Panna młoda odc. 28: Poświęcenie Hancer na marne! Derya trwoni każdy grosz!

Derya z dumą pokazuje złote bransoletki.

„Panna młoda” Odc. 28 – streszczenie

Derya siedzi naprzeciwko Hancer, z założonymi rękami, napięta i zmęczona. W jej spojrzeniu miesza się chciwość z lękiem o jutro. Hancer bierze głęboki oddech, jakby podejmowała jedną z najważniejszych decyzji w życiu.

— Dam ci kartę — mówi w końcu spokojnie, choć w jej głosie słychać ciężar odpowiedzialności. — Spłać nią wszystkie długi. Każdy jeden. — Zaciska palce na kolanach. — Chcę, żeby mój brat wreszcie mógł oddychać spokojnie. Bez strachu, bez windykatorów, bez policji.

Derya unosi brew, ale milczy.

— Potem — ciągnie Hancer — otworzę mu nowy sklep. Mniejszy, bez ryzyka. I kupię mu używany samochód, żeby mógł pracować i normalnie funkcjonować.

— Oczywiście — parska Derya z ironią. — A ja przy okazji kupię sobie willę z widokiem na Bosfor… — Kręci głową. — Ty naprawdę wierzysz, że milion wystarczy? Na długi, odsetki, kary? I jeszcze samochód?

Pochyla się do przodu.

— Słuchaj, Cemil już raz otworzył sklep — mówi ostrzej. — I zadłużył nas na dwa pokolenia. Ty mówisz o nowym początku, a ja widzę tylko kolejną katastrofę.

Hancer nie odwraca wzroku.

— Nie liczyłam co do grosza — przyznaje szczerze. — Ale wierzę, że milion wystarczy. — Jej głos staje się twardszy. — Bratowo, zajmij się tym jeszcze dziś. Weź kartę i spłać wszystkie długi. Chcę, żeby to się skończyło. Raz na zawsze.

Derya milknie na chwilę, po czym prycha cicho.

— Załóżmy, że spłacimy długi — mówi wolniej. — A co potem? — Unosi ramiona. — Ty uciekłaś do wielkich Develioglu. Żyjesz w luksusie. A my? — Wskazuje na siebie. — Jak my mamy przetrwać, Hancer?

— Tak samo jak zawsze — odpowiada Hancer bez wahania. — Przetrwaliśmy do tej pory, przetrwamy i teraz. — Jej spojrzenie łagodnieje. — Otworzysz sklep, który będzie przynosił wystarczające dochody. Bez wielkich ambicji, ale też bez ryzyka.

— Daj Boże, żebyś miała rację… — mruczy Derya, wyraźnie marząc o czymś znacznie większym. — Dobrze. Przynieś kartę.

Hancer wstaje z kanapy i wychodzi do drugiego pokoju.

Ledwie znika za drzwiami, Derya natychmiast podchodzi do okna. Jednym ruchem odsuwa zasłonę i wpatruje się w rozległą rezydencję Develioglu. Jej oczy błyszczą fascynacją.

— Skoro już tu jestem… — szepcze do siebie — to i od pani Mukadder pobiorę swoją opłatę.

Unosi dłoń i potrząsa złotą bransoletką na nadgarstku. Metaliczny dźwięk rozbrzmiewa w ciszy.

***

Po opuszczeniu starego domu Derya kieruje się prosto do rezydencji. Wchodzi do salonu bez wahania i siada na kanapie, jakby była u siebie — swobodnie, bez cienia skrępowania.

— Przyszłam do Hancer — oznajmia z lekkim śmiechem. — Ale pomyślałam, że skoro już tu jestem, wpadnę też do was.

Mukadder unosi wzrok znad filiżanki.

— Sinem — zwraca się chłodno do najstarszej synowej. — Idź zobaczyć, co u Mine. Ja zajmę się naszym gościem.

Sinem nie protestuje. Wstaje z kanapy i wychodzi. Chwilę później Fadime podaje Deryi kawę. Bratowa Hancer ujmuje filiżankę w dłonie, jakby celebrowała moment.

— Pani Mukadder, nie będę kłamać — zaczyna spokojnie, ale z wyczuwalną nutą pretensji. — Daliśmy wam idealną dziewczynę. Piękną, inteligentną, zdrową, młodą. — Unosi wzrok. — A zamiast wdzięczności… zamknęłaś nam drzwi przed nosem.

— Gdyby Hancer zabrała męża do łóżka jak prawdziwa kobieta — odpowiada Mukadder lodowato — drzwi nie zostałyby zamknięte. A nasze zobowiązania byłyby już dawno uregulowane.

Derya mruży oczy.

— Hancer zabrałaby go do łóżka — mówi wolniej — gdyby Cihan tego chciał. — Zawiesza głos, po czym dodaje z pozorną troską: — Wstyd pytać, ale… czy Cihan ma jakieś wady?

Twarz Mukadder momentalnie tężeje. Jej spojrzenie wbija się w Deryę jak ostrze.

— Jak śmiesz?! — syczy. — Uważaj, co mówisz!

— A co takiego powiedziałam? — Derya rozkłada ręce. — Złościsz się o byle co. — Uśmiecha się krzywo. — Nie wspomniałam nawet, że twoja bratanica jest jednocześnie twoją byłą synową. Groziłaś mi, a ja… milczę. — Pochyla się lekko do przodu. — Wiesz dlaczego? Bo nie chcę psuć wszystkiego, gdy sprawy wreszcie zaczynają iść w dobrym kierunku. Chcę, żeby Cihan i Hancer byli szczęśliwi. — Jej głos twardnieje. — A gdybym reagowała tak nerwowo jak ty, myślisz, że bylibyśmy dziś w tym miejscu?

W tej chwili do salonu wchodzi Beyza. Bez słowa siada na końcu kanapy, tuż obok Deryi. Jej obecność nie umyka uwadze bratowej Hancer.

— Jasne jest dla mnie to, kto jest winny — ciągnie Derya, rzucając Beyzie wymowne spojrzenie.

Upija dwa łyki kawy.

— Pani Mukadder — mówi już spokojniej — podarowałam ci synową bez wad. Piękną, mądrą, godną. Ideał. — Unosi filiżankę. — Trudno dziś o taką dziewczynę. Mam nadzieję, że wiesz, jak to docenić.

Powoli unosi dłoń i obraca na nadgarstku złotą bransoletkę.

— Ta bransoletka… — mówi niby mimochodem — jest taka samotna.

Mukadder zamyka oczy, bierze głęboki oddech. Po chwili zdejmuje z ręki identyczną bransoletkę i podaje ją Deryi.

Derya uśmiecha się szeroko. Wstaje i demonstracyjnie macha ręką z dwiema złotymi bransoletkami tuż przed twarzą Beyzy.

— Spójrz tylko — mówi słodko. — Jak mi pasują.

Beyza przewraca oczami, ale milczy.

— Wypiłaś kawę i dostałaś to, po co przyszłaś — oznajmia Mukadder chłodno. — Życzę ci szerokiej drogi.

Derya odchodzi z triumfalnym uśmiechem.

— Nie rozumiem cię, ciociu! — wybucha Beyza, gdy tylko zostają same. — Jesteś Mukadder Develioglu! Jak możesz pozwalać, by taka prosta kobieta tak do ciebie mówiła?!

Mukadder odwraca się powoli.

— Sprzątam twój bałagan — odpowiada z lodowatą powagą. — A ty oczekujesz jeszcze wyjaśnień? Miej trochę wstydu. — Jej spojrzenie staje się twarde. — Ale masz rację. Tak to nie może dalej wyglądać. Musimy się jej pozbyć. Sposób jest jeden: Hancer musi zajść w ciążę, nawet metodą in vitro.

Mukadder wychodzi z salonu.

Beyza zostaje sama. Jej twarz blednie. W głowie odzywa się bolesne wspomnienie — własna aborcja, której konsekwencje nosi do dziś.

— To wszystko przez tę konowałkę — szepcze do siebie z nienawiścią. — Nie dość, że odebrała mi córkę, to jeszcze przez nią już nigdy nie zajdę w ciążę. — Jej oczy błyszczą gniewem. — Niech cierpi. Tak samo, jak ja cierpię.

***

Pukanie do drzwi starego domu rozbrzmiewa cicho, ale natarczywie. Hancer podchodzi i otwiera. Na progu stoi Beyza, oparta o framugę, z wymuszonym uśmiechem i wyraźnie oszczędzając jedną nogę.

— Mam już dość leżenia bezczynnie — mówi, wzruszając ramionami. — Pomyślałam, że wpadnę do ciebie. Zmiana otoczenia dobrze mi zrobi.

— Jak twoja noga? — pyta Hancer z troską, cofając się, by wpuścić ją do środka.

— Nie jest tak źle — odpowiada Beyza lekko. — Ale jeśli będę tak stała, może się pogorszyć.

— Oczywiście. Chodź, pomogę ci.

Hancer obejmuje ją ramieniem i powoli prowadzi do kanapy. Beyza opada na poduszki z cichym westchnieniem. Hancer przysuwa krzesło i delikatnie układa na nim kontuzjowaną nogę Beyzy.

— Czy bardzo boli? — pyta, kucając obok.

— Czasami — przyznaje Beyza. — Ale to nic poważnego. Są gorsze cierpienia niż skręcona kostka. — Zawiesza głos, po czym dodaje niby mimochodem: — Na przykład zapłodnienie in vitro. To naprawdę bolesny proces.

Hancer marszczy brwi.

— Skąd wiesz?

— Ja sama tego nie przechodziłam — odpowiada Beyza spokojnie. — Ale była żona Cihana tak. Widziałam, jak cierpiała. — Jej głos staje się miękki, niemal współczujący. — Zastrzyki, leki, hormony… Dzień po dniu. Mężczyźni tego chcą, a kobiety płacą za to własnym ciałem.

Hancer milczy, słuchając uważnie.

— Naprawdę było mi jej żal — ciągnie Beyza. — Dlatego mówię ci to teraz. Bardzo cię polubiłam i nie chcę, żebyś była ślepa na pewne rzeczy. — Robi krótką pauzę. — Jest jeszcze coś… W tej samej klinice, do której ty chodzisz na badania, leczyła się także ona.

Hancer unosi wzrok.

— A Cihan? — pyta ostrożnie. — On też się badał?

— Właśnie — Beyza przechyla głowę. — Myślę, że powinien. Jego była żona nigdy na to nie naciskała. Wzięła cały ciężar na siebie. — Jej spojrzenie ciemnieje. — Wiesz, jak to się dla niej skończyło. Wyrzucili ją z domu.

Zapada cisza.

— Nie chcę, żebyś skończyła tak samo — dodaje Beyza cicho, niemal troskliwie. — Jeśli masz znosić to całe cierpienie… — pochyla się lekko w stronę Hancer — niech przynajmniej będzie warto.

Hancer pozostaje nieruchoma. W jej oczach pojawia się niepokój — zasiane słowa zaczynają kiełkować.

***

Derya wychodzi z banku z kopertą w torebce. Przez chwilę stoi jeszcze na schodach, mrużąc oczy w słońcu — jakby rozważała, w którą stronę pójść. Wierzyciele. Telefony. Groźby. A potem… wystawy sklepów. Lśniące witryny, manekiny w nowych kolekcjach, zapach perfum unoszący się w powietrzu.

Decyzja zapada szybko.

***

Do domu wraca obładowana torbami. Jedne zsuwają się jej z ramion, inne uderzają o drzwi, gdy próbuje je otworzyć biodrem. W progu staje Cemil.

— Co to wszystko jest? — pyta zaskoczony, wodząc wzrokiem po kolorowych reklamówkach.

— To? — Derya uśmiecha się szeroko, niemal triumfalnie. — To zasługa pani Mukadder. — Zrzuca torby na kanapę. — Nie odesłała mnie z pustymi rękami. Dała pieniądze i powiedziała: „Uważam cię za matkę Hancer. Kup sobie, co tylko zechcesz.”

Kręci głową z podziwem.

— Co za wspaniała kobieta!

Sięga do jednej z toreb i wyciąga elegancką, męską koszulę. Materiał miękko opada między jej palcami.

— Popatrz — mówi, przykładając ją do piersi Cemila. — Będzie na tobie wyglądać doskonale.

Cemil uśmiecha się nieśmiało.

— To bardzo ładna koszula, Deryo. — Jego głos jest ciepły, niemal wzruszony. — Ludzie naprawdę nas szanują. — Unosi oczy ku górze. — Czym sobie zasłużyliśmy, że Bóg zesłał nam takich ludzi?

— Nasze serca są czyste, Cemilu — odpowiada gładko Derya.

Odwraca się i zaczyna przeglądać sukienki. Jedną przykłada do siebie, drugą odkłada, trzecią podnosi wyżej, oceniając krój i kolor. Jej oczy błyszczą.

Cemil przygląda się temu chwilę, po czym marszczy brwi.

— Ile zapłaciłaś za to wszystko? — pyta ostrożnie.

Derya zatrzymuje się i zerka na niego z irytacją.

— Czy naprawdę musisz o to pytać?

— Cóż… — Cemil wzrusza ramionami. — Czy nie jesteśmy biedni?

Derya prostuje się powoli. Na jej ustach pojawia się pewny, niemal dumny uśmiech.

— Już nie — odpowiada spokojnie. — Nie jesteśmy.

Wraca do przeglądania zakupów, jakby temat był definitywnie zamknięty. W kącie pokoju leżą jednak nietknięte koperty z wezwaniami do zapłaty — ciche, ale wciąż obecne przypomnienie, że ten luksus może mieć bardzo krótką datę ważności.

***

Hancer po rozmowie z Beyzą nie potrafi odzyskać spokoju. Myśli krążą w kółko, serce bije zbyt szybko, a w głowie wciąż dźwięczą zasiane przez nią słowa. Gdy wieczorem Cihan wraca do starego domu, Hancer zbiera się w sobie. Nie chce prowokować, nie chce kłótni — pragnie tylko bezpieczeństwa. Pewności.

— Cihanie… — zaczyna cicho, gdy zostają sami. — Zanim rozpoczniemy procedurę in vitro… może dobrze byłoby, żebyś ty też się przebadał.

Mężczyzna zatrzymuje się. Powoli odwraca w jej stronę. Jego spojrzenie natychmiast twardnieje.

— Co masz na myśli? — pyta chłodno.

Hancer splata dłonie, jakby próbowała w nich ukryć drżenie.

— Chcę tylko, żebyśmy mieli pewność — tłumaczy ostrożnie. — Żeby wszystko przebiegło szybko i bez komplikacji. — Unosi wzrok, napotykając jego napięte spojrzenie. — Dlatego to powiedziałam. Nie ma innego powodu.

Przez ułamek sekundy Cihan milczy. W jego głowie odzywa się wspomnienie z tego samego dnia: telefon z banku, rzeczowy głos konsultanta i pytanie o autoryzację wypłaty całej kwoty z konta, które niedawno otworzył dla Hancer. Milion. Wszystko naraz.

Jego szczęka zaciska się.

— Mogę ci udowodnić na różne sposoby, że jestem zdrowy — odpowiada szorstko, z wyraźną irytacją w głosie. — Ale jednego możesz być pewna. — Robi krok w tył. — Kolejnego miliona już nie dostaniesz.

Hancer blednie.

— To nie o pieniądze… — próbuje zaprzeczyć.

Ale on już jej nie słucha.

Odwraca się gwałtownie, sięga po płaszcz i bez oglądania się za siebie opuszcza stary dom. Drzwi trzaskają głośno, zostawiając po sobie ciężką, bolesną ciszę.

Hancer stoi nieruchomo. Czuje, jak coś w niej pęka — nie z bólu, lecz z bezradności.

***

W rezydencji Beyza stoi przy oknie. Jej wzrok śledzi sylwetkę Cihana, który zdenerwowanym krokiem opuszcza stary dom. Zna ten chód aż za dobrze. Napięte ramiona. Zaciśnięte pięści. Szybkie, nerwowe ruchy.

— Jest wściekły — mruczy do siebie z satysfakcją. — Dokładnie tak, jak planowałam.

Na jej ustach pojawia się powolny, triumfalny uśmiech.

— Ta idiotka mu powiedziała — dodaje cicho. — Jest jeszcze głupsza, niż myślałam.

Odwraca się od okna, pewna jednego: ziarno zostało zasiane. Teraz wystarczy czekać, aż nieufność i gniew zrobią resztę.

***

Po wyjściu ze starego domu Cihan nie kieruje się do rezydencji. Bez słowa wsiada do samochodu, zatrzaskuje drzwi zbyt mocno i rusza w noc. Miasto zostaje za nim — światła, ludzie, oczekiwania. Po kilkunastu minutach zatrzymuje się na cmentarzu.

Jest chłodno. Wilgoć unosi się w powietrzu, a nagrobki połyskują w bladym, niebieskawym świetle lamp. Cisza jest niemal absolutna, przerywana jedynie szelestem liści i cichym trzaskiem gałęzi. Cihan staje przed grobem ojca.

Metin Develioğlu

Imię wyryte w kamieniu wygląda tak samo jak zawsze — surowe, niezmienne, obojętne na jego wewnętrzny chaos. Cihan unosi dłonie do modlitwy. Stoi nieruchomo, z zamkniętymi oczami, a jego usta poruszają się bezgłośnie. Na twarzy nie ma gniewu ani dumy — tylko zmęczenie i cichy ból.

Po chwili opuszcza ręce. Kuca przy nagrobku i kładzie na nim dłoń, jakby dotykał ramienia ojca.

— Nie złość się na mnie — mówi cicho, a głos lekko mu drży. — Wiesz, że nie przychodzę tak często, jak powinienem. Wiesz też dlaczego. Wszystko ciągle wymyka mi się spod kontroli.

Przesuwa palcami po chłodnym kamieniu.

— Czasami zadaję sobie pytanie… — robi pauzę, jakby bał się własnych słów — czy ja w ogóle chciałem takiego życia. Czy to naprawdę była moja droga.

Podnosi wzrok. W ciemności migoczą drobne światełka zniczy z oddali.

— Gdybyś żył — kontynuuje ciszej — wszystko wyglądałoby inaczej. Mama nie byłaby taka… twarda. Może mniej samotna. — Jego głos łamie się na moment. — Moja bratowa bardzo by cię kochała. Mine byłaby szczęśliwa. Wszyscy żyliby bez strachu. Bez presji.

Zaciska dłoń na krawędzi nagrobka.

— A ja… — bierze głęboki oddech — może prowadziłbym normalne życie. Takie, które sam bym wybrał. Nie takie, do którego jestem zmuszany każdego dnia.

Zapada cisza. Długa, ciężka.

— Może spełniłbym to jedno życzenie mamy — dodaje w końcu. — Podarowałbym jej wnuka. Nie z obowiązku. Nie z przymusu. Tylko dlatego, że naprawdę bym tego chciał.

Jego dłoń powoli zsuwa się z nagrobka. Cihan prostuje się, ale nie odchodzi od razu. Jeszcze przez chwilę stoi w milczeniu, jakby czekał na odpowiedź, której nigdy nie usłyszy.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia był film Gelin 16.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

Podobne wpisy

  • Panna młoda odc. 27: Awaria prądu odsłania uczucia! Cihan i Hancer zbliżają się do siebie!

    Engin i Yasemin przyjeżdżają do starego domu, by odwiedzić Hancer, mimo sprzeciwu Mukadder, która oczekiwała gości w rezydencji. Cihan próbuje sprowadzić ich do głównego domu, lecz bezskutecznie. Hancer, pozbawiona zapasów, prosi Sinem o pomoc, czym wywołuje gniew Mukadder i Beyzy. W starym domu spotkanie przebiega w coraz swobodniejszej atmosferze, a wspomnienia z dzieciństwa Cihana i Engina zbliżają Hancer do męża. Beyza, zazdrosna o ich relację, prowokuje awarię prądu i upozorowany wypadek, jednak Yasemin szybko demaskuje jej grę. Z powodu braku prądu Cihan zostaje z Hancer w starym domu. W półmroku między małżonkami rodzi się napięcie i bliskość, którą przerywa nagły powrót światła — ale zmiany między nimi są już nieodwracalne.

  • Panna młoda odc. 2: Miliony w zamian za dziecko!

    W domu pogrążonym w półmroku Hancer budzi się z niepokojącego snu, w którym widzi siebie jako pannę młodą ratującą płaczące dziecko. Tego samego wieczoru do domu przychodzą Hatice i elegancka przedstawicielka bogatej rodziny Develioglu z propozycją małżeństwa Hancer z Cihanem – rozwiedzionym milionerem, który pilnie potrzebuje syna. Dziewczyna stanowczo odrzuca ofertę, sprzeciwiając się traktowaniu kobiety wyłącznie jako narzędzia do urodzenia dziecka. Wkrótce Derya traci pracę i pod presją długów zaczyna rozważać, jak zmusić Hancer do zmiany decyzji. Tymczasem Hancer dowiaduje się od lekarza, że u jej brata wykryto torbiel na pniu mózgu i konieczne są pilne, kosztowne badania.

  • Panna młoda odc. 17: Hancer i Cihan ustalają datę ślubu!

    Hancer i Cihan zjawiają się w urzędzie stanu cywilnego, by jak najszybciej ustalić termin ślubu, jednak urzędnik informuje ich, że formalności nie mogą zostać dopełnione z powodu przysługującego Beyzie ustawowego terminu na odwołanie od rozwodu. Hancer odkrywa, że mężczyzna zaczął szukać nowej żony niemal natychmiast po rozstaniu z Beyzą i w gniewie opuszcza urząd, odmawiając podpisu. Tymczasem Nusret dowiaduje się, że Beyza współpracowała z kobietą, która przekazała mediom plotkarskim informacje o Cihanie i Hancer. Ojciec nie tylko jej nie powstrzymuje, ale podsuwa nową, bardziej wyrafinowaną strategię. Beyza przygotowuje „prezent” dla rywalki. Następnego dnia Hancer i Cihan ponownie składają dokumenty – data ślubu zostaje ustalona. Oboje odchodzą w milczeniu, nieświadomi intrygi, która właśnie zaczyna działać.

  • Panna młoda odc. 18: Mukadder wyrzuca Beyzę z rezydencji!

    Cemil niespodziewanie zaprasza Cihana i Engina na męskie wyjście w noc henny, próbując rozładować napięcie przed ślubem. Tymczasem podczas przygotowań Hancer do ceremonii Derya odkrywa wśród prezentów zdjęcie ślubne Cihana z Beyzą. Wstrząśnięta, decyduje się nie informować Hancer i potajemnie konfrontuje Mukadder, która nagradza jej milczenie i zapowiada ukaranie winnej. Mukadder natychmiast oskarża Beyzę o prowokację i wyrzuca ją z rezydencji, a Nusret zmusza córkę do wycofania się. Następnego dnia Hancer przyjeżdża do rezydencji w innej sukni ślubnej, niż wybrała Mukadder, co wywołuje jej niezadowolenie. Cihan nie komentuje wyboru narzeczonej, a napięcie wokół nieobecnej Beyzy i ukrytego zdjęcia zapowiada kolejne konflikty.

  • Panna młoda odc. 20: Cihan zapowiada Hancer, że przyjdzie do niej w nocy!

    Beyza wraz z ojcem wraca do rezydencji Develioglu. Dowiedziawszy się, że Cihan i Hancer spędzili noc poślubną osobno, nabiera przekonania, że Hancer nie jest dla niego prawdziwą żoną, a jedynie narzędziem do spełnienia rodzinnych planów. W rozmowie Mukadder i Nusret uzgadniają powrót Beyzy do rezydencji pod warunkiem jej podporządkowania i przeprosin. Beyza formalnie przeprasza ciotkę, odzyskuje miejsce w domu i zaczyna realizować własną strategię. Tymczasem Hancer, samotna w starym domu, zmaga się z lękiem i poczuciem osaczenia. Beyza składa jej pozornie życzliwą wizytę, manipulując informacjami o rozwodzie Cihana i jego rzekomej miłości do byłej żony. Gdy po Hancer przyjeżdża kierowca, kobieta po raz pierwszy odmawia podporządkowania się Cihanowi. W klinice in vitro Cihan dowiaduje się o jej nieobecności i jedzie po nią osobiście. Między małżonkami dochodzi do gwałtownej konfrontacji, zakończonej groźbą wizyty Cihana wieczorem i zapowiedzią konsekwencji za złamanie umowy.

  • Panna młoda odc. 15: Skandal w sieci! Portal plotkarski ujawnia zdjęcie Cihana i Hancer!

    Poranek Cihana zaczyna się od skandalu – w sieci pojawia się artykuł plotkarski sugerujący, że po rozwodzie z Beyzą natychmiast związał się z Hancer. Zdjęcie z grilla trafia do mediów, a Engin rozpoczyna śledztwo, by ustalić, kto je ujawnił. Afera wywołuje burzę w rodzinie Develioglu: Nusret oskarża Cihana o zniszczenie honoru Beyzy, Mukadder próbuje opanować kryzys, a sama Beyza potajemnie cieszy się z wybuchu skandalu. Cihan konfrontuje się z Cemilem, brutalnie wyjaśniając, że małżeństwo z Hancer to wyłącznie umowa, bez rodzinnych więzi. Wkrótce potem Cemil trafia nieprzytomny do szpitala. Świadek twierdzi, że tuż przed zasłabnięciem widziała u niego Cihana. Hancer, wstrząśnięta, rusza na spotkanie z nim, przekonana, że przekroczył granicę, której nie wolno było przekraczać.