„Panna młoda” Odc. 161 – streszczenie
Mahmut wszedł na teren postoju taksówek z ciężkim, ponurym wyrazem twarzy. W powietrzu unosił się zapach papierosowego dymu i świeżo zaparzonej herbaty. Przed niewielką przyczepą oklejoną żółto-niebieskimi barwami siedziało kilku kierowców, lecz Meliha nigdzie nie było widać.
Mahmut rozejrzał się jeszcze raz, po czym podszedł do jednego z taksówkarzy siedzących przy stoliku.
— Szukam Meliha — oznajmił szorstko.
Mężczyzna uniósł wzrok znad szklanki herbaty.
— Nie ma go. Wyszedł coś załatwić.
Mahmut zmrużył oczy.
— Powiedział, dokąd poszedł albo czym się zajmuje?
Taksówkarz wzruszył ramionami i oparł się wygodniej na krześle.
— Nie wdawał się w szczegóły. Ostatnio ciągle gdzieś lata. Cały czas ma coś na głowie.
Na chwilę zamilkł, po czym spojrzał na Mahmuta z cieniem rozbawienia.
— Ciężko pracował. Miał się żenić z jedną dziewczyną, ale…
— Zrezygnował? — wtrącił ostro Mahmut.
Mężczyzna rozłożył ręce.
— Tego nie wiem. Jednak od jakiegoś czasu kręci się wokół niego inna dziewczyna. Czarnowłosa. Ciągle przychodzi, szuka go… Można powiedzieć, że Melih ma teraz pełne ręce roboty.
Słowa taksówkarza sprawiły, że twarz Mahmuta stężała. Szczęki zacisnęły mu się tak mocno, aż zadrżały mięśnie na policzkach.
— Czarnowłosa dziewczyna… — powtórzył lodowatym tonem.
W jego oczach pojawił się gniew. Wszystko zaczynało układać się w całość, a każda kolejna myśl tylko bardziej podsycała jego wściekłość.
Gdyby Melih stanął teraz przed nim, Mahmut bez wahania rzuciłby się na niego i połamał mu wszystkie kości.
***
Wieczór otulił dom ciężką, duszną ciszą. W pokoju paliła się tylko niewielka lampka stojąca obok kanapy, rzucając ciepłe, przytłumione światło na twarz Hancer. Dziewczyna siedziała nieruchomo, ściskając w dłoniach bilet autobusowy, jakby był ostatnią nadzieją, której jeszcze nie straciła.
Spojrzała na niego szklistymi oczami i westchnęła ciężko.
— Dziś mieliśmy być już daleko stąd… — wyszeptała, kładąc dłoń na brzuchu. — Chciałam zabrać cię z dala od tego chaosu, od wszystkich ludzi, od całego tego bólu, moja mała fasolko… Ale nie zdążyłam. Nie udało mi się nawet wsiąść do autobusu.
Jej głos zadrżał. Rozejrzała się po ciasnym pokoju, jakby po raz pierwszy dostrzegała, jak bardzo stał się dla niej pułapką.
— Nie mogę ukrywać cię tutaj w nieskończoność — mówiła dalej cicho. — Teraz jesteś jeszcze maleńka, dlatego nazywam cię fasolką… ale niedługo zaczniesz rosnąć. Wszyscy zauważą mój brzuch. Co wtedy powiem? Jak odpowiem, kiedy zapytają, czyje to dziecko?
Przymknęła oczy, próbując powstrzymać łzy.
— Boże… proszę Cię… pokaż mi jakieś wyjście. Chociaż jedno.
Nagle ciszę przerwało ciche stuknięcie w szybę.
Hancer drgnęła gwałtownie i zerwała się z kanapy. Serce zabiło jej szybciej.
— Cihan…? — przemknęło jej przez myśl.
Z bijącym sercem podeszła do okna, odsunęła firankę i ostrożnie je uchyliła. Między deskami przybitymi przez Cemila zobaczyła znajomą twarz.
— Melih? — szepnęła zaskoczona. — Co ty tutaj robisz?
— Martwiłem się o ciebie — odpowiedział cicho. — Masz wyłączony telefon. Nie wiedziałem, co się dzieje, więc przyszedłem sprawdzić, czy jeszcze tu jesteś.
Przyjrzał jej się uważnie.
— Co się stało, Hancer? Czy oni dowiedzieli się o ciąży?
Dziewczyna pokręciła głową.
— Nie… nie o to chodzi. Cemil zobaczył mnie z Cihanem.
Melih zesztywniał.
— Spotkałaś się z nim?
Hancer spuściła wzrok.
— Dowiedział się o dziecku i zażądał rozmowy. Powiedział, że nie da mi spokoju, dopóki do niego nie przyjdę. Nie miałam wyboru.
Na moment zamilkła, a potem dodała łamiącym się głosem:
— Powinieneś był go zobaczyć, Melihu… Był taki szczęśliwy. Patrzył na mnie tak, jak dawniej. Powiedział, że możemy zacząć wszystko od nowa… że stworzymy rodzinę.
— I co mu powiedziałaś? — zapytał ostrożnie.
Hancer zacisnęła palce na framudze okna.
— Popełniłam straszny grzech — wyszeptała. — Powiedziałam mu, że to nie jego dziecko.
Melih zamarł. W jego oczach pojawił się autentyczny szok. Przez chwilę nie był w stanie wydobyć z siebie słowa.
— Dlaczego…? — zapytał w końcu cicho. — Dlaczego to zrobiłaś, Hancer?
Łzy napłynęły jej do oczu.
— Bo chciał wyrzucić wszystkich ze swojego życia dla mnie i dla dziecka. Chciał zostawić Beyzę. A ja nie mogłam do tego dopuścić. Jego życie znowu zostałoby zniszczone. Ucierpiałoby dwoje niewinnych dzieci… Nie mogę nosić na sumieniu czegoś takiego.
Melih patrzył na nią z bólem i niedowierzaniem.
— Rozumiem, co próbowałaś zrobić… ale to był błąd. Ogromny błąd.
— Musiałam sprawić, żeby mnie znienawidził — odpowiedziała drżącym głosem. — Inaczej nigdy by mnie nie zostawił. Musiałam odebrać mu nadzieję. Całkowicie zniszczyć możliwość, że jeszcze kiedyś do siebie wrócimy.
Melih pokręcił głową.
— Nawet jeśli cię znienawidzi, nie odpuści. Będzie chciał wiedzieć, kto jest ojcem dziecka. Cihan nie zostawi tej sprawy. Zdajesz sobie z tego sprawę?
Hancer objęła się ramionami, jakby nagle zrobiło jej się zimno.
— Dlatego muszę wyjechać stąd jak najszybciej. Niedługo ciąży nie będzie dało się już ukryć. Co powiem bratu? Jak spojrzę mu w oczy? Jeśli dowie się prawdy… nikt go nie powstrzyma. Poleje się krew. A ja nie chcę zniszczyć mu życia.
Melih przez chwilę milczał, po czym odezwał się spokojniej:
— Jeśli chcesz, mogę zadzwonić na policję. Nawet jeśli Cemil jest twoim bratem, nie ma prawa więzić cię tutaj.
Hancer natychmiast pokręciła głową.
— Nie. Nie chcę, żeby to zaszło tak daleko.
— Hancer…
— Nie chcę nikogo skrzywdzić — przerwała mu ze łzami w oczach. — Nie chcę niszczyć niczyjego życia. Marzę tylko o jednym… o spokojnym życiu z moim dzieckiem. Z dala od wszystkich. Bez bólu, bez nienawiści i bez kolejnych tragedii.



***


***
Następnego ranka w pokoju panowała ciężka, duszna cisza.
Tayyar spał zwinięty na kanapie, przykryty niedbale zsuniętym kocem. Obudził się z grymasem bólu, rozcierając zesztywniały kark. Przez chwilę patrzył nieprzytomnie przed siebie, próbując dojść do siebie po krótkim, niewygodnym śnie.
W końcu odwrócił głowę w stronę łóżka.
Zmarszczył brwi.
Pościel była pusta.
— Yonca?… — mruknął zaspanym głosem.
Podniósł się gwałtownie i rozejrzał po pokoju. W jego spojrzeniu pojawił się niepokój pomieszany z irytacją.
— Gdzie ona się podziała?
W tej samej chwili drzwi cicho skrzypnęły i Yonca weszła do środka. Miała bladą twarz i zaczerwienione oczy. Kaptur ciemnej bluzy wciąż zasłaniał część jej włosów, jakby próbowała ukryć przed światem własny ból.
Tayyar natychmiast wstał z kanapy.
— Gdzie byłaś? — zapytał ostro, mierząc ją podejrzliwym spojrzeniem.
Yonca spuściła wzrok i szybko odwróciła twarz, by nie dostrzegł śladów łez.
— Nie mogłam spać — odpowiedziała cicho. — Siedziałam przy oknie aż do rana, a teraz zrobiłam się bardzo senna… Chcę się położyć.
Nie czekając na jego odpowiedź, podeszła do łóżka i powoli wsunęła się pod kołdrę. Odwróciła się twarzą do ściany i naciągnęła przykrycie aż po same uszy, jakby chciała odciąć się od całego świata.
Tayyar usiadł z powrotem na kanapie i przez chwilę patrzył na jej nieruchome plecy. Pokręcił głową z dezaprobatą, ale nic więcej nie powiedział. Nie miał pojęcia, że Yonca spędziła noc poza domem. Nie wiedział też, dokąd poszła… ani z jakiego powodu wróciła z sercem rozdartym jeszcze bardziej niż wcześniej.
Kamera powoli zbliżyła się do jej twarzy ukrytej częściowo pod kołdrą.
Yonca drżącą dłonią ściskała przy ustach dziecięcy smoczek. Delikatnie musnęła go pocałunkiem, jakby był najcenniejszą rzeczą, jaka jej została.
Jej powieki zadrżały.
Po policzku spłynęła pojedyncza łza, a potem następna.
— Mój syneczku… — wyszeptała niemal bezgłośnie. — Wybacz mamie…


***
Beyza i Fadime stały przy dziecięcym łóżeczku, nad którym zwiewny baldachim delikatnie poruszał się od przeciągu wpadającego przez uchylone okno. W pokoju panował półmrok i cisza przerywana jedynie spokojnym oddechem niemowlęcia.
Beyza skrzyżowała ręce na piersi i spojrzała na dziecko z wyraźnym dystansem.
— Widzisz? — odezwała się chłodno. — Zasnęło od razu, gdy tylko wyszłam z pokoju. Widocznie przy mnie robi się jeszcze bardziej niespokojny.
Fadime uniosła wzrok, zaskoczona jej tonem.
— Proszę pani… to przecież maleństwo. Ono po prostu potrzebuje bliskości.
— Od dziś będzie spał sam — oznajmiła Beyza stanowczo. — A ja przeniosę się do pokoju cioci, dopóki nie wróci ze szpitala.
Pokojówka spojrzała na nią z niedowierzaniem.
— Ale jak to… sam? — zapytała ostrożnie. — Takie małe dziecko nie powinno zostawać samo w nocy. Może się obudzić, przestraszyć…
Beyza westchnęła z irytacją i zacisnęła szczęki.
— Będzie dokładnie tak, jak powiedziałam! — rzuciła ostrym tonem. — Nie mam już siły słuchać tego płaczu dzień i noc.
Jakby na potwierdzenie jej słów, niemowlę poruszyło się niespokojnie i po chwili cicho zapłakało.
Fadime natychmiast pochyliła się nad łóżeczkiem i ostrożnie wzięła dziecko na ręce.
— Chyba zgłodniał — powiedziała łagodnie, kołysząc malca. — Pójdę przygotować mleko.
— Daj mu smoczek — mruknęła Beyza obojętnie. — Nie chcę słyszeć jego płaczu.
Fadime nachyliła się nad materacykiem i zaczęła szukać dłonią między poduszeczką a kocykiem. Po chwili zmarszczyła brwi.
— To dziwne… — powiedziała cicho. — Wieczorem położyłam smoczek dokładnie tutaj, ale teraz go nie ma.
Beyza prychnęła pogardliwie.
— Oczywiście. Czyli pewnie w środku nocy przyszedł złodziej i ukradł tylko smoczek…
W jej głosie pobrzmiewała drwina i zniecierpliwienie. Nie chciała już dłużej słuchać płaczu dziecka ani patrzeć na zatroskaną twarz pokojówki.
Odwróciła się gwałtownie na pięcie i wyszła z pokoju.
Fadime została sama z niemowlęciem na rękach. Spojrzała w stronę drzwi, po czym mocniej przytuliła dziecko do siebie.
— Nie martw się, maleńki — wyszeptała czule. — Już dobrze… już dobrze…

***
Mukadder została wybudzona ze śpiączki farmakologicznej, a lekarz pozwolił jej wrócić do domu. Choć odzyskała przytomność, udar odebrał jej mowę. Mogła jedynie patrzeć, słuchać i bezradnie walczyć z własnymi myślami uwięzionymi w milczeniu.
Kiedy znalazła się z powrotem w rezydencji, w jej pokoju panowała ciężka, przejmująca cisza. Leżała nieruchomo na łóżku, wpatrzona w sufit, jakby wciąż próbowała zrozumieć wszystko, co wydarzyło się podczas jej nieobecności.
Drzwi uchyliły się powoli i do środka wszedł Cihan. W ramionach trzymał owinięte w błękitny kocyk niemowlę. Na jego twarzy pojawił się cień ciepłego uśmiechu.
— Babcia już wróciła do domu — powiedział łagodnie, zbliżając się do łóżka. — Spójrz, mamo… przyniosłem ci wnuka.
Mukadder przeniosła wzrok na dziecko. Przez chwilę patrzyła na nie w milczeniu, a jej dłonie lekko zadrżały pod kołdrą.
Cihan odebrał jej ciszę jako wzruszenie.
— Wiedziałem, że się ucieszysz — dodał cicho. — Wszystko będzie dobrze. Najważniejsze, że jesteś już z nami.
Po policzku Mukadder powoli spłynęła łza. Nie była to jednak łza szczęścia ani wzruszenia.
To był ból.
Bo tylko ona znała prawdę. Wiedziała, że dziecko nie jest synem Cihana. Wiedziała też, że teraz, kiedy los odebrał jej możliwość mówienia, choćby chciała, nie może wyznać prawdy.
Poruszyła ustami, jakby chciała coś z siebie wydobyć, ale z jej gardła nie wydobył się żaden dźwięk.
Cihan niczego nie zauważył. Stał przy łóżku spokojny i dumny, kołysząc niemowlę w ramionach, podczas gdy Mukadder czuła, że prawda powoli więzi ją we własnym ciele.


***
Cihan zadzwonił do Deryi i poprosił ją, by natychmiast przyjechała do firmy. W jego głosie było coś, co nie pozwalało odmówić — chłód zmieszany z napięciem.
— Musimy porozmawiać o czymś ważnym — powiedział krótko. — I nie chcę, żeby Cemil albo Hancer się o tym dowiedzieli. Ma to zostać między nami.
Zaintrygowana i coraz bardziej zaniepokojona Derya nie zwlekała ani chwili. Już pół godziny później siedziała naprzeciwko niego w przestronnym gabinecie. Atmosfera była ciężka. Cihan milczał, opierając splecione dłonie o biurko i wpatrując się w jeden punkt, jakby próbował zapanować nad narastającym gniewem.
To Derya przerwała ciszę.
— Twój wujek przyszedł wczoraj do naszego domu — zaczęła ostrożnie. — Wparował bez zapowiedzi i powiedział wszystko. O tym, że wynająłeś Hancer dom… i że dałeś jej pracę. Zachowywał się przy tym okropnie.
Westchnęła ciężko i pokręciła głową.
— Kiedy Cemil usłyszał słowo „kochanka”, kompletnie stracił nad sobą panowanie. Wpadł w szał. Zaraz potem pojechał prosto do twojego domu. Bałam się, że dojdzie między wami do tragedii.
Cihan nawet nie drgnął. Jego twarz pozostała kamienna.
— Hancer jest cała i zdrowa — dodała szybko Derya. — Ale Cemil zamknął ją w pokoju. Zabił nawet okno deskami. Nie pozwolił jej nigdzie wychodzić. Nawet gdybyś chciał, nie możesz się z nią spotkać.
Na ustach Cihana pojawił się gorzki cień uśmiechu.
— Nie mam zamiaru się z nią spotykać — powiedział chłodno.
Derya spojrzała na niego zdezorientowana.
— Więc po co mnie tu wezwałeś? — zapytała. — Czego ode mnie chcesz?
Cihan uniósł wzrok. W jego oczach pojawił się gniew, którego nie próbował już ukrywać.
— Powiesz mi, z kim spotyka się Hancer.
Derya zmarszczyła brwi.
— Co masz na myśli? — zapytała szczerze zaskoczona. — Nie rozumiem…
Cihan gwałtownie wstał zza biurka.
— Hancer jest w ciąży! — wyrzucił z siebie. — I to nie ze mną!
Słowa odbiły się echem po gabinecie.
— Powiesz mi teraz, kto jest ojcem tego dziecka.
Derya zamarła. Przez chwilę patrzyła na niego w całkowitym osłupieniu. Jej oczy rozszerzyły się ze zdumienia, a usta lekko drgnęły, jakby chciała coś powiedzieć, ale nie potrafiła wydobyć z siebie głosu.
— Hancer… w ciąży? — wyszeptała w końcu, nadal nie mogąc uwierzyć w to, co usłyszała.


Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia był film Gelin 118.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.






