Panna młoda odc. 125: Skandal wybucha na nowo! Ciąża Beyzy trafia do mediów!

Hancer wyciąga rękę do Beyzy.

„Panna młoda” Odc. 125 – streszczenie

Nusret siedział za biurkiem, odchylony wygodnie w skórzanym fotelu. Na jego twarzy malowało się zadowolenie, którego nawet nie próbował ukryć. Obracał w palcach długopis, jakby rytm rozmowy sprawiał mu przyjemność.

— Powinnaś była zobaczyć Cihana — mówił do słuchawki z wyraźną ekscytacją. — Wysiadł z samochodu, a wokół niego natychmiast rozbłysły flesze. Mikrofony niemal wciskali mu w twarz… — Zaśmiał się cicho. — Był kompletnie zagubiony. Nie wiedział, gdzie patrzeć, co powiedzieć. Jak lew zamknięty w klatce.

Zrobił krótką pauzę, smakując własne słowa.

— Właśnie tak wygląda prawdziwa zemsta.

Po drugiej stronie zapadła cisza, a potem odezwał się głos Beyzy — napięty, wyraźnie mniej pewny niż zwykle:

— Tato… proszę cię. Nie mów tak o ojcu mojego dziecka.

Uśmiech zniknął z twarzy Nusreta tak nagle, jakby ktoś zgasił światło. Zmarszczył brwi, a jego spojrzenie stwardniało.

— Co ty wygadujesz, córko? — rzucił ostro. — Oszalałaś? Naprawdę zaczęłaś wierzyć w tę historię, którą sama stworzyłaś?

Nie czekał na odpowiedź. Jego ton znów stał się chłodny, wyrachowany.

— Nieważne. Został nam jeszcze jeden ruch. Ostatni… i decydujący.

— Jaki? — zapytała cicho Beyza.

Nusret pochylił się lekko nad biurkiem, jakby chciał, by każde jego słowo wybrzmiało wyraźniej.

— Wyjdź na balkon.

— Na balkon? Dlaczego…?

Urwała w pół zdania.

Zrozumienie przyszło nagle — szybkie i niepokojące.

A po drugiej stronie Nusret uśmiechnął się ponownie. Tym razem chłodno.

***

Hancer uchyliła drzwi do pokoju Beyzy i na moment zatrzymała się w progu. Delikatny podmuch wiatru poruszał firanami, a za nimi, na balkonie skąpanym w słońcu, stała Beyza — nieruchoma, oparta o balustradę, wpatrzona w linię horyzontu, gdzie morze stapiało się z niebem.

Hancer wyszła cicho na zewnątrz. Jej kroki były lekkie, jakby nie chciała spłoszyć tej kruchej chwili.

— Beyzo… — odezwała się łagodnie.

Dziewczyna odwróciła się powoli. Na jej twarzy nie było już śladu wcześniejszej histerii — tylko zmęczenie.

— Czy czujesz się dobrze? — dodała Hancer, uważnie ją obserwując.

— Jestem tylko trochę zmęczona — odpowiedziała Beyza, opierając dłoń na poręczy. — Potrzebowałam powietrza. — Zawahała się, po czym zmrużyła lekko oczy. — A ty? Co tu robisz?

Hancer zrobiła krok bliżej.

— Przyszłam, bo… mam dla ciebie propozycję.

Na ustach Beyzy pojawił się cień ironicznego uśmiechu.

— Propozycję? — powtórzyła chłodno. — To jakaś twoja nowa sztuczka?

— Nie — odpowiedziała spokojnie Hancer. — Tym razem nie chodzi o żadną grę.

Zatrzymała się naprzeciw niej, tak by obie stały twarzą w twarz, oddzielone jedynie cieniem balustrady i ciężarem niewypowiedzianych słów.

— Dużo myślałam — zaczęła powoli. — O nas. O tym, co się dzieje. Jeśli dalej będziemy walczyć między sobą, Cihan nie poradzi sobie z tym, co dzieje się na zewnątrz. A te oszczerstwa… — urwała na moment — przylgną do nas na zawsze.

Beyza milczała, ale jej spojrzenie stało się czujniejsze.

— Nie zasługujemy na to — dodała Hancer ciszej.

— Więc co chcesz powiedzieć? — zapytała Beyza po chwili. — Jeśli liczysz, że odejdę, oszczędź sobie słów.

— Nie — pokręciła głową Hancer. — Nie tego chcę. Przyszłam w pokoju.

Słowa zawisły między nimi.

— Obie znamy prawdę — kontynuowała. — Ja wyszłam za mąż, nie wiedząc wszystkiego. Ty… zaszłaś w ciążę, nie przewidując, dokąd to doprowadzi. Teraz wszyscy nas osądzają. Ale przynajmniej my nie musimy osądzać siebie nawzajem.

Zrobiła kolejny krok, jeszcze bliżej.

— Musimy być silne. Dla siebie… i dla niego. Żeby nie dopuścić do kolejnych błędów. Do kolejnych sytuacji, które nas niszczą.

Jej głos złagodniał.

— Zakończmy tę wojnę, Beyzo. — Wyciągnęła rękę. — Rozejm?

Przez ułamek sekundy Beyza tylko patrzyła na jej dłoń.

W jej głowie odbiły się słowa ojca, wciąż świeże, chłodne, wyrachowane:

„Na wybrzeżu czeka dziennikarz. Zrobi zdjęcia. Wystarczy, że przybierzesz odpowiednią minę…”

Powoli uniosła wzrok na Hancer. Na jej twarzy pojawił się uśmiech — miękki, niemal szczery.

— Rozejm… — powtórzyła cicho.

I podała jej rękę.

Ich dłonie splotły się w pojednawczym geście, który z zewnątrz wyglądał jak początek zgody.

Na dole, tuż przy brzegu, wśród szumu fal, mężczyzna uniósł aparat do oka.

Migawka kliknęła raz.

Potem drugi.

I trzeci.

Uwieczniając moment, który wkrótce miał stać się kolejną bronią.

Hancer wyciąga rękę do Beyzy.

***

Wieczór w rezydencji był ciężki jak burzowe powietrze tuż przed uderzeniem pioruna. Światło kryształowych żyrandoli odbijało się w wypolerowanych powierzchniach, ale nie rozpraszało napięcia, które zdawało się osiadać na każdym z obecnych.

Nowy artykuł obiegł już sieć. Zdjęcia z balkonu — wyraźne, bezlitosne — mówiły same za siebie. Tajemnica przestała istnieć. Wszyscy wiedzieli o ciąży Beyzy. A jeszcze bardziej bulwersujące było to, co widać było na fotografiach: uścisk dłoni, pozorny rozejm, bliskość, która w oczach opinii publicznej wydawała się niezrozumiała.

W salonie zebrali się wszyscy domownicy. Yasemin i Engin przyjechali natychmiast, gdy tylko zobaczyli publikację. Teraz siedzieli razem, ale nikt nie czuł się naprawdę blisko.

Mukadder pierwsza przerwała ciszę. Jej głos był ciężki, zmęczony.

— Za każdym razem, gdy słyszę dzwonek do drzwi, serce podchodzi mi do gardła — powiedziała, splatając nerwowo dłonie. — Żyjemy w strachu. Po tym wszystkim… — urwała, kręcąc głową. — Teraz już wszyscy wiedzą. O wszystkim. O dziecku. O nas. I nie ma dnia bez kolejnego skandalu.

Na te słowa Beyza zakryła twarz dłońmi i zaniosła się płaczem. Jej ramiona drżały, a cichy szloch wypełnił przestrzeń. Brzmiał przekonująco — aż nazbyt przekonująco.

Yasemin pochyliła się lekko do przodu, jakby chciała ją ochronić przed oskarżeniami.

— Ciociu Mukadder, to nie było zaplanowane — odezwała się spokojnie, choć w jej głosie pobrzmiewało napięcie. — Skąd Beyza i Hancer miały wiedzieć, że ktoś będzie na plaży? Że ktoś zrobi zdjęcia?

Mukadder spojrzała na nią z niedowierzaniem, ale nie odpowiedziała.

Wtedy odezwał się Cihan. Stał wcześniej przy oknie, a teraz odwrócił się powoli w stronę zebranych. W jego oczach czaiła się złość, ale i chłodna determinacja.

— To nie przypadek — powiedział stanowczo. — Ktoś z nami gra. Krok po kroku, dokładnie, bez pomyłek. Najpierw artykuły, potem zdjęcia… — zacisnął szczękę. — To nie dzieje się samo.

Zrobił kilka kroków w głąb salonu, mierząc wszystkich spojrzeniem.

— Pytanie brzmi: kto? I dlaczego?

Cisza, która zapadła, była jeszcze cięższa niż wcześniej.

Cihan przeniósł wzrok na Engina.

— Chodźmy do gabinetu — rzucił krótko. — Zastanówmy się, jak możemy rozwiązać ten problem.

Engin skinął głową bez słowa. Obaj ruszyli w stronę schodów.

***

Mine przechodzi trudny czas w szkole — rówieśnicy zaczęli się od niej odsuwać pod wpływem plotek krążących w mediach o jej rodzinie, przez co dziewczynka coraz odmawia chodzenia na zajęcia.

***

Do rezydencji, bez zapowiedzi i bez cienia wahania, wkroczył Mahmut – ojciec Sinem. Jego kroki odbijały się echem w przestronnym salonie, a napięcie, które wniósł ze sobą, natychmiast udzieliło się wszystkim obecnym.

— Więc to prawda… — rzucił szorstko, omiatając zgromadzonych surowym spojrzeniem.

Cihan podszedł o krok bliżej, starając się zachować spokój.

— Wujku Mahmucie, proszę, usiądź. Porozmawiajmy na spokojnie. Ta sytuacja nie jest taka, jak wygląda z zewnątrz. Nie wydawaj wyroku, zanim mnie wysłuchasz.

— Tak, tato… — odezwała się cicho Sinem, splatając dłonie. — Daj Cihanowi szansę wszystko wyjaśnić.

Mahmut pokręcił głową z wyraźnym zniecierpliwieniem.

— Nie mam zamiaru siadać ani słuchać tłumaczeń. Niech Cihan nie trudzi się na próżno. Kim ja jestem, żeby żądać wyjaśnień? Każdy odpowiada za własne życie.

Cihan zacisnął szczękę, ale nie podniósł głosu.

— To prawda… każdy jest kowalem swojego losu. Ale są chwile, kiedy wydarzenia wymykają się spod kontroli. Nie wszystko jest takie proste, jak się wydaje.

— Właśnie dlatego trzeba odróżniać dobro od zła — odparł Mahmut chłodno. — A to, co się tutaj wydarzyło… nie ma nic wspólnego z dobrem.

Mukadder poderwała się z miejsca i podeszła bliżej, wyraźnie oburzona.

— Przyjacielu, posuwasz się za daleko — powiedziała ostrym tonem. — Mówisz tak, jakbyś nas nie znał. Spotkały nas trudne chwile, ale to nie powód, żeby nas osądzać.

— Rozumiem wszystko — przerwał jej Mahmut, nie odrywając wzroku od Cihana — ale dla mnie to nie do przyjęcia. Nie chcę, żeby moja córka i wnuczka żyły w takim chaosie. — Zawahał się na ułamek sekundy, po czym dodał ciszej, lecz stanowczo: — Ty też wkrótce zostaniesz ojcem. Zrozumiesz mnie, kiedy pierwszy raz weźmiesz dziecko na ręce. Nieważne, jak bezsilny jest ojciec — zawsze chce chronić swoje dziecko. Przed każdym bólem. Przed każdym oszczerstwem.

W salonie zapadła ciężka cisza.

— Przyszedłem po moją córkę i wnuczkę — oznajmił w końcu. — Pozwólcie mi je zabrać.

— To już przesada! — uniosła się Mukadder. — Nie będziesz nas pouczał o moralności. Dopóki żyję, moja wnuczka nie opuści tego domu. Jest jedyną pamiątką po moim synu Melihu. Ale jeśli chcesz, możesz zabrać swoją córkę.

— Mamo… — Cihan spojrzał na nią z wyrzutem, po czym zwrócił się do Mahmuta, tym razem stanowczo: — Nikt stąd nie odejdzie. Rozwiążę to. Wujku Mahmucie… czy moje słowo naprawdę nic dla ciebie nie znaczy?

Mahmut spojrzał na niego długo, jakby ważył każdą myśl.

— Znaczy, synu. Wierzę, że znajdziesz wyjście. Że uciszysz ludzi. Nie wątpię w twoje intencje… — zawiesił głos, po czym dodał ciszej: — Ale dla mnie najważniejsze jest to, co zobaczy moja wnuczka, dorastając w tym domu.

Jego spojrzenie spoczęło na Cihanie z ciężarem trudnego pytania.

— Którą z twoich żon Mine będzie nazywać ciocią? Matkę twojego dziecka… czy twoją legalną żonę?

Słowa zawisły w powietrzu jak wyrok.

— Nie mówię tego, żeby cię osądzać — ciągnął dalej spokojniej. — Ani żeby stawiać się ponad tobą. Ale kiedy moja wnuczka zapyta mnie o to… nie będę umiał jej odpowiedzieć. I ty też nie.

Odwrócił się w stronę Sinem.

— Córko, moja decyzja jest ostateczna. Przygotuj się. Jutro po was przyjadę.

Nie czekając na odpowiedź, ruszył w stronę wyjścia, zostawiając za sobą ciężar słów, który na długo nie miał opaść.

***

Sinem wybiegła za ojcem. Dogoniła go na wysadzanej palmami alejce, gdzie słońce przesączało się przez liście, rzucając na bruk nieregularne cienie. Kilka kroków dalej, za grubym pniem jednej z palm, zatrzymał się Melih — ukryty, czujny, wsłuchany w każde słowo.

— Tato! — zawołała, łapiąc oddech. — Proszę, zatrzymaj się.

Mahmut odwrócił się powoli. Jego twarz była napięta, spojrzenie chłodne, ale w oczach czaił się niepokój.

— Jesteś niesprawiedliwy wobec Cihana — zaczęła szybciej, jakby bała się, że nie zdąży powiedzieć wszystkiego. — On naprawdę nie spodziewał się tej ciąży. Rozwiódł się z Beyzą, zamknął ten rozdział. A kiedy okazało się, że jest w ciąży… nie mógł jej zostawić samej. Przyjął ją pod swój dach, bo czuł się odpowiedzialny. To nie jest tak, jak piszą. Cihan kocha Hancer. Tylko ją widzi. Te wszystkie artykuły… to kłamstwa. Oczerniają go.

Mahmut wysłuchał jej bez przerywania, ale jego twarz nie złagodniała. Westchnął ciężko, jakby niósł na barkach coś znacznie większego niż gniew.

— Córko… — odezwał się ciszej, lecz stanowczo. — Ja nie chcę nikogo osądzać. To nie o to chodzi. — Zrobił krok bliżej. — Myślę tylko o tobie i o Mine. O tym, w jakim świecie będzie dorastać. I wszystko we mnie mówi mi jedno: muszę was stąd zabrać.

Sinem pokręciła głową, a w jej oczach pojawiło się błaganie.

— Ale to nasz dom…

— Dom to nie tylko ściany — przerwał łagodniej. — To spokój. Bezpieczeństwo. A tutaj… tego nie ma. — Zawahał się na moment. — Jeśli jesteś tą samą dziewczyną, którą wychowałem, zrozumiesz mnie.

Słowa zawisły między nimi, ciężkie i ostateczne.

— Do zobaczenia jutro — dodał już chłodniej.

Odwrócił się i odszedł, nie oglądając się za siebie. Jego kroki były pewne, nie pozostawiały miejsca na dyskusję.

Sinem została sama na środku alejki. Nie próbowała go zatrzymać. Wiedziała, że nie zmieni jego decyzji. Stała nieruchomo, jakby każde kolejne słowo mogło tylko pogłębić przepaść, która właśnie między nimi powstała.

Za palmą Melih opuścił wzrok, zaciskając szczękę. 

***

Cemil wszedł do firmy bez słowa. Jego kroki były ciężkie, jakby każdy z nich coś go kosztował. Podszedł do biurka Cihana i bez zbędnych wyjaśnień położył przed nim gruby worek z pieniędzmi.

— To wszystko — powiedział krótko. — Dług spłacony.

Cihan uniósł wzrok, zaskoczony chłodem jego tonu.

— Cemilu, zaczekaj. Musimy porozmawiać…

Ale mężczyzna już się odwracał.

— Nie mamy o czym — rzucił przez ramię i wyszedł, zanim Cihan zdążył go zatrzymać.

***

Niedługo później Cemil znalazł się w znajomej okolicy, przy niewielkim sklepie na rogu. Usiadł ciężko na schodkach przed wejściem, jakby nagle zabrakło mu sił. Przetarł twarz dłonią i spojrzał w ziemię.

— Daj mi wodę — rzucił do sprzedawcy.

Chwilę później trzymał w ręku chłodną butelkę. Odkręcił ją powoli, ale zanim zdążył się napić, poczuł na sobie czyjś wzrok.

Dwóch mężczyzn siedzących obok, na plastikowych krzesłach, przyglądało mu się bez skrępowania. Ich spojrzenia były ciężkie, pełne niechęci.

— Ten to naprawdę nie ma wstydu… — mruknął jeden z nich, nachylając się do drugiego. — Jeszcze pokazuje się ludziom na oczy.

— Co tam, bracie Cemilu? — zagadnął drugi, głośniej, z udawaną uprzejmością. — Słyszałem, że sprzedałeś sklep.

Cemil uniósł głowę. W jego oczach pojawił się cień zmęczenia, ale głos wciąż miał twardy.

— Sprzedałem. I co z tego? Teraz zajmę się wykończeniówką. Malowanie, remonty… — wzruszył ramionami. — Jak ktoś będzie szukał fachowca, możecie mnie polecić.

Mężczyźni wymienili między sobą spojrzenia. Na ich twarzach pojawił się krzywy uśmiech.

— Wybacz, ale nie możemy ręczyć za kogoś takiego — odparł jeden chłodno. — Nie za obcego.

Cemil zmarszczył brwi.

— Obcego? — prychnął. — Żartujecie? Mieszkam tu od lat. Jesteśmy sąsiadami.

— Sąsiadami, owszem — przyznał drugi. — Ale najwyraźniej nigdy cię nie znaliśmy. Myśleliśmy, że jesteś człowiekiem z zasadami.

— O czym ty w ogóle mówisz? — warknął Cemil, prostując się. — Uważaj na słowa.

— A co? Prawda boli? — rzucił tamten z pogardą. — Nie bolało cię, kiedy oddałeś swoją siostrę żonatemu facetowi. A teraz nagle masz problem?

W jednej chwili coś w Cemilu pękło. Zerwał się na równe nogi i dopadł mężczyzny, chwytając go za koszulkę.

— Uważaj, co mówisz! — syknął przez zaciśnięte zęby. — Moja siostra jest mężatką!

— I co z tego? — odparł tamten bez cienia strachu. — Skoro jego była żona jest z nim w ciąży?

Wyciągnął telefon i niemal wepchnął go Cemilowi przed oczy.

— Zobacz sam.

Na ekranie widniał artykuł. Zdjęcie było wyraźne: Hancer i Beyza na balkonie, dłonie splecione w pozornym geście zgody. A pod nim nagłówki pełne jadu.

— Widzisz, w co się wpakowała twoja siostra?

Cemil zamarł. Jego palce rozluźniły się, a uchwyt osłabł. Twarz momentalnie pobladła, jakby odpłynęła z niej cała krew.

Patrzył na ekran w milczeniu, jak człowiek, który właśnie zobaczył coś, czego nie potrafi ani zrozumieć, ani zaakceptować.

Cemil wdał się w szarpaninę pod sklepem.

***

W pokoju panowała cisza, przerywana jedynie spokojnym oddechem śpiącej Mine. Dziewczynka wtuliła się w poduszkę, jakby szukała w niej schronienia przed światem, który w ostatnich dniach stał się dla niej zbyt trudny.

Sinem siedziała obok przez chwilę, gładząc jej włosy, lecz w jej własnym wnętrzu nie było już ani odrobiny spokoju. W końcu wstała i zaczęła nerwowo krążyć po pokoju. Każdy krok był ciężki od myśli, które nie dawały jej wytchnienia.

„Jutro po was przyjadę”.

Słowa ojca odbijały się echem w jej głowie.

Nagle — cichy szelest.

Sinem zatrzymała się. Jej wzrok padł na kopertę wsuniętą pod drzwi. Serce przyspieszyło. Schyliła się i podniosła ją, po czym gwałtownie otworzyła drzwi.

Korytarz był pusty.

Zamknęła je powoli, jakby przeczuwała, że odpowiedzi nie znajdzie na zewnątrz.

Usiadła na brzegu łóżka i rozdarła kopertę. Już przy pierwszych słowach coś ścisnęło ją w środku.

Z jednego domu do drugiego — taką drogę ci wyznaczyli…

Zadrżała.

Nie musiała czytać dalej, żeby wiedzieć.

— Melih… — wyszeptała niemal bezgłośnie.

To był jego sposób mówienia. Jego ostrożność. Jego troska, ukryta między słowami.

Jej palce zacisnęły się na kartce.

Czy kiedykolwiek zastanawiałaś się, jak wyglądałoby twoje życie, gdybyś sama wybrała kierunek?

Przymknęła oczy. Aż za dobrze wiedziała, dlaczego nie powiedział tego wprost. Dlaczego nigdy nie mówił.

On — syn pokojówki.
Ona — synowa w rodzinie Develioglu.

Światy, które nie miały prawa się spotkać.

A jednak się spotkały.

Nie mogę ci powiedzieć: „jedź” ani „zostań”…

— Bo zawsze byłeś taki… — szepnęła z gorzkim uśmiechem. — Zawsze stawiałeś mnie ponad sobą.

W jej oczach pojawiły się łzy, lecz nie spłynęły. Zatrzymały się gdzieś na granicy, jak ona sama — pomiędzy dwoma światami.

Kocham cię zbyt mocno, by cię do czegokolwiek zmuszać.

Te słowa uderzyły w nią najmocniej.

Sinem przyłożyła kartkę do piersi, jakby chciała uciszyć własne serce.

— A ja?… — wyszeptała drżąco. — Co ja mam zrobić, Melihu?

Spojrzała w stronę śpiącej Mine. Jej córka oddychała spokojnie, nieświadoma ciężaru decyzji, która właśnie zapadała.

Sinem otarła łzę i znów spojrzała na list.

Uszanuję każdą twoją decyzję… Ale niech będzie naprawdę twoja.

Długo siedziała w milczeniu.

Tym razem jednak nie była to bezradność.

To była chwila, w której po raz pierwszy zaczęła naprawdę myśleć… nie jak córka swojego ojca, nie jak członkini rodziny Develioglu — lecz jak kobieta, która ma prawo wybrać własne życie.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 90.Bölüm i Gelin 91.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

Podobne wpisy