Dziedzictwo odc. 987: Aynur zostaje opiekunką Isil!

Aynur podaje Isil, siedzącej na wózku inwalidzkim, szklankę wody oraz środek przeciwbólowy. Obok nich stoi Sinan.

„Dziedzictwo” Odc. 987 – streszczenie

Ibo nie potrafił już dłużej dźwigać ciężaru tego, co przypadkiem usłyszał. Siedząc z Kirpim przy biurku, długo zbierał się na odwagę, aż w końcu postanowił wyznać mu prawdę.

– Podsłuchałem, jak Kara rozmawiała przez telefon ze swoją matką – zaczął z trudem. – Zrobiła badania… Kirpi, my nie możemy mieć dzieci. Rozumiesz? Nie możemy.

Na jego twarzy malował się głęboki smutek. Spuścił wzrok i dodał ciszej:

– Moim największym marzeniem było mieć z nią dziecko. Modliłem się, żeby odziedziczyło jej urodę i inteligencję.

Kirpi przyjrzał mu się ze współczuciem, po czym spróbował choć trochę rozładować napięcie.

– A po tobie niczego miałoby nie odziedziczyć?

– Niczego – odpowiedział Ibo bez wahania. – Geny Kary są nieporównywalnie lepsze. Chociaż teraz i tak nie ma to żadnego znaczenia…

– Nie mów tak, bracie – zaprotestował Kirpi. – Nie możesz od razu tracić nadziei. Medycyna potrafi dziś zdziałać cuda. Są terapie, in vitro, adopcja… Na pewno istnieje jakieś rozwiązanie. Pytanie brzmi: co zamierzasz zrobić?

Ibo przez chwilę milczał, wpatrując się w stojące przed nimi szklanki z herbatą.

– Zrobię wszystko, żeby Kara była szczęśliwa – oznajmił w końcu. – Ukryję własny ból tak głęboko, jak tylko potrafię. Będę udawał, że dzieci wcale mnie nie interesują, że nigdy ich nie chciałem. Przynajmniej nie będzie się obwiniała. Nie pomyśli, że czegoś mnie pozbawiła. Tyle mogę dla niej zrobić.

***

Kara nerwowo krążyła po swoim gabinecie. W dłoni wciąż trzymała wydruk wyników badań. Jej serce biło coraz szybciej, a w głowie kłębiły się setki sprzecznych myśli.

– Muszę mu powiedzieć – szepnęła do siebie. – To nie było planowane, ale przecież nie może tego odrzucić. Damy sobie radę. Ja już powoli się z tym oswajam…

Delikatnie położyła dłoń na brzuchu, jakby próbowała wyczuć ukryte pod sercem nowe życie.

– Będziemy mieli dziecko – powiedziała z drżącym uśmiechem. – Ibo będzie szczęśliwy. Musi być.

W tej samej chwili drzwi się otworzyły i do gabinetu wszedł Ibrahim. Kara natychmiast się wyprostowała.

– Właśnie chciałam z tobą porozmawiać – oznajmiła.

– Oczywiście, porozmawiajmy – odpowiedział Ibo z pozornym spokojem, zajmując miejsce w fotelu. – Ale najpierw przekazuję pozdrowienia od Abdurrahmana.

– Dziękuję. Wszystko u niego w porządku?

Ibrahim westchnął ciężko.

– To zależy, co rozumiesz przez „w porządku”. Jego życie przypomina teraz osobistą apokalipsę. Spłodził czworo dzieci. Wyobrażasz to sobie? Czworo.

Kara słuchała go z narastającym zdziwieniem.

– Podczas ostatnich wakacji dziecko numer trzy rozbiło sobie głowę, numer dwa zwymiotowało na plaży prosto na ludzi, a numer jeden pobił inne dzieciaki. Potem ich ojcowie rzucili się na siebie. Zamiast wypoczynku były szpital i komisariat – ciągnął Ibo. – Pomyśl tylko, jakimi jesteśmy szczęściarzami. My nie mamy dzieci.

Uśmiech natychmiast zniknął z twarzy Kary. Jeszcze przed chwilą była gotowa podzielić się z nim najważniejszą wiadomością w ich życiu. Teraz poczuła, jak cała odwaga ulatuje z niej w jednej chwili.

– Co masz na myśli? – zapytała cicho. – Nie chcesz mieć dzieci?

Ibrahim udał zdziwienie.

– Dzieci? Skąd nagle taki temat?

– Przecież zawsze zachwycałeś się dziećmi swojego kuzyna.

– To była zwykła dyplomacja, kochanie. Gdybym powiedział prawdę, bratowa śmiertelnie by się obraziła – odparł lekko. – W rzeczywistości dzieci pochłaniają czas, pieniądze i całą energię. Człowiek przestaje mieć własne życie.

Kara wpatrywała się w niego, jakby mówił w obcym języku.

– A więc naprawdę nie chciałbyś dziecka?

– Zdecydowanie nie – skłamał Ibo, ukrywając własny ból pod obojętnym tonem. – Jeżeli już potrzebujemy kogoś trzeciego w domu, możemy przygarnąć kota. Jest spokojniejszy, bardziej niezależny i nie wymaga tak wielkich poświęceń.

– Kota? – powtórzyła bez tchu.

– Oczywiście. A gdyby coś nie wyszło, zawsze można znaleźć mu inny dom. Z dzieckiem nie ma odwrotu. To odpowiedzialność na całe życie, a ja chcę zachować kontrolę nad własną przyszłością. Nie potrzebuję żadnych ograniczeń.

Każde kolejne słowo raniło Karę coraz dotkliwiej. Nie wiedziała, że Ibrahim wypowiadał je wyłącznie po to, by ochronić ją przed poczuciem winy.

– Powinnaś to przemyśleć – dodał, wstając. – Jesteśmy dwuosobową rodziną i niech tak pozostanie. Nie będę cię dłużej zatrzymywał. Miłej pracy.

Wyszedł z gabinetu, pozostawiając ją samą w ciężkiej, przytłaczającej ciszy.

Kara przez dłuższą chwilę stała nieruchomo. Potem ponownie spojrzała na wyniki i powoli przesunęła dłoń na brzuch.

– On nie chce dzieci… – wyszeptała z niedowierzaniem.

Jej oczy zaszły łzami.

– Nie wie, że zostanie ojcem. Może kiedy mu powiem, zmieni zdanie… Może jednak będzie chciał tego dziecka.

***

Sinan przywiózł matkę ze szpitala do domu. Işıl siedziała nieruchomo na wózku inwalidzkim, a jej twarz pozostawała chłodna i nieprzenikniona. Nie okazywała ani ulgi z powodu powrotu, ani wdzięczności za troskę syna. Wpatrywała się przed siebie, jakby wszystko wokół przestało mieć dla niej znaczenie.

Sinan ostrożnie ustawił wózek w pobliżu okna.

– Stąd będziesz mogła patrzeć na krajobraz – powiedział cicho. – Później przewiozę cię w inne miejsce, gdybyś nie czuła się tutaj dobrze.

Işıl nawet na niego nie spojrzała.

– Nie jestem garnkiem, który możesz przestawiać tam, gdzie akurat ci wygodnie – odburknęła.

Jej słowa zabolały Sinana, lecz nie pozwolił, by emocje pojawiły się na jego twarzy.

– Chciałem tylko, żebyś czuła się komfortowo – odpowiedział łagodnie.

W tej chwili do salonu weszła Aynur. W jednej dłoni trzymała szklankę wody, a w drugiej tabletkę przeciwbólową. Podeszła ostrożnie do Işıl, starając się nie okazywać zdenerwowania.

– Pani Işıl, przyniosłam pani lek przeciwbólowy – odezwała się spokojnie.

Chora nie zaszczyciła jej nawet spojrzeniem.

– Nie potrzebuję twojej opieki – rzuciła oschle. – Sinanie, sam mi to podaj.

Aynur zatrzymała się, jednak nie cofnęła wyciągniętej dłoni. Sinan stał tuż za nią, wyraźnie rozdarty między pragnieniem ochrony matki a obawą, że każda próba pomocy tylko bardziej ją rozgniewa.

– W szpitalu prawie nic pani nie jadła – dodała Aynur. – Mogłabym przygotować coś lekkiego. Ciepłą zupę albo…

– Czy ta dziewczyna ma problemy ze słuchem? – przerwała jej Işıl, nadal patrząc przed siebie. – Powiedziałam, że niczego od niej nie chcę.

– Mamo, pozwól sobie pomóc – poprosił Sinan. – Nie musisz przechodzić przez to sama.

Işıl gwałtownie zacisnęła dłonie na podłokietnikach wózka.

– Nie chcę niczego! – wybuchła. – Ani waszej pomocy, ani troski, ani litości! Chcę tylko, żebyście wszyscy zostawili mnie w spokoju!

W salonie zapadła ciężka cisza. Aynur spojrzała na kobietę ze współczuciem, lecz nie pozwoliła się sprowokować. Odłożyła emocje na bok i odezwała się jeszcze łagodniej:

– Rozumiem, że jest pani wściekła. To, co panią spotkało, było okrutne i niesprawiedliwe. Ma pani prawo się złościć, krzyczeć i mieć do wszystkich pretensje. Ale jesteśmy tutaj, ponieważ chcemy pani pomóc.

Işıl odwróciła ku niej chłodne spojrzenie.

– A ktoś prosił cię o zdanie?

Aynur wytrzymała jej wzrok.

– Jeśli naprawdę chce pani kiedyś wstać z tego wózka, musi pani walczyć. Nie tylko podczas rehabilitacji, ale każdego dnia. Może pani na nas krzyczeć i być dla nas niemiła, ale proszę nas nie odrzucać. Nie musi pani robić wszystkiego sama.

Na twarzy Işıl pojawił się grymas gniewu.

– Nie znasz mnie. Nie wiesz, czego potrzebuję, więc przestań udawać, że rozumiesz moje życie.

Z determinacją chwyciła obręcze kół i zaczęła samodzielnie manewrować wózkiem. Sinan odruchowo ruszył w jej stronę, chcąc pomóc, lecz powstrzymała go ostrym spojrzeniem.

– Nie dotykaj mnie.

Powoli wyjechała z salonu, pozostawiając Sinana i Aynur w pełnej napięcia ciszy. Oboje patrzyli za nią bezradnie. Wiedzieli, że jej powrót do domu był dopiero początkiem długiej i bolesnej walki – nie tylko o odzyskanie sprawności, ale także o odbudowanie nadziei, którą Işıl zdawała się całkowicie utracić.

***

Do kawiarni wszedł potężnie zbudowany mężczyzna ubrany od stóp do głów na czarno. Krótko przystrzyżone włosy i broda przyprószona siwizną zdradzały jego dojrzały wiek, jednak w przenikliwym spojrzeniu czaiło się coś niepokojącego — chłodna pewność siebie, siła i ledwie dostrzegalny cień szaleństwa.

Semih stał za ladą, porządkując naczynia. Gdy nieznajomy zatrzymał się naprzeciwko niego, natychmiast odłożył trzymaną w dłoni szklankę.

– Ty jesteś Semih? – zapytał przybysz bez zbędnego wstępu.

– Zależy, kto pyta – odpowiedział ostrożnie Semih, uważnie mu się przyglądając.

Na ustach mężczyzny pojawił się nieprzyjemny półuśmiech.

– Burhan. Szalony Burhan.

Na dźwięk tego imienia Semih wyraźnie spoważniał. Natychmiast wyszedł zza lady, podszedł do gościa i z szacunkiem ucałował jego dłoń.

– Wiele o tobie słyszałem – powiedział.

– Ja o tobie również – odparł Burhan. – Podobno szukasz kogoś do współpracy. Sprawdziłem cię. Kiedyś całkiem nieźle radziłeś sobie w tym interesie.

– To prawda – potwierdził Semih. – I tym razem także cię nie zawiodę.

Burhan zmrużył oczy.

– Lepiej, żeby tak było. Jeśli popełnisz błąd, sam przekonasz się, dlaczego wszyscy nazywają mnie Szalonym Burhanem.

Sięgnął do kieszeni płaszcza i wyjął niewielki pakunek, który położył na ladzie.

– W środku jest dziesięć porcji. Na początek wystarczy.

Semih spojrzał na przesyłkę z wyraźnym rozczarowaniem.

– Tylko tyle?

– A czego się spodziewałeś? – Burhan uniósł brew. – Że podczas pierwszego spotkania powierzę ci cały towar? To próba. Sprzedasz to, a potem zdecyduję, czy możemy rozmawiać o czymś większym.

– A mój udział?

– Pięć procent.

Semih natychmiast się skrzywił.

– Pięć procent? To ja biorę na siebie całe ryzyko. Przechowuję towar, znajduję klientów i narażam własną skórę. To zdecydowanie za mało.

Burhan zrobił krok w jego stronę. Jego spojrzenie stało się lodowate.

– Zasady są proste. Pięć procent należy do ciebie, reszta do mnie. Jeśli ci to nie odpowiada, możemy zakończyć tę rozmowę już teraz.

Przez kilka sekund mierzyli się wzrokiem. Semih zacisnął szczękę, lecz ostatecznie skinął głową.

– Dobrze. Niech będzie.

– Rozsądna decyzja – stwierdził Burhan. – Jutro chcę usłyszeć, że wszystko zostało sprzedane.

Odwrócił się i ruszył w stronę wyjścia.

– Do jutra – rzucił jeszcze, nie oglądając się za siebie.

Gdy drzwi kawiarni zamknęły się za nim, Semih przez chwilę stał nieruchomo. Potem sięgnął po pakunek i przyjrzał mu się z mrocznym półuśmiechem.

– Pięć procent… Dobre sobie – mruknął pogardliwie. – Jeśli sam nie dasz mi więcej, znajdę sposób, żeby zabrać to, co mi się należy.

Schował narkotyki do szuflady pod ladą i zatrzasnął ją zdecydowanym ruchem. W jego oczach rozbłysła niebezpieczna iskra chciwości. Burhan uważał, że poddał go próbie, lecz nie wiedział jeszcze, że Semih już zaczął układać własny plan.

***

Aynur wróciła z zakupów. Ledwie przekroczyła próg mieszkania, z głębi domu dobiegł ją gwałtowny krzyk Işıl.

– Nie chcę tego jeść! Zabierz to sprzed moich oczu!

Aynur zatrzymała się zaniepokojona. Po chwili usłyszała głuchy trzask tłuczonej porcelany. Natychmiast odstawiła torbę z zakupami i pobiegła do sypialni.

Işıl leżała w łóżku, a obok niej stał Sinan. Jedzenie, które przed chwilą przyniósł matce, wylądowało na podłodze wraz z rozbitą tacą i kawałkami naczyń. Kobieta patrzyła na syna z nieukrywaną wściekłością.

– Myślałeś, że tak łatwo uspokoisz swoje sumienie?! – syknęła. – Zatrudnisz pielęgniarkę, wrócisz do swojego wygodnego życia i uznasz, że wszystko jest w porządku? Nie! Jeśli ja cierpię, ty również będziesz cierpiał. Skoro moje życie stanęło w miejscu, twoje także się zatrzyma. Zrozumiałeś?

Sinan zacisnął szczękę, lecz nie odpowiedział. Aynur podeszła bliżej i stanęła przy łóżku, nie pozwalając, by gniew Işıl ją onieśmielił.

– Pani Işıl, proszę się zastanowić, co daje pani ta złość – odezwała się spokojnie, ale stanowczo. – Czy dzięki niej czuje się pani lepiej? Czy odzyskuje pani siły? Jeśli zamierza pani żyć bólem i żalem tylko po to, żeby ukarać własnego syna, nic się nie zmieni.

Işıl spojrzała na nią z niedowierzaniem.

– Łatwo ci mówić. Co ty możesz wiedzieć o cierpieniu, które rozdziera człowieka od środka?

– Być może nie potrafię sobie wyobrazić wszystkiego, przez co pani przechodzi – przyznała Aynur. – Wiem jednak, że dopóki człowiek oddycha i ma obok siebie ludzi, którzy chcą o niego walczyć, nie jest całkowicie przegrany. Jeśli naprawdę chce pani kiedyś odzyskać choć część dawnego życia, musi pani zacząć walczyć. Każdego dnia. Mimo bólu, strachu i złości.

Işıl obserwowała ją chłodno, lecz Aynur mówiła dalej:

– Nie jest pani sama. Ma pani Sinana. Jestem również ja. Przybiegnę, ilekroć będzie pani czegoś potrzebowała. Może pani na mnie krzyczeć, obrażać mnie i próbować mnie od siebie odpychać, ale nie zamierzam zostawić pani bez pomocy.

Na ustach Işıl pojawił się lodowaty uśmiech.

– Czyli aż tak bardzo zaangażowałaś się w nasze życie? – zapytała drwiąco. – Masz już gotowy plan mojego cudownego uzdrowienia? Chcesz zostać moją wybawicielką?

– Nie – odpowiedziała Aynur bez wahania. – Chcę jedynie pomóc. I jestem gotowa zrobić wszystko, co będzie konieczne.

Işıl przez chwilę przyglądała jej się w milczeniu. Następnie uniosła brwi i odezwała się spokojnym, niemal niepokojącym tonem:

– Skoro tak, sprawdźmy, jak wiele jesteś gotowa poświęcić.

Sinan spojrzał na matkę z wyraźnym zaskoczeniem. Nie spodziewał się, że zgodzi się przyjąć pomoc Aynur. Nie zauważył jednak chłodnej kalkulacji, która pojawiła się w jej spojrzeniu.

***

Chwilę później Sinan i Aynur usiedli w salonie. Mężczyzna wciąż nie potrafił ukryć niepokoju.

– Jesteś pewna, że wiesz, na co się zgodziłaś? – zapytał. – Pomyślałaś, co się stanie, kiedy Adalet się o tym dowie?

– Wiem, co robię – odpowiedziała Aynur zdecydowanie. – Powiedziałam, że pomogę twojej matce, i dotrzymam słowa. Nie wycofam się tylko dlatego, że będzie trudno.

Sinan przyglądał jej się przez dłuższą chwilę.

– Znasz moją matkę – powiedział w końcu. – Dlaczego, twoim zdaniem, tak łatwo przyjęła twoją propozycję?

Aynur zmarszczyła brwi.

– Może zrozumiała, że naprawdę potrzebuje pomocy.

– Nie – odparł Sinan ponuro. – Ona w tej chwili nie myśli o rehabilitacji ani o opiekunce. Szuka kogoś, na kim będzie mogła wyładować całą złość. Nie przyjęła twojej pomocy. Wybrała sobie ofiarę.

Aynur zamilkła, lecz nawet ta przestroga nie zachwiała jej decyzją.

***

Tymczasem Işıl siedziała w łóżku i rozmawiała przez telefon z mężem.

– Oszalałaś? – zapytał zszokowany mężczyzna. – Jak mogłaś zgodzić się, żeby ta dziewczyna została twoją opiekunką? Przecież sama mówiłaś, że wszystko wydarzyło się przez nich!

Na twarzy Işıl pojawił się chłodny, pełen satysfakcji uśmiech.

– Doskonale wiem, co robię, kochanie.

– W takim razie wyjaśnij mi to.

– Ta dziewczyna ośmieliła się mnie pouczać – odpowiedziała pogardliwie. – Powiedziała, że zatruwam życie własnemu synowi i że jeśli nie zmienię swojego nastawienia, sama będę cierpieć. Wyobrażasz sobie? Służąca uznała, że ma prawo mówić mi, jak powinnam żyć.

– I właśnie dlatego chcesz trzymać ją przy sobie?

– Dokładnie – odparła Işıl. – Skoro odważyła się wejść na moje terytorium, będzie musiała ponieść konsekwencje. Pożałuje każdego słowa, które wypowiedziała.

Jej głos pozostał spokojny, lecz właśnie ten spokój brzmiał groźniej niż najgłośniejszy krzyk.

– Nikt nie przeciwstawia się Işıl i nie wychodzi z tego bez szwanku.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Emanet. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Emanet 711. Bölüm i Emanet 712. Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

Podobne wpisy