„Panna młoda” Odc. 174 – streszczenie
Po rozmowie z Melihem Hancer w końcu podjęła decyzję. Przez wiele tygodni nosiła w sobie prawdę, która ciążyła jej bardziej z każdym kolejnym dniem. Nie mogła już dłużej patrzeć na cierpienie Cihana ani na własny strach. Musiała powiedzieć mu, że dziecko, które nosiła pod sercem, było jego dzieckiem.
Z bijącym sercem stanęła przed drzwiami jego pokoju.
Przez chwilę wpatrywała się w klamkę, próbując zebrać odwagę. Wystarczyło wejść. Wystarczyło wypowiedzieć kilka słów, a wszystko mogłoby się zmienić.
Wtedy usłyszała głosy.
Drzwi były lekko uchylone.
Hancer odruchowo spojrzała do środka.
I zamarła.
Za progiem stał Cihan. Naprzeciw niego była Beyza. Kobieta patrzyła na niego z uczuciem, a po chwili objęła go za szyję. Między nimi nie było już gniewu ani kłótni. Byli blisko. Zbyt blisko.
Hancer poczuła, jak ziemia usuwa się jej spod nóg.
Wpatrywała się w tę scenę przez kilka sekund, które wydawały się wiecznością. Serce ścisnęło ją tak mocno, że niemal zabrakło jej tchu.
A więc było już za późno.
Spuściła wzrok.
Wszystkie słowa, które przygotowywała sobie przez całą drogę, rozsypały się jak pył.
Bezszelestnie cofnęła się od drzwi.
Nie chciała już niczego słyszeć.
Nie chciała wiedzieć więcej.
Odwróciła się i odeszła.


***
Nikt nie zauważył jej wyjścia z rezydencji.
Nikt nie widział, jak samotnie wracała do starego domu, walcząc ze łzami.
Nikt nie zauważył jej obecności także tutaj.
Nikt poza Aysu.
***
Stary dom był cichy.
Zbyt cichy.
Hancer usiadła na różowej kanapie stojącej przy oknie. Za szybami zapadał wieczór, a w pokoju panował półmrok rozświetlany jedynie chłodnym światłem wpadającym przez firanki.
Przycisnęła dłonie do brzucha.
Przez chwilę siedziała nieruchomo, próbując powstrzymać łzy.
Bezskutecznie.
Pierwsza łza spłynęła po jej policzku, potem druga.
W końcu opuściła głowę.
— Nie mogłam, moja fasolko… — wyszeptała drżącym głosem.
Pogładziła zaokrąglony brzuch tak czule, jakby chciała ukoić nie tylko dziecko, ale również samą siebie.
— Proszę, wybacz mi.
Jej dolna warga zadrżała.
— Obiecałam ci, że zabiorę cię do twojego taty. Obiecałam, że już nic nas nie rozdzieli. Ale… nie potrafiłam.
Zamknęła oczy.
Przed nimi natychmiast stanął obraz Cihana i Beyzy.
Poczuła kolejne ukłucie bólu.
— Nie dotrzymałam słowa — szepnęła. — Nie miałam odwagi.
Objęła brzuch obiema rękami i pochyliła się lekko do przodu.
— Tak bardzo chciałam, żeby poznał prawdę. Tak bardzo chciałam powiedzieć mu wszystko… Ale kiedy ich zobaczyłam…
Głos uwiązł jej w gardle. Łzy płynęły już swobodnie po jej policzkach.
— Wybacz mi, maleństwo. Naprawdę chciałam. Przysięgam, że chciałam.
W pokoju zaległa cisza.
Hancer siedziała samotnie na kanapie, w czerwonej sukience, z dłonią spoczywającą na brzuchu. Jej oczy były pełne bólu i tęsknoty.
Po raz kolejny uwierzyła, że musi odejść z życia człowieka, którego kochała bardziej niż własne życie.
Nie wiedziała jednak, że kilka minut wcześniej popełniła największy błąd swojego życia. Nie wiedziała, że scena, którą zobaczyła za uchylonymi drzwiami, nie była tym, czym jej się wydawała.
I właśnie ta pomyłka miała zmienić los wszystkich.
***
Beyza stała tuż przed Cihanem. Jej dłonie spoczywały na jego ramionach, a w oczach błyszczała nadzieja, na którą czekała od tak dawna. Wpatrywała się w niego z zapartym tchem, próbując odnaleźć w jego spojrzeniu choćby ślad odwzajemnionego uczucia.
Cihan również patrzył przed siebie.
Ale nie widział Beyzy.
W jego myślach była Hancer.
Tylko Hancer.
Widział jej ciemne oczy, łagodny uśmiech i sposób, w jaki zawsze na niego patrzyła. Widział kobietę, którą kochał mimo wszystkich kłamstw, rozstań i ran. Zdawało mu się, że stoi tuż przed nim, ubrana w czerwień, z tym samym ciepłem bijącym z twarzy.
Nieświadomie objął ją w talii i przyciągnął do siebie.
Pochylił głowę.
Delikatnie musnął ustami jej włosy, tak jak robił to kiedyś.
Przez krótką chwilę pozwolił sobie uwierzyć, że wszystko wróciło na swoje miejsce.
Że Hancer znów jest przy nim.
— Tak długo czekałam na tę chwilę…
Głos Beyzy rozdarł tę iluzję niczym błyskawica.
Cihan znieruchomiał.
Zamrugał kilka razy i nagle rzeczywistość wróciła z całą brutalnością.
To nie była Hancer.
W jego ramionach znajdowała się Beyza.
Poczuł, jak ogarnia go lodowaty dreszcz.
Natychmiast odsunął się od niej.
Beyza zmarszczyła brwi.
— Cihanie? — zapytała cicho. — Coś się stało?
Przez chwilę nie potrafił wydobyć z siebie głosu. Patrzył na nią z wyraźnym niepokojem, jak człowiek, który właśnie obudził się z pięknego snu i odkrył, że był on jedynie złudzeniem.
— To był błąd — powiedział w końcu ochryple. — Straszny błąd…
Cofnął się o krok. Potem jeszcze jeden. Jakby bliskość Beyzy nagle zaczęła go parzyć.
Na jej twarzy pojawiło się niezrozumienie.
— O czym ty mówisz?
— Wybacz mi.
— Cihanie…
— Naprawdę cię przepraszam.
Odwrócił wzrok. Wstyd palił go od środka.
Przez moment stał nieruchomo, zaciskając szczęki. Potem ruszył w stronę drzwi.
Beyza szybko chwyciła go za ramię.
— Nie musisz mnie przepraszać — powiedziała pospiesznie. — Wiem, że ty też tego chcesz.
Stanęła przed nim i ponownie położyła dłonie na jego piersi.
— Po co inaczej zaprosiłbyś mnie do swojego pokoju?
Cihan natychmiast strącił jej ręce. Jego gest był gwałtowny i odruchowy.
— Wystarczy, Beyzo.
Jego głos stał się chłodny.
— Nie mów już nic więcej.
— Dlaczego?
— Bo i tak czuję się wystarczająco źle.
W oczach Beyzy pojawił się ból.
— Jestem twoją żoną — powiedziała drżącym głosem. — Co byłoby złego w tym, gdybyśmy byli razem?
Cihan odwrócił twarz.
Jakby samo to pytanie sprawiało mu cierpienie.
— Dość.
— Nie rozumiem cię.
— To była chwila słabości.
— Chwila słabości? — powtórzyła z niedowierzaniem.
W jej głosie zabrzmiała uraza.
— Naprawdę tak to nazywasz?
Patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami.
— Czy ja jestem dla ciebie zabawką? Kimś, kogo możesz przywołać, kiedy tego potrzebujesz, a potem odprawić bez słowa?
— Beyzo…
— Mam odejść, kiedy mi każesz, i wrócić, kiedy uznasz, że znowu jestem ci potrzebna?
— Przeprosiłem cię.
— To za mało!
Po raz pierwszy od dawna pozwoliła sobie pokazać wszystkie emocje.
Rozpacz.
Upokorzenie.
Miłość.
I desperację.
— Tak bardzo cię kocham, Cihanie…
Jej głos załamał się.
Nagle przywarła do niego całym ciałem i objęła go mocno.
— Dobrze — wyszeptała. — Zgadzam się nawet na to. Zgadzam się na wszystko.
Ukryła twarz na jego piersi.
— Tylko mnie nie odrzucaj.
Cihan zesztywniał.
— Beyzo…
— Nie obchodzi mnie nawet, jeśli robisz to tylko po to, żeby zemścić się na Hancer.
Te słowa przelały czarę goryczy. Chwycił ją za ramiona i zdecydowanie odsunął od siebie.
Beyza zachwiała się.
W jego oczach nie było już wahania.
— Przestań.
Głos miał twardy i stanowczy.
— Nie rób tego ani sobie, ani mnie. Nie zamieniajmy tej sytuacji w coś jeszcze bardziej niezręcznego.
Przez chwilę stali naprzeciw siebie.
Obcy.
Dalecy.
Rozdzieleni przepaścią, której nie dało się już zasypać.
Cihan odwrócił się bez słowa i wyszedł z pokoju. Drzwi zamknęły się za nim cicho.
Beyza jeszcze przez kilka sekund patrzyła w miejsce, gdzie przed chwilą stał. Potem nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Powoli opadła na skraj łóżka.
W pustym pokoju rozległ się jedynie jej nierówny oddech.
W oczach zebrały się łzy. Na twarzy mieszały się rozpacz, upokorzenie i narastający gniew.
Po raz kolejny przegrała z kobietą, której nie było nawet w tym pokoju.
Bo choć Hancer nie stała już obok Cihana, jego serce wciąż należało wyłącznie do niej.


***



***
Godzinę wcześniej.
Krótki dźwięk nowej wiadomości przerwał nocną ciszę.
Derya otworzyła oczy.
Leżący obok Cemil poruszył się przez sen i odwrócił na drugi bok, ale się nie obudził.
Derya sięgnęła po telefon. Na ekranie widniała wiadomość od Tayyara.
„Yonca zniknęła.”
Natychmiast usiadła na łóżku. Zmarszczyła brwi i szybko wyszła do sąsiedniego pokoju. Dopiero tam oddzwoniła.
— Jak to zniknęła? — zapytała szeptem. — Dokąd mogła pójść?
Po drugiej stronie rozległo się zirytowane westchnienie.
— Do samego piekła! — warknął Tayyar. — Spakowała swoje rzeczy i uciekła. W końcu zrobiła to, co od dawna planowała.
— Jesteś pewien?
— Oczywiście, że jestem pewien! Teraz to tylko kwestia czasu, aż Nusret ją znajdzie.
W jego głosie zabrzmiał strach.
— A ja nie mam najmniejszego zamiaru stawać mu na drodze. Pakuję się i znikam. Ty też trzymaj się od tego z daleka.
— Tayyar…
— Jeśli cenisz własne życie, nie mieszaj się w to.
Połączenie zostało przerwane. Derya przez chwilę patrzyła na wygaszony ekran. Potem pokręciła głową.
— Głupia dziewczyna… Poszła do rezydencji.
Wiedziała. Nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości.
— Postanowiła odzyskać swoje dziecko.
***
Teraz.
Nocne powietrze było chłodne, a ulicę oświetlały jedynie pojedyncze latarnie. Derya zrobiła krok w stronę Yoncy.
— Gdzie jest dziecko?
Yonca odruchowo cofnęła się.
— Jak mnie znalazłaś?
— To nie ma znaczenia.
Derya zmrużyła oczy.
— Powiedz mi, gdzie jest dziecko.
Yonca opuściła wzrok.
— Nie zabrałam go.
— Co?
— Nie zdążyłam.
Przełknęła ślinę.
— Do pokoju wszedł Cihan.
Derya pobladła.
— Boże…
Natychmiast chwyciła ją za rękę.
— Zobaczył cię?
— Nie.
Yonca pokręciła głową.
— Na szczęście nie. Uciekłam, kiedy wziął dziecko na ręce.
Derya odetchnęła z ulgą. Ale tylko na chwilę.
— Yonca, ty naprawdę sprowadzisz na nas katastrofę.
— Nie obchodzi mnie to.
Jej głos drżał.
— Może tym razem mi się nie udało, ale wrócę.
W oczach stanęły jej łzy.
— Zabiorę go stamtąd.
— Yonca…
— Uratuję mojego syna przed Beyzą.
Derya spojrzała na nią z niedowierzaniem.
— I co potem?
— Co?
— Pomyślałaś o tym chociaż przez chwilę?
Yonca milczała.
— Za dwie godziny dziecko będzie głodne albo będzie trzeba je przewinąć.
Derya mówiła coraz ostrzej.
— Skąd weźmiesz mleko? Skąd weźmiesz pieluchy? Gdzie go położysz spać?
Każde pytanie było jak cios.
— Nie wiem…
— Właśnie!
Derya rozłożyła ręce.
— Nie masz pieniędzy. Nie masz pracy. Nie masz nawet dachu nad głową.
Yonca zacisnęła powieki.
— Przestań…
— Dokąd chciałaś zabrać to dziecko?
— Dość, Deryo!
Po policzkach Yoncy popłynęły łzy.
— Wystarczy!
Jej ramiona zadrżały.
— Nie mogę już tego słuchać.
Derya natychmiast złagodniała. Patrzyła na nią przez chwilę w milczeniu. Potem zrobiła krok bliżej.
— Posłuchaj mnie.
Yonca otarła mokre policzki.
— Jeśli nadal będziesz działała w ten sposób, skrzywdzisz nie tylko siebie.
Derya położyła dłoń na jej ramieniu.
— Skrzywdzisz także swoje dziecko.
Yonca spuściła głowę.
— Nie płacz już.
— Co mam zrobić?
W jej głosie zabrzmiała bezradność.
— Powiedz mi, co mam zrobić…
Derya zawahała się przez moment.
Potem spojrzała jej prosto w oczy.
— Znalazłam rozwiązanie.
Yonca uniosła głowę.
— Jakie?
— Takie, dzięki któremu będziesz miała dach nad głową.
Zrobiła krótką pauzę.
— I pieniądze, żeby kiedyś naprawdę zawalczyć o swojego syna.
W oczach Yoncy pojawiła się niepewna nadzieja.
— Naprawdę?
— Tak.
Derya mocniej chwyciła ją za ramię.
— Ale musisz mi zaufać.
Po czym odwróciła się i pociągnęła ją za sobą.
Obie kobiety ruszyły w stronę ciemnej, nieoświetlonej ulicy, znikając powoli w mroku nocy.
***
Derya otworzyła drzwi najciszej, jak potrafiła, i weszła do środka. Yonca wsunęła się tuż za nią. W niewielkim domu panowała cisza przerywana jedynie tykaniem starego zegara i cichym trzaskiem dogasającego piecyka.
Obie kobiety zatrzymały się przy wejściu.
Derya ostrożnie zamknęła drzwi i nasłuchiwała przez chwilę.
Cemil najwyraźniej spał.
Dopiero wtedy odetchnęła z ulgą.
Yonca była wyczerpana, ale nie potrafiła uspokoić gonitwy myśli.
— Posłuchałam cię i przyszłam tutaj — powiedziała cicho. — Ale co powiemy Cemilowi rano?
Spojrzała na Deryę z niepokojem.
— Zobaczy, że już urodziłam. Myślisz, że nie będzie pytał, gdzie jest dziecko?
Derya zdjęła płaszcz i odwiesiła go na wieszaku.
— Nie zaprzątaj sobie tym głowy.
— Jak mam się tym nie przejmować?
— Połóż się i odpocznij. Ja zajmę się wszystkim.
Jej głos był stanowczy.
— Ale nawet nie próbuj wychodzić z pokoju, dopóki ci nie pozwolę. Rozumiesz?
Yonca zmarszczyła brwi.
— Nie rozumiem cię.
Przyjrzała się jej podejrzliwie.
— Co ci nagle przyszło do głowy? Jaki masz plan?
Derya milczała.
— I dlaczego wczoraj nie byłaś taka pomocna? — ciągnęła Yonca z goryczą. — Kiedy błagałam cię o pieniądze, żeby stąd uciec, zostawiłaś mnie samą.
W jej oczach pojawił się żal.
— Nie zależało ci na mnie. Po prostu uciekłaś.
Derya westchnęła ciężko.
— Wczoraj nie wiedziałam tego, co wiem dzisiaj.
— A czego takiego się dowiedziałaś?
Derya odwróciła się i spojrzała jej prosto w oczy.
— Byłam przekonana, że Nusret chce odebrać ci dziecko, bo jest jego ojcem.
Na twarzy Yoncy pojawiło się napięcie.
— Ale teraz już wiem, że sprawa wygląda zupełnie inaczej. W jakiś sposób dziecko, które nosiłaś pod sercem przez dziewięć miesięcy, trafiło do Beyzy.
Między kobietami zapadła krótka cisza. Yonca zacisnęła dłonie.
— Kto ci o tym powiedział?
— Tayyar.
— Oczywiście…
— Wygadał wszystko. Nawet nie przyszło mu do głowy, że znam rodzinę Develioglu.
Yonca opuściła wzrok.
— Tak, oddałam dziecko Beyzie.
Jej głos zadrżał.
— I każdego dnia tego żałuję.
Przez chwilę walczyła ze łzami.
— Ale co cię to obchodzi, Deryo? Dlaczego nagle postanowiłaś ryzykować dla mnie?
Derya uśmiechnęła się lekko. Nie był to jednak ciepły uśmiech. Bardziej przypominał uśmiech kogoś, kto właśnie dostrzegł szansę.
— Powiedzmy, że pewne rzeczy zaczęły układać mi się w całość.
— Nie rozumiem.
— Gdyby Hancer nie była w ciąży z innym mężczyzną, wiedziałabym dokładnie, co zrobić. Hancer wróciłaby do rezydencji jako pani domu.
W oczach Deryi błysnęło coś niepokojącego.
— Ale nawet teraz sytuacja może obrócić się na naszą korzyść.
— Naszą?
— Tak.
Zbliżyła się do Yoncy.
— Jeśli będziesz robiła dokładnie to, co ci powiem, obie możemy na tym skorzystać.
Yonca poczuła nieprzyjemny ucisk w żołądku. Nie ufała Deryi. Ale była zmęczona, zagubiona i nie miała dokąd pójść.
— Co planujesz?
— O tym porozmawiamy jutro.
Derya wskazała drzwi prowadzące do małego pokoju na końcu korytarza.
— Teraz musisz odpocząć.
— Deryo…
— Jutro.
Ton jej głosu nie pozostawiał miejsca na dalszą dyskusję. Yonca przez chwilę stała bez ruchu, po czym powoli skinęła głową.
— Dobrze.
Odwróciła się i ruszyła w stronę niewielkiego pokoju na tyłach domu.
Derya patrzyła za nią w milczeniu. Dopiero gdy drzwi zamknęły się za Yoncą, na jej twarzy pojawił się tajemniczy uśmiech.
Wyglądało na to, że właśnie wpadła na pomysł, który mógł odmienić losy wszystkich.


***
Następnego dnia rano w firmie panował zwyczajny, spokojny ruch. Za szklanymi drzwiami słychać było przytłumione rozmowy pracowników i odgłos telefonów. Engin siedział przy biurku, próbując skupić się na dokumentach.
Ciche pukanie wyrwało go z zamyślenia.
— Proszę — powiedział.
Drzwi uchyliły się i do gabinetu weszła młoda dziewczyna. W rękach trzymała czarne pudełko. Zatrzymała się niepewnie przy wejściu.
— Dzień dobry. Jestem pielęgniarką Esin — przedstawiła się uprzejmie. — Pracowałam z panią Yasemin.
Na dźwięk imienia siostry Engin natychmiast podniósł wzrok. Powoli wstał zza biurka.
— Oczywiście. W czym mogę pomóc?
Dziewczyna zrobiła kilka kroków do przodu i postawiła pudełko na blacie.
— Przyszłam to panu przekazać. Porządkowałyśmy jej gabinet w klinice. To rzeczy, które do niej należały.
Przez chwilę Engin patrzył na pudełko, jakby nie miał odwagi go dotknąć.
— Dziękuję — powiedział cicho. — Naprawdę dziękuję.
Potem wskazał jej krzesło.
— Proszę usiąść. Zamówię kawę.
Esin pokręciła głową z lekkim uśmiechem.
— To miłe, ale muszę wracać. Zostawiłam oddział pod opieką koleżanki.
— Rozumiem.
Odprowadził ją do drzwi.
— Jeszcze raz dziękuję za fatygę.
— Nie ma za co. Miłego dnia, panie Enginie.
— Wzajemnie.
Dziewczyna wyszła, a drzwi zamknęły się za nią cicho. W gabinecie ponownie zapadła cisza.
Engin wrócił do biurka i usiadł ciężko w fotelu. Przez dłuższą chwilę patrzył na pozostawione pudełko.
Minęły już miesiące od śmierci Yasemin.
Miesiące pełne bólu, którego nie potrafił zagłuszyć ani pracą, ani obowiązkami.
Powoli uniósł wieko.
Na samym wierzchu leżała ozdobna srebrna ramka ze starym zdjęciem.
Drżącymi palcami wyjął fotografię.
Byli na niej razem — on i Yasemin jako dzieci. Uśmiechnięci, przytuleni do siebie, beztroscy i szczęśliwi. Mała Yasemin obejmowała go ramionami, śmiejąc się prosto do obiektywu.
Przez moment Enginowi wydawało się, że słyszy jej śmiech.
Tak wyraźnie, jakby siedziała tuż obok.
Przed oczami przesunęły mu się obrazy z dzieciństwa: wspólne zabawy, kłótnie o drobiazgi, wakacje spędzane u dziadków i obietnice, że zawsze będą się wspierać.
Poczuł znajome ukłucie bólu.
Jego gardło ścisnęło się, a oczy zaszkliły.
— Tak bardzo mi ciebie brakuje… — wyszeptał.
Przez chwilę wpatrywał się w zdjęcie, po czym ostrożnie postawił ramkę na biurku, tuż obok komputera.
Zamierzał przejrzeć pozostałe rzeczy, kiedy do gabinetu zajrzała sekretarka.
— Panie Enginie?
Szybko otarł oczy i odwrócił się w jej stronę.
— Tak?
— Mamy problem z umową naszego głównego dostawcy. Dział zaopatrzenia czeka już w sali konferencyjnej.
Na twarzy prawnika natychmiast pojawił się profesjonalny spokój.
— Dobrze. Zaraz przyjdę.
Sekretarka skinęła głową i zniknęła za drzwiami. Engin rzucił jeszcze jedno spojrzenie na fotografię siostry.
Potem chwycił telefon i wyszedł z gabinetu. Drzwi zamknęły się za nim.
Na biurku pozostało otwarte pudełko z rzeczami Yasemin.
Wśród książek, notatników i osobistych drobiazgów znajdowała się niepozorna biała koperta.
Leżała częściowo wsunięta pod grubą książkę, jakby ktoś celowo chciał ją ukryć przed przypadkowym wzrokiem.
Na jej froncie widniał odręczny napis:
„Adwokat Engin Önder”.
Koperta cierpliwie czekała, aż wreszcie trafi w ręce adresata.


***
Beyza powoli przemierzała przestronny hol rezydencji. Jej miękkie kapcie niemal bezszelestnie sunęły po drewnianej podłodze. Miała za sobą nieprzespaną noc, a od rana nie opuszczało jej dziwne poczucie niepokoju.
Nagle dobiegł ją przyciszony głos dochodzący z kuchni.
— Co się dzieje z tą Hancer? — usłyszała głos Fadime.
Beyza zatrzymała się w pół kroku.
Drzwi do kuchni były lekko uchylone. Zaintrygowana podeszła bliżej i oparła się o ścianę obok wejścia. Nie zamierzała się ujawniać. Przynajmniej jeszcze nie.
W środku Fadime mieszała coś w garnku stojącym na kuchence, podczas gdy Aysu siedziała przy wyspie kuchennej ze szklanką wody w dłoni.
— Za tą anielską twarzą krył się prawdziwy diabeł, a my wszyscy byliśmy ślepi — ciągnęła rozgoryczona kobieta. — I nawet nie próbuj jej bronić, Aysu. W chwili, gdy ona i Melih przekroczyli próg tego domu, trzymając się za ręce, wykreśliłam ich oboje ze swojego życia.
Pokręciła głową z niedowierzaniem.
— Jeśli masz choć odrobinę rozsądku, zrobisz dokładnie to samo.
Aysu westchnęła ciężko.
— Dlaczego od razu mnie atakujesz? Przecież jeszcze nic nie powiedziałam.
— Bo cię znam, córko. — Fadime odłożyła drewnianą łyżkę i spojrzała na nią surowo. — Ty i twój brat zawsze dostrzegacie w ludziach tylko dobro. Nawet wtedy, gdy wszyscy inni widzą prawdę.
Jej głos zadrżał.
— Myślałam, że Melih się pomylił. Że przesadza. Ale to ja się myliłam. Hancer owinęła go sobie wokół palca. Inaczej nigdy nie sprowadziłby byłej żony pana Cihana pod ten dach i nie posadziłby jej przy jego stole.
Zacisnęła dłonie.
— Nigdy nie naraziłby nas na taki wstyd.
Przed oczami znów stanął jej tamten widok.
— O Boże… Oni weszli do domu trzymając się za ręce.
Zakryła twarz obiema dłońmi.
— Chciałabym zapaść się pod ziemię. Przez tyle lat pracowałam w tej rezydencji z podniesioną głową, a teraz nie mam odwagi spojrzeć ludziom w oczy.
Aysu spuściła wzrok.
— Ja też nie spodziewałam się tego po Hancer. Ostatnio naprawdę zachowuje się dziwnie.
Fadime natychmiast podniosła głowę.
— Co masz na myśli?
Dziewczyna zawahała się.
— Wczoraj wieczorem wyszłam wyrzucić śmieci. Kiedy wróciłam, poszłam umyć ręce. Dopiero wtedy zauważyłam, że drzwi wejściowe są uchylone.
— I?
— Najpierw pomyślałam, że sama zapomniałam je zamknąć, ale…
Urwała. Fadime zmarszczyła brwi.
— Ale co?
Aysu rozejrzała się niespokojnie.
— Niech to zostanie między nami, mamo. W domu i tak wszyscy są już wystarczająco skłóceni. Nie chcę dokładać kolejnego problemu.
— Czy ja kiedykolwiek plotkowałam? — oburzyła się Fadime. — Poza tym powiedz sama, czy może być jeszcze gorzej?
Aysu przygryzła wargę.
— Kiedy podeszłam zamknąć drzwi, zobaczyłam jakiś cień na podwórzu. Na początku przestraszyłam się, że to złodziej.
— Boże…
— Ale potem zobaczyłam, że ta osoba kieruje się w stronę starego domu.
— Starego domu? — Fadime wyprostowała się gwałtownie.
— Tak. Było bardzo ciemno, więc nie widziałam dokładnie twarzy, ale… jestem prawie pewna, że była to Hancer.
Przez chwilę w kuchni zapadła cisza.
— Chcesz powiedzieć, że wyszła z rezydencji w środku nocy? — zapytała Fadime z niedowierzaniem.
— Tak mi się wydaje.
— Boże święty… Co ona mogła tu robić o takiej porze?
W tym momencie drzwi otworzyły się szerzej.
Beyza weszła do kuchni. Obie kobiety drgnęły zaskoczone.
Jej twarz była spokojna, ale w oczach pojawił się chłodny błysk.
— Kiedy wyszła? — zapytała bez wstępów.
Fadime i Aysu spojrzały po sobie.
— Pani Beyzo…
— Nie próbuj zmieniać tematu. — Jej głos stał się ostrzejszy. — Słyszałam waszą rozmowę. Zapytałam, kiedy Hancer wyszła z domu.
Aysu przełknęła ślinę.
— Nie pamiętam dokładnie godziny. Było już ciemno, ale…
— Ale?
— To było niedługo po tym, jak położyłaś Cihana Gurura spać.
Beyza zesztywniała. Natychmiast przypomniała sobie tamten moment.
Nagłe pojawienie się Cihana.
Ona stojąca tuż obok niego.
Tak blisko, że mogła poczuć jego oddech.
Jej dłonie spoczywające na jego szyi.
Serce zabiło jej szybciej.
Czy Hancer mogła to widzieć?
Ta myśl przeszyła ją niczym lodowaty dreszcz.
Przez krótką chwilę milczała, analizując wszystko gorączkowo. W końcu spojrzała na Aysu.
— Tak jak sama powiedziałaś, nikt nie powinien się o tym dowiedzieć.
W jej głosie zabrzmiała wyraźna przestroga.
— Ani słowa komukolwiek.
Aysu skinęła głową.
— Oczywiście.
— Dobrze.
Beyza odwróciła się na pięcie. Nie dodała już nic więcej. Wyszła z kuchni szybkim krokiem, pozostawiając za sobą zdezorientowaną Fadime i wystraszoną Aysu.
Tymczasem w jej głowie wciąż krążyło jedno pytanie:
Co dokładnie widziała Hancer tamtej nocy?

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia był film Gelin 128.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.






