„Panna młoda” Odc. 160 – streszczenie
Yonca siedziała skulona na brzegu kanapy, ściskając w dłoniach telefon Tayyara tak mocno, jakby był jedyną rzeczą łączącą ją jeszcze z dzieckiem. Oczy miała zaczerwienione od płaczu, a każda minuta rozłąki rozdzierała ją od środka coraz bardziej. W końcu drżącymi palcami wybrała numer do rezydencji.
Po kilku sygnałach w słuchawce odezwał się głos Fadime.
— Halo?
Yonca przełknęła gulę w gardle i zamknęła oczy. Musiała się opanować. Nie mogła pozwolić, by ktokolwiek rozpoznał jej głos.
— Dzień dobry… Nazywam się Gulben — powiedziała cicho. — Dzwonię z Centrum Zdrowia Matki i Dziecka. Z naszych zapisów wynika, że w państwa domu znajduje się noworodek.
— Tak, to prawda — odpowiedziała Fadime. — Nasza synowa niedawno urodziła.
Yonca poczuła, jak serce ściska jej się boleśnie na dźwięk tych słów. Zacisnęła powieki jeszcze mocniej.
— Dzwonię w sprawie rutynowych badań kontrolnych — wyjaśniła, starając się, by jej głos brzmiał profesjonalnie. — Muszę zadać kilka pytań dotyczących dziecka.
— Matki nie ma teraz w domu — odparła Fadime. — Ja opiekuję się maleństwem. Jestem gospodynią w tym domu. Jeśli trzeba, mogę odpowiedzieć.
W tej samej chwili w tle rozległ się płacz dziecka.
Yonca zesztywniała. Świat wokół niej nagle ucichł, jakby istniał już tylko ten dźwięk. Jej dziecko. Jej syn płakał, a ona nie mogła go przytulić ani ukołysać. Łzy natychmiast napłynęły jej do oczu.
— Dlaczego płacze? — zapytała szybko, a jej głos zadrżał mimo prób opanowania emocji. — Czy coś mu jest?
— Nie, dzięki Bogu jest zdrowy — odpowiedziała Fadime. — Ale mamy problem z karmieniem. Na początku pił mleko z butelki bez problemu, a teraz odmawia. Nic nie chce jeść. Bardzo się boję, że będzie głodny. Niestety jego matka nie ma mleka… Nie wiemy już, co robić. Jak możemy go przyzwyczaić do butelki?
Yonca zakryła usta dłonią. Każde słowo wbijało się w nią jak nóż. Wyobraziła sobie swojego synka głodnego, szukającego matki, której przy nim nie było.
— Próbujcie… próbujcie różnych sposobów… — wyszeptała łamiącym się głosem. — Może spokojnie, małymi porcjami… tylko… tylko nie pozwólcie mu być głodnym. Błagam… nie ignorujcie tego. Jeśli dalej nie będzie jadł, koniecznie zabierzcie go do lekarza.
Ostatnie słowa niemal ugrzęzły jej w gardle. Bała się, że za chwilę Fadime usłyszy jej szloch i domyśli się prawdy.
— Dobrze, przekażę to pani domu — odpowiedziała kobieta. — Dziękujemy za telefon.
Yonca szybko się rozłączyła.
Telefon wyślizgnął się z jej dłoni i upadł na kanapę. Dziewczyna zakryła twarz obiema rękami, a z jej piersi wyrwał się rozpaczliwy szloch. Całe ciało drżało jej od tłumionego bólu.
— Mój syneczku… — wyszeptała przez łzy. — Moje maleństwo…
Pochyliła się bezradnie, płacząc tak, jakby serce miało zaraz pęknąć jej z tęsknoty.


***
Cemil, ubrany w roboczy kombinezon poplamiony farbą, szedł powoli wąską uliczką z wiadrem w jednej ręce i pędzlami przewieszonymi przez ramię. Był zmęczony po całym dniu pracy, a każdy krok przypominał mu o bólu w plecach i zdrętwiałych dłoniach. Kiedy dotarł pod mały osiedlowy sklepik, zatrzymał się ciężko i otarł pot z czoła.
— Sadiku! — zawołał przez otwarte drzwi. — Daj mi dwa bochenki chleba i butelkę wody. Gardło mam suche jak pustynia.
Odłożył wiadro i narzędzia pod ścianą, po czym usiadł na małym plastikowym stołku stojącym przed sklepem. Oparł łokcie na kolanach i westchnął głęboko.
Po chwili Sadik wyszedł z butelką wody i podał mu ją z lekkim uśmiechem.
— Wyglądasz, jakbyś cały dzień nosił na plecach worki cementu, a nie malował ściany.
Cemil odkręcił butelkę i wypił kilka dużych łyków.
— Dzisiaj malowałem sklep obok piekarni — odpowiedział zmęczonym głosem. — Skończyłem szybciej, niż myślałem, ale ręce mi odpadają.
Sprzedawca wrócił do środka. W tym momencie drogą przechodził znajomy mężczyzna. Na widok Cemila zatrzymał się i zmienił kierunek.
— Oho, dawno cię nie widziałem w kawiarni — zauważył pogodnie.
— Nie mam czasu na siedzenie po kawiarniach — mruknął Cemil. — Pracuję od rana do wieczora.
Mężczyzna rozejrzał się, po czym podszedł bliżej.
— W takim razie mam dla ciebie dobrą wiadomość. Znasz Irfana… tego od suszonych owoców?
Cemil zmarszczył brwi, próbując sobie przypomnieć.
— Tego, który rozdaje biednym paczki przed świętami?
— Właśnie jego. Porządny człowiek, religijny, uczciwy i bogaty. — Mężczyzna obniżył głos. — Rok temu stracił żonę. Został sam z dwójką dzieci. I… chce się ponownie ożenić.
Cemil spojrzał na niego uważniej.
— No i co mnie to obchodzi?
— Chce poprosić o rękę twojej siostry.
Twarz Cemila natychmiast stwardniała. Jeszcze przed chwilą zmęczony i spokojny, teraz wyglądał tak, jakby ktoś uderzył go w twarz. Powoli odstawił butelkę wody.
— Co powiedziałeś?
— Irfan poprosił mnie, żebym z tobą porozmawiał — wyjaśnił tamten ostrożniej. — Posłuchaj, wiem, że jest trochę starszy, ale to naprawdę dobry człowiek. Twoja siostra niczego by przy nim nie potrzebowała. Żyłaby jak królowa. Ma dwa domy, własny biznes…
Cemil poderwał się gwałtownie ze stołka.
— Moja siostra nie szuka żadnego mężczyzny! — rzucił ostro. — I nie potrzebuje niczyich pieniędzy.
— Nie denerwuj się od razu — próbował łagodzić sytuację mężczyzna. — Hancer przywykła do życia w rezydencji. Dziewczyna nie może nagle żyć w biedzie. Irfan zapewniłby jej spokojne życie.
— Powiedziałem ci, że mnie to nie interesuje! — głos Cemila stawał się coraz bardziej gniewny. — Hancer ma dwie zdrowe ręce i własną godność. A ja stoję za nią jak mur.
Mężczyzna westchnął ciężko.
— Cemilu, świat jest okrutny. Twoja siostra jest młoda i rozwiedziona. Ludzie zaczną gadać. Wiesz, jakie są przekupy w tej okolicy…
Cemil zrobił krok w jego stronę i spojrzał mu prosto w oczy.
— A kim ja jestem? — zapytał lodowatym tonem. — Dopóki żyję, nikt nie będzie oczerniał mojej siostry. Ani ty, ani inni. Uważaj więc na słowa.
Mężczyzna cofnął się lekko, widząc narastającą wściekłość Cemila.
— Chciałem tylko pomóc…
— To nie wtrącaj się w nasze życie. — Cemil chwycił swoje wiadro i pędzle. — I więcej nie wracaj do mnie z takimi propozycjami. Następnym razem nie skończy się na rozmowie.
Odwrócił się gwałtownie i odszedł szybkim krokiem, zostawiając za sobą zaskoczonego mężczyznę i ciszę, która zapadła przed sklepem.


***
Derya odstawiła odkurzacz na środek pokoju i zmęczonym ruchem odgarnęła włosy z twarzy. W domu panowała cisza, przerywana jedynie szumem ulicy wpadającym przez uchylone okno. Schyliła się, wyciągnęła przewód i podłączyła wtyczkę do kontaktu.
Już miała nacisnąć przycisk, kiedy nagle rozległo się głośne pukanie do drzwi.
Westchnęła zirytowana.
— Boże… ten gamoń znowu zapomniał kluczy — mruknęła pod nosem, przekonana, że to Cemil.
Ruszyła do wejścia i otworzyła drzwi bez większego zastanowienia.
W jednej chwili zamarła.
Przed progiem stał Nusret.
Serce Deryi niemal zatrzymało się w piersi. Twarz momentalnie jej pobladła, a w gardle stanęła gula. Przez krótką chwilę nie była w stanie złapać oddechu. Widziała przed sobą tego samego człowieka, który bez mrugnięcia okiem zakopywał Yoncę, jakby grzebał worek śmieci, a nie żywego człowieka.
Kolana się pod nią ugięły.
— Nie ma nikogo w domu… — wydukała drżącym głosem. — Nie… nie ma nas…
Zanim Nusret zdążył cokolwiek powiedzieć, gwałtownie zatrzasnęła drzwi i oparła się o nie plecami. Oddychała ciężko, jakby właśnie uciekła przed śmiercią.
Boże… śmierć przyszła pod moje drzwi… — pomyślała spanikowana. — Dowiedział się. Na pewno dowiedział się, że uratowałam Yoncę. Ten człowiek mnie zabije… Zakopie mnie tak samo jak ją…
Do drzwi ponownie rozległo się mocne, niecierpliwe pukanie.
— Kobieto, otwieraj! — huknął Nusret stanowczym głosem.
Derya zacisnęła dłonie na swetrze.
— Idź sobie! — zawołała niemal płaczliwie. — Ja nic nie wiem! Nic nie widziałam, nic nie słyszałam! Nie mam z tym nic wspólnego!
— Otwórz te drzwi! — warknął coraz bardziej zirytowany. — Czy Cemil jest w domu? Mam z nim pilną sprawę.
Derya przez chwilę stała nieruchomo, walcząc sama ze sobą. W końcu drżącą ręką nacisnęła klamkę i uchyliła drzwi.
— On naprawdę nic nie wie… — zaczęła mówić chaotycznie. — Przysięgam, nikt nic nie wie… Ja też już wszystko zapominam…
Nusret spojrzał na nią z mieszaniną zaskoczenia i irytacji.
— O czym ty bredzisz, kobieto?
Derya przełknęła ślinę i mówiła dalej, coraz bardziej spanikowana:
— Moja matka miała demencję… To dziedziczne… U mnie też się zaczyna… Doktor powiedział, że kiedyś zapomnę nawet własne imię…
Nusret zmarszczył brwi.
— Na Boga, co ty opowiadasz?! — rzucił ostro. — Powiedz tylko, czy twój mąż jest w domu.
— Jestem tutaj.
Głos Cemila rozległ się nagle od strony furtki.
Derya odwróciła się gwałtownie. Cemil właśnie wszedł na podwórko, niosąc wiadro i metalowy stojak do wałków malarskich. Widząc Nusreta przed swoim domem, natychmiast spoważniał.
Podszedł bliżej i stanął z nim twarzą w twarz.
— Czego tu szukasz? — zapytał chłodno. — I dlaczego robisz awanturę pod moimi drzwiami?
Nusret prychnął pogardliwie.
— Co wy właściwie jesteście za ludzie? — rzucił ostrym tonem. — Nie macie wstydu, honoru ani godności rodzinnej.
Derya wstrzymała oddech. Widziała, jak szczęka Cemila zaciska się ze złości.
Mężczyzna odstawił powoli wiadro na ziemię i zrobił krok do przodu.
— Posłuchaj mnie uważnie — powiedział niskim, opanowanym głosem, choć w oczach miał już gniew. — Nie wiem, po co tu przyszedłeś, ale zaczynasz przekraczać granice. Nie pozwolę ci obrażać mojej rodziny. Dzięki Bogu żyjemy uczciwie i z honorem. Lepiej uważaj na słowa i przeproś za to, co powiedziałeś.
Nusret uśmiechnął się zimno.
— Żyjecie z honorem? Naprawdę?
Zawiesił spojrzenie na Cemilu, po czym dodał powoli, z wyraźną pogardą:
— To powiedz mi… z kim jest teraz twoja siostra?
Cemil znieruchomiał.
Przez krótką chwilę wyglądał, jakby nie zrozumiał pytania. Potem jego twarz nagle pobladła. Metalowy stojak wysunął mu się z dłoni i z brzękiem uderzył o ziemię.



***
Hancer odwróciła się gwałtownie po swoich ostatnich słowach. Serce waliło jej jak oszalałe. Miała wrażenie, że jeśli zostanie w tym domu choć chwilę dłużej, całkowicie się rozsypie.
— To nie jest twoje dziecko, Cihanie — powtórzyła wcześniej drżącym głosem, wbijając w niego wzrok pełen bólu.
Teraz chciała już tylko uciec.
Podeszła szybko do drzwi i nacisnęła klamkę.
Kiedy jednak otworzyła drzwi, znieruchomiała.
Tuż przed progiem stał Cemil.
Patrzył na nią tak chłodno, że momentalnie zabrakło jej tchu. W jego oczach nie było ani ciepła, ani troski — jedynie gniew i rozczarowanie.
— Bracie…? — wyszeptała, a jej głos zadrżał.
Cemil nawet nie drgnął.
— Nie nazywaj mnie bratem — rzucił lodowatym tonem i wszedł do środka. — Powinnaś się wstydzić.
Hancer pobladła.
— Bracie, proszę… wysłuchaj mnie. To nie tak, jak myślisz. Przysięgam…
— Naprawdę? — przerwał jej ostro. — A jak, Hancer? Jesteś sama w domu żonatego mężczyzny!
Każde jego słowo uderzało w nią jak policzek.
Cihan zrobił krok do przodu.
— To ja ją tu wezwałem — powiedział stanowczo. — Chciałem z nią porozmawiać. Rozmowa już się skończyła. Hancer właśnie wychodziła.
Cemil spojrzał na niego z narastającą pogardą.
— Ty podły draniu… — syknął. — Chcesz zrobić ze mnie mordercę?
W jednej chwili chwycił Cihana za klapy marynarki i szarpnął nim mocno.
Hancer, przestraszona, rzuciła się między nich.
— Bracie, przestań! — zawołała drżącym głosem, chwytając go za ramię. — Proszę cię, pozwól mi wyjaśnić. To nie jest tak, jak myślisz!
Przez moment Cemil mierzył Cihana spojrzeniem pełnym furii, jakby z trudem panował nad sobą. W końcu puścił go gwałtownie i odwrócił się do siostry.
— Dobrze — powiedział z gorzkim śmiechem. — Załóżmy, że to on cię tu wezwał. Ale dlaczego przyszłaś? Czy ty zupełnie straciłaś rozum? Nie masz już dumy? Nie wstyd ci?
Hancer cofnęła się o krok, jakby każde słowo odbierało jej siły.
— Dosyć! — warknął Cihan. — Uważaj, jak się do niej zwracasz.
Cemil spojrzał na niego z jawną pogardą.
— Ty lepiej zajmij się własną rodziną, Develioglu — rzucił ostro. — Zamiast uganiać się za kobietami.
Cihan zmarszczył brwi.
— O czym ty mówisz?
— Twoja żona szuka cię wszędzie jak szalona, a twoja matka leży w szpitalu.
Twarz Cihana momentalnie stężała.
— Szpitalu? — powtórzył cicho. — Co się stało?
Cemil patrzył na niego chłodno, bez cienia współczucia.
— Podczas gdy ty urządzałeś sobie tutaj spotkania, twoja matka dostała udaru. Jest sparaliżowana.
Zapadła ciężka, duszna cisza.
Cihan zbladł w jednej chwili.
Jakby nagle cały świat osunął mu się spod nóg.


***
Drzwi windy rozsunęły się gwałtownie i Cihan niemal wybiegł na szpitalny korytarz. Szedł szybkim, nerwowym krokiem, rozglądając się gorączkowo wokół. Dopiero po chwili dostrzegł Engina stojącego pod ścianą oraz siedzących nieopodal Nusreta i Beyzę.
Atmosfera była ciężka, duszna, przepełniona napięciem.
Cihan zatrzymał się przy prawniku.
— Jak się czuje moja matka? — zapytał bez wstępów. W jego głosie pobrzmiewał niepokój, którego nawet nie próbował ukrywać.
Engin spojrzał na niego uważnie.
— Spokojnie. Na razie wszystko jest pod kontrolą — odpowiedział spokojnym tonem. — Jej stan jest stabilny. Lekarze robią, co mogą.
Cihan odetchnął płytko, ale napięcie ani na moment nie zeszło z jego twarzy.
— Chcę porozmawiać z lekarzem. Gdzie on jest?
Nie zdążył zrobić kroku, gdy zza jego pleców rozległ się chłodny głos Nusreta:
— Nie wiesz nawet, że twoja matka została wprowadzona w śpiączkę?
Cihan powoli odwrócił głowę.
Nusret podniósł się z krzesła i spojrzał na siostrzeńca z wyraźną pogardą. Beyza siedziała obok w milczeniu, obserwując wszystko uważnym wzrokiem.
— Ale oczywiście… — ciągnął Nusret z gorzkim uśmiechem. — Skąd miałbyś wiedzieć?
Cihan zmrużył oczy i zbliżył się do niego o krok.
— Jeśli masz coś do powiedzenia, powiedz to wprost.
— Od rana jesteśmy tutaj przy cioci — odezwała się Beyza łagodnym, lecz chłodnym tonem. — Zajęliśmy się wszystkim, co było konieczne. Nie musisz się już o nic martwić.
Słowa Beyzy zabrzmiały uprzejmie, ale pod ich powierzchnią wyraźnie kryła się uszczypliwość.
Nusret prychnął pogardliwie.
— Pojawiasz się po tylu godzinach i dalej zachowujesz się tak, jakby cały świat kręcił się wokół ciebie. Twoja matka otarła się o śmierć, twoja żona zostawiła nowo narodzone dziecko, żeby przy niej czuwać… a gdzie byłeś ty, panie Cihanie?
Zawiesił głos i spojrzał mu prosto w oczy.
— Nie mogłeś oderwać się od swojej kochanki, prawda?
To wystarczyło.
Cihan rzucił się na niego w jednej chwili. Chwycił Nusreta za kurtkę i z ogromną siłą przycisnął go do ściany.
— Uważaj na słowa! — warknął przez zaciśnięte zęby.
Beyza zerwała się z miejsca.
— Cihan! Zwariowałeś?!
— Co wy wyprawiacie?! — Engin natychmiast stanął między nimi, próbując odciągnąć rozwścieczonego Cihana. — To jest szpital! Pani Mukadder leży kilka metrów stąd! Opanujcie się!
Nusret próbował wyrwać się z uścisku, ale Cihan jeszcze przez chwilę trzymał go mocno, dysząc ciężko z gniewu. Dopiero po chwili Enginowi udało się ich rozdzielić.
Na korytarzu zapadła napięta cisza. Wtedy pojawiła się pielęgniarka z dokumentami w dłoni.
— Wyniki pacjentki są już gotowe — powiedziała, rozglądając się po zebranych. — Lekarz chce porozmawiać z panem Nusretem.
— Nie. — Cihan natychmiast zrobił krok do przodu. — Jestem jej synem. To ja będę rozmawiał z lekarzem.


***
Cihan siedział nieruchomo naprzeciwko lekarza, opierając dłonie na krawędzi biurka. Choć próbował zachować spokój, napięcie było widoczne w każdym ruchu jego ciała. Nie odrywał wzroku od doktora, jakby od kolejnych słów zależał cały jego świat.
Lekarz poprawił okulary i spojrzał na dokumentację medyczną.
— Problem z ośrodkiem mowy wydaje się przejściowy — powiedział spokojnym, wyważonym tonem. — Po pewnym czasie pani Mukadder powinna odzyskać zdolność normalnego mówienia.
Cihan odetchnął nieco głębiej, ale ulga trwała zaledwie chwilę.
— Niestety — ciągnął lekarz — nie mogę powiedzieć tego samego o lewej ręce i nodze. Paraliż może okazać się trwały.
Twarz Cihana stężała.
— Czy… nie ma żadnej nadziei? — zapytał cicho.
Doktor splótł dłonie na biurku.
— W takich przypadkach medycyna nigdy nie daje stuprocentowej pewności. Organizm każdego pacjenta reaguje inaczej. Są jednak osoby, które dzięki intensywnej fizjoterapii odzyskują część sprawności. To wymaga czasu, cierpliwości i ogromnej determinacji.
W oczach Cihana pojawił się upór.
— Zrobię wszystko, co konieczne — powiedział bez wahania. — Jeśli będzie trzeba, zabiorę ją do najlepszych specjalistów. Do Ankary, do Europy… gdziekolwiek. Nie będę liczył kosztów.
Lekarz pokręcił głową ze spokojem.
— Nasz kraj również ma bardzo dobre możliwości leczenia i rehabilitacji. Najważniejsza będzie regularna terapia i odpowiednia opieka. To długi proces, panie Cihanie. To nie kwestia dni ani tygodni… lecz miesięcy.
Cihan opuścił wzrok.
— Ostatnio była bardzo osłabiona — powiedział z wyraźnym poczuciem winy. — Powinienem był wcześniej zabrać ją na badania. Może udałoby się temu zapobiec…
— Proszę się nie obwiniać — odpowiedział łagodnie lekarz. — Tego nie dało się przewidzieć. Nagły wzrost ciśnienia spowodował oderwanie się zakrzepu, a to doprowadziło do udaru. Takie ryzyko będzie niestety istniało również w przyszłości. Dlatego musimy ją stale kontrolować.
Na chwilę zamilkł, po czym dodał poważniejszym tonem:
— Od teraz pańska matka powinna prowadzić spokojne życie. Bez stresu, bez silnych emocji. Potrzebuje ciszy, poczucia bezpieczeństwa i ludzi, którzy będą ją wspierać. Proszę otaczać ją rzeczami, które sprawiają jej radość. To również jest część leczenia.
Cihan powoli skinął głową.
Przez moment w gabinecie panowała cisza.
— Czy mogę ją zobaczyć? Chociaż na chwilę? — zapytał w końcu. — Minutę… dwie…
Lekarz zawahał się.
— Od czasu podania leków uspokajających pozostaje nieprzytomna. Nie będzie mogła z panem porozmawiać.
Cihan podniósł wzrok.
— To nieważne. — Jego głos wyraźnie zadrżał. — Ona poczuje, że tam jestem. To jej wystarczy.
Doktor przyglądał mu się przez chwilę, po czym skinął głową.
— Dobrze. Ale proszę, niech to będzie krótka wizyta. Pacjentka musi odpoczywać.
— Dziękuję, doktorze.
Cihan podniósł się powoli z krzesła. Przez krótką chwilę wyglądał tak, jakby cały ciężar świata spoczął na jego barkach. Potem odwrócił się i bez słowa wyszedł z gabinetu.

***
Cihan wszedł do sali powoli, niemal bezszelestnie, jakby bał się zakłócić ciszę unoszącą się nad pomieszczeniem. W półmroku szpitalnej sali wszystko wydawało się nieruchome i obce — jednostajny dźwięk aparatury, kroplówka sącząca się miarowo do żyły Mukadder, blade światło wpadające przez zasłonięte okna.
Mukadder leżała bez ruchu na łóżku, z zamkniętymi oczami. Jej twarz, zwykle surowa i pełna siły, teraz wyglądała krucho i bezbronnie.
Cihan zatrzymał się przy łóżku i przez dłuższą chwilę tylko na nią patrzył. W jego oczach pojawił się ból, którego nie potrafił już ukrywać. Potem powoli uklęknął przy niej i ostrożnie ujął jej dłoń w swoje ręce. Była chłodna i nieruchoma.
— Jestem tutaj, mamo… — odezwał się cicho. — Słyszysz mnie?
Przełknął ciężko ślinę.
— Powiedz mi… kiedy staliśmy się takimi ludźmi? Kiedy wszystko zaczęło się rozpadać?
Jego głos zadrżał.
— Hancer mnie zniszczyła. Zabiła we mnie wszystko, co jeszcze próbowało wierzyć w szczęście. Dlatego proszę cię… chociaż ty mnie nie opuszczaj. Nie dokładaj kolejnego bólu do tego, który już noszę.
Delikatnie pogładził dłoń matki kciukiem.
— Twój wnuk czeka na ciebie w domu. Musisz dla niego wyzdrowieć. Usłyszysz jeszcze jego śmiech… zobaczysz, jak stawia pierwsze kroki. Tak jak kiedyś prowadziłaś mnie za rękę, tak będziesz prowadzić jego.
Na moment zamilkł, walcząc ze wzruszeniem. W jego oczach zaszkliły się łzy.
— Poradziliśmy sobie po śmierci ojca, pamiętasz? Myślałem wtedy, że już nic gorszego nas nie spotka. A jednak życie znowu rzuciło nas na kolana.
Pochylił głowę i ścisnął jej dłoń mocniej.
— Ale tym razem też damy radę. Ty i ja… podniesiemy się z tego. Wyleczymy nasze rany i zaczniemy od nowa. Nowe życie. Nowy rozdział.
Spojrzał na matkę z cichą desperacją.
— Ty… ja… i twój wnuk. Tylko nasza trójka.
Za lekko uchylonymi drzwiami stała Beyza.
Początkowo przyszła tam tylko z ciekawości, lecz każde kolejne słowo Cihana wbijało się w nią coraz głębiej. Zamarła, słysząc jego ostatnie zdanie.
„Tylko nasza trójka”.
Jej twarz pobladła, a oczy rozszerzyły się z niedowierzania. Nagle poczuła, jak grunt usuwa jej się spod nóg. Wszystko, co sobie wyobrażała, wszystkie nadzieje, których tak kurczowo się trzymała, rozsypywały się właśnie na jej oczach.


***
Cemil z ponurą determinacją przyciskał deskę do ściany pod oknem pokoju Hancer. Każde uderzenie młotka rozdzierało ciszę podwórza ostrym, metalicznym hukiem. Gwoździe wbijały się w drewno z brutalną siłą, jakby wraz z nimi próbował wyładować całą swoją złość i upokorzenie.
Hancer usłyszała hałas i natychmiast podbiegła do okna. Gdy je otworzyła, zamarła na widok brata stojącego tuż pod ścianą z młotkiem w dłoni.
— Bracie… co ty robisz? — zapytała z niedowierzaniem. — Dlaczego zabijasz moje okno deskami?
Cemil nawet na nią nie spojrzał. Wbił kolejny gwóźdź i dopiero wtedy odpowiedział chłodnym, napiętym głosem:
— Powinienem był zrobić to już dawno temu.
Uderzył młotkiem jeszcze raz.
— Widocznie wszyscy wokół rozumieją tylko jeden język.
Hancer pobladła.
— To szaleństwo! Zdejmij to natychmiast!
— Nie. — Pokręcił głową. — Koniec z tym. Koniec z hańbą. Nikt więcej nie będzie zaglądał do tego domu jak do własnego.
W tym momencie z domu wybiegła Derya. Zatrzymała się gwałtownie, patrząc z przerażeniem na kolejne deski przybijane do ściany.
— Cemilu, czy ty oszalałeś?! — krzyknęła. — Co ty wyprawiasz?!
Cemil zacisnął szczękę i przyłożył następną deskę do okna.
— Nie przeszkadzaj mi, Deryo.
— Jeśli właściciel domu to zobaczy, wyrzuci nas wszystkich na bruk! — zawołała zdenerwowana. — Zniszczyłeś ścianę! Jak ty mu to wyjaśnisz?!
Mężczyzna odwrócił się gwałtownie. W jego oczach buzowała wściekłość.
— Powiedziałem ci, żebyś się nie wtrącała!
Derya cofnęła się o krok.
— Cemil… uspokój się…
— Dość! — ryknął. — Całe życie wszyscy mnie lekceważyli! Myśleli, że nic nie zrobię, że będę stał z boku i patrzył! Ale to się skończyło!
Z całej siły wbił kolejny gwóźdź.
— Pokażę wszystkim, kim jestem!
Hancer patrzyła na brata z rosnącym lękiem. Każde uderzenie młotka brzmiało jak wyrok zamykający ją w czterech ścianach. Deski jedna po drugiej zasłaniały światło wpadające przez okno, a wraz z nim gasła resztka nadziei w jej oczach.



Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 117.Bölüm i Gelin 118.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.






