„Panna młoda” Odc. 153 – streszczenie
Cihan i Hancer nadal wymieniali wiadomości.
Telefon w dłoni mężczyzny ponownie zawibrował. Cihan od razu odczytał odpowiedź.
„Dziękuję, ale ubezpieczenie nie jest potrzebne.”
Zmarszczył brwi i uniósł wzrok znad ekranu.
— Jak to nie jest potrzebne? — mruknął pod nosem. — Dlaczego miałaby z niego rezygnować?
Nie zwlekając ani chwili, odpisał:
„Czy istnieje jakiś szczególny powód? Muszę to zrobić dla twojego bezpieczeństwa.”
Przez kilka sekund wpatrywał się w ekran telefonu, czekając na odpowiedź z napięciem większym, niż chciałby przed samym sobą przyznać.
W końcu wiadomość przyszła.
„To dla mnie tylko tymczasowa praca. Planuję odejść za kilka miesięcy.”
Cihan znieruchomiał. Jego palce zacisnęły się mocniej na telefonie. Szybko wystukał kolejną wiadomość.
„Myślisz, że ta praca ci nie odpowiada? A może problemem są zarobki? Jeśli coś ci przeszkadza, możemy to rozwiązać.”
Odpowiedź pojawiła się niemal od razu.
„Jestem bardzo zadowolona z pracy, ale tę decyzję podjęłam już wcześniej. Może powinnam była powiedzieć ci o tym od początku, ale nawet nie przyszło mi to do głowy. Zamierzam pracować tylko przez trzy miesiące.”
Przez chwilę w domu panowała absolutna cisza.
Cihan wpatrywał się w ekran nieruchomym wzrokiem, jakby nie rozumiał przeczytanych słów.
A potem nagle poczuł, jak ogarnia go fala gniewu i niepokoju.
— Co to ma znaczyć? — wyrwało mu się przez zaciśnięte zęby. — Jakie trzy miesiące?
Podniósł głowę, a w jego oczach pojawił się niebezpieczny błysk.
— O czym ty myślisz, Hancer? Co planujesz?
Z rozmachem odłożył telefon na stół. Urządzenie przesunęło się po szklanym blacie z ostrym dźwiękiem.
Cihan oparł obie dłonie o krawędź stołu i pochylił głowę, próbując uspokoić oddech.
Ale w jego umyśle kotłowały się coraz mroczniejsze myśli.
Trzy miesiące.
Dlaczego dokładnie tyle?
Czy planowała wyjechać?
Zniknąć?
Uciec od niego raz na zawsze?
Mięśnie szczęki napięły mu się boleśnie.
— Nie… — wyszeptał, zamykając oczy. — Nie pozwolę ci znowu odejść.
Po chwili podniósł telefon i jeszcze raz przeczytał wiadomości Hancer, jakby między słowami próbował znaleźć odpowiedź, której nie chciała mu powiedzieć wprost.
***
Hancer siedziała na kanapie w półmroku cichego salonu. Miękkie światło lampki stojącej obok fotela otulało jej twarz ciepłym blaskiem, a za oknem noc powoli spowijała miasto spokojem.
Oparła się wygodniej o poduszki i splótłszy dłonie na brzuchu, delikatnie go pogładziła. Na jej ustach pojawił się łagodny, pełen czułości uśmiech.
— Jeszcze tylko trzy miesiące, moja mała fasolko… — wyszeptała. — A potem wyjedziemy daleko stąd. Zostawimy za sobą cały ten ból, wszystkie łzy i strach. Zaczniemy nowe życie. Tylko ty i ja.
Na chwilę zamknęła oczy, wyobrażając sobie miejsce, którego jeszcze nie znała, ale które już wydawało jej się bezpieczne.
— Twoja mama o wszystko zadba — mówiła dalej cicho, jakby próbowała uspokoić nie tylko dziecko, ale też samą siebie. — Obiecuję ci to. Nigdy nie pozwolę, żeby spotkało cię coś złego.
Jej dłoń przesunęła się powoli po brzuchu.
— Kołyska była pierwszym krokiem — dodała z delikatnym wzruszeniem. — Pierwszym znakiem, że naprawdę na ciebie czekam. Że przygotowuję dla ciebie miejsce na tym świecie.
W jej oczach pojawił się błysk nadziei.
— Przyjdziesz na świat ze szczęściem i błogosławieństwem, moja maleńka fasolko. I będziesz bardzo kochana… bardziej, niż potrafię opisać słowami.
***
Cihan ciężko opadł na sofę stojącą pod ścianą. W salonie panowała cisza, przerywana jedynie cichym tykaniem zegara. Oparł łokcie na kolanach i splótł dłonie tuż przy ustach, jak człowiek próbujący powstrzymać chaos własnych myśli.
Jego wzrok utkwił w pustej przestrzeni przed sobą.
Dlaczego trzy miesiące? — pytał w myślach, czując, jak narastający niepokój ściska mu klatkę piersiową. — Dlaczego akurat tyle? Co ma się wydarzyć po tych trzech miesiącach?
Przymknął oczy i westchnął ciężko.
— Gdybym tylko wiedział, o czym naprawdę myślisz, Hancer… — wyszeptał gorzko.
Jeszcze chwilę temu wydawało mu się, że z każdym dniem jest trochę bliżej niej. Tymczasem jedno krótkie zdanie zburzyło cały jego spokój.
„Planuję pracować tylko przez trzy miesiące.”
Te słowa nie przestawały dźwięczeć mu w głowie.
— Myślałem, że cię mam… — powiedział cicho, zaciskając szczękę. — A ty znowu wymykasz mi się z rąk.
Podniósł wzrok. W jego oczach pojawił się lęk, którego nie potrafił już ukryć nawet przed samym sobą.
— Mam dość życia w strachu, że cię stracę — wyznał szeptem. — Mam dość patrzenia, jak ciągle ode mnie odchodzisz, Hancer…
Nagle poderwał się z miejsca, jakby dalsze siedzenie tylko potęgowało duszące go napięcie. Podszedł do stołu i mocno zacisnął dłonie na oparciu krzesła. Drewno zatrzeszczało pod siłą jego uchwytu.
Oddychał ciężko, próbując zapanować nad gniewem i bezsilnością.
— Co ty planujesz? — rzucił w pustkę ochrypłym głosem. — Dlaczego zachowujesz się tak, jakbyś przygotowywała się do zniknięcia?


***
Hancer leżała nieruchomo na kanapie, z dłońmi splecionymi na brzuchu. W pokoju panował półmrok, rozświetlany jedynie ciepłym światłem małej lampki stojącej przy fotelu. Obok niej leżała torba z dziecięcymi ubrankami, które jeszcze chwilę wcześniej oglądała z czułością i wzruszeniem.
Przymknęła oczy, próbując choć na chwilę uciszyć gonitwę myśli.
Nagle ciszę przeciął cichy stukot.
Ktoś pukał w okno.
Hancer gwałtownie poderwała się z miejsca. Serce zaczęło walić jej jak oszalałe. Ostrożnie odsunęła firankę — i zamarła.
Za szybą stał Cihan.
Jej oddech uwiązł w gardle.
Szybko otworzyła okno, ale zamiast ulgi w jej głosie zabrzmiała złość i strach.
— Co ty tutaj robisz? — syknęła. — Idź stąd natychmiast.
Cihan patrzył na nią uparcie, jakby przyszedł z myślą, że tej nocy nic nie zmusi go do odwrotu.
— Nigdzie nie pójdę, dopóki nie porozmawiamy — odpowiedział stanowczo. — Wyjdź do mnie.
— Nie mamy o czym rozmawiać. Odejdź.
— Nie odejdę.
Hancer zacisnęła dłonie na ramie okna.
— Już raz popełniłam błąd, pozwalając ci się do siebie zbliżyć. Drugi raz tego nie zrobię.
Cihan przez chwilę milczał. Potem jego spojrzenie stwardniało.
— Dobrze — powiedział cicho. — Skoro ty nie wyjdziesz… ja wejdę.
Zanim zdążyła zaprotestować, chwycił za ramę okna i sprawnie wślizgnął się do środka. Przeszedł po kanapie i zeskoczył na podłogę tuż przed nią.

Hancer cofnęła się odruchowo.
Stanęli naprzeciw siebie tak blisko, że niemal czuli swoje oddechy.
— Odejdę — powiedział Cihan niskim głosem — ale dopiero wtedy, gdy odpowiesz mi na kilka pytań.
Nagle jego wzrok zatrzymał się na dziecięcych ubrankach rozłożonych na kanapie — maleńkim sweterku i parze drobnych skarpetek.
Zmarszczył brwi.
Hancer natychmiast wrzuciła rzeczy do torby.
Za późno.
Cihan już je zauważył.
— Dlaczego to chowasz? — zapytał podejrzliwie.
Hancer uniosła brodę.
— Dlaczego miałabym cokolwiek przed tobą ukrywać? To ubranka Emira z czasów, gdy był niemowlęciem. A poza tym nie muszę ci się tłumaczyć. Przypominam, że jesteśmy po rozwodzie. Jesteśmy sobie obcy.
Słowa uderzyły w niego mocniej, niż chciała przyznać.
— Masz rację — odpowiedział chłodno. — Jesteśmy rozwiedzeni. Nie musisz mi tego powtarzać przy każdej okazji.
— W takim razie ty też w końcu to zrozum i zacznij się tak zachowywać — odparła ostro. — Powiedz, po co przyszedłeś, i wyjdź.
Cihan zamiast odpowiedzieć zamknął okno.
Kliknięcie klamki zabrzmiało w ciszy niemal prowokacyjnie.
Hancer spojrzała na niego z niedowierzaniem.
— Co ty robisz?! Powiedziałam ci, żebyś sobie poszedł!
— Najpierw powiem to, co mam do powiedzenia — odpowiedział spokojniej, niż się spodziewała. — Niczego nie ukrywam. Ale ty boisz się, że ktoś nas zobaczy. Zamknąłem okno, żebyśmy mogli porozmawiać spokojnie.
Zatrzymał na niej wzrok.
— Jesteś zadowolona z tej pracy?
Hancer prychnęła z irytacją.
— Naprawdę po to przyszedłeś tutaj w środku nocy?
— Gdybym zadzwonił w dzień, nie odebrałabyś.
— Bo pracuję.
— Właśnie dlatego przyszedłem teraz.
Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu.
— Dobrze więc — powiedziała w końcu chłodno. — Tak, jestem bardzo zadowolona. Mój szef jest miłym człowiekiem. Teraz jesteś spokojny?
Cihan spojrzał na nią z zaciekawieniem.
— Widziałaś się z nim? Mam nadzieję, że nie jest jakimś dziwakiem.
Hancer zaśmiała się gorzko.
— Dzięki Bogu, nie należy do ludzi, którzy włamują się nocą przez okno do pokoju samotnej kobiety.
Na ustach Cihana pojawił się ledwie zauważalny cień uśmiechu.
— Jest uprzejmy i troskliwy — mówiła dalej Hancer, zupełnie nieświadoma, że jej tajemniczy pracodawca stoi właśnie przed nią. — Wyobraź sobie, że informuje mnie, kiedy wychodzi i wraca, tylko po to, żebyśmy przypadkiem się nie spotkali. Tak bardzo zależy mu na moim komforcie. Jest pełen szacunku.
Nagle zza drzwi rozległ się głos Cemila:
— Hancer? Co się dzieje? Z kim rozmawiasz?
Hancer pobladła.
— O Boże… mój brat… — wyszeptała spanikowana. — Szybko, schowaj się!
Cihan bez słowa przykucnął przy ścianie obok drzwi.
Hancer otworzyła drzwi tylko na tyle, by zasłonić go własnym ciałem.
Cemil zajrzał do środka z wyraźnym niepokojem.
— Z kim rozmawiałaś? Kto tu był?
— Na Boga, bracie, kto miałby tu być? — odpowiedziała szybko, próbując brzmieć naturalnie. — Oglądałam filmiki na telefonie. Chyba to usłyszałeś. Obudziłam cię? Przepraszam.
Cemil nadal wyglądał na podejrzliwego.
— Już zasypiałem, ale przysiągłbym, że słyszałem głos twojego byłego męża. Pomyślałem, że znowu tu przyszedł i…
Urwał, wyraźnie zdenerwowany.
— Co on miałby tutaj robić? — przerwała mu szybko Hancer. — Idź spać. Musisz odpocząć.
— Nie jestem spokojny — przyznał. — A jeśli znowu spróbuje cię porwać? Gdyby naprawdę tu przyszedł… nie poszłabyś z nim, prawda?
Hancer poczuła ukłucie bólu.
— Oczywiście, że nie, bracie.
Cemil westchnął ciężko.
— Dobrze. Ty też już odpocznij. Jutro idziesz do pracy. Dobranoc.
— Dobranoc.

Gdy tylko odszedł, Hancer zamknęła drzwi i odwróciła się do Cihana z płonącym gniewem w oczach.
— Przez ciebie zapanował tutaj chaos! — syknęła. — Dostałeś odpowiedź, więc teraz wyjdź.
— Jeszcze nie skończyłem — odpowiedział twardo. — Jak długo zamierzasz pracować?
— Co cię to obchodzi?
— Masz jakiś plan. Za trzy miesiące… za pięć… Co zamierzasz zrobić? Muszę wiedzieć.
— To nie twoja sprawa.
Cihan zamilkł. Patrzył na nią długo, uważnie, jakby próbował dostrzec prawdę ukrytą za każdym jej słowem.
W końcu powiedział cicho:
— Odejdziesz… prawda?
Hancer mimowolnie położyła dłoń na brzuchu. Cihan natychmiast to zauważył.
— Dlatego tak desperacko chcesz pracować? — zapytał.
Spuściła wzrok. Milczała.
I to milczenie powiedziało mu więcej niż wszystkie słowa.
— Odejdziesz — powtórzył cicho. — Wiem o tym. Powiedz mi chociaż dokąd.
— Nic takiego nie powiedziałam…
— Nie zaprzeczaj. Musiałbym być idiotą, żeby tego nie zrozumieć.
Hancer zamknęła oczy. W końcu wybuchła:
— Tak! Odejdę!
Cihan drgnął.
— Dlaczego? Rozwiedliśmy się. Masz pracę. Więc dlaczego chcesz wyjechać? Co cię do tego zmusza?
Jej głos zadrżał.
— Tak będzie lepiej.
— Dla kogo? — zapytał cicho.
Nie odpowiedziała.
— Więc jesteś do tego zmuszona? — naciskał.
Hancer odwróciła wzrok.
— Powiedzmy, że tak. Ale teraz jesteśmy sobie obcy, Cihanie. Jesteśmy rozdzieleni. Nie powinieneś tutaj być. Zwłaszcza o tej porze. Czy ty w ogóle rozumiesz, w jakiej sytuacji mnie stawiasz?
Cihan powoli pokiwał głową. W jego oczach błysnęły łzy, ale nie pozwolił im spłynąć. Bez słowa odwrócił się i ruszył w stronę drzwi. Otworzył je i wyszedł na korytarz.
Hancer ruszyła za nim.
— Co robisz? — zapytała cicho.
Zatrzymał się na moment.
— Wychodzę drzwiami — odpowiedział spokojnie. — Żeby nie stwarzać ci kolejnej niezręcznej sytuacji.
Po chwili opuścił dom.
***
Po długim, wyczerpującym porodzie Yonca wreszcie wydała na świat syna. W mieszkaniu, jeszcze przed chwilą wypełnionym jej krzykami bólu, zapadła ciężka cisza. Słychać było jedynie płacz noworodka. Chłopiec był silny i zdrowy.
Yonca leżała blada i wyczerpana na kanapie. Z trudem uniosła powieki i wyciągnęła drżącą rękę w stronę dziecka.
— Pozwól mi zobaczyć mojego syna… — wyszeptała słabym, urywanym głosem.
Położna ostrożnie owinęła niemowlę w miękki kocyk i już miała podać je matce, gdy nagle Beyza zrobiła krok do przodu i wyrwała dziecko z jej rąk.
— Ja go wezmę — powiedziała szybko. — Ona jest zbyt zmęczona.
Yonca patrzyła zamglonym wzrokiem, jak Beyza tuli jej syna do piersi. W jej oczach pojawił się strach i bezsilność. Chciała coś powiedzieć, ale w tej samej chwili jej głowa opadła bezwładnie na poduszkę. Zemdlała.
— O nie… tracimy ją! — krzyknęła przerażona położna, pochylając się nad kobietą. — Krwotok nie ustaje. Ona musi natychmiast trafić do szpitala! Jeśli zostanie tutaj, umrze!
Nusret nawet nie drgnął. Stał kilka kroków dalej z chłodnym, niemal obojętnym wyrazem twarzy.
— Nie potrzebujemy twojej opinii — rzucił lodowato. — Zrobiłaś swoje. Teraz weź pieniądze i zniknij.
Położna spojrzała na niego z niedowierzaniem.
— Czy ty mnie w ogóle słyszysz?! Ta dziewczyna umiera! Każda minuta ma znaczenie!
— A co cię to obchodzi? — odpowiedział spokojnie, aż nazbyt spokojnie. — Zrobię to, co uznam za stosowne. A nawet jeśli umrze… to nie będzie moja wina. Ty odbierałaś poród.
Wskazał ręką najpierw na siebie, potem na Beyzę.
— Mamy świadków.
Położna zbladła. Nusret wyjął plik banknotów i brutalnie wepchnął go jej do dłoni.
— Bierz i odejdź.
Kobieta patrzyła na pieniądze tak, jakby parzyły ją w ręce. Dopiero teraz w pełni dotarło do niej, w czym uczestniczyła.
— Boże… w co ty mnie wpakowałeś… — wyszeptała drżącym głosem.
Nusret zrobił krok w jej stronę. W jego oczach pojawiło się coś mrocznego i niebezpiecznego.
— Posłuchaj mnie uważnie — powiedział cicho. — Każde słowo, które wypowiesz o tym, co wydarzyło się w tym domu, wpędzi cię w jeszcze większe kłopoty. Dlatego zamknij usta i odejdź.
Położna chwyciła nerwowo swoją torebkę i ruszyła do wyjścia. Gdy mijała Nusreta, ten nagle złapał ją mocno za ramię. Kobieta zesztywniała.
— Jeśli komukolwiek powiesz o tej nocy… — wycedził przez zęby, patrząc jej prosto w oczy — znajdę cię, choćbyś uciekła na drugi koniec świata. I wtedy cię zabiję.
Położna wyrwała ramię z jego uścisku i niemal wybiegła z mieszkania.
Drzwi zamknęły się z hukiem.
W pokoju znów zapadła cisza.
Nusret odwrócił się powoli w stronę Beyzy, która trzymała noworodka. Na jego ustach pojawił się zimny, satysfakcjonujący uśmiech.
— Oto nasza przyszłość — powiedział cicho.



***
Beyza siedziała na skraju kanapy z dzieckiem w ramionach i próbowała je kołysać, ale robiła to tak nieporadnie, jakby bała się nawet mocniej je przytulić. Niemowlę zanosiło się coraz głośniejszym płaczem. Jego rozpaczliwy krzyk rozchodził się po całym mieszkaniu i wbijał Beyzę w coraz większą panikę.
— Czy ono będzie tak płakało bez przerwy? — zapytała drżącym głosem. W jej oczach widać było zmęczenie i narastające rozdrażnienie.
Nusret spojrzał na nią chłodno.
— To dziecko, Beyzo. Płacz to jedyne, co potrafi.
Podszedł bliżej i zerknął na noworodka.
— Jest głodny. Musimy go nakarmić.
Beyza odruchowo spojrzała w stronę Yoncy leżącej nieruchomo na kanapie. Jej twarz była śmiertelnie blada, a rude włosy rozsypały się po poduszce niczym plama krwi.
— Tato… — odezwała się ciszej. — Co zrobimy z Yoncą? Ona… ona żyje?
Nusret wzruszył ramionami, jakby pytała go o coś zupełnie nieistotnego.
— Skąd mam wiedzieć? Widzisz przecież, że leży i się nie rusza.
Beyza przełknęła ślinę. Coraz bardziej ogarniał ją strach.
— Boję się… — wyszeptała. — Nie możemy jej tutaj zostawić. Musisz coś zrobić.
— Uspokój się — rzucił ostro Nusret. — Nie widzisz, że sąsiedzi już zaczęli się interesować tym, co dzieje się w mieszkaniu? Jeszcze chwila i wszyscy będą patrzeć nam na ręce.
Podszedł do okna i odsunął lekko firankę.
— Policja już raz zapukała do naszych drzwi. Nie potrzebujemy kolejnych problemów.
Beyza ścisnęła dziecko mocniej, choć nadal nie wiedziała, jak je uspokoić. Płacz niemowlęcia stawał się coraz bardziej rozpaczliwy.
— Dobrze, ale przecież ona nie może tak tu leżeć! — powiedziała niemal błagalnie. — Jeśli umrze…
Nusret zaczął nerwowo chodzić po salonie. Po raz pierwszy od dłuższego czasu było widać, że sytuacja zaczyna wymykać mu się spod kontroli. Zaciskał szczękę, a jego kroki stawały się coraz szybsze.
W końcu zatrzymał się gwałtownie i spojrzał na córkę.
— Dobrze — powiedział twardo. — Coś wymyślę.
***
Było już dobrze po północy. Ulica opustoszała, a ciszę przerywał jedynie szum drzew poruszanych nocnym wiatrem. Derya stała ukryta za gęstymi zaroślami po drugiej stronie ogrodu i nie spuszczała wzroku z kamienicy Nusreta. Zimno przenikało ją do kości, ale mimo to nie potrafiła odejść.
— Co ja tutaj robię o tej porze? — wyszeptała do siebie drżącym głosem. — Przecież nocą po ulicach włóczą się same szumowiny…
Nerwowo ścisnęła ramiona, jakby próbowała dodać sobie odwagi.
— Ale sumienie nie daje mi spokoju. Nie mogę zostawić Yoncy samej. Gdybym tylko mogła dostać się do środka…
Nagle drzwi balkonowe na parterze otworzyły się z cichym skrzypnięciem. Derya natychmiast skuliła się za pniem drzewa.
Na zewnątrz wyszedł Nusret. W jednej ręce trzymał kilof, w drugiej łopatę. Jego twarz była napięta i mroczna, a ruchy nerwowe, niemal gorączkowe. Bez słowa rzucił narzędzia na ziemię i ruszył w głąb ogrodu, w stronę płotu.
Po chwili zamachnął się kilofem.
Metal z głuchym hukiem uderzył o twardą ziemię. Raz. Potem drugi. I trzeci.
Derya patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami, czując, jak serce zaczyna walić jej coraz szybciej. Nusret kopał z desperacją człowieka, który za wszelką cenę chce coś ukryć. Ziemia była zbita i sucha, ale on nie przestawał. Pot spływał mu po twarzy, oddech stawał się coraz cięższy, a kolejne uderzenia rozdzierały nocną ciszę.
***
Po dłuższej chwili Nusret wrócił do kamienicy. Derya ostrożnie wychyliła się zza drzewa, próbując dostrzec, co zamierza zrobić.
Kilka minut później drzwi znów się otworzyły.
Tym razem Nusret wyszedł, niosąc na ramionach coś ciężkiego, zawiniętego w gruby dywan. Szedł powoli, sapiąc z wysiłku.
Derya zamarła.
To była Yonca.
Nusret był najwyraźniej przekonany, że kobieta nie żyje. Jednak kiedy zbliżył się do wykopanego dołu, Derya dostrzegła coś, co sprawiło, że krew odpłynęła jej z twarzy.
Spod dywanu wystawały stopy Yoncy.
I poruszyły się. Ledwie zauważalnie, ale jednak.
— Boże… — wyszeptała przerażona. — Ona żyje…
Nusret zsunął ciało do dołu. Dywan głucho uderzył o ziemię.
— Nie… — Derya cofnęła się o krok, zasłaniając dłonią usta. — O Boże… On zakopie ją żywcem…
Nusret chwycił łopatę i bez chwili zawahania zaczął zasypywać grób.
Pierwsze ciężkie bryły ziemi spadły na dywan.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia był film Gelin 112.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.






