„Dziedzictwo” Odc. 965 – streszczenie
Sinan wprowadza matkę do swojego domu. Kobieta zaledwie rzuca okiem na wnętrze, zanim wypowiada chłodne słowa:
— Mały. Bezosobowy. — Jej ton ocieka dezaprobatą. — Nigdy nie udało nam się przyzwyczaić ciebie do dużych przestrzeni.
— Jest wystarczający. — Sinan mówi spokojnie, choć jego głos lekko drży. — Czuję się tu bezpiecznie. Przygotuję ci coś do picia.
Odwraca się i rusza w stronę kuchni. Isil nie zostaje w salonie — podąża za nim bez słowa. Przypatruje się wnętrzu z taką samą surowością, z jaką niegdyś oceniała jego rysunki w dzieciństwie. Kiedy otwiera lodówkę, jej wzrok natychmiast przyciąga blacha domowego ciasta, które Aynur przygotowała dla Cana.
— Sinanie, co to jest? — pyta, marszcząc brwi z niesmakiem. — Cukier, tłuszcze trans, sztuczne dodatki… Sama chemia. Nie przypominam sobie, żebyś jadał takie rzeczy. Przygotowała to sprzątaczka? Tylko one rozkoszują się czymś tak prymitywnym.
Sinan bez słowa zamyka lodówkę, chowając blachę z powrotem.
— Zrozumiałem, że wiele rzeczy, które ty nazywasz prymitywnymi, dają mi zwyczajnie radość — odpowiada cicho, lecz stanowczo.
— Jak przypuszczałam. — Isil wzdycha teatralnie, po czym rzuca mu surowe spojrzenie. — Jesteś przygnębiony. Mam nadzieję, że to przejściowe. Bo w tym stanie jesteś zupełnie niepodobny do siebie.
Wraca do salonu z godnością królowej, a Sinan tylko przez moment stoi nieruchomo w kuchni, zaciskając palce na szklance.
***
Chwilę później siedzą naprzeciwko siebie. Isil sączy zielone smoothie z wyraźną niechęcią, ale zachowuje pozory uprzejmości.
— Jak sądzę, spędzasz dni w biurze, noce przy tym stole, a wolne chwile z książkami. Wszystko jak dawniej. Byłeś taki już jako dziecko — całymi dniami zamknięty w pokoju, zatopiony w lekturach.
— Może dlatego, że nie było nikogo, kto mógłby ze mną porozmawiać — mówi Sinan cicho. — Rodzice byli zajęci… wszystkim, tylko nie mną. Mój świat musiał zmieścić się między okładkami książek. Miło by było, gdyby twoja analiza brała to pod uwagę.
— Nie masz już pięciu lat. — Jej głos robi się twardszy. — Przestań nas obwiniać. Pokładaliśmy w tobie wielkie nadzieje, Sinanie. Ale nie wykorzystałeś swojego potencjału. Nadal nie potrafisz nawiązać zdrowych relacji. Wątpię, żebyś kiedykolwiek miał żonę.
Sinan nie spuszcza z niej wzroku.
— Myślisz, że mnie znasz. Ale się mylisz. Mam kogoś.
Na twarzy Isil pojawia się wyraz zdziwienia, ale natychmiast przybiera maskę sceptycyzmu.
— Naprawdę? Dlaczego więc nie wspomniałeś wcześniej? Nie sądzę, żeby to było coś poważnego.
— Wręcz przeciwnie. To bardzo poważna relacja.
— Z jakiej rodziny pochodzi? Czy należy do naszego środowiska? Mam nadzieję, że to nie wybór z desperacji.
— Jest jedną z najbardziej szlachetnych osób, jakie znam.
— W takim razie chcę ją poznać.
— To nie będzie konieczne — odpowiada ostrożnie Sinan.
Isil unosi brew.
— A więc jej nie ma. Wymyśliłeś ją, żeby mnie zbyć. Nieistniejąca dziewczyna — wzdycha z pogardą. — Inaczej nie ukrywałbyś jej przede mną.
Sinan przez chwilę milczy. W końcu mówi:
— Jest zajęta. Ale postaram się coś zorganizować. W piątek. Jeśli ci odpowiada, możesz wtedy z nią porozmawiać. Zadasz jej wszystkie pytania, które cię nurtują. Ale proszę… nie oceniaj, zanim jej nie poznasz.
Wstaje i bez słowa kieruje się do swojego pokoju. Dopiero gdy zamyka drzwi, pozwala sobie na chwilę słabości. Oparty o framugę, wypuszcza z siebie ciężkie westchnienie.
— Co ja zrobiłem…? — szepcze z niedowierzaniem.
Matka miała rację. Nie ma żadnej dziewczyny. I teraz zostało mu tylko kilka dni, żeby ją… znaleźć. Lub stworzyć. A stawka? Większa niż tylko urażona duma.
***
Nana ponownie sięga po list ukryty w jej torebce. Delikatnie rozkłada kartkę, a serce zaczyna bić szybciej, gdy czyta słowa Poyraza. Jego wyznanie miłości wciąż brzmi w jej głowie, jak echo, które nie chce ucichnąć.
Nagle rozbrzmiewa dzwonek telefonu. Nana drży lekko, zanim odbiera.
— Nano, jak się czujesz? — głos Aynur po drugiej stronie brzmi ciepło i troskliwie. — Czy śniadanie zrobiło dobre wrażenie?
— Tym, którzy jedli, bardzo smakowało… — odpowiada cicho Nana. — Ale ciocia Cennet nawet nie usiadła do stołu.
— Dlatego brzmisz taka przygaszona?
— Nie… nie tylko dlatego. Aynur, wydarzyło się coś, co mnie zaskoczyło. Coś ważnego.
— Boże drogi… Stało się coś z Yusufem?
— Nie, Yusufowi nic nie jest. To… chodzi o Poyraza. — Nana zacina się, jakby bała się wypowiedzieć myśli na głos. — Wydaje mi się, że on się we mnie zakochał.
— Co takiego?! — Aynur aż wstrzymuje oddech. — Kiedy ci to powiedział?
— Nie powiedział. Zostawił mi list. Schował go do torebki… chyba wtedy, kiedy wybieraliśmy się do Balikesiru.
— I co mu odpowiedziałaś? Czeka na twoją reakcję, prawda?
— Właśnie w tym rzecz, że… nie wygląda, jakby czekał. Zachowuje się, jakby nic się nie stało. Mówi, że nie mamy ze sobą nic wspólnego, jakby chciał cofnąć własne słowa. Może nawet zapomniał, że dał mi ten list. Zapomniał o wszystkim, co przeszliśmy.
— A ty? Co ty czujesz?
— Nic… Znaczy… uważam go tylko za przyjaciela. — Nana mówi szybko, jakby sama próbowała przekonać siebie do tych słów. — Dobrze, jest odważny, gotów do poświęceń, opiekuńczy… ma w sobie coś, czego nie potrafię nazwać. Zrobił dla nas tak wiele, nawet przeciwstawił się własnej rodzinie. Ale… to niemożliwe. To nie może być miłość. Po prostu nie może…
W tym momencie drzwi jej pokoju nagle się otwierają. W progu staje Poyraz, patrząc na nią uważnie.
— Co takiego jest niemożliwe, kochanie? Powiedz mi, a zrobię wszystko, by to stało się prawdą.
Nana gwałtownie się odwraca, wciąż trzymając telefon przy uchu. Milczy.
— Wybacz, nie wiedziałem, że z kimś rozmawiasz — dodaje łagodnie Poyraz.
— Aynur, muszę kończyć. Porozmawiamy później — mówi szybko Nana i rozłącza się.
— Co robisz? — pyta Poyraz z uśmiechem. — Powinienem się przywitać z twoją przyjaciółką.
— Może następnym razem zrobimy wideokonferencję! — rzuca z przekąsem Nana. — Nawet przez telefon nie mogę mieć chwili spokoju!
Zirytowana, mija go i wychodzi z pokoju, zostawiając go zdezorientowanego.
Poyraz patrzy za nią bezradnie.
— Boże… co znowu zrobiłem? — mruczy do siebie. — Nazywam się Poyraz, czyli północny wiatr, ale ta kobieta… dmucha silniej ode mnie. Co się z nią dzieje? Gdybym tylko potrafił to zrozumieć…
***
Cansel z niepokojem spogląda na swoje odbicie w lustrze. Jej ciało, zmieniające się z tygodnia na tydzień, budzi w niej narastający lęk. Mimo że wie, że nosi pod sercem dziecko, nie potrafi zaakceptować swojego wyglądu. W jej oczach nie ma blasku przyszłej matki — tylko cień kobiety, która czuje się obca we własnej skórze.
Bez zastanowienia sięga po ukryte głęboko w szafce tabletki odchudzające. Dłoń drży, ale determinacja wygrywa z rozsądkiem. W tej chwili jedynym pragnieniem jest zniknąć choć odrobinę — zrzucić choć gram, jakby to miało uwolnić ją od własnych myśli.
***
Sinan nie może zasnąć. Późna pora nie przynosi ukojenia — wręcz przeciwnie, cisza tylko pogłębia jego rozterki. Wpatruje się w sufit, szukając odpowiedzi.
— Może zadzwonię do Lerzan… — mruczy do siebie. — Nie… mama ją zna. Musi to być ktoś zupełnie obcy. Ktoś, kogo nie będzie oceniać przez pryzmat swojego świata.
Nagle słychać delikatne pukanie do drzwi. Nim zdąży odpowiedzieć, uchylają się one powoli i w progu staje Isil. Ma na sobie elegancką, jedwabną piżamę, jakby nawet sen nie był dla niej wymówką do rezygnacji z pozorów.
— Moja poduszka jest fatalna — mówi bezceremonialnie. — Masz może jakąś antyalergiczną?
— Nie mam. Może bym miał, gdybyś odwiedzała mnie częściej — odpowiada Sinan z lekkim wyrzutem.
Zanim zdąży dokończyć, wzrok Isil pada na szafkę nocną. Dostrzega ramkę ze zdjęciem — dwóch chłopców, uśmiechniętych, bliskich sobie. Sinan i jego zmarły brat.
— Co to zdjęcie tu robi? — pyta lodowato, z cieniem gniewu w głosie.
Sinan wstaje i staje przed nią, spokojnie, ale z wyraźnym napięciem.
— To był mój brat — przypomina i zaraz powtarza: — Mój brat.
Isil krzyżuje ramiona, jakby chciała się obronić przed wspomnieniem, które nie daje jej spokoju.
— Jesteś prokuratorem, Sinanie. Powinieneś wiedzieć: nawet najgorsi mordercy nie trzymają zdjęć swoich ofiar przed oczami.
Te słowa spadają na niego jak ciężki cios. Isil odwraca się i wychodzi bez słowa więcej, zostawiając po sobie jedynie echo wypowiedzianego oskarżenia.
Sinan osuwa się na łóżko. Chowa twarz w dłoniach. Przez moment nie słychać nic poza jego przyspieszonym oddechem. Wstyd, żal i tęsknota mieszają się w nim jak w burzliwym koktajlu.
Choć minęły lata, ogień winy wciąż tli się w jego sercu. A teraz matka dolała do niego oliwy.
Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Emanet. Inspiracją do jego stworzenia był film Emanet 694. Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.














