Złoty chłopak odc. 291: Ferit pogrążył Korhanów! Abidin spotyka „zmarłą” matkę!

Abidin patrzy w twarz swojej matki.

„Złoty chłopak” Odc. 291 – streszczenie

Wieczór otula jadalnię ciepłym, przygaszonym światłem świec. Długi stół ugina się pod ciężarem potraw, ale nikt nie sięga po jedzenie. W powietrzu unosi się napięcie — ciche, duszne, wyczuwalne w każdym spojrzeniu i w każdym wstrzymanym oddechu.

Drzwi otwierają się i do środka wchodzą Betul i Orhan.

On prowadzi ją pewnym krokiem, z chłodnym spokojem wypisanym na twarzy. Odsuwa dla niej krzesło z niemal przesadną uprzejmością. Betul siada powoli, starając się nie zdradzić drżenia dłoni. Orhan nie zajmuje od razu miejsca — staje za nią, opierając dłonie o oparcie krzesła, jakby w ten sposób chciał zaznaczyć swoją obecność… i kontrolę.

Wszystkie spojrzenia kierują się na nich.

— Wyniki testu na ojcostwo, na które wszyscy czekaliście, są już znane — zaczyna spokojnie. Jego głos jest niski i opanowany.

Na moment zapada cisza tak głęboka, że słychać jedynie ciche trzaskanie knotów świec. Orhan robi krótką pauzę, przesuwając wzrokiem po twarzach zebranych.

— Betul jest w ciąży z moim dzieckiem.

Słowa spadają na stół jak ciężar.

Ifakat zamiera, a jej twarz na ułamek sekundy traci wyraz. Gülgün patrzy na nich szeroko otwartymi oczami, jakby nie była w stanie pojąć tego, co właśnie usłyszała. W jej spojrzeniu pojawia się coś kruchego — coś, co natychmiast próbuje ukryć.

Orhan nie odrywa wzroku od zgromadzonych.

— Mam pełne zaufanie do Betul i jej słów — dodaje, jeszcze spokojniej. — Ponieważ bardzo ją kocham.

Te słowa wybrzmiewają dłużej, niż powinny.

— I od tej pory nie życzę sobie, żebyście w jakikolwiek sposób ją niepokoili.

Dopiero wtedy siada obok niej.

Betul pochyla się i całuje go w policzek — nie z czułości, lecz na pokaz, jakby chciała przekonać wszystkich przy stole, że łączy ich silne uczucie i że między nimi wszystko jest w najlepszym porządku.

Gülgün odwraca wzrok.

Jej palce zaciskają się na brzegu stołu tak mocno, że bieleją knykcie. W oczach zbierają się łzy, których nie chce nikomu pokazać. Oddycha płytko, próbując odzyskać nad sobą kontrolę.

Serce jej pęka — cicho, bezgłośnie, tak, by nikt tego nie zauważył.

Jeszcze chwilę temu wierzyła, że między nią a Orhanem może być coś więcej. Że przeszłość nie została całkowicie przekreślona.

Teraz rozumie, jak bardzo się myliła.

A przy stole… nikt nie ma odwagi tego skomentować.

***

Nocne miasto pulsuje światłami. W dole migoczą refleksy na wodzie, a most rozświetlony rzędami lamp tworzy świetlistą wstęgę przecinającą ciemność. Ciszę przerywa nagły pisk opon.

Jadąca przed Abidinem limuzyna gwałtownie hamuje.

Mężczyzna odruchowo wciska pedał hamulca do oporu. Jego samochód zatrzymuje się niemal na styk — dzielą go od poprzedzającego auta zaledwie centymetry. Przez chwilę siedzi nieruchomo, z rękami zaciśniętymi na kierownicy, próbując opanować przyspieszony oddech.

W końcu wysiada.

Z wyraźną irytacją podchodzi do drzwi kierowcy limuzyny i puka w szybę.

— Halo! — rzuca ostro. — Można wiedzieć, co pan wyprawia?

Brak reakcji.

Marszczy brwi. Wtedy jego spojrzenie przesuwa się na tylną kanapę. W półmroku dostrzega sylwetkę kobiety. Elegancka, nieruchoma, obserwująca go uważnie.

Abidin obchodzi samochód i zatrzymuje się przy tylnych drzwiach.

Szyba powoli opada.

W świetle ulicznych lamp ukazuje się twarz Cicek — spokojna, skupiona… i dziwnie poruszona.

— Proszę się nie gniewać — zaczyna Abidin, choć w jego głosie wciąż pobrzmiewa napięcie — ale mam wrażenie, że pani kierowca znalazł prawo jazdy w paczce chipsów. Nie zatrzymuje się tak nagle na środku drogi. To mogło się źle skończyć.

Kobieta nie odpowiada. Patrzy na niego uważnie. Zbyt uważnie.

Abidin marszczy czoło.

— Wszystko w porządku? — pyta już ciszej, z nutą niepokoju.

Cicek powoli otwiera drzwi i wysiada.

Staje przed nim. Blisko. Zbyt blisko.

Nie odrywa wzroku od jego twarzy, jakby próbowała zapamiętać każdy szczegół. W jej oczach pojawia się wilgoć, która szybko zamienia się w łzy.

Abidin cofa się o krok, zaskoczony.

— Przepraszam, jeśli zareagowałem zbyt ostro — mówi, wyraźnie zbity z tropu. — Nie chciałem pani urazić…

Cicek delikatnie ociera łzę. Jej dłoń unosi się, jakby chciała dotknąć jego policzka.

Abidin natychmiast się cofa.

— Co pani robi? — jego głos twardnieje. — Kim pani jest?

Kobieta robi krok w jego stronę. Na jej twarzy pojawia się drżący uśmiech.

— Jestem Cicek — mówi cicho. — Jestem twoją mamą, Abidinie.

Słowa zawisają między nimi, ciężkie i nierealne.

Abidin patrzy na nią, jakby nie rozumiał ani jednego z nich.

— O czym pani mówi? — odpowiada po chwili, z niedowierzaniem. — Proszę wsiąść do samochodu i odjechać.

Cicek podchodzi jeszcze bliżej i kładzie dłonie na jego piersi. Jej palce drżą.

— Powiem ci wszystko, ale najpierw pozwól, że cię przytulę.

Abidin stoi nieruchomo. Zdezorientowany i rozbity. Jego myśli rozpadają się na kawałki.

To niemożliwe.

Przecież jego matka nie żyje.

Odwiedzał jej grób. Nieraz. Stał nad nim, wierząc, że to jedyne miejsce, gdzie może ją odnaleźć.

A jednak…

Cicek przyciąga go do siebie i obejmuje mocno, jakby chciała zatrzymać czas. Jakby w tym jednym uścisku próbowała nadrobić wszystkie utracone lata.

Abidin przez chwilę nie reaguje. Potem, jakby nagle się ocknął, odsuwa ją od siebie.

— Co pani robi? — mówi ostro, choć głos mu drży. — Proszę się ode mnie odsunąć.

— Jak mam się odsunąć, synu? — odpowiada cicho. — Całe życie czekałam na tę chwilę.

W oczach Abidina pojawiają się łzy.

— Proszę… — mówi z wysiłkiem. — To dla mnie bardzo wrażliwy temat. Mogę się wściec. Moja mama nie żyje.

Cicek patrzy na niego spokojnie, choć jej oczy błyszczą od łez.

— Pan Halis powiedział ci, że nie żyję. Ale spójrz na mnie. Stoję tu przed tobą. Czuję, że w głębi duszy już wiesz, że mówię prawdę.

Krótka pauza.

— Jeśli chcesz dowiedzieć się wszystkiego, przyjdź do rezydencji pana Sadika.

Abidin zaciska szczękę. W jego spojrzeniu pojawia się gniew.

— Teraz rozumiem — mówi chłodno. — To kolejna gra pana Sadika.

Cicek nie odpowiada. Odwraca się powoli i wraca do limuzyny.

Drzwi zamykają się cicho, a silnik ożywa. Zanim samochód odjedzie, szyba jeszcze raz się opuszcza.

— Będę czekać, synu.

Limuzyna znika w świetle ulicznych lamp.

Abidin zostaje sam.

Stoi nieruchomo na pustej drodze, z oczami pełnymi łez, które nie chcą przestać płynąć. W jego głowie wciąż brzmią jej słowa.

Niemożliwe.

A jednak… zbyt prawdziwe, by je zignorować.

***

Nazajutrz rezydencja wypełnia się napięciem i trudnymi emocjami. Najpierw Suna wyznaje Seyran bolesną prawdę — szanse na to, że w przyszłości zostanie matką, są znikome. Seyran nie potrafi powstrzymać łez. Jednak zanim zdążą popłynąć naprawdę, ciszę domu rozdziera nagły, wstrząsający krzyk Halisa:

— Wszystkie te kamienie są fałszywe!

***

W gabinecie atmosfera jest ciężka jak przed burzą. Halis stoi na środku, jego twarz jest czerwona z gniewu, a ręka drży, gdy wskazuje na leżące na biurku kamienie.

— Fałszywe! — powtarza z niedowierzaniem i furią. — Wszystkie!

Ferit stoi naprzeciwko niego, blady, napięty. Jeszcze wczoraj został uznany za głowę rodziny. Dziś wygląda, jakby stracił wszystko.

— Jak mogłeś nie dopilnować transportu?! — grzmi Halis. — Jak mogłeś zaufać innym i samemu nie pojechać?! Ty głupi dzieciaku! Zniszczyłeś nas!

Słowa spadają na Ferita jak ciosy.

— Dziadku, przysięgam… — zaczyna, próbując opanować głos. — Sprawdziłem je osobiście. Każdy jeden kamień. Ekspert był z nami. Były prawdziwe. Coś musiało się wydarzyć później… po drodze albo w warsztacie…

— „Musiało się wydarzyć”?! — przerywa mu Halis z pogardą. — To jest twoje wyjaśnienie?!

Do gabinetu wpadają Suna i Seyran.

— Co się dzieje? — pyta Seyran, rozglądając się nerwowo.

— Kamienie są fałszywe — odpowiada chłodno Orhan.

Seyran blednie.

— To niemożliwe… — mówi cicho. — Ekspert sprawdzał je przy nas…

Ifakat marszczy brwi.

— Ktoś z nami gra — stwierdza lodowato.

Orhan spogląda na Ferita.

— Zadłużyłeś się na ich zakup. Co teraz zrobimy?

Suna czuje, jak brakuje jej powietrza. Tylko ona i Ferit wiedzą, jaka jest prawda.

Rezydencja była zastawem.

***

Ferit wychodzi z gabinetu gwałtownie, jakby ściany zaczęły go dusić. Na zewnątrz powietrze jest chłodne, ale nie przynosi ulgi.

Seyran biegnie za nim.

— Mówiłam ci, żebyś uważał na transport! — jej głos drży, ale jest stanowczy. — Mówiłam, że coś jest nie tak!

Ferit odwraca się do niej gwałtownie.

— Przestań wywierać na mnie presję! — odpowiada ostro. — Rozwiążę to!

— Jak? — pyta z niedowierzaniem. — Wszystko już się wydarzyło!

— Znajdę te kamienie.

Seyran patrzy na niego z goryczą.

— Oczywiście. Na pewno leżą gdzieś i czekają, aż je znajdziesz.

Robi krok bliżej.

— Sto razy pytałam cię o transport. Sto razy! Ale ty wiedziałeś lepiej!

— Zejdź ze mnie, Seyran — rzuca, odwracając wzrok.

— Nie zejdę! — odpowiada natychmiast. — To też moja sprawa!

— Jaki masz problem?! — jego głos podnosi się. — Nie doprowadzaj mnie do szału!

— Przestań być impulsywny! — mówi z naciskiem. — Przestań działać sam! Zacznij słuchać ludzi wokół siebie. Posłuchaj mnie!

— Nie będę cię słuchał! — wybucha. — Zrobię, co będę chciał!

Seyran uśmiecha się gorzko.

— Oczywiście. Bo tylko ty jesteś mądry. Wszyscy inni to idioci.

Ferit patrzy na nią wyzywająco.

— Dokładnie tak. Masz z tym problem?

— Mam — odpowiada spokojniej, ale boleśniej. — Bo to nieprawda. Właśnie pokazałeś wszystkim, jaki jesteś „mądry”. Gdzie są pieniądze? Nie ma ich. Gdzie są kamienie? Też ich nie ma.

Krótka pauza.

— Wszystko się rozpadło przez twoją „pewność”.

Ferit zaciska szczękę.

— Zamknij się i wracaj do domu.

Wsiada do samochodu i zatrzaskuje drzwi. Silnik warczy, a chwilę później auto znika za bramą.

Seyran zostaje sama. Stoi nieruchomo, z bijącym sercem i łzami w oczach, które tym razem nie mają już siły się zatrzymać.

***

Gabinet Wielkiej Damy tonie w półcieniu. Ciężkie zasłony tłumią światło dnia, a powietrze wydaje się gęste od niewypowiedzianych słów. Sadik otwiera drzwi i wpuszcza Abidina do środka.

Cicek natychmiast wstaje zza biurka.

Jej ruch jest szybki, niemal odruchowy — jakby czekała na tę chwilę całe życie. Na jej twarzy pojawia się ciepły, drżący uśmiech.

Abidin pozostaje niewzruszony.

Jego spojrzenie jest chłodne, zamknięte, jakby zbudował mur, którego nie zamierza burzyć.

— Słucham cię — mówi krótko.

— Powiem ci wszystko — odpowiada Cicek łagodnie. — Ale najpierw usiądź obok mnie. Panie Sadiku, proszę zostawić nas samych.

Sadik skłania głowę i wychodzi bez słowa. Drzwi zamykają się cicho.

Cicek siada na ozdobnej, czerwonej sofie i wskazuje miejsce obok siebie. Abidin siada, ale jego ciało pozostaje napięte. Nie patrzy na nią.

Przez chwilę panuje cisza.

Cicek sięga po coś leżącego na stoliku.

Najpierw kładzie przed nim małą, białą kamizelkę dziecięcą — delikatną, starannie wykonaną, z drobnymi wypukłymi wzorami i rzędem żółtych guziczków. Materiał wygląda, jakby był przechowywany z największą troską przez długie lata.

Jej dłonie drżą, gdy wygładza tkaninę.

— To należało do ciebie — mówi cicho.

Potem obok kamizelki kładzie dokument.

— A to twój akt urodzenia. Moje imię jest tutaj zapisane.

Abidin nie reaguje od razu. Jego wzrok w końcu opada na kamizelkę. Zatrzymuje się na niej. Na tych drobnych detalach. Na czymś tak małym, a jednocześnie tak bolesnym.

Cicek wyciąga jeszcze dwa zdjęcia. Układa je ostrożnie na białej tkaninie.

Na pierwszym — młoda Cicek siedzi w eleganckim fotelu, trzymając w ramionach maleńkiego chłopca. Jej spojrzenie jest miękkie, pełne czułości.

Na drugim — rodzinne zdjęcie. Ona, mężczyzna i, na oko, dwuletni chłopiec między nimi. Uśmiechnięci. Bliscy.

Kompletni.

Palce Cicek zatrzymują się na fotografiach, jakby bała się je puścić.

W oczach Abidina pojawia się wilgoć.

— Załóżmy… że to prawda — mówi w końcu, z trudem. — Ale to niczego nie dowodzi. Gdzie byłaś przez cały ten czas?

Cicek podnosi na niego wzrok. Jej oczy błyszczą od łez.

— Synu… gdyby ktoś powiedział ci, że twoje dziecko nie żyje… czy nie umarłbyś razem z nim? Mnie powiedziano, że zginąłeś. Że już cię nie ma.

Jej głos łamie się.

— Halis nam groził. Uciekałam, walczyłam o życie… Zrobiłam wszystko, żeby mnie nie znaleźli. Wszyscy wierzyli, że zginęłam razem z tobą.

Cisza.

— A potem… zobaczyłam cię w telewizji.

Abidin zamyka oczy.

— Ty myślałaś, że ja nie żyję… — mówi cicho. — A ja całe życie wierzyłem, że to ty nie żyjesz.

Przeciera twarz dłońmi.

— Chodziłem na twój grób. Siedziałem tam godzinami. Przytulałem się do ziemi…

Jego głos drży.

— Co teraz? — pyta nagle, wskazując na drzwi. — Ojciec też przez nie wejdzie?

Cicek opuszcza wzrok.

— Twój ojciec nie wróci. Oby jego dusza zaznała spokoju. Tęsknię za nim każdego dnia.

Chwila ciszy.

— Halis usunął go z tego świata. To jemu przypadł pierścień rodowy, a nie twojemu ojcu.

Abidin zastyga.

— Pierścień rodowy… — szepcze. — Ten, który teraz dostał Ferit…

Cicek uśmiecha się gorzko.

— To mnie nie dziwi.

Jej spojrzenie twardnieje.

— Twój ojciec wiele wycierpiał. A potem zaczął walczyć. O ciebie. O nas. O to, co nam się należało. W końcu stanął przeciwko Halisowi.

— „Stanął przeciwko”? — powtarza Abidin. — Strzelił mu w plecy.

— Tak, strzelił do niego — przyznaje spokojnie. — Tego dnia zaczęła się nasza katastrofa.

Abidin wstaje gwałtownie. Zaczyna chodzić po pokoju, jakby nie mógł znieść ciężaru tych słów.

— Przez kilka dni żyłam w strachu — kontynuuje Cicek. — Twój ojciec powtarzał, że nic nam nie grozi…

— On nas nie chronił! — przerywa Abidin ostro. — Chciał tylko skrzywdzić wujka Halisa!

— A twój wujek chciał skrzywdzić nas — odpowiada równie stanowczo. — To on zorganizował wypadek. Chciał nas wszystkich zabić.

Abidin zatrzymuje się i patrzy na nią uważnie.

— Powiedzieli mi, że zrobił to Latif.

Cicek prycha cicho.

— Latif? Czy kiedykolwiek zrobił cokolwiek bez wiedzy Halisa?

Cisza.

— Powiedz mi… jak przeżyłaś?

Cicek bierze głęboki oddech.

— Byłam w śpiączce. Miesiącami. Moja rodzina ukryła mnie. Uznano mnie za zmarłą, żeby Halis mnie nie znalazł. A kiedy się obudziłam, powiedziano mi, że ty też nie żyjesz.

Zamyka oczy.

— Nie mogłam się z tym pogodzić. Nigdy.

Otwiera je ponownie.

— Potem poznałam człowieka z Francji. Dzięki niemu zaczęłam budować siłę. Jedną myślą żyłam przez lata…

Jej głos staje się twardszy.

— Zniszczyć Halisa. Zniszczyć człowieka, który odebrał mi dziecko.

Abidin siada ciężko, opierając łokcie na kolanach.

— Jeśli to był twój cel, dlaczego czekałaś tak długo?

— Bo czekałam na właściwy moment. — Krótka pauza. — A potem nagle zobaczyłam cię w telewizji. I zrozumiałam, że nie mogę czekać ani chwili dłużej.

Abidin unosi głowę.

— Co masz na myśli?

Cicek patrzy mu prosto w oczy.

— W moich rękach jest coś bardzo cennego.

— Co?

— Zabezpieczeniem pożyczki, której udzieliłam, jest hipoteka na rezydencji Korhanów.

Zapada cisza.

Abidin podnosi się gwałtownie. Na jego twarzy maluje się szok.

I coś jeszcze.

Coś między niedowierzaniem, a przerażającą myślą, że to wszystko może być prawdą.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Yalı Çapkını. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Yalı Çapkını 87.Bölüm i Yalı Çapkını 88.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

Podobne wpisy