Złoty chłopak odc. 262: Szok w rezydencji! Abidin ogłasza się Korhanem!

Abidin siedzi przy stole w rezydencji Korhanów.

„Złoty chłopak” Odc. 262 – streszczenie

Telefon Nurten zaczyna dzwonić. Kobieta spogląda na ekran i zamiera — dzwoni syn Feride, jej byłej pracodawczyni, tej samej, którą uderzyła wazonem w poprzednim odcinku.

Z trudem przełyka ślinę i odbiera połączenie.

— Dzień dobry, pani Nurten — odzywa się mężczyzna po drugiej stronie. — Nie mogę skontaktować się z mamą. Czy jest pani teraz w domu?

Na twarzy Nurten pojawia się wyraźny cień strachu. Jej dłoń zaczyna drżeć, a serce bije tak głośno, że niemal zagłusza słowa rozmówcy.

***

Seyran wpada do pracowni szybkim, zdecydowanym krokiem. Drzwi otwierają się z impetem, a ona zatrzymuje się dopiero kilka kroków za progiem.

— Ferit, muszę ci coś powiedzieć. Chodzi o Abidina — wyrzuca z siebie bez wstępu.

Ferit, który stał przy biurku, podnosi na nią wzrok. W jego oczach widać napięcie.

— Ja też mam ci coś ważnego do powiedzenia. Dlatego poprosiłem, żebyś przyszła.

Seyran na moment traci pewność siebie.

— Chodzi o wczoraj? Nadal jesteś na mnie zły? — mówi szybciej, jakby bała się ciszy. — Nie powiedziałam tego wszystkiego, żeby cię zranić. Po prostu… nie mogłam się powstrzymać. Wiem, nie miałam prawa. Ale my nie byliśmy tylko mężem i żoną. Byłeś moim najlepszym przyjacielem. I nadal nim jesteś. To się nie zmieni.

Rozgląda się po pracowni. Jej wzrok mięknie.

— Zwłaszcza teraz, kiedy znów zaczęliśmy razem rysować. Na początku mówiłam, żebyś zostawił mnie w spokoju, ale… cieszę się, że nalegałeś. Rysowanie naprawdę dobrze na mnie wpływa. Tęskniłam za tym.

Zapada krótka cisza.

— Jest jeszcze coś… — dodaje niepewnie. — Nie powiedziałam Sinanowi, że pracujemy razem. To dla mnie trudne. Nie wiem, jak mu to przekazać, dlatego…

— Usiądziemy? — przerywa jej Ferit spokojnie.

Wskazuje dwa krzesła przy otwartych drzwiach balkonowych. Siadają naprzeciw siebie. Z zewnątrz wpada ciepłe światło i delikatny podmuch wiatru.

Ferit patrzy na nią uważnie.

— Jesteś nieszczęśliwa w tym domu, Seyran?

Potrząsa głową.

— Nie. Nie jestem… — zawiesza głos. — Ale tu czuję się inaczej. Spokojniej. Jakbym mogła oddychać. Czy mogę dalej przychodzić i rysować z tobą? Czy nasze wspólne szkice nie były lepsze niż te, które robiliśmy osobno?

Uśmiecha się lekko.

— Może postawimy tu drugie biurko? Dla mnie?

Ferit nie odwzajemnia uśmiechu.

— Więc będziesz okłamywać Sinana?

— Nie. W końcu mu powiem. Po prostu teraz to zły moment. Dla niego. Dla nas. To skomplikowane. Czy nasza współpraca naprawdę nie jest warta jednego małego kłamstwa?

Ferit przeciera zmęczoną twarz dłonią. Wygląda, jakby każde słowo kosztowało go wysiłek.

— Nie mogę, Seyran. Przykro mi.

Zamyka oczy na chwilę.

— Obiecałem Diyar, że nie będę się z tobą widywał.

Seyran blednie.

— Dlaczego to zrobiłeś?

— Nie miałem wyboru. Inaczej nie przyjęłaby moich oświadczyn.

W jej oczach pojawia się ból.

— To ty za mną biegałeś. Ty nalegałeś na tę współpracę. To był twój pomysł. Ty tego chciałeś.

— Wiem. — Jego głos łamie się. — Ale Diyar jest załamana. Jeśli wybiorę przyjaźń z tobą, stracę ją. A ja… boję się tego. Jesteś żoną innego mężczyzny. Ja próbuję ułożyć sobie życie z kimś innym.

Seyran milczy. Spuszcza wzrok. Jej powieki drżą.

— Masz rację — mówi w końcu cicho. — To byłoby nieuczciwe wobec nich.

— Nie mogą znieść, kiedy widzą nas razem. Ja… pamiętam po sobie, że tak samo nie mogłem znieść widoku twojego byłego chłopaka. A w tamtym czasie nie byłem w tobie jeszcze aż tak zakochany…

— Aż tak? — pyta nagle Seyran, podnosząc na niego wilgotne oczy.

Ferit odwraca wzrok.

— Przestań. Samo mówienie o tym jest dla mnie wystarczająco trudne.

Seyran przeciera łzy.

— Masz rację — mówi cicho. — Skoro dałeś słowo, dotrzymaj go. W chwili, kiedy je dałeś, już podjąłeś decyzję.

Żegnają się bez uścisku. Bez dotyku.

Ferit wychodzi pierwszy. Wsiada do samochodu i odjeżdża, by przygotować się na spotkanie z Diyar i jej dziadkami. Zamierza ponownie się oświadczyć i ostatecznie zamknąć przeszłość.

Kilkanaście metrów dalej, w zaparkowanym aucie, siedzi Sinan.

Śledził Seyran.

Patrzy, jak Ferit odjeżdża, a jego dłonie zaciskają się w pięści. W oczach ma czystą wściekłość.

Nie może znieść myśli, że znowu spotkała się z nim za jego plecami.

***

Seyran została w pracowni sama. Cisza, która jeszcze przed chwilą była spokojna i kojąca, teraz przytłacza ją jak ciężar. Siada na miejscu Ferita, dotyka opuszkami palców jego szkicownika i nagle wszystko w niej pęka.

Z jej piersi wyrywa się cichy szloch. Zakrywa twarz dłońmi, próbując zdławić płacz, ale łzy i tak spływają po policzkach.

Nagle słyszy kroki na korytarzu.

— Ferit… — mówi odruchowo, gwałtownie odwracając głowę.

To nie on.

W drzwiach stoi Sinan.

Jego twarz jest napięta, a oczy ciemne od gniewu.

— Doprowadził cię do łez, a mimo to wciąż na niego czekasz — mówi chłodno. To bardziej oskarżenie niż pytanie.

Seyran szybko wstaje z krzesła.

— Co tu robisz?

— To ja powinienem zapytać: co ty tu robisz? — odpowiada ostro. — Co jest między tobą a Feritem?

— Nie ma nic. To nie tak, jak myślisz…

— Przestań — przerywa jej. — Od dwóch dni mówisz mi, że jedziesz do matki. A przyjeżdżasz tutaj.

Seyran odwraca wzrok.

— Wiedziałam, jak zareagujesz. Dlatego nie powiedziałam. Zresztą… i tak nie będziemy się już widywać.

— Prosiłem cię tylko o jedno: o szczerość. — Jego głos drży z emocji. — A co zrobiłaś? Przez dwa lata wykorzystywałaś mnie, żeby trzymać Ferita z dala od siebie. Kiedy tu przyjechaliśmy, robiłaś to samo — żeby go rozzłościć. Przyznaj wreszcie: nie chcesz mnie. Chcesz jego.

— Nie chcę go, Sinanie. To nie tak…

— Nie rozśmieszaj mnie. — Podchodzi bliżej. — Uciekasz ode mnie, bo wciąż myślisz o Fericie.

— To nieprawda…

— Nadal kłamiesz. — Jego głos staje się niższy, bardziej niebezpieczny. — Nie mogę cię dotknąć. Nie mogę cię pocałować. Nie mogę nawet położyć się obok ciebie. Za każdym razem uciekasz. Nie kochasz mnie.

Zapada cisza.

— Jeśli jest inaczej… udowodnij to — mówi cicho, ale stanowczo. — Pozwól mi cię dotknąć. Pozwól mi uwierzyć, że nie myślisz o nim. Dziś wieczorem bądź naprawdę moja.

Wyciąga do niej rękę.

Seyran stoi nieruchomo.

Czas jakby przestaje istnieć.

W jej myślach przewijają się obrazy — pierwsze spojrzenia, wspólne śmiechy, kłótnie, pojednania. Wszystko, co przeżyła z Feritem. Wszystko, co było prawdziwe.

A potem inny obraz: Ferit klęczący przed Diyar. Wkładający jej pierścionek. Wybierający ją.

Seyran zamyka oczy.

Gdy je otwiera, w jej spojrzeniu nie ma już marzeń. Jest decyzja.

Powoli unosi rękę.

I ujmuje dłoń Sinana.

***

Po wyjściu z pracowni Sinan i Seyran wsiadają do samochodu i ruszają w drogę.

W trakcie jazdy telefon Seyran zaczyna dzwonić. To Suna.

— Halo? — odbiera szybko.

Po drugiej stronie słychać przyspieszony oddech.

— Seyran… czy Sinan jest obok ciebie? — pyta Suna napiętym, niemal zduszonym głosem.

Seyran spogląda kątem oka na męża.

— Jest. Co się stało?

— Musicie natychmiast pojechać do rezydencji Korhanów. Abidin tam poszedł. On posłucha tylko Sinana. Zabierzcie go stamtąd, błagam.

Seyran prostuje się na fotelu.

— Co? Mówisz poważnie?

— Abidin stracił panowanie nad sobą. Chce skonfrontować się z Korhanami. On nie myśli racjonalnie. Proszę, pojedźcie tam, zanim zrobi coś, czego będzie żałował!

W głosie Suny słychać rozpacz.

— Dobrze. Już jedziemy — odpowiada Seyran i rozłącza się.

Od razu pochyla się w stronę kierowcy.

— Osman, proszę zawrócić i zawieźć nas do rezydencji Korhanów. Natychmiast.

Sinan reaguje gwałtownie.

— Co ty robisz? Przestań opowiadać bzdury. Osman, jedź dalej.

— Sinanie — mówi Seyran stanowczo, choć głos lekko jej drży. — Prosiłeś mnie o szczerość. Więc jestem szczera. Abidin wtargnął do rezydencji. Może mieć poważne kłopoty.

— Wtargnął? — Sinan marszczy brwi. — Jak to wtargnął?

— Nie znam szczegółów. Wiem tylko, że jest tam i chce się z nimi skonfrontować. Jeśli nikt go nie powstrzyma, sytuacja może wymknąć się spod kontroli.

Sinan patrzy przed siebie. W jego oczach pojawia się niepokój.

Przez chwilę milczy, jakby ważył decyzję. W końcu odzywa się krótko:

— Osman, jedź do rezydencji.

Samochód zmienia kierunek, a napięcie w jego wnętrzu rośnie z każdym kolejnym kilometrem.

***

Po wizycie w domu Diyar, gdzie wspólnie z Feritem prosili o jej rękę, Korhanowie wracają do rezydencji. Wchodzą do środka w dobrych nastrojach, rozmawiając jeszcze o spotkaniu.

Ich rozmowy urywają się w jednej chwili.

W jadalni, na miejscu u szczytu stołu — miejscu, które przez lata należało wyłącznie do Halisa Agy — siedzi Abidin.

Wyprostowany. Nieruchomy. Z rękami opartymi na blacie.

— Przybyła rodzina Korhanów. Witajcie — mówi, a w jego głosie słychać wyraźną kpinę.

Ferit, idący na czele, zatrzymuje się pierwszy.

— Abi… co się dzieje? — pyta ostrożnie. — To raczej my powinniśmy witać ciebie. Stało się coś?

— Nic się nie dzieje — wtrąca szybko Kazim, stojący obok. — Właśnie mieliśmy wychodzić, prawda?

Próbuje chwycić zięcia za ramię, ale Abidin strąca jego dłoń i pozostaje na swoim miejscu.

— Panie Fericie — odzywa się drżącym głosem Sefika. — Rozmawialiśmy z nim, ale nie chce wyjść. Nie jest sobą. Zachowuje się… inaczej.

Orhan przygląda się mu uważnie.

— Abidin, wszystko w porządku?

— Nigdy nie byłem bardziej sobą niż teraz — odpowiada spokojnie. — Nie stójcie tak. Usiądźcie.

— Jak śmiesz? Wstawaj natychmiast! — rozkazuje oburzona Ifakat.

Abidin przenosi na nią wzrok.

— Ifakat, nie udawaj silnej. Nic mi nie możesz zrobić.

— Kim ty jesteś, żeby tak do mnie mówić? — syczy. — Kim?!

Abidin uśmiecha się chłodno i kieruje spojrzenie na Hatice.

— Ciociu Hattuc… powiedz im. Kim jestem? A może znowu zamierzasz milczeć?

Starsza kobieta blednie. Spuszcza wzrok.

— Skoro milczysz, powiem sam — ciągnie Abidin. — Jestem Abidin, którego rodziców kazał zabić Halis Korhan. Jestem Abidin Korhan.

W pomieszczeniu zapada cisza.

— Co? — pyta zdezorientowany Ferit. — O czym ty mówisz?

— Twój dziadek — odpowiada Abidin, patrząc mu prosto w oczy. — Ten, który zawsze powtarzał, że rodzina jest najważniejsza. Zabił mojego ojca, swojego przyrodniego brata, i jego żonę.

Wszyscy stoją jak sparaliżowani. Tylko Ifakat powoli siada przy stole.

— Kłamiesz — mówi pewnie.

— Czy to kłamstwo, ciociu Hattuc? — pyta Abidin.

Hatice nie odpowiada.

— Zabili moich rodziców. Zostałem sam. A ty — wskazuje na nią — zostawiłaś mnie pod drzwiami sierocińca. Ale to wciąż było za mało dla wielkiego Halisa Korhana. Gdy dorosłem, zatrudnił mnie. Uczynił ze mnie sługę swojego wnuka.

Wstaje i podchodzi do Ferita.

— Fericie… kierowca, który załatwiał twoje sprawy i stał przy tobie jak cień, jest głównym bohaterem tej historii. A Abi, którego uważałeś za brata, jest w rzeczywistości twoim kuzynem. Dobry scenariusz, prawda? Można go nawet reklamować hasłem: „Na faktach”.

— Dość! — przerywa Orhan. — Nie wiem, kto ci nagadał tych bzdur…

— Najwidoczniej mnie nie słuchałeś — odpowiada spokojnie Abidin.

— Porozmawiamy jutro w biurze, jak normalni ludzie.

— Nie przyjdę, kuzynie. — Jego głos staje się twardy. — Teraz to wszystko należy do mnie. Jeśli chcesz rozmawiać, przyjdziesz do mnie.

Wraca na miejsce u szczytu stołu i siada. Tak, jak kiedyś siadał Halis.

— Odbiorę wam wszystko, co mi się należy — mówi powoli. — Dzieciństwo, które mi ukradziono. Zapach matki. Jej miłość. Honor mojego ojca. Wszystko. Jedno po drugim.

W chwili, gdy napięcie w jadalni osiąga punkt wrzenia, drzwi rezydencji ponownie się otwierają.

Do środka wchodzą Sinan i Seyran.

Wszyscy odwracają głowy.

— Co wy tutaj robicie? — pyta Abidin, wciąż siedząc u szczytu stołu.

— Słyszeliśmy, że tu jesteś — odpowiada spokojnie Sinan. — Postanowiliśmy zabrać cię po drodze.

Ferit spogląda na Seyran z niedowierzaniem.

— Zabrałaś go tutaj? Przywiozłaś go do rezydencji?

Sinan natychmiast reaguje.

— Ciszej. — Jego głos jest ostry. — Jestem jej mężem, Fericie. Nie zapominaj o tym.

Seyran staje między nimi, wyczuwając, że kolejna iskra może doprowadzić do wybuchu.

— Bracie Abidinie, chodźmy stąd — mówi łagodnie, ale stanowczo. — Proszę. To nie jest dobry moment.

— Czy wy mnie w ogóle słuchacie?! — wybucha Ifakat, zwracając się do ustawionych pod ścianą ochroniarzy. — Wyrzućcie go stąd natychmiast!

Ochroniarze w garniturach stoją jednak bez ruchu. Żaden z nich nie wykonuje polecenia.

Sinan robi krok do przodu.

— Warto podkreślić jeden fakt — mówi chłodno. — Właścicielką tej rezydencji jest Seyran. Ty jesteś tu tylko najemczynią. Zrozumiano?

Ifakat zaciska pięści.

— Jak śmiesz?!

— Ifakat, uspokój się — wtrąca Kazim. — Skoro powiedział, że jest Korhanem, to co zamierzasz zrobić? Wyrzucisz nas wszystkich?

— Wyrzucę każdego, kto okaże mi nieposłuszeństwo — odpowiada lodowato.

Zapada ciężka cisza.

Abidin powoli wstaje z miejsca u szczytu stołu.

— Wystarczy. — Jego głos jest spokojny, ale nie ma w nim ani cienia wahania. — Dziś wychodzę. Ale wrócę. I to szybciej, niż się spodziewacie.

Przenosi wzrok po twarzach zebranych.

— Do tego czasu radzę wam być ostrożnymi. Będziecie tego potrzebować.

Odwraca się i kieruje w stronę wyjścia. Za nim ruszają Seyran, Sinan i Kazim.

W jadalni zostaje cisza — ciężka i pełna zapowiedzi nadchodzącej burzy.

***

Akcja przenosi się do domu Feride.

W jadalni panuje cisza tak gęsta, że niemal słychać własny oddech. Na podłodze, między stołem a krzesłami, leży ciało przykryte oliwkowym kocem. Spod materiału wystaje nieruchoma dłoń.

Nurten stoi obok, blada jak ściana. Jej ręce drżą tak mocno, że nie potrafi ich uspokoić. Betul patrzy na scenę z niedowierzaniem, jakby wciąż miała nadzieję, że to koszmar, z którego zaraz się obudzi.

— Mamo… co ty zrobiłaś?! — wydobywa z siebie w końcu, a jej głos załamuje się w połowie zdania.

Nurten potrząsa głową, jakby próbowała wyprzeć to, co widzi.

— Myślisz, że zrobiłam to specjalnie? — odpowiada roztrzęsiona. — Wszystko robiłam dla ciebie. Dla nas. Żeby twoje kłamstwa nie wyszły na jaw. Skąd mogłam wiedzieć, że tak się to skończy? Skąd miałam wiedzieć, że umrze?

Zaczyna oddychać coraz szybciej. Jej łzy mieszają się z potem.

— Jestem skończona… — jej głos się łamie. — To koniec. Moje życie się skończyło.

Nogi uginają się pod nią. Betul chwyta matkę i pomaga jej usiąść na krześle.

— Mamo, uspokój się — mówi, choć sama ledwo panuje nad głosem. — Musimy myśleć. Znajdziemy jakieś rozwiązanie. Zawsze jest jakieś wyjście.

Jej spojrzenie mimowolnie wraca w stronę koca.

Cisza znów zapada w pomieszczeniu.

Tylko zegar na ścianie odmierza kolejne sekundy — każdą coraz bardziej niebezpieczną.

Czy Betul i Nurten zdołają wyjść z sytuacji, która wydaje się beznadziejna? A jeśli tak — jaką cenę przyjdzie im za to zapłacić?

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Yalı Çapkını. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Yalı Çapkını 78.Bölüm i Yalı Çapkını 79.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

Podobne wpisy