„Panna młoda” Odc. 135 – streszczenie
Kontynuacja sceny w sali Beyzy.
— Nigdy — ucięła twardo Mukadder. — Nie będę wspólniczką tego kłamstwa.
Podeszła bliżej łóżka, na którym leżała Beyza, i spojrzała jej prosto w twarz z mieszaniną gniewu i rozczarowania.
— Nie wezmę udziału w tej perfidnej grze.
Nusret nachylił się ku niej i odezwał cicho, niemal szeptem, ale w jego głosie pobrzmiewało ostrzeżenie:
— Jakbyś robiła to po raz pierwszy… Nie chcę rozdrapywać starych ran, ale jeśli będę musiał, zrobię to. Wiesz o tym bardzo dobrze.
Mukadder aż zesztywniała.
— Czego ty właściwie ode mnie chcesz? — wybuchnęła. — Grozicie mi oboje? Mam udawać, że robię kapcie dla wnuka, którego nawet nie ma? Jesteście chorzy!
— A kto powiedział, że wnuka nie będzie? — odparł chłodno Nusret. — Powiedz tylko, że zrobisz te kapcie, a ja zadbam o resztę. Wnuk się znajdzie.
Mukadder spojrzała na niego z niedowierzaniem.
— Żartujesz sobie ze mnie?
Ale Nusret nie żartował. Patrzył na nią poważnie, bez cienia uśmiechu.
— Dziecko jest już „gotowe”. Kiedy przyjdzie na to czas, oddam je tobie tak, jakby urodziła je Beyza.
Mukadder zbledła. Nogi ugięły się pod nią i musiała usiąść w fotelu, żeby nie upaść.
Beyza uniosła się na łokciach i odezwała drżącym, ale stanowczym głosem:
— Powiedziałam Cihanowi, że jestem w ciąży, żeby go nie stracić. Tata mówi prawdę. Mamy dziecko. Yonca zaszła w ciążę z kimś innym. Kiedy urodzi, odda mi swoje dziecko. Już wszystko jest ustalone.
Mukadder wykrzywiła twarz z obrzydzeniem.
— Chcesz, żeby mój syn został ojcem jakiegoś bękarta? — syknęła. — Co to za miłość, Beyzo? Chcesz zniszczyć mężczyznę, którego rzekomo kochasz?
Beyza chwyciła ją za rękę z zaskakującą siłą.
— Posłuchaj mnie. Mieliśmy wypadek. Cihan wybrał mnie. Myślisz, że po to narażałam życie? Byłam gotowa umrzeć, ale chciałam zobaczyć, kogo wybierze, jeśli przeżyjemy. I tak właśnie się stało. Kiedy przyjechał, najpierw ratował mnie i dziecko, które noszę. Gdyby policjanci nie wyciągnęli Hancer, ona by zginęła. Widzieli to wszyscy. Ja, Cihan i ona sama. Teraz wie, że nigdy nie będzie mogła się ze mną równać — ze mną, matką syna Cihana. Jeśli mnie wesprzesz, Cihan wróci do rezydencji. Znów będzie przy tobie.
— Mój syn nie zostanie ojcem cudzego dziecka. Nigdy na to nie pozwolę! — odparła Mukadder z całą stanowczością, na jaką było ją stać.
Nusret zmrużył oczy.
— W takim razie powiem, że wiedziałaś o wszystkim od początku.
— Nie możesz tego zrobić, Nusrecie… — wyszeptała, ale w jej głosie zabrzmiała już nie pewność, lecz strach.
— Skoro zaszedłem tak daleko, myślisz, że zatrzymam się teraz? — zapytał zimno. — Nie doceniasz tego, do czego jestem zdolny. Mogę na przykład powiedzieć Cihanowi, że to ty wszystko zaplanowałaś.
Mukadder pokręciła głową, choć wyraźnie zaczęła wątpić we własną pewność.
— Cihan ci nie uwierzy.
— Zobaczymy, pani Mukadder — odparł Nusret. — Ale zanim zdołasz to wszystko uporządkować, będzie już za późno. Cihan zdąży przywiązać się do tej dziewczyny na dobre. Na ciebie nawet nie spojrzy.
— Nie… — Mukadder zasłoniła usta drżącą dłonią. — Nie mogę powiedzieć mu takiego kłamstwa. Nie mogę brać w tym udziału. Jeśli Cihan się dowie…
— Jest jeszcze coś, co bardziej go zaskoczy — przerwał jej Nusret i spojrzał na nią tak, że aż zamarła.
Nie musiał mówić nic więcej. Oboje wiedzieli, że jeśli padnie jedno słowo za dużo, wyjdzie na jaw sekret, którego Mukadder bała się najbardziej.
Nusret podniósł protezę ciążowego brzucha i wsunął ją w dłonie siostry.
— Weź to teraz — powiedział chłodno. — Możesz zanieść to swojemu synowi i powiedzieć mu prawdę. Albo oddać to synowej. Wybór należy do ciebie.


***
Jeszcze tego samego dnia Beyza i Hancer zostały wypisane ze szpitala. Atmosfera podczas powrotu do rezydencji była ciężka i pełna niewypowiedzianego napięcia. Nikt nie miał ochoty na rozmowę. W samochodach panowała cisza, przerywana jedynie odgłosem silnika i krótkimi westchnieniami.
Kiedy dotarli na miejsce, służba natychmiast zajęła się kobietami. Hancer, wciąż blada i osłabiona po wypadku, powoli weszła do środka, unikając spojrzenia Cihana. Beyza natomiast trzymała się blisko ojca, jakby bała się zostać sama choćby na chwilę.
Nusret obserwował wszystko uważnie. W końcu podszedł do Cihana.
— Musimy porozmawiać. Sami.
Cihan skinął głową bez słowa.
Obaj wyszli na zewnątrz. Jesienne słońce odbijało się w tafli basenu, a wokół panowała niemal nienaturalna cisza. Usiedli przy stoliku stojącym na tarasie. Cihan oparł łokcie o blat i spuścił wzrok, wyraźnie przygnieciony wydarzeniami ostatnich godzin.
Nusret przez chwilę milczał, jakby starannie dobierał słowa.
— Słuchaj… — odezwał się w końcu spokojnym, ciężkim głosem. — Nie chcę, żeby komukolwiek stała się kolejna krzywda. To, co wydarzyło się dziś, powinno dać nam wszystkim do myślenia.
Cihan nie odpowiedział. Wpatrywał się w swoje dłonie.
— W jednej chwili mogłeś stracić kobietę, którą kochasz… i swoje dziecko — kontynuował Nusret. — Pomyśl o tym. Może ten wypadek nie wydarzył się bez powodu. Może był znakiem, że zboczyłeś z właściwej drogi.
Cihan uniósł głowę i spojrzał na niego chłodno.
— Do czego zmierzasz?
— Do prawdy — odpowiedział spokojnie Nusret. — Gdyby sytuacja wyglądała inaczej… gdyby nie było dziecka… być może sam stanąłbym po twojej stronie. Może nawet poparłbym twój związek z Hancer. Ale teraz wszystko się zmieniło.
Cihan zacisnął szczękę.
— Nie mieszaj w to dziecka.
— Właśnie o dziecko chodzi najbardziej — odparł Nusret. — Dzisiaj twój syn powiedział ci coś bardzo ważnego. Może nie słowami, ale swoim istnieniem. Powiedział: „Tato, dopóki jestem na tym świecie, nie możesz odejść. Znajdę sposób, żeby cię zatrzymać”.
Słowa Nusreta zawisły między nimi niczym ciężar.
Cihan odwrócił wzrok w stronę basenu. Tafla wody drżała lekko od wiatru, ale w jego wnętrzu szalał prawdziwy chaos. Myśli o Hancer mieszały się z poczuciem winy, obowiązku i lęku przed utratą wszystkiego naraz.
Nusret wykorzystał chwilę ciszy.
— Nie możesz budować szczęścia na cierpieniu własnego dziecka — powiedział łagodniej. — Prędzej czy później wszyscy za to zapłacicie. Ty, Hancer… i ono.
Cihan zamknął oczy na krótką chwilę. Po raz pierwszy od dawna naprawdę zabrakło mu odpowiedzi.
***
Beyza stała przed szeroką toaletką, wpatrując się w swoje odbicie z napięciem, którego nie potrafiła już ukryć. Jasnoróżowa koszula luźno opadała na jej sylwetkę, lecz pod materiałem wyraźnie odznaczał się sztuczny ciążowy brzuch — większy niż wcześniej, bardziej przekonujący. Każdy kolejny dzień oznaczał dla niej nowe ryzyko i nowe kłamstwo, które trzeba było podtrzymywać.
Gulsum stała za nią i ostrożnie poprawiała jej włosy, wygładzając pasma z niemal przesadną dokładnością. W pokoju panowała ciężka cisza.
W końcu pokojówka odezwała się cicho:
— Czy pani Mukadder poznała prawdę?
Ręka Beyzy zamarła na blacie toaletki. Przez moment patrzyła na swoje odbicie bez słowa.
— Tak — odpowiedziała w końcu chłodno. — Ale chyba nie zamierzasz z nią o tym rozmawiać?
Odwróciła głowę i spojrzała na Gulsum ostrzegawczo.
— Nie doprowadzajmy jej do szaleństwa. I tak ledwo nad sobą panuje. Potrzebuje czasu, żeby to wszystko przełknąć.
Gulsum natychmiast spuściła wzrok.
— Nie martw się, nic jej nie powiem. Nie jestem szalona.
Beyza wypuściła ciężko powietrze i opadła na fotel stojący przy oknie. Oparła głowę o miękkie obicie i zamknęła oczy.
— Duszno tu… Nie mogę oddychać. Otwórz balkon.
Pokojówka szybko podeszła do wysokich drzwi. Rozsunęła ciężkie zasłony, wpuszczając do środka jasne światło popołudnia. Chwilę później uchyliła drzwi balkonowe. Do pokoju wtargnęło świeże powietrze i odległy szum wiatru.
Gulsum mimowolnie spojrzała w dół, na taras przy basenie.
— Twój tata rozmawia z panem Cihanem — powiedziała ciszej. — Pan Cihan wygląda na bardzo przygnębionego.
Beyza natychmiast otworzyła oczy. Wstała gwałtownie i podeszła do balkonu. Ukryta za firaną, spojrzała w dół.
Przy stoliku obok basenu siedzieli Nusret i Cihan. Mężczyźni rozmawiali poważnie, a Cihan miał pochyloną głowę i splecione dłonie, jakby dźwigał na barkach cały ciężar świata.
Na ustach Beyzy pojawił się ledwie dostrzegalny cień uśmiechu.
— Gdzie jest Hancer? — zapytała, nie odrywając wzroku od tarasu.
— Nie wiem. Chyba w swoim pokoju.
Beyza przez chwilę milczała, jakby coś kalkulowała.
— Dobrze — powiedziała w końcu spokojnym, ale stanowczym tonem. — Stań przy schodach. Jeśli ktoś będzie szedł, natychmiast mnie uprzedź.
Gulsum spojrzała na nią niepewnie.
— Chcesz coś zrobić?
Beyza odwróciła głowę. W jej oczach pojawił się chłodny błysk.
— Muszę dopilnować, żeby wszystko potoczyło się dokładnie tak, jak powinno.
***
Beyza bez pukania weszła do pokoju Hancer. Drzwi zamknęły się za nią cicho, lecz w pomieszczeniu natychmiast zrobiło się duszno od napięcia.
Hancer stała przy łóżku z rękami skrzyżowanymi na piersi. Blada po wypadku, wciąż osłabiona, wyglądała jednak na zadziwiająco opanowaną. Jej ciemne oczy natychmiast spoczęły na Beyzie — chłodne, uważne i pełne nieufności.
Przez kilka sekund żadna z nich się nie odezwała.
W końcu Beyza uniosła lekko podbródek i wymusiła spokojny ton:
— Życzę nam obu szybkiego powrotu do zdrowia.
Hancer nawet nie drgnęła.
— Wyjdź.
Odpowiedź była krótka, twarda i pozbawiona emocji.
Beyza uśmiechnęła się blado, jakby właśnie tego się spodziewała.
— Wyjdę, nie martw się. Przyszłam tylko sprawdzić, czy wszystko z tobą w porządku.
— Nie trudź się — odparła Hancer chłodno. — Doskonale wiem, po co tu przyszłaś.
Beyza zmrużyła lekko oczy.
— Naprawdę?
— Chcesz sprawdzić, czy zrozumiałam prawdę.
Między kobietami zapadła ciężka cisza. Za oknami szumiał wiatr, poruszając firanami, ale żadna z nich nawet nie spojrzała w tamtą stronę.
Na twarzy Beyzy pojawił się cień satysfakcji.
— Można tak powiedzieć — przyznała spokojnie. Zrobiła kilka kroków po pokoju, powoli przesuwając dłonią po oparciu fotela. — Powiedz mi więc… jesteś zła na Cihana?
Hancer patrzyła na nią bez słowa.
— Za co? — zapytała w końcu cicho.
Beyza zatrzymała się i odwróciła do niej twarzą.
— Za to, że zostawił cię tam na pewną śmierć.
Słowa zawisły w powietrzu jak ostrze.
Przez moment Hancer milczała. W jej oczach pojawił się cień bólu, który niemal natychmiast zniknął pod maską opanowania.
Wzruszyła lekko ramionami.
— Zrobił to, co musiał.
Beyza długo wpatrywała się w jej twarz, jakby próbowała dostrzec choćby najmniejsze pęknięcie.
— Dobrze — powiedziała cicho. — A ty?
Zbliżyła się jeszcze o krok.
— Czy ty też zrobisz to, co powinnaś?
Hancer zmarszczyła lekko brwi.
— Co masz na myśli?
Beyza uśmiechnęła się chłodno.
— Sama dobrze wiesz. Widziałaś wszystko. Widziałaś, kogo wybrał Cihan, kiedy musiał podjąć decyzję. Mnie nie okłamał tamten moment… i ciebie też nie.
Hancer zacisnęła dłonie na ramionach.
— Przyszłaś tutaj, żeby triumfować?
— Nie. Przyszłam, żeby oszczędzić ci dalszego cierpienia.
— Jakie to szlachetne.
W głosie Hancer zabrzmiała gorzka ironia.
Beyza jednak nie przestała.
— Cihan nigdy nie będzie mógł odejść ode mnie. Nie po tym wszystkim. Nie po dziecku.
Na twarzy Hancer pojawił się ledwie dostrzegalny grymas.
— Jeśli naprawdę go kochasz, nie powinnaś zmuszać go do pozostania przy sobie.
Beyza roześmiała się cicho, lecz w jej śmiechu nie było ani odrobiny ciepła.
— Miłość nie polega na rezygnowaniu, Hancer. Miłość polega na walce. A ja nie przegrywam.
Hancer spojrzała jej prosto w oczy.
— Nie. Ty po prostu niszczysz wszystko wokół siebie, żeby dostać to, czego chcesz.

***
Mahmut wszedł na dziedziniec szybkim, zdecydowanym krokiem. Twarz miał napiętą, a w oczach buzował gniew, którego nawet nie próbował ukrywać. Melih właśnie kończył myć jeden z samochodów zaparkowanych przed rezydencją. Gdy zauważył mężczyznę, od razu odłożył gąbkę i wyprostował się z szacunkiem.
— Dzień dobry, wujku Mahmucie — powiedział spokojnie. — Pozwól, że pocałuję twoją rękę.
Pochylił lekko głowę, ale zanim zdążył wykonać gest, ręka Mahmuta wystrzeliła z impetem.
Plaśnięcie rozniosło się po całym podjeździe.
Melih zachwiał się i odruchowo przyłożył dłoń do piekącego policzka. Przez krótką chwilę patrzył na Mahmuta w osłupieniu, lecz nie odpowiedział agresją.
— Wyjaśnij mi jedno! — ryknął Mahmut. — Jak śmiesz kręcić się wokół wdowy?! Jak śmiesz uwodzić kobietę po takim nieszczęściu?!
Kilku pracowników odwróciło głowy w ich stronę, ale jedno spojrzenie Mahmuta wystarczyło, by natychmiast wrócili do swoich zajęć.
— Chodź za mną! — rzucił ostro.
Melih bez słowa ruszył za nim.
Minęli bramę rezydencji i zatrzymali się na pustej drodze biegnącej między wysokimi murami posesji. Wiatr poruszał gałęziami drzew, ale napięcie między nimi było cięższe niż duszne powietrze.
Mahmut odwrócił się gwałtownie. Wyciągnął palec wskazujący w stronę młodszego mężczyzny.
— Powiem ci to tylko raz. Nie interesuje mnie, czy odejdziesz stąd sam, czy razem z całą rodziną. Masz trzymać się z daleka od mojej córki. Od wdowy z dzieckiem. Zrozumiałeś mnie?
Melih powoli opuścił rękę z policzka. Mimo upokorzenia jego głos pozostał spokojny.
— Posłuchaj mnie, wujku Mahmucie. Jesteś ojcem Sinem i dlatego cię szanuję. Nawet ten policzek mogę zrozumieć. Chronisz córkę. Każdy ojciec zrobiłby to samo.
Mahmut prychnął pogardliwie.
— Nie próbuj mnie udobruchać.
— Nie próbuję. Ale jest jedna rzecz, na którą nie pozwolę. Nie pozwolę, żebyś mówił o Sinem tak, jakby była ciężarem albo kobietą, która nie zasługuje już na szczęście.
Starszy mężczyzna zmrużył oczy.
— Kim ty właściwie jesteś, żeby mówić mi takie rzeczy?
Melih spojrzał mu prosto w twarz.
— Jestem mężczyzną, który zakochał się w twojej córce.
Mahmut zesztywniał.
— Kocham Sinem — ciągnął Melih pewnym głosem. — I wiem, ile wycierpiała. Wiem, jak samotna była przez ten cały czas. Nie chcę, żeby do końca życia żyła tylko wspomnieniami i bólem. Chcę być przy niej. Chcę uleczyć jej złamane serce.
Mahmut milczał, ale jego twarz pozostawała kamienna.
— Chcę spędzić z nią resztę życia — dodał Melih ciszej. — Miałem przyjść do ciebie jak należy. Porozmawiać z szacunkiem. Poprosić cię o zgodę. Ale widzę, że byłeś szybszy ode mnie.
W oczach Mahmuta pojawiło się krótkie zawahanie.
— Po co chciałeś do mnie przyjść? — zapytał już nieco ciszej. — W jakim celu?
Melih przełknął ślinę. Mimo odwagi wyraźnie czuł ciężar tej chwili.
— Chciałem poprosić o rękę twojej córki.


***
Stary dom tonął w ciepłym blasku świec. Za oknami zapadał spokojny wieczór, a miękkie światło lamp odbijało się w szybach, otulając wnętrze przytulnym półmrokiem. Na niewielkim stole Hancer ustawiła talerze z potrawami, które przygotowała własnoręcznie. W powietrzu mieszał się zapach przypraw, świeżego pieczywa i perfum, które zawsze kojarzyły się Cihanowi tylko z nią.
Hancer postawiła przed nim półmisek i uśmiechnęła się lekko.
— To było pierwsze danie, którego ode mnie spróbowałeś — przypomniała cicho. — Pamiętam, że wtedy bardzo ci smakowało.
Cihan spojrzał na nią z czułością, której już nawet nie próbował ukrywać. Delikatnie ujął jej dłoń i musnął ją ustami.
— Ty smakujesz zdecydowanie lepiej.
Hancer roześmiała się cicho, a w jej oczach pojawił się znajomy błysk.
— Dziękuję.
Usiadła naprzeciwko niego i przez chwilę rozejrzała się po wnętrzu domu. Jej spojrzenie zatrzymało się na ścianach, na starych meblach, na drobiazgach, które pamiętały ich pierwsze wspólne dni.
— Wiesz, że tęskniłam za tym miejscem? — powiedziała po chwili. — Tutaj wszystko się zaczęło. Nasza historia… nasze kłótnie, nasze milczenie, nasze pierwsze spojrzenia.
Cihan podążył wzrokiem za jej spojrzeniem. Na komodzie stała ramka z ich ślubnym zdjęciem.
— Pamiętasz, jak pokłóciliśmy się o to, gdzie ją postawić? — zapytała z rozbawieniem.
— Oczywiście. Byłaś przekonana, że najlepiej będzie wyglądała przy oknie, a ja twierdziłem, że tutaj.
— I oczywiście postawiłeś na swoim.
— Bo wiedziałem, że i tak codziennie będziesz na nią patrzeć.
Hancer pokręciła głową z uśmiechem.
— A naszymi pierwszymi gośćmi byli Engin i Yasemin.
— Gościliśmy ich właśnie tutaj — przytaknął Cihan. — Ty cały dzień krzątałaś się po kuchni.
Hancer oparła brodę na dłoni.
— Upiekłam wtedy ciasto. A ty nawet go nie spróbowałeś.
Cihan uniósł brew.
— Tylko po to, żeby cię zdenerwować.
— Naprawdę aż tak bardzo bałeś się mnie pokochać?
Na chwilę spoważniał. Światło świec zatańczyło w jego oczach.
— Bałem się, że zakocham się za bardzo. Że któregoś dnia odejdziesz… a ja zostanę z pustką, której nic nie zapełni.
Hancer patrzyła na niego długo, miękko.
— Ale nie wytrzymałam — powiedziała ciszej. — Następnego dnia zapakowałam ci kawałek tego ciasta.
Cihan uśmiechnął się pod nosem.
— A potem ze złości sama wszystko zjadłaś. Wtedy zrozumiałem, jaka jesteś uparta.
— Ja uparta? — zaśmiała się. — To ty zamknąłeś mnie w tym domu i wyrzuciłeś klucz przez okno.
— Bo próbowałaś uciec.
— I próbowałam dalej.
— Pamiętam. — Pokręcił głową z rozbawieniem. — Nigdy wcześniej nikt mnie tak nie doprowadzał do szaleństwa. A potem pojawiłaś się na prezentacji kolekcji dywanów… i już było po mnie. Gdy po imprezie położyłaś głowę na moim ramieniu, zrozumiałem, że przegrałem.
Jego głos stwardniał od emocji.
— Nieważne, jak bardzo się broniłem, zakochałem się w tobie, Hancer.
W jej oczach pojawiło się wzruszenie.
— A potem porwałeś mnie z domu mojego brata.
— Musiałem — odpowiedział z uśmiechem. — Byłem już całkowicie szalony z miłości.
Zapadła cicha chwila. Tylko płomienie świec poruszały się lekko od wieczornego powietrza wpadającego przez uchylone okno.
— Kiedy przeprowadziliśmy się do rezydencji, bałaś się spać ze mną w jednym pokoju — przypomniał sobie Cihan.
Hancer spuściła wzrok z lekkim zawstydzeniem.
— Starałam się tego nie pokazywać.
— Ale wiedziałem. Dlatego nigdy nie naciskałem na ciebie. Chciałem, żebyś sama otworzyła się przede mną.
Spojrzał na nią uważnie.
— I zrobiłaś to.
Między nimi zapadła cisza pełna wspomnień. Ciepła, miękka, intymna.
— Od tamtej chwili nigdy nie mieliśmy spokoju — wyszeptała Hancer. — Zawsze coś nas rozdzielało. Problemy, ludzie, ból…
Cihan wyciągnął rękę ponad stołem i splótł palce z jej palcami.
— Może nie zawsze umiałem to pokazać… ale dzięki tobie przetrwałem wszystko. Twoja obecność dawała mi siłę. Hancer… nie potrafię wyobrazić sobie życia bez ciebie.
Powoli podniosła się z krzesła i podeszła bliżej. Delikatnie przyłożyła dłoń do jego piersi, dokładnie nad sercem.
— I nigdy nie będziesz musiał — powiedziała łagodnie. — Zawsze będę tutaj. W twoim sercu, w twoich myślach, w każdym oddechu. Miłość nie kończy się dlatego, że ludzie są daleko od siebie. Kończy się dopiero wtedy, gdy przestają o sobie myśleć.
Spojrzała mu prosto w oczy.
— Przysięgam ci, Cihanie… nigdy cię nie opuszczę.
W jego spojrzeniu pojawił się cień tęsknoty.
— Ale będziesz daleko?
Uśmiechnęła się delikatnie i przesunęła dłonią po jego policzku.
— Nie dziś wieczorem. Dziś chcę być bliżej ciebie niż kiedykolwiek wcześniej.
Ujęła jego dłonie i powoli pociągnęła go za sobą. Cihan wstał bez słowa, nie odrywając od niej wzroku.
Razem skierowali się do sypialni, zostawiając za sobą migoczące świece, niedokończoną kolację i cały świat, który na tę jedną noc przestał istnieć.


***
Pierwsze promienie poranka nieśmiało wślizgiwały się przez zasłony starego domu, rozlewając po sypialni miękkie, mleczne światło. W powietrzu wciąż unosił się zapach świec i jego perfum, a cisza po wspólnie spędzonej nocy wydawała się niemal nierealna — spokojna, krucha i boleśnie piękna.
Hancer otworzyła oczy pierwsza.
Przez chwilę leżała nieruchomo, wsłuchując się w spokojny oddech Cihana. Spał obok niej głęboko, z twarzą pozbawioną napięcia, które niemal zawsze mu towarzyszyło. Po raz pierwszy od dawna wyglądał naprawdę spokojnie.
I właśnie dlatego serce ścisnęło ją jeszcze mocniej.
Powoli odsunęła od siebie kołdrę i usiadła na brzegu łóżka. Każdy ruch wykonywała ostrożnie, jakby bała się zakłócić tę ostatnią chwilę. Sięgnęła po ubrania i zaczęła ubierać się po cichu, raz po raz zerkając w stronę śpiącego mężczyzny.
Cihan nawet się nie poruszył.
Hancer zatrzymała się na moment. Patrzyła na niego długo — na lekko zmierzwione włosy, spokojne rysy twarzy, dłonie, które jeszcze kilka godzin wcześniej trzymały ją tak, jakby nigdy nie chciały puścić.
W jej oczach pojawił się ból.
Podeszła bliżej łóżka i powoli pochyliła się nad nim. Przez krótką chwilę zawahała się, jakby walczyła sama ze sobą. Potem delikatnie musnęła ustami jego policzek.
Czuły, niemal niewyczuwalny pocałunek bardziej przypominał pożegnanie niż gest miłości.
Bo właśnie tym był.
— Wybacz mi… — wyszeptała drżącym głosem, choć wiedziała, że jej nie słyszy.
Wyprostowała się szybko, zanim zabraknie jej odwagi. Wzięła głęboki oddech i odwróciła wzrok od Cihana, jakby dalsze patrzenie na niego mogło zniszczyć całą jej determinację.
Potem wyszła z sypialni.
Stary dom był pogrążony w ciszy. Tylko drewniana podłoga cicho skrzypiała pod jej krokami. W salonie spojrzała jeszcze na stół, przy którym siedzieli poprzedniego wieczoru, na dogasłe świece i pozostawione kieliszki.
Na wspomnienie jego uśmiechu zacisnęła powieki.
Wyszła przed dom i na moment zatrzymała się przy bramie. Odwróciła głowę, patrząc na budynek, w którym zostawiła wszystko, co było dla niej najcenniejsze.
Miłość. Spokój. Jego.
W jej oczach zaszkliły się łzy, ale nie pozwoliła im spłynąć.
Nie oglądając się za siebie, wyszła na pustą drogę.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 98.Bölüm i Gelin 99.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.






