„Panna młoda” Odc. 28 – streszczenie
Derya siedzi naprzeciwko Hancer, z założonymi rękami, napięta i zmęczona. W jej spojrzeniu miesza się chciwość z lękiem o jutro. Hancer bierze głęboki oddech, jakby podejmowała jedną z najważniejszych decyzji w życiu.
— Dam ci kartę — mówi w końcu spokojnie, choć w jej głosie słychać ciężar odpowiedzialności. — Spłać nią wszystkie długi. Każdy jeden. — Zaciska palce na kolanach. — Chcę, żeby mój brat wreszcie mógł oddychać spokojnie. Bez strachu, bez windykatorów, bez policji.
Derya unosi brew, ale milczy.
— Potem — ciągnie Hancer — otworzę mu nowy sklep. Mniejszy, bez ryzyka. I kupię mu używany samochód, żeby mógł pracować i normalnie funkcjonować.
— Oczywiście — parska Derya z ironią. — A ja przy okazji kupię sobie willę z widokiem na Bosfor… — Kręci głową. — Ty naprawdę wierzysz, że milion wystarczy? Na długi, odsetki, kary? I jeszcze samochód?
Pochyla się do przodu.
— Słuchaj, Cemil już raz otworzył sklep — mówi ostrzej. — I zadłużył nas na dwa pokolenia. Ty mówisz o nowym początku, a ja widzę tylko kolejną katastrofę.
Hancer nie odwraca wzroku.
— Nie liczyłam co do grosza — przyznaje szczerze. — Ale wierzę, że milion wystarczy. — Jej głos staje się twardszy. — Bratowo, zajmij się tym jeszcze dziś. Weź kartę i spłać wszystkie długi. Chcę, żeby to się skończyło. Raz na zawsze.
Derya milknie na chwilę, po czym prycha cicho.
— Załóżmy, że spłacimy długi — mówi wolniej. — A co potem? — Unosi ramiona. — Ty uciekłaś do wielkich Develioglu. Żyjesz w luksusie. A my? — Wskazuje na siebie. — Jak my mamy przetrwać, Hancer?
— Tak samo jak zawsze — odpowiada Hancer bez wahania. — Przetrwaliśmy do tej pory, przetrwamy i teraz. — Jej spojrzenie łagodnieje. — Otworzysz sklep, który będzie przynosił wystarczające dochody. Bez wielkich ambicji, ale też bez ryzyka.
— Daj Boże, żebyś miała rację… — mruczy Derya, wyraźnie marząc o czymś znacznie większym. — Dobrze. Przynieś kartę.
Hancer wstaje z kanapy i wychodzi do drugiego pokoju.
Ledwie znika za drzwiami, Derya natychmiast podchodzi do okna. Jednym ruchem odsuwa zasłonę i wpatruje się w rozległą rezydencję Develioglu. Jej oczy błyszczą fascynacją.
— Skoro już tu jestem… — szepcze do siebie — to i od pani Mukadder pobiorę swoją opłatę.
Unosi dłoń i potrząsa złotą bransoletką na nadgarstku. Metaliczny dźwięk rozbrzmiewa w ciszy.
***
Po opuszczeniu starego domu Derya kieruje się prosto do rezydencji. Wchodzi do salonu bez wahania i siada na kanapie, jakby była u siebie — swobodnie, bez cienia skrępowania.
— Przyszłam do Hancer — oznajmia z lekkim śmiechem. — Ale pomyślałam, że skoro już tu jestem, wpadnę też do was.
Mukadder unosi wzrok znad filiżanki.
— Sinem — zwraca się chłodno do najstarszej synowej. — Idź zobaczyć, co u Mine. Ja zajmę się naszym gościem.
Sinem nie protestuje. Wstaje z kanapy i wychodzi. Chwilę później Fadime podaje Deryi kawę. Bratowa Hancer ujmuje filiżankę w dłonie, jakby celebrowała moment.
— Pani Mukadder, nie będę kłamać — zaczyna spokojnie, ale z wyczuwalną nutą pretensji. — Daliśmy wam idealną dziewczynę. Piękną, inteligentną, zdrową, młodą. — Unosi wzrok. — A zamiast wdzięczności… zamknęłaś nam drzwi przed nosem.
— Gdyby Hancer zabrała męża do łóżka jak prawdziwa kobieta — odpowiada Mukadder lodowato — drzwi nie zostałyby zamknięte. A nasze zobowiązania byłyby już dawno uregulowane.
Derya mruży oczy.
— Hancer zabrałaby go do łóżka — mówi wolniej — gdyby Cihan tego chciał. — Zawiesza głos, po czym dodaje z pozorną troską: — Wstyd pytać, ale… czy Cihan ma jakieś wady?
Twarz Mukadder momentalnie tężeje. Jej spojrzenie wbija się w Deryę jak ostrze.
— Jak śmiesz?! — syczy. — Uważaj, co mówisz!
— A co takiego powiedziałam? — Derya rozkłada ręce. — Złościsz się o byle co. — Uśmiecha się krzywo. — Nie wspomniałam nawet, że twoja bratanica jest jednocześnie twoją byłą synową. Groziłaś mi, a ja… milczę. — Pochyla się lekko do przodu. — Wiesz dlaczego? Bo nie chcę psuć wszystkiego, gdy sprawy wreszcie zaczynają iść w dobrym kierunku. Chcę, żeby Cihan i Hancer byli szczęśliwi. — Jej głos twardnieje. — A gdybym reagowała tak nerwowo jak ty, myślisz, że bylibyśmy dziś w tym miejscu?
W tej chwili do salonu wchodzi Beyza. Bez słowa siada na końcu kanapy, tuż obok Deryi. Jej obecność nie umyka uwadze bratowej Hancer.
— Jasne jest dla mnie to, kto jest winny — ciągnie Derya, rzucając Beyzie wymowne spojrzenie.
Upija dwa łyki kawy.
— Pani Mukadder — mówi już spokojniej — podarowałam ci synową bez wad. Piękną, mądrą, godną. Ideał. — Unosi filiżankę. — Trudno dziś o taką dziewczynę. Mam nadzieję, że wiesz, jak to docenić.
Powoli unosi dłoń i obraca na nadgarstku złotą bransoletkę.
— Ta bransoletka… — mówi niby mimochodem — jest taka samotna.
Mukadder zamyka oczy, bierze głęboki oddech. Po chwili zdejmuje z ręki identyczną bransoletkę i podaje ją Deryi.
Derya uśmiecha się szeroko. Wstaje i demonstracyjnie macha ręką z dwiema złotymi bransoletkami tuż przed twarzą Beyzy.
— Spójrz tylko — mówi słodko. — Jak mi pasują.
Beyza przewraca oczami, ale milczy.
— Wypiłaś kawę i dostałaś to, po co przyszłaś — oznajmia Mukadder chłodno. — Życzę ci szerokiej drogi.
Derya odchodzi z triumfalnym uśmiechem.
— Nie rozumiem cię, ciociu! — wybucha Beyza, gdy tylko zostają same. — Jesteś Mukadder Develioglu! Jak możesz pozwalać, by taka prosta kobieta tak do ciebie mówiła?!
Mukadder odwraca się powoli.
— Sprzątam twój bałagan — odpowiada z lodowatą powagą. — A ty oczekujesz jeszcze wyjaśnień? Miej trochę wstydu. — Jej spojrzenie staje się twarde. — Ale masz rację. Tak to nie może dalej wyglądać. Musimy się jej pozbyć. Sposób jest jeden: Hancer musi zajść w ciążę, nawet metodą in vitro.
Mukadder wychodzi z salonu.
Beyza zostaje sama. Jej twarz blednie. W głowie odzywa się bolesne wspomnienie — własna aborcja, której konsekwencje nosi do dziś.
— To wszystko przez tę konowałkę — szepcze do siebie z nienawiścią. — Nie dość, że odebrała mi córkę, to jeszcze przez nią już nigdy nie zajdę w ciążę. — Jej oczy błyszczą gniewem. — Niech cierpi. Tak samo, jak ja cierpię.
***
Pukanie do drzwi starego domu rozbrzmiewa cicho, ale natarczywie. Hancer podchodzi i otwiera. Na progu stoi Beyza, oparta o framugę, z wymuszonym uśmiechem i wyraźnie oszczędzając jedną nogę.
— Mam już dość leżenia bezczynnie — mówi, wzruszając ramionami. — Pomyślałam, że wpadnę do ciebie. Zmiana otoczenia dobrze mi zrobi.
— Jak twoja noga? — pyta Hancer z troską, cofając się, by wpuścić ją do środka.
— Nie jest tak źle — odpowiada Beyza lekko. — Ale jeśli będę tak stała, może się pogorszyć.
— Oczywiście. Chodź, pomogę ci.
Hancer obejmuje ją ramieniem i powoli prowadzi do kanapy. Beyza opada na poduszki z cichym westchnieniem. Hancer przysuwa krzesło i delikatnie układa na nim kontuzjowaną nogę Beyzy.
— Czy bardzo boli? — pyta, kucając obok.
— Czasami — przyznaje Beyza. — Ale to nic poważnego. Są gorsze cierpienia niż skręcona kostka. — Zawiesza głos, po czym dodaje niby mimochodem: — Na przykład zapłodnienie in vitro. To naprawdę bolesny proces.
Hancer marszczy brwi.
— Skąd wiesz?
— Ja sama tego nie przechodziłam — odpowiada Beyza spokojnie. — Ale była żona Cihana tak. Widziałam, jak cierpiała. — Jej głos staje się miękki, niemal współczujący. — Zastrzyki, leki, hormony… Dzień po dniu. Mężczyźni tego chcą, a kobiety płacą za to własnym ciałem.
Hancer milczy, słuchając uważnie.
— Naprawdę było mi jej żal — ciągnie Beyza. — Dlatego mówię ci to teraz. Bardzo cię polubiłam i nie chcę, żebyś była ślepa na pewne rzeczy. — Robi krótką pauzę. — Jest jeszcze coś… W tej samej klinice, do której ty chodzisz na badania, leczyła się także ona.
Hancer unosi wzrok.
— A Cihan? — pyta ostrożnie. — On też się badał?
— Właśnie — Beyza przechyla głowę. — Myślę, że powinien. Jego była żona nigdy na to nie naciskała. Wzięła cały ciężar na siebie. — Jej spojrzenie ciemnieje. — Wiesz, jak to się dla niej skończyło. Wyrzucili ją z domu.
Zapada cisza.
— Nie chcę, żebyś skończyła tak samo — dodaje Beyza cicho, niemal troskliwie. — Jeśli masz znosić to całe cierpienie… — pochyla się lekko w stronę Hancer — niech przynajmniej będzie warto.
Hancer pozostaje nieruchoma. W jej oczach pojawia się niepokój — zasiane słowa zaczynają kiełkować.
***
Derya wychodzi z banku z kopertą w torebce. Przez chwilę stoi jeszcze na schodach, mrużąc oczy w słońcu — jakby rozważała, w którą stronę pójść. Wierzyciele. Telefony. Groźby. A potem… wystawy sklepów. Lśniące witryny, manekiny w nowych kolekcjach, zapach perfum unoszący się w powietrzu.
Decyzja zapada szybko.
***
Do domu wraca obładowana torbami. Jedne zsuwają się jej z ramion, inne uderzają o drzwi, gdy próbuje je otworzyć biodrem. W progu staje Cemil.
— Co to wszystko jest? — pyta zaskoczony, wodząc wzrokiem po kolorowych reklamówkach.
— To? — Derya uśmiecha się szeroko, niemal triumfalnie. — To zasługa pani Mukadder. — Zrzuca torby na kanapę. — Nie odesłała mnie z pustymi rękami. Dała pieniądze i powiedziała: „Uważam cię za matkę Hancer. Kup sobie, co tylko zechcesz.”
Kręci głową z podziwem.
— Co za wspaniała kobieta!
Sięga do jednej z toreb i wyciąga elegancką, męską koszulę. Materiał miękko opada między jej palcami.
— Popatrz — mówi, przykładając ją do piersi Cemila. — Będzie na tobie wyglądać doskonale.
Cemil uśmiecha się nieśmiało.
— To bardzo ładna koszula, Deryo. — Jego głos jest ciepły, niemal wzruszony. — Ludzie naprawdę nas szanują. — Unosi oczy ku górze. — Czym sobie zasłużyliśmy, że Bóg zesłał nam takich ludzi?
— Nasze serca są czyste, Cemilu — odpowiada gładko Derya.
Odwraca się i zaczyna przeglądać sukienki. Jedną przykłada do siebie, drugą odkłada, trzecią podnosi wyżej, oceniając krój i kolor. Jej oczy błyszczą.
Cemil przygląda się temu chwilę, po czym marszczy brwi.
— Ile zapłaciłaś za to wszystko? — pyta ostrożnie.
Derya zatrzymuje się i zerka na niego z irytacją.
— Czy naprawdę musisz o to pytać?
— Cóż… — Cemil wzrusza ramionami. — Czy nie jesteśmy biedni?
Derya prostuje się powoli. Na jej ustach pojawia się pewny, niemal dumny uśmiech.
— Już nie — odpowiada spokojnie. — Nie jesteśmy.
Wraca do przeglądania zakupów, jakby temat był definitywnie zamknięty. W kącie pokoju leżą jednak nietknięte koperty z wezwaniami do zapłaty — ciche, ale wciąż obecne przypomnienie, że ten luksus może mieć bardzo krótką datę ważności.
***
Hancer po rozmowie z Beyzą nie potrafi odzyskać spokoju. Myśli krążą w kółko, serce bije zbyt szybko, a w głowie wciąż dźwięczą zasiane przez nią słowa. Gdy wieczorem Cihan wraca do starego domu, Hancer zbiera się w sobie. Nie chce prowokować, nie chce kłótni — pragnie tylko bezpieczeństwa. Pewności.
— Cihanie… — zaczyna cicho, gdy zostają sami. — Zanim rozpoczniemy procedurę in vitro… może dobrze byłoby, żebyś ty też się przebadał.
Mężczyzna zatrzymuje się. Powoli odwraca w jej stronę. Jego spojrzenie natychmiast twardnieje.
— Co masz na myśli? — pyta chłodno.
Hancer splata dłonie, jakby próbowała w nich ukryć drżenie.
— Chcę tylko, żebyśmy mieli pewność — tłumaczy ostrożnie. — Żeby wszystko przebiegło szybko i bez komplikacji. — Unosi wzrok, napotykając jego napięte spojrzenie. — Dlatego to powiedziałam. Nie ma innego powodu.
Przez ułamek sekundy Cihan milczy. W jego głowie odzywa się wspomnienie z tego samego dnia: telefon z banku, rzeczowy głos konsultanta i pytanie o autoryzację wypłaty całej kwoty z konta, które niedawno otworzył dla Hancer. Milion. Wszystko naraz.
Jego szczęka zaciska się.
— Mogę ci udowodnić na różne sposoby, że jestem zdrowy — odpowiada szorstko, z wyraźną irytacją w głosie. — Ale jednego możesz być pewna. — Robi krok w tył. — Kolejnego miliona już nie dostaniesz.
Hancer blednie.
— To nie o pieniądze… — próbuje zaprzeczyć.
Ale on już jej nie słucha.
Odwraca się gwałtownie, sięga po płaszcz i bez oglądania się za siebie opuszcza stary dom. Drzwi trzaskają głośno, zostawiając po sobie ciężką, bolesną ciszę.
Hancer stoi nieruchomo. Czuje, jak coś w niej pęka — nie z bólu, lecz z bezradności.
***
W rezydencji Beyza stoi przy oknie. Jej wzrok śledzi sylwetkę Cihana, który zdenerwowanym krokiem opuszcza stary dom. Zna ten chód aż za dobrze. Napięte ramiona. Zaciśnięte pięści. Szybkie, nerwowe ruchy.
— Jest wściekły — mruczy do siebie z satysfakcją. — Dokładnie tak, jak planowałam.
Na jej ustach pojawia się powolny, triumfalny uśmiech.
— Ta idiotka mu powiedziała — dodaje cicho. — Jest jeszcze głupsza, niż myślałam.
Odwraca się od okna, pewna jednego: ziarno zostało zasiane. Teraz wystarczy czekać, aż nieufność i gniew zrobią resztę.
***
Po wyjściu ze starego domu Cihan nie kieruje się do rezydencji. Bez słowa wsiada do samochodu, zatrzaskuje drzwi zbyt mocno i rusza w noc. Miasto zostaje za nim — światła, ludzie, oczekiwania. Po kilkunastu minutach zatrzymuje się na cmentarzu.
Jest chłodno. Wilgoć unosi się w powietrzu, a nagrobki połyskują w bladym, niebieskawym świetle lamp. Cisza jest niemal absolutna, przerywana jedynie szelestem liści i cichym trzaskiem gałęzi. Cihan staje przed grobem ojca.
Metin Develioğlu
Imię wyryte w kamieniu wygląda tak samo jak zawsze — surowe, niezmienne, obojętne na jego wewnętrzny chaos. Cihan unosi dłonie do modlitwy. Stoi nieruchomo, z zamkniętymi oczami, a jego usta poruszają się bezgłośnie. Na twarzy nie ma gniewu ani dumy — tylko zmęczenie i cichy ból.
Po chwili opuszcza ręce. Kuca przy nagrobku i kładzie na nim dłoń, jakby dotykał ramienia ojca.
— Nie złość się na mnie — mówi cicho, a głos lekko mu drży. — Wiesz, że nie przychodzę tak często, jak powinienem. Wiesz też dlaczego. Wszystko ciągle wymyka mi się spod kontroli.
Przesuwa palcami po chłodnym kamieniu.
— Czasami zadaję sobie pytanie… — robi pauzę, jakby bał się własnych słów — czy ja w ogóle chciałem takiego życia. Czy to naprawdę była moja droga.
Podnosi wzrok. W ciemności migoczą drobne światełka zniczy z oddali.
— Gdybyś żył — kontynuuje ciszej — wszystko wyglądałoby inaczej. Mama nie byłaby taka… twarda. Może mniej samotna. — Jego głos łamie się na moment. — Moja bratowa bardzo by cię kochała. Mine byłaby szczęśliwa. Wszyscy żyliby bez strachu. Bez presji.
Zaciska dłoń na krawędzi nagrobka.
— A ja… — bierze głęboki oddech — może prowadziłbym normalne życie. Takie, które sam bym wybrał. Nie takie, do którego jestem zmuszany każdego dnia.
Zapada cisza. Długa, ciężka.
— Może spełniłbym to jedno życzenie mamy — dodaje w końcu. — Podarowałbym jej wnuka. Nie z obowiązku. Nie z przymusu. Tylko dlatego, że naprawdę bym tego chciał.
Jego dłoń powoli zsuwa się z nagrobka. Cihan prostuje się, ale nie odchodzi od razu. Jeszcze przez chwilę stoi w milczeniu, jakby czekał na odpowiedź, której nigdy nie usłyszy.
Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia był film Gelin 16.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.












