„Panna młoda” Odc. 11 – streszczenie
Engin wchodzi do gabinetu Cihana z teczką pod pachą. Zamyka za sobą drzwi i bez zbędnych wstępów podchodzi do biurka.
— Przyniosłem dokumenty do podpisu — mówi, wyciągając plik papierów. — A przy okazji… wczoraj wydarzyło się coś dziwnego. Brat Hancer przyszedł do firmy. Wyglądał na zdenerwowanego. Mam nadzieję, że nic złego się nie stało.
Cihan nawet nie podnosi wzroku znad monitora.
— Nie. Wręcz przeciwnie — odpowiada spokojnie. — Było tak dobrze, że skończyło się wspólnym grillem.
Engin znieruchomiał. Unosi brwi, po czym patrzy na Cihana z niedowierzaniem.
— Jak to? Byłeś u nich… na grillu?
— Powiedzmy, że przyjąłem zaproszenie — mówi Cihan chłodno. — Nie chciałem urazić jej brata.
— Cihan Develioglu, którego znam, nie robi rzeczy, na które nie ma ochoty, tylko po to, żeby kogoś nie urazić — zauważa Engin, siadając naprzeciwko.
— Nie zmieniłem się — odpowiada syn Mukadder. — Ten Cihan, którego znasz, potrafi dostosować się do sytuacji.
— To prawda — przyznaje prawnik. — I zazwyczaj wychodzi ci to na dobre. Wygląda na to, że zaczynacie funkcjonować jak… prawdziwa rodzina.
Cihan w końcu podnosi wzrok. Jego spojrzenie jest twarde.
— Enginie, ja nie szukam rodziny. Już ją mam. — Robi krótką pauzę. — Chcę tylko dziecka.
— Rozumiem. — Engin pochyla się lekko do przodu. — Ale skoro wszystko jest tak jasne… dlaczego wyglądasz na zdezorientowanego?
Cihan sięga po jedną z umów.
— Wiesz dlaczego — mówi z irytacją. — Ona zgodziła się na ślub wyłącznie dla pieniędzy. Ja z kolei wchodzę w to wyłącznie ze względu na dziecko. Nasze cele są klarowne.
Zaciska palce na kartce.
— A mimo to musiałem grać idealnego zięcia przed ludźmi, których zobaczę raz czy dwa razy w roku. To absurd. Wcześniej nie miałem takich zobowiązań.
Składa podpis, po czym nagle marszczy brwi.
— Szlag… podpisałem w złym miejscu.
— Nie szkodzi — odpowiada spokojnie Engin. — Mam kopię.
Podaje mu kolejny egzemplarz. Cihan podpisuje go we właściwym miejscu, odkłada długopis i splata dłonie.
— Złoszczę się na jej brata — mówi po chwili ciszy — ale prawda jest taka, że to wszystko jej wina. — Unosi wzrok. — Zmusiła mnie do grania w tę grę bez wiedzy mojej rodziny.
— A może miała powód? — sugeruje Engin ostrożnie. — Może była do tego zmuszona? To naprawdę niemożliwe?
— Nie, Enginie. — Głos Cihana staje się lodowaty. — Jedynym problemem tej dziewczyny są pieniądze. Zmieniła się dopiero wtedy, gdy zrozumiała, że będzie musiała zapłacić odszkodowanie.
— Wiem, że masz wyrobione zdanie — odpowiada prawnik — ale… Hancer nie sprawia wrażenia dziewczyny tego typu. Wygląda na czystą, niewinną. Taką, która raczej ucieka, niż manipuluje.
— To bez znaczenia — ucina Cihan. — Nie zamierzam tracić czasu na nieistotne osoby. Zakończ wszystkie procedury jak najszybciej.
Engin wstaje i zbiera dokumenty.
— Jak chcesz, szefie — mówi krótko i kieruje się do wyjścia.
Gdy drzwi się zamykają, Cihan zostaje w gabinecie sam… i z coraz większym chaosem w głowie.
***
Derya i Hancer przyjeżdżają do posiadłości z prezentami dla rodziny pana młodego.
„Panna młoda” Odc. 12 – streszczenie
Derya siedzi na skraju kanapy i z wyraźnym entuzjazmem pokazuje Mukadder zdjęcia z wczorajszego grilla, przesuwając palcem po ekranie telefonu.
— Przy okazji zorganizowaliśmy też takie… kameralne zaręczyny — mówi z dumą, prezentując kolejne ujęcia. — Wszystko wyszło zupełnie spontanicznie. Było naprawdę pięknie.
Na te słowa Beyza gwałtownie podnosi się z fotela.
— Co?! — pyta ostro. — Jakie zaręczyny?
— No wiesz… tak się potoczyło — odpowiada Derya beztrosko. — Zięciowi bardzo się spodobało. Od razu się do siebie zbliżyliśmy.
Uśmiecha się jeszcze szerzej.
— Na następnym grillu spodziewamy się także pani, pani Mukadder. Najlepiej, żebyście przyjechali wszyscy. Będzie bardzo wesoło! Sinem, ty też przyjedź. Twoja córka będzie się bawić z moim synem.
— Przyjedziemy pewnego dnia, jeśli Bóg pozwoli — odpowiada Sinem grzecznie, bez emocji.
— Jem w domu, przy własnym stole — mówi chłodno Mukadder. — Nie mam zwyczaju jadać poza domem.
— A teraz pokażę wam jeszcze zdjęcia z zaręczyn — ciągnie Derya, zupełnie niezrażona.
— Bratowo, wystarczy — odzywa się w końcu Hancer, dotąd milcząca. Jej głos jest cichy, ale stanowczy. — Kawa została już podana.
Derya niechętnie odkłada telefon i wraca na swoje miejsce.
Tymczasem Beyza zerka ukradkiem w stronę gabloty, w której — w centralnym miejscu — stoi jej zdjęcie ślubne z Cihanem. Jej usta drgają w cieniu satysfakcji.
— To jest najważniejsze zdjęcie — mruczy pod nosem. — I prędzej czy później je zobaczy…
Czeka. Z napięciem obserwuje Hancer.
Ta jednak uparcie trzyma wzrok spuszczony, czując się niepewnie w tym luksusowym wnętrzu. Siedzi sztywno, jakby bała się dotknąć czegokolwiek. W przeciwieństwie do Deryi, która porusza się swobodnie, jakby była już częścią rodziny Develioglu.
Złość Beyzy narasta. Skoro Hancer nie patrzy tam, gdzie powinna, Beyza wstaje, przechadza się po salonie, zatrzymuje się przy gablocie, poprawia coś demonstracyjnie i rzuca spojrzenia w jej stronę.
Mukadder zauważa jej zachowanie. Jej twarz twardnieje.
— Usiądź — mówi krótko.
Beyza posłusznie wraca na miejsce, choć jej oczy wciąż płoną.
W tym momencie do salonu wchodzi Fadime. Zatrzymuje się i spogląda prosto na Hancer.
— Pan Cihan chce się z tobą widzieć — oznajmia.
— Och! — Derya niemal klaszcze w dłonie. — Musiał usłyszeć, że Hancer tu jest i chce się z nią zobaczyć sam na sam! — Śmieje się serdecznie. — Ciągle za sobą tęsknią, gołąbki!
Wstaje i niemal siłą podnosi Hancer z kanapy.
— No wstawaj, wstawaj! — ponagla. — Twój narzeczony chce cię zobaczyć.
Zwraca się do Mukadder z uśmiechem:
— Jest taka nieśmiała…
Hancer spuszcza głowę i posłusznie wychodzi z salonu.
Beyza przewraca oczami, marszczy czoło i patrzy za nią z narastającą furią. Zazdrość pali ją od środka — o Cihana, o uwagę, o miejsce, które ktoś inny próbuje zająć.
I coraz trudniej jest jej tę zazdrość ukryć.
***
Hancer niepewnie puka, po czym uchyla drzwi do gabinetu Cihana. Wchodzi do środka ostrożnie, jakby każdy krok kosztował ją wysiłek. Zatrzymuje się naprzeciwko niego. Ich spojrzenia się spotykają — ona milczy, on od razu twardnieje.
— Co tu robisz? — pyta Cihan szorstko, bez cienia powitania.
— Bratowa przygotowała prezenty — odpowiada cicho Hancer. — Dlatego przyjechałyśmy.
— Jakie prezenty? — podnosi głos. — O czym ty w ogóle mówisz?
— Przyjechałam, bo nalegała — dodaje szybko. — Gdyby to zależało ode mnie, byłaby to ostatnia rzecz, na którą miałabym ochotę.
— Dość! — przerywa jej gwałtownie. — Mam już po dziurki w nosie tego nonsensu! — Podchodzi krok bliżej. — Wygląda na to, że zapomniałaś, że to tylko aranżowane małżeństwo. Nic więcej.
— Nie pozwalasz mi o tym zapomnieć — odpowiada Hancer spokojnie, choć w jej oczach pojawia się cień bólu. — Nie martw się.
Unosi dłoń, na której wciąż błyszczy pierścionek założony podczas grilla.
— Jestem też świadoma, że ty swój zdjąłeś. I wiedz jedno: nie noszę tego pierścionka, bo chcę.
Cihan mruży oczy.
— To dlaczego go nie zdjęłaś? — pyta ostro. — Dlaczego nadal go nosisz? — Jego głos staje się oskarżycielski. — Nie możesz tak po prostu wchodzić w moje życie. Kim ty właściwie jesteś? Co próbujesz osiągnąć? — Zaciska szczęki. — Chcesz jeszcze więcej pieniędzy, bo znalazłaś sobie bogatego męża? Jak śmiesz zbliżać się do mojej rodziny?
— Robię to dla mojego brata — odpowiada Hancer, z trudem panując nad emocjami. — On myśli, że wychodzę za mąż z miłości.
— Twój brat mnie nie interesuje — ucina Cihan. — Ani on, ani twoja bratowa. — Jego głos staje się lodowaty. — Nie chcę widzieć nikogo z twojej rodziny w moim otoczeniu. Żadnych kolacji. Żadnych prezentów. — Robi pauzę. — Nie oszukasz mojej rodziny takimi bzdurami. Jeśli to się powtórzy, wszyscy poniesiecie konsekwencje.
Wskazuje drzwi.
— A teraz zabierz swoją bratową i wynoście się stąd. I nie przychodźcie więcej, dopóki was nie zaprosimy.
Aby podkreślić swoje słowa, Cihan mocno chwyta Hancer za ramię. Jego uścisk jest twardy, bezlitosny.
Hancer ani drgnie. Nie okazuje bólu.
Z gniewem strąca jego dłoń, prostuje się i bez słowa więcej odwraca się na pięcie. Wychodzi z gabinetu, zamykając drzwi z głośnym trzaskiem.
Dźwięk odbija się echem w pomieszczeniu.
Cihan mimowolnie wzdryga się, patrząc na zamknięte drzwi — jakby dopiero teraz dotarło do niego, że przekroczył granicę.
***
Beyza prowadzi Hancer kamienistą ścieżką w głąb ogrodu. Stary dom wyłania się spomiędzy palm i krzewów — skromny, cichy, jakby zapomniany przez czas. Hancer zatrzymuje się nagle. Serce zaczyna bić jej szybciej. To nie jest zwykłe deja vu. To dokładnie to miejsce.
W jej głowie coś pęka.
Obrazy ze snu wdzierają się do rzeczywistości: zamglona noc, chłodne powietrze, ten sam ganek, te same okna. Widziała je wcześniej — wtedy, gdy biegła tu w białej sukni, prowadzona żałosnym płaczem dziecka.
— Podoba ci się? — pyta Beyza z ledwie skrywaną satysfakcją. Staje obok i uważnie obserwuje twarz Hancer. — Będziesz tu mieszkać, kiedy wyjdziesz za mąż.
Hancer nie odpowiada. Jej wzrok błądzi po fasadzie, po framugach okien, po drzwiach. Każdy detal jest boleśnie znajomy.
— Jest mały, ale uroczy — ciągnie Beyza, tonem niemal uprzejmym. — To twój nowy dom. Tu mieszkała ciocia, zanim wybudowano posiadłość. Tu mieszkała też była żona Cihana. — Robi krótką pauzę. — Teraz nadeszła twoja kolej.
Słowa spadają jak kamienie.
Hancer słyszy je jak przez wodę. Przed oczami znów ma klatkę schodową — wąską, pomalowaną na ten sam odcień niebieskiego. Widzi siebie we śnie, biegnącą w dół, z welonem plączącym się pod stopami. Słyszy płacz. Ten sam. Przenikliwy. Niespokojny.
— To niemożliwe… — szepcze, bardziej do siebie niż do Beyzy.
Świat zaczyna wirować. Kolana uginają się pod nią. Próbuje złapać równowagę, ale rzeczywistość miesza się ze snem — zapach wilgoci, chłód ścian, echo kroków, których nie ma.
Hancer chwieje się… i osuwa na podłogę.
Ostatnim obrazem, jaki widzi, jest sufit starego domu — ten sam, który widziała we śnie — zanim zapada w ciemność.
***
Wkrótce do starego domu wpada Cihan. Drzwi uderzają o ścianę, gdy wbiega do środka, a echo jego kroków niesie się po klatce schodowej. Pędzi na górę, gdzie na podłodze leży Hancer. Jej ciało jest bezwładne, włosy rozsypane na dywanie dokładnie tak, jak w jej koszmarnym śnie.
Klęka przy niej, wsuwając ramię pod jej plecy, unosi jej tułów.
— Hancer… Hancer, słyszysz mnie? — powtarza nisko, coraz ostrzej, ale jej powieki nawet nie drgają.
Jego spojrzenie gwałtownie wędruje ku Beyzie.
— Co jej zrobiłaś?! — pyta lodowatym tonem.
Beyza cofa się o krok.
— Nic! — odpowiada szybko. — Po prostu… nagle upadła.
Cihan nie wdaje się w dalsze słowa. Podnosi Hancer i ostrożnie kładzie ją na kanapie, tej samej, którą widziała w swoim śnie. Jej głowa opada bezwładnie na poduszkę.
— Dlaczego ją tu przyprowadziłaś? — rzuca do Beyzy, nie odwracając wzroku od twarzy dziewczyny.
Zanim Beyza zdąży odpowiedzieć, do domu wbiegają Derya oraz pozostali Develioglu.
— Co się stało?! — woła Derya, przerażona widokiem Hancer. — Dlaczego ona jest nieprzytomna?
— Nagle zemdlała — powtarza Beyza, ale jej głos brzmi już mniej pewnie.
Mukadder mierzy ją surowym spojrzeniem. W jej oczach widać, że nie wierzy ani w jedno słowo.
Derya pochyla się nad Hancer i potrząsa delikatnie jej ramieniem.
— Hancer, kochanie, obudź się… Proszę… — Jej głos się łamie. — Zadzwońcie po karetkę!
— Czy ona na coś choruje? — pyta Cihan. — Czy wcześniej już traciła przytomność?
— Nie — odpowiada Derya szybko. — Nigdy. Zawsze była zdrowa.
Pokojówka przynosi wodę kolońską, a Derya naciera nadgarstki Hancer. Po chwili dziewczyna cicho jęczy. Jej powieki drgają i wreszcie się otwierają. Przez ułamek sekundy patrzy nieprzytomnie w sufit, po czym jej wzrok gwałtownie błądzi po wnętrzu. Schody. Ściany. Zapach starego domu.
— Nie… — szepcze, próbując się podnieść. — Ja muszę stąd wyjść…
— Hancer, uspokój się — mówi Derya, chwytając ją za dłoń. — Jesteś bezpieczna.
— Nie mogę tu mieszkać… — Jej głos drży. — Nie w tym domu…
— O czym ty mówisz? — pyta zdezorientowana Derya.
Hancer odwraca głowę i patrzy błagalnie na Cihana.
— Proszę… nie tutaj.
— Odpocznij — odpowiada chłodno. — Kierowca odwiezie cię do domu.
Odwraca się i odchodzi, uznając sprawę za zakończoną. Hancer zbiera w sobie resztki sił i podąża za nim na zewnątrz.
— Cihanie, poczekaj — mówi zdyszanym głosem. — Beyza powiedziała mi, że mamy tu zamieszkać. Nie potrafię tego wyjaśnić, ale… mam złe przeczucie. Ten dom…
— Jeśli zostaniesz moją żoną, będziesz tu mieszkać — przerywa jej twardo, po czym spogląda na nią krótko, bez emocji. – A jeśli wolisz inaczej, możesz zostać w domu swojego brata. Rób, jak chcesz.
Odwraca się i odchodzi. Tym razem Hancer nie idzie za nim. Przechodzi przez bramę i rusza pieszo drogą.
— Hancer, zaczekaj! — woła Derya, doganiając ją po chwili. Chwyta ją za ramię. — Co się z tobą dzieje? Twoja przyszła teściowa mówi, że postradałaś zmysły!
— To ten sam dom… — szepcze Hancer.
— Jaki „ten sam”? — Derya blednie. — Przerażasz mnie.
— Dom ze snu. Schody, pokoje… nawet zapach. Śniło mi się, że tam urodziłam dziecko… i że ktoś mi je zabrał.
— Dość! — wybucha Derya. — To tylko sen! Nikt ci niczego nie odbierze. Mąż, teściowa — wszyscy będą przy tobie!
Hancer już jej nie słucha. Wyrywa rękę i przyspiesza kroku, jakby uciekała przed czymś niewidzialnym. Przed domem. Przed snem, który coraz bardziej zaczyna przypominać zapowiedź tego, co się wydarzy.
Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 4.Bölüm i Gelin 5.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.















