Panna młoda odc. 96: Sekundy grozy! Hancer wyskakuje z jadącego auta!

Cihan pochyla się nad leżącą na asfalcie Hancer.

„Panna młoda” Odc. 96 – streszczenie

Silnik pracował równo, niemal kojąco, jakby chciał zagłuszyć wszystko to, co nie zostało powiedziane. Cihan prowadził pewnie, jedną ręką trzymając kierownicę, drugą co chwilę przesuwając po konsoli. Co jakiś czas zerkał w stronę Hancer — z tym cichym, nieśmiałym uśmiechem, który zdradzał więcej niż słowa.

Ona siedziała obok, nieruchoma. Wpatrzona w drogę, lecz jakby jej nie widziała. Palce zaciskała na materiale sukienki, a oddech miała płytki, nierówny.

Cihan, nieświadomy burzy, która w niej narastała, wyciągnął dłoń w jej stronę.

— Hancer… — zaczął łagodnie. — Już wszystko będzie dobrze.

Nie zdążył jednak jej dotknąć.

Klik.

Cichy dźwięk odpiętego pasa przeciął powietrze jak ostrze.

— Hancer? — zmarszczył brwi, zdezorientowany.

A potem wszystko wydarzyło się w jednej, przerażającej sekundzie.

Drzwi się otworzyły.

Pęd powietrza wdarł się do środka.

I zanim zdążył zareagować — zniknęła.

— HANCER!

Cihan nacisnął hamulec z całej siły. Opony zapiszczały, samochód zarzuciło lekko na bok, aż w końcu zatrzymał się gwałtownie, jakby sam buntował się przeciw temu, co właśnie się stało.

Serce waliło mu jak oszalałe.

Wyskoczył z auta i pobiegł.

Kilka metrów dalej… leżała ona.

Bez ruchu.

Jej ciało bezwładnie rozciągnięte na rozgrzanym asfalcie, a włosy rozsypane wokół twarzy jak czarna aureola. Jedna z jej dłoni była nienaturalnie wykrzywiona, jakby zatrzymała się w pół gestu.

— Nie… nie, nie, nie… — wyszeptał łamiącym się głosem.

Padł przy niej na kolana. Drżącymi rękami uniósł jej głowę, przyciągając ją ostrożnie do siebie, jakby bał się, że nawet najlżejszy dotyk może ją złamać.

— Hancer… — jego głos był już tylko cieniem pewności, którą miał jeszcze kilka chwil wcześniej. — Hancer, słyszysz mnie?

Odgarnął włosy z jej twarzy. Jej skóra była blada. Zbyt blada.

Przyłożył dłoń do jej policzka.

— Otwórz oczy… proszę… — wyszeptał, a w jego oczach pojawił się strach, jakiego nigdy wcześniej nie czuł. — Proszę, nie rób mi tego…

Nie było odpowiedzi.

Tylko cisza.

I echo jego własnego oddechu, który nagle stał się ciężki, urywany.

Dopiero teraz zrozumiał.

To nie był impuls.

To był plan.

Chciała odejść. Zniknąć. Zostawić go dla kogoś innego.

Dla dziecka, które jeszcze się nie narodziło.

— Dlaczego…? — wyszeptał, zaciskając powieki. — Dlaczego to zrobiłaś…?

Przycisnął ją mocniej do siebie, jakby w ten sposób mógł ją zatrzymać przy życiu.

— Hancer… wróć do mnie… błagam…

Ale odpowiedziała mu tylko bezlitosna cisza drogi.

***

Gulsum i Fadime weszły do salonu niemal jednocześnie, uginając się pod ciężarem czarnych worków wypchanych ubraniami Hancer. Plastik szeleścił cicho przy każdym ich kroku, jakby nawet on zdradzał napięcie wiszące w powietrzu.

Beyza siedziała wyprostowana na kanapie, z chłodnym, nieprzeniknionym wyrazem twarzy. Obok niej Mukadder obserwowała wszystko z wyraźną satysfakcją, oparta wygodnie o oparcie fotela.

— Wszystko przyniosłyśmy, pani Beyzo — odezwała się Gulsum, spuszczając wzrok.

— Wszystko? — Beyza uniosła lekko brew. — Nic nie zostało?

— Opróżniłyśmy całą szafę — dodała Fadime niepewnie. — Wkrótce zabierzemy resztę rzeczy z pozostałych pomieszczeń.

Mukadder pochyliła się lekko do przodu.

— Co tu się dzieje?

Beyza uśmiechnęła się chłodno.

— Kazałam im spakować rzeczy tej dziewczyny.

— Bardzo dobrze — odparła Mukadder bez wahania. — Nie chcę, żeby został tu po niej choćby najmniejszy ślad.

Beyza przeniosła spojrzenie na pokojówki, a jej oczy stały się twarde jak szkło.

— Słyszałyście moją ciocię. Nie chcę widzieć w tym domu ani jednej rzeczy należącej do Hancer. Ani jednej. Nawet spinki do włosów.

Zrobiła krótką pauzę, pozwalając, by jej słowa wybrzmiały.

— W przeciwnym razie poniesiecie konsekwencje.

Fadime przełknęła ślinę i zebrała się na odwagę.

— Co mamy zrobić z tymi rzeczami? Może… powiedzieć kierowcy, żeby je odwiózł?

Mukadder prychnęła cicho.

— Odwiózł? Dokąd? — Jej głos stał się lodowaty. — Ona niczego tu nie przyniosła. Wszystko, co miała, zostało kupione za pieniądze mojego syna.

Beyza nachyliła się lekko do przodu, a jej ton nie pozostawiał miejsca na sprzeciw.

— Wynieście to na podwórze. Do beczki. I spalcie wszystko.

Słowa zawisły w powietrzu ciężkie jak wyrok.

— Ale… — Fadime zawahała się — co powie pan Cihan?

Mukadder spojrzała na nią ostro, niemal z pogardą.

— Od kiedy to ty martwisz się o zdanie mojego syna?

Beyza zmrużyła oczy i wbiła w Fadime przenikliwe spojrzenie.

— Ona nie martwi się o Cihana — powiedziała powoli. — Próbuje chronić Hancer.

Zapanowała cisza.

— Posłuchaj mnie uważnie — dodała, cedząc każde słowo. — Era Hancer właśnie się skończyła. Od teraz robicie tylko to, co wam każą. Bez pytań. Bez wtrącania się w sprawy, które was nie dotyczą.

Gulsum i Fadime skinęły głowami, nie mając odwagi spojrzeć żadnej z nich w oczy. Schyliły się, podniosły ciężkie worki i ruszyły w stronę wyjścia.

Gdy drzwi za nimi się zamknęły, w salonie zapadła triumfalna cisza.

***

Na środku dziedzińca ustawiono dużą, blaszaną beczkę. Metal połyskiwał w słońcu, a jego chłodna powierzchnia kontrastowała z tym, co miało się za chwilę wydarzyć. Gulsum i Fadime, w milczeniu i z widocznym napięciem, opróżniały kolejne worki. Ubrania Hancer wpadały do środka bezładnie — jakby wraz z nimi wyrzucano czyjąś obecność, czyjeś życie.

Zapach benzyny szybko wypełnił powietrze. Ostry, duszący.

Beyza wyszła na zewnątrz powoli, z wyraźnym spokojem malującym się na twarzy. Każdy jej krok był pewny, niemal ceremonialny. To nie był zwykły gest — to miał być koniec. Ostateczny.

— Dobrze — powiedziała cicho, stając przy beczce. — W końcu zapanuje tu porządek.

Wzięła od Gulsum pudełko zapałek. Jedną z nich przesunęła po drasce.

Mały płomień rozbłysł, drżąc lekko na końcu drewienka. Beyza osłoniła go dłonią, jakby chroniła coś cennego, i uśmiechnęła się pod nosem — chłodno, z satysfakcją.

— To koniec, Hancer — wyszeptała niemal bezgłośnie.

Uniosła rękę, gotowa wrzucić płonącą zapałkę do beczki.

I wtedy…

Warkot silnika przeciął ciszę. Wszyscy odwrócili głowy.

Na podjazd gwałtownie wjechał samochód Cihana. Hamulce zapiszczały, a auto zatrzymało się niemal w miejscu. Drzwi otworzyły się z impetem.

Cihan wyskoczył z samochodu, blady, roztrzęsiony.

— Otwórzcie drzwi! Natychmiast! — krzyknął, nawet na nich nie patrząc.

Podbiegł do tylnego siedzenia i z najwyższą ostrożnością wyciągnął Hancer. Jej ciało było bezwładne, głowa opadła mu na ramię, a włosy przesunęły się po jego dłoni. Na jej skórze widać było ślady upadku.

— Szybko! — jego głos się załamał. — Przygotujcie łóżko!

Pokojówki drgnęły, jak wyrwane z transu, i natychmiast ruszyły w stronę domu.

Zapałka w dłoni Beyzy zgasła. Ona sama stała nieruchomo.

Jeszcze chwilę temu była pewna zwycięstwa. Pewna, że zamyka pewien rozdział raz na zawsze. Że Hancer zniknęła — nie tylko z tego domu, ale i z życia Cihana.

A teraz…

Patrzyła, jak wraca. Nie jako przegrana.

Ale jako ktoś, kogo on niesie na rękach z desperacją, jakby trzymał całe swoje życie.

Świadomość tej porażki uderzyła ją nagle, boleśnie. Palce zacisnęły się na pudełku zapałek.

— To niemożliwe… — wyszeptała.

Ale to działo się naprawdę. I nic już nie było takie, jak przed chwilą.

***

Cihan niemal bez tchu wniósł Hancer do sypialni. Drzwi uderzyły o ścianę, gdy w pośpiechu przekroczył próg. Ostrożnie ułożył ją na łóżku, jakby bał się, że nawet najlżejszy ruch może sprawić jej ból. Jej włosy rozsypały się na poduszce, a blada twarz kontrastowała z ciemną tkaniną bluzki.

— Hancer… — wyszeptał, nachylając się nad nią i z trudem łapiąc oddech.

W tej samej chwili jej powieki drgnęły.

Otworzyła oczy.

Przez moment patrzyła nieprzytomnie w sufit, jakby nie rozumiała, gdzie jest. Dopiero po chwili jej wzrok przesunął się po znajomych ścianach, meblach, detalach… i nagle w jej oczach pojawił się strach.

— Nie… — szepnęła, a potem gwałtownie uniosła się na łokciach. — Dlaczego mnie tu przywiozłeś?!

Jej głos zadrżał, przeszedł w rozpacz.

— Dlaczego znowu jestem w tym domu?! — dodała głośniej, z pretensją i paniką.

Cihan zacisnął szczękę, ale jego spojrzenie złagodniało.

— Idźcie — rzucił krótko do stojących w progu pokojówek. — Ja się nią zajmę.

— Nie! — krzyknęła Hancer, wyciągając rękę w ich stronę, jakby szukała ratunku. — Nie zostawiajcie mnie! Proszę, pomóżcie mi…

Jej oddech przyspieszył, a dłonie zaczęły drżeć.

— Chcę iść do domu mojego brata… zabierzcie mnie stąd…

Spróbowała wstać. Cihan natychmiast ją powstrzymał, obejmując jej ramiona stanowczo, ale ostrożnie.

— Nie możesz nigdzie iść — powiedział twardo, patrząc jej prosto w oczy. — Nie puszczę cię.

— Siostro Fadime… — jej głos załamał się, a spojrzenie pobiegło ku pokojówkom. — Zamów dla mnie taksówkę, błagam…

Cihan odwrócił głowę. W jego oczach pojawił się gniew.

— Nie ważcie się do nikogo dzwonić — warknął. — Słyszycie mnie? Wyjdźcie. Natychmiast.

Zapadła cisza.

Aysu, Gulsum i Fadime wymieniły niepewne spojrzenia, po czym — nie odzywając się ani słowem — powoli opuściły pokój. Drzwi zamknęły się cicho, ale dźwięk ten zabrzmiał jak ostateczne odcięcie.

Zostali sami.

Cihan znów pochylił się nad Hancer. Jego twarz była teraz tuż przy jej twarzy. W jego spojrzeniu mieszała się determinacja i coś jeszcze — coś, co zdradzało strach, którego nie chciał okazać.

— Posłuchaj mnie uważnie — powiedział cicho, ale z naciskiem. — Nigdzie się nie wybierasz.

Zacisnął lekko palce na jej ramionach, jakby chciał upewnić się, że naprawdę tu jest.

— Nie ma mowy, żebym cię teraz puścił. Rozumiesz?

Cihan sięgnął po apteczkę stojącą na komodzie. Metalowe zapięcie kliknęło cicho, gdy ją otwierał. Wyjął gazę i środek odkażający, po czym usiadł obok Hancer. Delikatnie ujął jej przedramię — na skórze widniało świeże, zaczerwienione otarcie, miejscami przesiąknięte krwią.

— Hancer… — zaczął spokojnie, choć napięcie w jego głosie było wyraźne. — Czy ty w ogóle rozumiesz, co zrobiłaś?

Przemywał ranę ostrożnie, niemal z czułością, jakby próbował w ten sposób zagłuszyć własny strach.

— Wyskoczyłaś z jadącego samochodu. — Jego głos zadrżał, choć starał się to ukryć. — Dzięki Bogu jechałem wolno, ale co by było, gdyby coś ci się stało? Gdybym… — urwał, zaciskając szczękę.

Hancer wyrwała rękę z jego uścisku.

— Chciałam się przed tobą uratować — odpowiedziała chłodno, niemal obojętnie. — Ale jak widać… nie udało mi się.

Te słowa uderzyły w niego mocniej niż krzyk.

Cihan spojrzał na nią uważnie, jakby próbował znaleźć w jej twarzy choć cień wahania.

— Aż tak bardzo mnie nienawidzisz?

Hancer uniosła podbródek, a w jej oczach zapłonęła twardość.

— Bardziej niż bardzo. — Każde słowo wypowiedziała powoli, z naciskiem. — Nienawidzę cię z całego serca. I to wszystko, co mam ci do powiedzenia.

Na moment zapadła cisza.

Cihan odchylił się lekko, jakby przyjął cios, ale nie zamierzał się cofnąć.

— Dobrze — powiedział cicho. — Nienawidź mnie. Krzycz. Przeklinaj mnie, ile chcesz. Masz do tego prawo.

Podniósł na nią wzrok — w jego oczach nie było gniewu, tylko upór.

— Ale pewnego dnia miłość zwycięży. Jestem tego pewien. Zrozumiesz mnie. Zrozumiesz, dlaczego robię to wszystko. I zobaczysz, że to nie ja jestem winny.

— To się nigdy nie stanie! — Hancer zerwała się gwałtownie z łóżka, jakby te słowa ją poparzyły.

Nie zdążyła zrobić nawet kroku.

Cihan natychmiast ją chwycił, przytrzymując mocno, choć ostrożnie, żeby jej nie zranić.

— Stanie się — powiedział stanowczo, niemal szeptem przy jej uchu. — Poczekam na ten dzień, choćby miał nadejść za sto lat. A ty nigdzie nie odejdziesz.

— Zejdź mi z drogi, Cihanie! — wyrwała się, próbując go odepchnąć. — Odchodzę stąd!

— Nie możesz. — Jego głos stwardniał. — Usiądź.

Nie czekał na jej zgodę. Zdecydowanym ruchem przytrzymał ją i posadził z powrotem na materacu.

Przez chwilę patrzył na nią w milczeniu — jakby chciał coś jeszcze powiedzieć, ale zrezygnował.

Odwrócił się i ruszył w stronę drzwi.

Klamka zgrzytnęła.

Chwilę później rozległ się cichy, ale jednoznaczny dźwięk przekręcanego klucza.

Została sama. W zamknięciu.

***

Mukadder zatrzymała syna na korytarzu, stając przed nim jak mur. Jej twarz była napięta, a spojrzenie chłodne i nieustępliwe. W powietrzu zawisło napięcie, ciężkie jak burza, która za chwilę ma wybuchnąć.

— Co to za wstyd, synu? — zapytała lodowatym tonem. — Zamierzasz trzymać ją tu siłą? Puść ją. Niech odejdzie.

Cihan nawet nie zwolnił kroku, dopóki nie znalazł się tuż przed nią. Jego oczy pociemniały.

— Mamo… powiedziałem ci już, żebyś się nie wtrącała.

Mukadder uniosła podbródek, jakby jego słowa w ogóle jej nie dotknęły.

— Jeśli ty nie potrafisz podjąć właściwej decyzji, zrobię to za ciebie.

Zrobiła krok w stronę drzwi do pokoju Hancer.

— Nie waż się.

Głos Cihana był niski, ale tak stanowczy, że zatrzymał ją w miejscu. Tym razem to on stanął jej na drodze, zasłaniając przejście własnym ciałem.

— Nikt poza mną nie wejdzie do tego pokoju.

Mukadder spojrzała na niego z niedowierzaniem.

— Cihanie… czy ty postradałeś zmysły? Ona nie chce tu zostać. Jak zamierzasz ją zatrzymać? Będziesz jej pilnował dniem i nocą?

— Tak — odpowiedział bez wahania. — Właśnie tak.

Jego głos był twardy jak stal.

— Nie pójdę do pracy. Nie ruszę się stąd. Będę tu stał, dopóki Hancer mi nie wybaczy.

Mukadder cofnęła się o krok, jakby te słowa ją uderzyły.

— Czy ty słyszysz sam siebie? — wyszeptała z rosnącym oburzeniem. — Twoja żona jest na dole. Czy to jest wobec niej w porządku?

Cihan parsknął gorzko.

— Beyza nie jest moją żoną. Moją żoną jest Hancer.

— Beyza nosi twoje dziecko! — wybuchła Mukadder.

— Mamo, przestań! — przerwał jej ostro. — Przestań powtarzać to w kółko!

— Więc zachowaj się jak mężczyzna i zrób to, co do ciebie należy!

Cihan zacisnął dłonie w pięści, ale jego głos, choć napięty, pozostał kontrolowany.

— Zrobię. Zaopiekuję się moim dzieckiem. Nigdy się od niego nie odwrócę. Ale Beyza… — zawahał się na ułamek sekundy — dla mnie nie istnieje.

Mukadder wpatrywała się w niego z niedowierzaniem, jakby nie poznawała własnego syna.

— Powiedziała ci, że chce usunąć ciążę! — rzuciła ostro. — I co? Pozwolisz jej na to? Zabijesz własne dziecko? Opamiętaj się!

W przypływie emocji uniosła rękę i spoliczkowała go.

Dźwięk uderzenia odbił się echem od ścian korytarza.

Cihan drgnął, jego głowa lekko odchyliła się w bok. Przez moment wyglądał, jakby zaraz miał eksplodować. Jego oczy zapłonęły, ale po chwili zamknął je i wziął głęboki oddech.

Gdy znów spojrzał na matkę, jego twarz była chłodna, niemal nieprzenikniona.

— Jesteś moją matką — powiedział powoli. — Szanuję cię. Zniosę wiele.

Zrobił krok bliżej niej.

— Ale jeśli przekroczysz granicę… pokażę ci, gdzie jest twoje miejsce.

Jego głos stwardniał.

— Zranię was wszystkich. Bez wyjątku.

Mukadder zamilkła. Po raz pierwszy w jej oczach pojawiło się zawahanie.

— Ja tylko próbuję uchronić cię przed błędem… — powiedziała cicho, niemal bezradnie.

— Mój największy błąd już popełniłem — odparł bez wahania. — Poślubiłem Beyzę.

W jego głosie nie było już gniewu, tylko chłodna pewność.

— Rozwiedliśmy się. To koniec. Nie powtórzę tego błędu. I nikt mnie do tego nie zmusi.

Odwrócił się lekko i wskazał na schody.

— Teraz odejdź. Nikt nie ma prawa tu wejść bez mojej zgody. Nikt.

Mukadder stała jeszcze przez chwilę, jakby chciała coś powiedzieć, ale słowa ugrzęzły jej w gardle.

W końcu opuściła głowę.

Odwróciła się i odeszła w milczeniu, a echo jej kroków powoli zniknęło w ciszy rezydencji.

***

Na półpiętrze, w półcieniu schodów, stała Beyza. Ukryta, słyszała każde słowo rozmowy Cihana z Mukadder. Z każdym zdaniem jej twarz tężała, a w oczach narastał obłędny błysk. Palce zaciskała tak mocno, aż pobielały jej knykcie.

Nagle nie wytrzymała. Wybuchła.

— Mordercy! — jej krzyk przeciął ciszę rezydencji jak nóż. — Oboje jesteście mordercami!

Zbliżyła się, już się nie kryjąc.

— Hancer! — zawołała w stronę góry, jakby chciała przebić się przez zamknięte drzwi. — Słyszysz mnie?! Nie dam ci spokoju! Nigdy! Zabiłaś moje dziecko! Obyś nigdy więcej nie wyszła na światło dzienne!

Jej głos drżał, łamał się, przechodził w histerię.

Cihan ruszył natychmiast. Zbiegł po schodach ciężkimi krokami. Każdy jego ruch był napięty jak struna.

— Przestań krzyczeć! — ryknął, zatrzymując się naprzeciwko niej.

— Cihanie, nie podnoś na nią głosu — wtrąciła Mukadder, schodząc niżej, z wyraźnym niepokojem w oczach. — Ona jest w ciąży. Nosi twoje dziecko.

Beyza roześmiała się krótko, gorzko. Spojrzała na Cihana z czystą pogardą.

— Czy on ma sumienie, żeby się tym przejmować? — zapytała.

Jej spojrzenie stało się lodowate.

— Ta dziwka na górze też go nie ma. Oboje… — wskazała na niego drżącą ręką — zabiliście moje dziecko. Słyszysz?! Jesteście mordercami!

— Zamknij się! — głos Cihana uderzył jak grom.

— Nigdy! — wykrzyczała. — Nie uciszysz mnie! Moje dziecko nie może mówić, więc ja będę mówić za nie!

Łzy napłynęły jej do oczu, ale nie było w nich słabości — tylko rozpacz pomieszana z furią.

— Na sądzie ostatecznym zapytają mnie, jak mogłam do tego dopuścić… — wyszeptała drżącym głosem. — Jak mogłam pozwolić, żeby je zabito…

Zapadła ciężka cisza.

Cihan patrzył na nią przez chwilę, a potem jego twarz nagle stężała — jakby podjął decyzję.

— Porozmawiamy o wszystkim — powiedział chłodno. — Już się tym zająłem.

Beyza zmarszczyła brwi.

— O czym ty mówisz?

— Zadzwoniłem do twojego ojca.

Beyza pobladła w jednej chwili, jakby ktoś odciął jej dopływ krwi.

***

Drzwi rezydencji otworzyły się z impetem.

Nusret wszedł do środka szybkim, zdecydowanym krokiem, jak człowiek, który nie zamierza słuchać żadnych wyjaśnień. Jego twarz była napięta, oczy płonęły gniewem. Cihan czekał na niego już w salonie — wyprostowany, gotowy, jakby od dawna przewidywał tę konfrontację.

Nie padło nawet powitanie.

Wystarczyło jedno spojrzenie.

Rzucili się na siebie.

Marynarka Nusreta została brutalnie chwycona, a jego dłoń zacisnęła się na koszuli Cihana. Szarpanina była gwałtowna, pełna nagromadzonej złości, której nie dało się już zatrzymać.

— Przestańcie! — krzyknęła Mukadder, wpadając między nich.

Z trudem rozdzieliła mężczyzn, odpychając jednego od drugiego, choć obaj wciąż dyszeli ciężko, gotowi wrócić do walki.

— Zniszczyłeś życie mojej córki! — wybuchł Nusret, wskazując palcem na Cihana. — A teraz wziąłeś sobie na cel mojego wnuka?! Nie pozwolę ci na to!

— Co cię to obchodzi? — odparł ostro Cihan. — To moje dziecko. Ja jestem jego ojcem i ja się nim zajmę!

Nusret parsknął śmiechem — krótkim, pełnym pogardy.

— Ty? Ojcem? — powtórzył z ironią. — Wiesz w ogóle, co to znaczy? Odwróciłeś się od własnego dziecka dla obcej kobiety!

Zrobił krok bliżej.

— Ale czego się spodziewać… Niedaleko pada jabłko od jabłoni. Jaki ojciec, taki syn.

Cihan stracił panowanie nad sobą. W jednej chwili dopadł Nusreta i chwycił go za klapy marynarki, szarpiąc z całej siły.

— Zamknij się! — warknął przez zaciśnięte zęby. — Nie obchodzi mnie, że jesteś moim wujkiem! Rozwalę ci łeb!

Znów zaczęli się szarpać — gwałtowniej, brutalniej niż wcześniej.

— Przestańcie! — tym razem głos Beyzy przebił się przez chaos.

Jej słowa, choć wypowiedziane drżącym głosem, zatrzymały ich na moment.

Spojrzała na Cihana, a w jej oczach była rozpacz.

— Jeśli nie zależy ci na mnie… — zaczęła cicho — to pomyśl chociaż o dziecku, które noszę.

Zapadła chwila ciszy.

— Beyza ma rację — dodała Mukadder, patrząc surowo na syna. — Życie mojego wnuka jest zagrożone.

W tym momencie do salonu weszła Sinem, zatrzymując się niepewnie przy progu. Jej obecność była jak zgrzyt w napiętej ciszy.

Mukadder natychmiast odwróciła się w jej stronę.

— Co ty tu robisz? — zapytała ostro. — Nie widzisz, że to prywatna rozmowa?

— Ja… — zaczęła niepewnie Sinem.

— To ja ją wezwałem.

Wszystkie spojrzenia skierowały się na Cihana. Stał nieruchomo, opanowany — jakby przed chwilą nie doszło do bójki.

— Chcę, żeby wszyscy to usłyszeli — dodał spokojnie.

Po chwili wszyscy zajęli miejsca na kanapach. Atmosfera była ciężka, nikt nie odważył się odezwać pierwszy. Tylko Cihan pozostał na nogach — dominujący, pewny siebie, jakby przejął kontrolę nad całym pomieszczeniem.

— Jestem żonaty — powiedział wyraźnie. — Mam żonę.

— No nie… — Nusret rozłożył ręce w geście niedowierzania. — On dalej swoje!

Pokręcił głową z irytacją.

— Czy twoja żona jest dla ciebie ważniejsza niż własne dziecko? — zapytał ostro. — Twój syn będzie kontynuował ród Develioglu! Co może być ważniejsze od niego?

Nachylił się lekko do przodu, jakby chciał przemówić mu do rozsądku.

— Ta kobieta może mieć wszystko. Dom, samochód, udziały w firmie… Daj jej, co będzie chciała. Ale pozbądź się jej z tego domu.

Zapadła cisza. Cihan spojrzał na niego chłodno, bez cienia wahania.

— A kto powiedział, że chcę się jej pozbyć?

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia był film Gelin 70.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

Podobne wpisy

  • Panna młoda odc. 37: Łóżko obsypane płatkami róż czeka na Cihana i Hancer!

    Cihan i Hancer są nadal uwięzieni w starym domu. Przypadkowa rozmowa o wzorze swetra Hancer prowadzi do odkrycia jej talentu i inspiruje Cihana, który fotografuje i szkicuje jej projekt. Między nimi dochodzi do kolejnego konfliktu, gdy Hancer prosi o zgodę na wyjście na otwarcie sklepu brata. Kłótnia dotyka bolesnych wspomnień Cihana o zmarłym bracie. Wkrótce mężczyzna otrzymuje dramatyczną informację: Cemil jest śmiertelnie chory. Pod wpływem diagnozy Cihan zmienia decyzję i zabiera Hancer na uroczystość. Derya ukrywa pieniądze i cynicznie planuje wykorzystać chorobę męża. Beyza spotyka się potajemnie z doktor Fusun, a Yonca zdobywa kompromitujące zdjęcia. Wieczorem Cihan i Hancer zostają zaproszeni na noc do domu Cemila, gdzie Derya realizuje własny, ryzykowny plan.

  • Panna młoda odc. 88: Nocne spotkanie w starym domu! Cihan przyłapuje Beyzę!

    Po napiętej rozmowie w kawiarni Hancer naciska, by „były mąż” Beyzy wziął odpowiedzialność, nie wiedząc, że to Cihan. Ich konflikt się pogłębia. Beyza, ukrywana u Deryi, prowokuje kłótnię i manipuluje sytuacją. Rano znika i informuje Hancer, że zdobyła pieniądze na aborcję. Hancer odnajduje ją i próbuje powstrzymać. W rezydencji narasta presja na Cihana, by poślubił Beyzę. Nocą Cihan znajduje Beyzę w starym domu – a Hancer przyznaje, że to ona ją tam sprowadziła.

  • Panna młoda odc. 3: Hancer zgadza się na układ z Cihanem!

    W domu Hancer pojawiają się Mukadder, Beyza i Sinem z rodziny Develioglu, by ponownie ocenić dziewczynę jako kandydatkę na żonę Cihana. Hancer stanowczo odrzuca propozycję, co doprowadza do brutalnej awantury — Derya w furii bije szwagierkę i opuszcza dom z synem. Wkrótce Cemil traci przytomność i trafia do szpitala, gdzie Hancer słyszy druzgocącą diagnozę: torbiel na pniu mózgu i groźba paraliżu lub śmierci. Poznajemy bezwzględne plany Mukadder — dziecko Hancer ma zostać odebrane i wychowane przez Beyzę. Gdy Cemil wraca do domu, Hancer ukrywa prawdę i podejmuje dramatyczną decyzję. Następnego dnia zjawia się w rezydencji Develioglu i ku zaskoczeniu wszystkich informuje Cihana, że zgadza się na układ małżeński.

  • Panna młoda odc. 2: Miliony w zamian za dziecko!

    W domu pogrążonym w półmroku Hancer budzi się z niepokojącego snu, w którym widzi siebie jako pannę młodą ratującą płaczące dziecko. Tego samego wieczoru do domu przychodzą Hatice i elegancka przedstawicielka bogatej rodziny Develioglu z propozycją małżeństwa Hancer z Cihanem – rozwiedzionym milionerem, który pilnie potrzebuje syna. Dziewczyna stanowczo odrzuca ofertę, sprzeciwiając się traktowaniu kobiety wyłącznie jako narzędzia do urodzenia dziecka. Wkrótce Derya traci pracę i pod presją długów zaczyna rozważać, jak zmusić Hancer do zmiany decyzji. Tymczasem Hancer dowiaduje się od lekarza, że u jej brata wykryto torbiel na pniu mózgu i konieczne są pilne, kosztowne badania.

  • Panna młoda odc. 4: Cihan i Hancer podpisują umowę!

    Hancer przychodzi do rezydencji Develioglu i w cztery oczy spotyka się z Cihanem. Oświadcza, że zgadza się na małżeństwo, ale stawia warunek: chce pieniędzy i absolutnej tajemnicy przed rodzinami. Po ostrej wymianie zdań Cihan zatrzymuje ją i decyduje się na układ. W obecności domowników ogłasza Mukadder, że zawarł z Hancer umowę i poleca rozpocząć przygotowania do ślubu, czym wywołuje szok Beyzy i niepokój w rodzinie. Następnie zabiera Hancer do siedziby firmy, gdzie prawnik Engin przygotowuje kontrakt małżeński: milion dla Hancer i wysoka kara za zerwanie umowy. Hancer podpisuje dokumenty, otrzymuje zaliczkę w wysokości stu tysięcy i po raz pierwszy uświadamia sobie, że właśnie przypieczętowała decyzję, od której nie ma już odwrotu.

  • Panna młoda odc. 57: Szokujący finał porwania! Hancer znów żoną Cihana!

    Po porwaniu Hancer trafia z Cihanem do odosobnionej chaty w lesie. Między małżonkami dochodzi do ostrej rozmowy o kłamstwach, chorobie Cemila i ich małżeństwie. Cihan odmawia powrotu do domu, dopóki nie zdobędzie zgody brata Hancer. Rano wychodzi na jaw, że od dawna potajemnie pomagał Cemilowi i konsultował jego leczenie z lekarzem. Gdy Ertugrul każe mu wracać, Cihan odwozi Hancer do domu. Tam Cemil żąda rozmowy z siostrą i pyta, czy mimo wszystkiego chce być z Cihanem. Po szczerej rozmowie brat zgadza się na ich związek. W obecności rodziny Ertugrul oficjalnie prosi o rękę Hancer dla Cihana. Cemil wyraża zgodę, a para ponownie zakłada obrączki z datą symbolizującą nowy początek.