie tak mocno, że aż bieleją jej knykcie.
– Powiedziałaś, że uratujesz moją matkę – mówi przez łzy. – Ale w zamian mam odejść i zostawić tu własne dziecko. Jak można rozdzielić maleńkie dziecko od matki? Jak można zrobić coś tak potwornego? I ty nazywasz to staniem po stronie rodziny?
Ifakat spogląda na nią chłodno.
– Nie obchodzisz mnie ty ani twoja matka – odpowiada bez cienia wahania. – Nie interesuje mnie nikt, kto nie nosi nazwiska Korhan. Rozumiesz?
Betul robi krok w jej stronę. W jej głosie pojawia się rozpaczliwe błaganie.
– Proszę… pozwól nam odejść. Znikniemy z waszego życia. Już nigdy nas nie zobaczysz. Nie będziesz musiała nawet opiekować się dzieckiem. Proszę…
Ifakat lekko się uśmiecha, ale w jej oczach nie ma ani odrobiny ciepła.
– Nie męcz się na próżno – mówi cicho. – Jeśli chcesz mojej pomocy, musisz dokonać wyboru. Albo twoja matka… albo twoje dziecko.
Betul wstrzymuje oddech.
– A poza tym – ciągnie Ifakat z pogardą – co to za miłość do matki? Pozwól jej zgnić w więzieniu. Jest dla ciebie tylko przeszkodą.
Słowa te uderzają Betul jak policzek. Dziewczyna patrzy na nią z niedowierzaniem.
– Mówisz tak, bo nigdy nie miałaś dzieci, prawda?
Na twarzy Ifakat pojawia się nagłe napięcie. Jej oczy zwężają się niebezpiecznie.
– Co próbujesz mi powiedzieć?
Betul patrzy na nią przenikliwie.
– Już wszystko rozumiem – mówi cicho. – Moje dziecko ma zająć miejsce dziecka, którego ty nigdy nie miałaś. Chcesz zostać jego matką. To twój plan… prawda?
Ifakat milczy przez krótką chwilę, a potem jej twarz twardnieje jak kamień.
– Żadne dziecko – mówi lodowatym tonem – nie powinno dorastać u boku morderczyni i jej córki, która ją broni.
Te słowa są dla Betul ostatnią kroplą.
Z gniewnym krzykiem podnosi rękę i próbuje uderzyć Ifakat. Jej dłoń ledwie muska policzek kobiety – Ifakat błyskawicznie chwyta ją za nadgarstek.
– Nie waż się! – syczy.
Jednym gwałtownym ruchem odpycha Betul. Dziewczyna traci równowagę i upada na sofę. Ifakat natychmiast pochyla się nad nią, przygniatając jej nadgarstki do poduszki.
– Posłuchaj mnie bardzo uważnie – mówi przez zaciśnięte zęby. – Albo podpiszesz umowę i twoje dziecko zostanie w tym domu, albo twoja matka zgnije w więzieniu.
Betul próbuje się wyrwać, ale jest zbyt słaba.
– I nigdy więcej nie próbuj mnie uderzyć – dodaje Ifakat, pochylając się jeszcze bliżej. – Jesteś na mnie za słaba. Mogłabym połamać ci nogi jednym ruchem.
Jej spojrzenie staje się jeszcze bardziej groźne.
– Pilnuj swoich słów. Następnym razem mogą cię kosztować znacznie więcej.
Ifakat puszcza jej ręce. Betul osuwa się bezradnie na sofę, oddychając ciężko.
Kobieta prostuje się, poprawia marynarkę i przez chwilę patrzy na nią z góry – jak zwycięzca na pokonanego przeciwnika.
Potem odwraca się i wychodzi z pokoju, rzucając jeszcze jedno zimne, ostrzegawcze spojrzenie.
Drzwi zamykają się cicho.
A Betul zostaje sama – z bólem, strachem… i świadomością, że właśnie wpadła w pułapkę, z której może nie być ucieczki.
***
Gulgun niemal siłą wyprowadza Ferita z rezydencji. Drzwi zamykają się za nimi, a nocne powietrze uderza chłodem. Na podjeździe panuje cisza – tylko miękkie światło ogrodowych lamp oświetla ścieżkę prowadzącą między drzewami i przyciętymi krzewami. W tle widać oświetloną rezydencję, której okna migoczą ciepłym światłem.
Kobieta zatrzymuje się przy niskim żywopłocie. Jej twarz jest napięta, a w oczach widać gniew zmieszany z niepokojem.
– Powiedz mi szybko – rzuca, chwytając syna za ramię. – Ty i Seyran byliście tam na górze. Widziałam was.
Ferit marszczy brwi, jakby nie rozumiał, o czym mówi.
– No i? – odpowiada, wzruszając ramionami. – Co w tym takiego?
Gulgun patrzy na niego z niedowierzaniem.
– Dla ciebie to normalne? – pyta ostrzej. – Chcesz mi powiedzieć, że po prostu tam staliście… twarzą w twarz, usta w usta… w chwili, kiedy Diyar siedziała na dole i czekała na ciebie?
Ferit odwraca wzrok i wzdycha.
– Nie przesadzaj, mamo. Co dokładnie widziałaś?
– Widziałam wystarczająco dużo – odpowiada twardo. – A wiesz, co jest najgorsze? Diyar była blisko. Podeszła do drzwi. Wystarczyłby jeden krok, jeden moment… i zobaczyłaby wszystko.
Ferit zamiera.
– Naprawdę? – pyta ciszej.
– Naprawdę.
Przez chwilę milczą. Wokół słychać tylko cichy szum liści i odległe odgłosy miasta.
– Potem – ciągnie Gulgun – Seyran zeszła na dół i jak gdyby nigdy nic usiadła przy stole. Jakby nic się nie wydarzyło. A ja… – zaciska dłonie – siedziałam tam i nie wiedziałam, co robić. Byłam tak spięta, że ledwo oddychałam.
Ferit przeciera dłonią twarz.
– Mamo… możesz mówić, co chcesz. W wielu rzeczach masz rację. Ale to nie wyglądało tak, jak myślisz.
– A jeśli ta sytuacja się powtórzy? – pyta ostro Gulgun. – Wtedy też powiesz mi, że to nie było to, co widziałam?
Ferit prostuje się.
– To się nie powtórzy – odpowiada stanowczo. – Nie skrzywdzę Diyar. Przecież mnie znasz.
Gulgun patrzy na niego długo, uważnie.
– Nie chodzi o to, czy cię znam – mówi w końcu spokojniej. – Chodzi o to, że kiedy emocje są silniejsze od rozsądku, człowiek potrafi zrobić najgłupszą rzecz na świecie. Naprawdę nadal się tego nie nauczyłeś?
Ferit spuszcza wzrok.
– Mamo… żenię się z Diyar, dobrze? – mówi po chwili. – Historia z Seyran jest zamknięta. Ona już dla mnie nie istnieje. To koniec.
Na ustach Gulgun pojawia się smutny uśmiech.
– Nawet te słowa, które właśnie powiedziałeś – odpowiada cicho – krzyczą tak głośno, że aż mnie bolą uszy. Widać w nich, jak bardzo jesteś na nią zły… i jak bardzo nadal ją kochasz.
Ferit podnosi głowę.
– W takim razie – dodaje Gulgun – nie będę cię namawiać do wyboru Diyar. Bo szkoda mi jej. I ciebie też mi szkoda.
– Nikogo nie powinno być ci szkoda – odpowiada Ferit z irytacją. – Każdy żyje tak, jak chce. Wszyscy są zadowoleni z tego, gdzie się znaleźli. Okej?
Gulgun patrzy mu prosto w oczy.
– Dziś przy tym stole widziałam trzy osoby, które wcale nie były zadowolone.
Te słowa trafiają w niego jak cios.
Ferit milczy przez chwilę, po czym podchodzi bliżej i obejmuje matkę za ramiona.
– Diyar nigdy mnie nie opuści, mamo – mówi cicho. – A ja też jej nie zostawię. Poślubię ją. Dobrze?
Delikatnie ściska jej dłonie.
– Nie ciągnijmy już tego tematu.
Odsuwa się i rusza w stronę ogrodu.
– Do zobaczenia.
Odwraca się plecami i odchodzi szybkim krokiem w stronę ciemniejszej części podjazdu. W półmroku jego twarz nagle się zmienia – maska pewności znika.
Ferit unosi dłoń do twarzy i przesuwa nią po oczach, ocierając wilgoć spod powiek.
Światła ogrodu rozmywają się przed nim, gdy znika w cieniu drzew.
***
Orhan budzi się powoli, jakby noc nie przyniosła mu prawdziwego odpoczynku. Przeciera sklejone powieki i z cichym pomrukiem porusza zesztywniałą szyją. Siedzi przez chwilę na łóżku, opierając się o miękki zagłówek. Jedwabna piżama marszczy się pod jego dłońmi, gdy przeczesuje włosy i próbuje zebrać myśli.
Wtedy jego wzrok zatrzymuje się na czymś, czego na pewno nie było tu wczoraj.
Na szafce nocnej leży plik białych kartek.
Orhan marszczy brwi. Sięga po dokument i zaczyna czytać. Jego oczy szybko przesuwają się po kolejnych linijkach – to umowa przedmałżeńska.
Na chwilę zatrzymuje oddech, gdy dociera do ostatniej strony.
Podpis.
– Nie mogę uwierzyć… – szepcze, wpatrując się w papier. – Podpisała ją.
Na jego twarzy pojawia się powolny, szeroki uśmiech. Zaskoczenie szybko ustępuje miejsca czystej satysfakcji.
– A więc jednak… – dodaje półgłosem, niemal z dumą. – Zrobiłaś to.
***
Betul stoi przed dużym lustrem w ozdobnej, ciemnej ramie. Poranne światło wpada przez zasłony i odbija się w szkle, rozjaśniając jej twarz.
Dziewczyna zakłada kolczyk i przez chwilę przygląda się swojemu odbiciu.
Wygląda zupełnie inaczej niż wczoraj.
Nie ma już śladu po zapuchniętych od płaczu oczach ani po rozmazanym makijażu. Dziś jej twarz jest świeża, spokojna, niemal promienna. Na sobie ma elegancką, czerwoną sukienkę, która podkreśla jej sylwetkę. Jej długie, ciemne włosy opadają miękko na ramiona.
Na ustach Betul pojawia się lekki, tajemniczy uśmiech.
Mam jeszcze dużo do zrobienia – myśli, odgarniając włosy i pozwalając im opaść na plecy. – Teraz zobaczysz, pani Ifakat, co to znaczy przyprzeć kogoś do muru.
Drzwi za jej plecami otwierają się.
Do pokoju wchodzi Orhan. Jest już ubrany w elegancki garnitur, a w rękach trzyma dokumenty. Na jego twarzy wciąż gości szeroki, niemal triumfalny uśmiech.
– Cóż za miła niespodzianka – mówi ciepło, podchodząc bliżej. – Naprawdę nie spodziewałem się tego po tobie.
Podnosi kartki.
– Bardzo cię kocham. Dziękuję, że to zrobiłaś.
Betul odwraca się do niego powoli, jakby dopiero teraz zauważyła jego obecność.
– Kochanie… – zaczyna miękko. – Dużo myślałam. I zrozumiałam, że masz rację.
Podchodzi bliżej i patrzy mu prosto w oczy.
– Jesteś rozdarty między mną a swoim ojcem. Nie chcę, żebyś musiał wybierać. A poza tym… pieniądze naprawdę mnie nie obchodzą.
Lekko wzrusza ramionami.
– Dlatego podpisałam tę umowę.
Na twarzy Orhana pojawia się wzruszenie.
– Bardzo cię kocham – powtarza. – Naprawdę bardzo.
Pochyla się i całuje ją czule, po czym przyciąga do siebie i mocno obejmuje.
W tym momencie w uchylonych drzwiach pojawia się ktoś jeszcze.
Ifakat.
Stoi nieruchomo w progu, w eleganckim czarnym garniturze w cienkie paski. Jej twarz jest napięta, a spojrzenie czujne i podejrzliwe.
Betul, wtulona w ramiona Orhana, dostrzega ją kątem oka.
Na jej ustach pojawia się szeroki, niemal triumfalny uśmiech.
Delikatnie unosi dłoń za plecami Orhana i porusza palcami w krótkim, drwiącym geście – jakby mówiła bez słów:
„Widzisz? Wygrałam”.
***
Chwilę później Orhan wychodzi z pokoju. Drzwi zamykają się za nim, a niemal natychmiast w ich miejsce wchodzi Ifakat. Jej kroki są szybkie i ostre.
– Co się tu dzieje? – pyta lodowatym tonem.
Betul odwraca się do niej spokojnie. Na jej twarzy nie ma już śladu udawanej niewinności – jest tylko pewność siebie.
– Co ma się dziać, Ifos? – odpowiada lekko.
Kładzie obie dłonie na swoim lekko zaokrąglonym brzuchu.
– Planujemy ślub z ojcem mojego dziecka.
Ifakat blednie.
– Jak to? – jej głos drży. – Co to znaczy? Jak ty go oszukałaś? Orhan nigdy nie zgodziłby się na ślub bez podpisanej umowy.
Betul uśmiecha się słodko. Jej spojrzenie błyszczy triumfem.
– Ależ podpisałam umowę.
Po chwili prostuje się i wygładza materiał sukienki.
– A teraz wybacz. Ja i dziecko idziemy na śniadanie.
Ponownie kładzie dłoń na brzuchu, obserwując reakcję Ifakat.
– Trochę zgłodnieliśmy.
Macha do niej lekko dłonią.
– Buziaki. Pa!
Odwraca się i wychodzi z pokoju spokojnym, pewnym krokiem.
Ifakat zostaje sama.
Stoi nieruchomo na środku pokoju, jakby nagle zabrakło jej powietrza. Jej oczy są szeroko otwarte, a twarz zastygła w szoku.
Przez chwilę wygląda tak, jakby ktoś przybił ją do podłogi niewidzialnymi gwoździami.
***
Spokojne, poranne śniadanie w rezydencji Korhanów kończy się nagle, gdy z zewnątrz dochodzą podniesione głosy. Ktoś zauważa przez okno stojących na podjeździe gości. Po chwili wszyscy wychodzą na zewnątrz.
Na jasnym dziedzińcu przed wejściem do domu, między palmami i marmurowymi kolumnami, mieszkańcy rezydencji ustawiają się w półkolu. Naprzeciw nich stoją Abidin i Suna. Atmosfera gęstnieje z każdą sekundą.
Suna milczy, blada i napięta. Abidin natomiast stoi wyprostowany, z twardym, zdecydowanym spojrzeniem.
– Ciociu Hattuc… – zaczyna chłodno, patrząc wprost na starszą kobietę. – Podjęłaś decyzję?
Wszyscy spoglądają na Hatice zaskoczeni.
Ifakat marszczy brwi i robi krok do przodu.
– Pani Hattuc, o jakiej decyzji on mówi? – pyta z wyraźnym napięciem w głosie.
Abidin odpowiada, zanim starsza kobieta zdąży otworzyć usta.
– Mówię o decyzji oddania nam rezydencji, pani Ifakat.
Na dziedzińcu zapada cisza – krótka, ogłuszająca.
A potem wybucha fala głosów.
– Co?!
– Jakiej rezydencji?!
– O czym ty mówisz?!
Każdy reaguje tak, jakby właśnie usłyszał coś absurdalnego.
Seyran patrzy z niedowierzaniem na swoją siostrę.
– Siostro? – mówi cicho, szukając w jej twarzy jakiegoś wyjaśnienia.
Suna jednak nie odpowiada. Jej wzrok pozostaje wbity w ziemię.
Ifakat natomiast eksploduje.
– Ta rezydencja należy do Seyran! – niemal krzyczy. Jej głos odbija się echem między ścianami domu. – Seyran, powiedz coś!
Wszyscy patrzą teraz na dziewczynę.
Zanim jednak Seyran zdąży odpowiedzieć, Abidin znów zabiera głos. Jego ton jest spokojny, ale w tym spokoju kryje się groźba.
– Jeśli nie chcecie, żebym wrócił tu z policją i zrobił skandal na pół miasta – mówi powoli – natychmiast opuścicie tę rezydencję.
Jego wzrok zatrzymuje się na Ifakat.
– Ifakat, spakuj swoje walizki.
Potem przenosi spojrzenie na Seyran.
– A ty zdecyduj. Zostajesz z nimi czy ze swoją rodziną?
W tej samej chwili wybucha chaos.
Głosy nakładają się na siebie. Ktoś krzyczy, ktoś inny próbuje podejść bliżej. Ferit robi krok naprzód, jakby gotów rzucić się na Abidina. Ktoś próbuje go powstrzymać.
Sytuacja jest o włos od bójki.
I wtedy nagle rozlega się jeden, ostry głos.
– Wystarczy!
Seyran wchodzi między nich.
– Przestańcie wszyscy!
Jej krzyk ucisza wszystkich. Na dziedzińcu znów zapada cisza.
Seyran oddycha ciężko i patrzy po kolei na każdego z nich.
– Czy wy wszyscy oszaleliście? – mówi z gniewem i rozpaczą. – Są tutaj kobiety w ciąży, a na górze leży chory człowiek!
Jej spojrzenie zatrzymuje się na Abidinie.
– Czy moja mama nie jest częścią twojej rodziny, Abidinie?
Potem odwraca się w stronę Ferita.
– A pan Halis? Czy on nie jest twoim dziadkiem, Fericie?
Nikt nie odpowiada.
– Opamiętajcie się wreszcie! – kończy.
Po chwili spogląda znów na Abidina.
– Abidinie, poczekaj tutaj. Porozmawiam z moją siostrą.
Mężczyzna przez moment patrzy na nią bez słowa. Jego twarz pozostaje twarda, nieprzenikniona.
– Podejmij decyzję, Seyran – mówi chłodno.
Robi krok w tył.
– Daję wam czas do jutra.
Jego głos staje się jeszcze zimniejszy.
– Do jutra opróżnijcie tę rezydencję ze swoich rzeczy.
Odwraca się na pięcie i odchodzi, zostawiając za sobą grupę ludzi stojących w ciężkiej, pełnej napięcia ciszy.
***
Seyran prowadzi Sunę w głąb ogrodu. Oddalają się od domu i podniesionych głosów, aż zatrzymują się przy basenie. Woda jest nieruchoma, a wokół panuje niemal nienaturalna cisza. Wysoki żywopłot oddziela je od reszty świata, jakby tworzył dla nich zamkniętą przestrzeń tylko na tę rozmowę.
Seyran staje naprzeciw siostry i krzyżuje ręce na piersi. W jej spojrzeniu widać gniew, ale też głębokie rozczarowanie.
– Co ty robisz, siostro? – pyta w końcu. – Naprawdę nie rozumiem, co się z tobą dzieje.
Suna milczy przez chwilę, unikając jej wzroku.
– Nie czuję się bezpiecznie nawet we własnym domu – ciągnie Seyran z goryczą. – Korhanowie otworzyli przede mną drzwi swojego domu, przyjęli mnie jak rodzinę… a ty przyszłaś tutaj, żeby ich stąd wyrzucić?
Suna nerwowo przesuwa dłonią po karku, jakby próbowała rozluźnić napięcie.
– Siostro, posłuchaj mnie. Abidin…
– Nie tłumacz się nim, na miłość boską – przerywa jej Seyran ostro. – Mogłaś go powstrzymać. Albo chociaż uprzedzić mnie, że zamierza zrobić coś takiego.
Suna w końcu podnosi wzrok.
– A gdybym to zrobiła… czy coś by się zmieniło? – pyta cicho.
Seyran patrzy na nią zdziwiona.
Suna robi krok bliżej.
– Tracę mojego męża, Seyran.
Jej głos drży. Kiedy Seyran próbuje się odwrócić, Suna łapie ją delikatnie za ramię.
– Abidin się dusi – mówi z bólem. – Patrzę, jak znika na moich oczach. Jak wszystko w nim gaśnie.
Seyran milczy.
– Co chciałaś, żebym zrobiła? – pyta Suna, a w jej oczach pojawia się rozpacz. – Żebym znowu stanęła po twojej stronie, żebyś ty się nie zdenerwowała? Przecież całe życie robiłam właśnie to.
Seyran marszczy brwi.
– O czym ty mówisz, Suna? – odpowiada z niedowierzaniem. – Co ty właściwie chcesz przez to osiągnąć? Dlaczego mnie osaczasz?
Jej głos staje się ostrzejszy.
– Co ja ci zrobiłam? Co zrobiłam Abidinowi? Powiedz mi wreszcie, jaka jest moja wina?
Suna przez chwilę milczy. Potem kręci głową.
– Nie jesteś niczemu winna, Seyran – mówi spokojniej. – Ale ja też nie jestem.
Jej oczy czerwienieją od powstrzymywanych łez.
– Ja po prostu nie chcę stracić mężczyzny, którego kocham.
Na moment zapada cisza. Słychać tylko cichy szum wody w basenie.
Suna patrzy siostrze prosto w oczy.
– A to wszystko jest teraz w twoich rękach.
Seyran nieruchomieje.
– Niech to będzie twój ostatni test – dodaje Suna cicho. – Albo oddasz rezydencję Abidinowi, albo Halis Aga trafi do więzienia.
Seyran patrzy na nią wstrząśnięta.
– Proszę – mówi Suna niemal szeptem. – Podejmij właściwą decyzję.
Po tych słowach odwraca się i odchodzi w stronę bramy.
Seyran zostaje sama przy basenie. Stoi nieruchomo, wpatrując się w spokojną taflę wody, jakby próbowała znaleźć w niej odpowiedź na pytanie, którego sama boi się wypowiedzieć.
***
Aysen wychodzi z rezydencji boczną bramą i kieruje się w stronę miasta. Powietrze jest chłodne, a nad drogą wiszą ciężkie, jesienne chmury. Dziewczyna poprawia pasek swojej torebki i już ma ruszyć dalej, gdy nagle jej wzrok zatrzymuje się na czymś między drzewami rosnącymi przy murze.
Między pniami stoi zakapturzona postać w czarnych ubraniach.
Aysen mruży oczy. Nie musi podchodzić bliżej, żeby zrozumieć, kim jest ten człowiek.
Rozpoznaje go natychmiast.
To Sinan.
W rezydencji wszyscy ostrzegają przed nim, mówią o nim szeptem, jak o kimś niebezpiecznym. A jednak Aysen nie odczuwa strachu. W jej oczach pojawia się coś zupełnie innego – chłodna kalkulacja.
Dostrzega w nim swoją szansę.
Rozgląda się uważnie, upewniając się, że nikt nie patrzy. Potem powoli, niemal bezszelestnie, skręca z drogi i podchodzi od tyłu. Sinan stoi nieruchomo, obserwując rezydencję zza drzew.
Aysen zatrzymuje się tuż za nim.
Gałązka pęka pod jej stopą.
Mężczyzna natychmiast się odwraca.
– Co się dzieje, do diabła?! – rzuca ostro, a jego oczy błyskają gniewem spod kaptura.
Aysen nawet nie drgnie. Patrzy na niego spokojnie, jakby to spotkanie było całkowicie naturalne.
– Jeśli będziesz zachowywał się w ten sposób – mówi cicho, robiąc krok bliżej – twoja ucieczka nie potrwa długo.
Sinan marszczy brwi.
– Rzucasz się w oczy jak neon – dodaje dziewczyna z lekką ironią.
Mężczyzna prostuje się i unosi ostrzegawczo palec.
– Nie waż się nikomu nic powiedzieć. – W jego głosie pobrzmiewa groźba.
Aysen wzrusza lekko ramionami.
– Gdybym zamierzała coś powiedzieć, już by cię złapali.
Między nimi zapada napięta cisza. Sinan przygląda się jej uważnie.
– Kim jesteś?
– Aysen – odpowiada spokojnie. – Pokojówka w rezydencji.
Mężczyzna prycha z niedowierzaniem.
– Dziewczyno, zwariowałaś? Jeśli nie powiedziałaś nikomu w domu, że tu jestem, to czego ode mnie chcesz? – Rozgląda się nerwowo wokół. – Co tu robisz? Przyciągasz uwagę. Odejdź stąd.
Aysen jednak ani drgnie.
– Właśnie o tym mówię – odpowiada. – Jeśli chcesz spotkać się z Seyran, nie zwracając na siebie uwagi, nie możesz tego zrobić, czając się pod domem.
Sinan mruży oczy.
– Potrzebujesz informacji ze środka – kończy dziewczyna spokojnie.
– Co chcesz przez to powiedzieć?
Aysen pochyla się lekko w jego stronę.
– Mogę być twoim informatorem.
Sinan patrzy na nią podejrzliwie.
– Będę twoimi oczami i uszami w rezydencji – wyjaśnia. – A ty będziesz mógł dotrzeć do Seyran.
Mężczyzna milczy przez chwilę, analizując jej słowa.
– Dlaczego miałabyś coś takiego zrobić? – pyta w końcu.
Na twarzy Aysen pojawia się cień uśmiechu.
– Po pierwsze… nie lubię Seyran.
Na moment zawiesza głos.
– A po drugie… – jej oczy ciemnieją – Suna zabrała mi kogoś, kogo bardzo kochałam.
Sinan patrzy na nią uważniej.
– Chcę, żeby ona też straciła ukochaną osobę – kończy cicho dziewczyna.
W oczach mężczyzny pojawia się błysk zrozumienia.
– Chwileczkę… – mówi powoli. – Ty jesteś byłą ukochaną Abidina?
Aysen nie odpowiada. Nie musi. Jej milczenie mówi wszystko.
Po chwili rozkłada ręce.
– No więc? – pyta. – Przyjmujesz moją ofertę, czy będziesz dalej stał tutaj i czekał, aż ktoś cię złapie?
Sinan nie potrzebuje dużo czasu na decyzję. Jego usta układają się w lekki, chłodny uśmiech.
– Dobrze – mówi. – Powiedz mi wszystko, co wiesz.
Aysen pochyla się lekko w jego stronę, jakby zdradzała tajemnicę.
– Na przykład wiem… – mówi spokojnie – że Seyran i Ferit właśnie pojechali do pracowni.
Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Yalı Çapkını. Inspiracją do jego stworzenia był film Yalı Çapkını 82.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.












