Panna młoda odc. 175: Yasemin przemawia zza grobu! Świat Beyzy wali się w gruzy!

Przestraszona Beyza w pokoju dziecięcym.

„Panna młoda” Odc. 175 – streszczenie

Derya od samego rana krzątała się po niewielkim salonie. Na stole przykrytym kwiecistym obrusem pojawiały się kolejne talerzyki: biały ser, oliwki, plasterki jajek, pomidory, ogórki, chrupiące pieczywo i świeżo usmażone pączki. Pośrodku postawiła niewielką patelnię z jajecznicą i kawałkami sucuku, a obok szklaną miseczkę wypełnioną bursztynowym miodem.

Kiedy wszystko było już gotowe, cofnęła się o krok i z zadowoleniem obejrzała swoje dzieło.

Właśnie wtedy do pokoju wszedł Cemil.

Zatrzymał się w progu jak wryty. Jego wzrok przesunął się po stole, a brwi powędrowały wysoko do góry.

— Na Boga… — mruknął. — Co tu się dzieje?

Podszedł bliżej i przyjrzał się zastawie.

— Skąd wzięłaś na to pieniądze?

Po chwili spojrzał podejrzliwie na żonę.

— Deryo… znowu coś kombinujesz, prawda?

Kobieta westchnęła teatralnie.

— Cemilu, naprawdę powinieneś się wstydzić. Czy twoja żona nie może raz przygotować porządnego śniadania bez przesłuchania?

— Może. Ale moja żona zazwyczaj nie zamienia naszego domu w restaurację bez powodu.

Wskazał ręką na stół.

— Spójrz tylko na to. Ser, oliwki, miód, sucuk… Jeszcze chwila i pomyślę, że wygraliśmy na loterii.

Derya usiadła na swoim miejscu.

— Miałam trochę oszczędności odłożonych na czarną godzinę.

Cemil opadł na krzesło naprzeciwko niej.

— Na czarną godzinę?

Zmarszczył czoło.

— Czy właśnie przeżywamy czarną godzinę? Coś mnie ominęło? Wojna wybuchła? Kolejna epidemia? Świat się kończy?

Derya parsknęła śmiechem.

— Wręcz przeciwnie.

Sięgnęła po szklaną miseczkę i uniosła ją z dumą.

— Życie jest krótkie. Trzeba czasem sprawić sobie odrobinę przyjemności.

Pokazała mu miód.

— Wiesz, co to jest?

— Miód?

— Nie zwykły miód. Prawdziwy, naturalny miód.

Odstawiła miseczkę i natychmiast sięgnęła po ser.

— A to? Prawdziwy ser z Karsu.

— Oczywiście — mruknął Cemil. — Jeszcze powiedz, że kupiłaś go za pół darmo.

— Bo właśnie tak było. Wszystko było na promocji.

Cemil pokręcił głową, ale na jego ustach pojawił się rozbawiony uśmiech.

— Ty i twoje promocje…

Derya nagle spoważniała.

— Poza tym mamy dziś gościa.

Cemil uniósł wzrok.

— Gościa?

— Tak.

— Jakiego gościa?

Derya sięgnęła po dodatkowy talerzyk i ustawiła go po przeciwnej stronie stołu.

— Najlepszego możliwego.

Cemil zmrużył oczy.

— Derya…

— Bożego gościa.

Zapadła krótka cisza.

— Co to w ogóle ma znaczyć?

Zanim jednak zdążył usłyszeć odpowiedź, rozległ się cichy dźwięk kroków.

Oboje odwrócili głowy.

W korytarzu stała Yonca. Jej długie rude włosy opadały na ramiona, a jasnoszary golf podkreślał jej bladą twarz. Choć próbowała się uśmiechać, w jej oczach wciąż czaił się niepokój po wydarzeniach minionej nocy.

Cemil znieruchomiał.

Kawałek pieczywa, który właśnie miał włożyć do ust, zawisł w powietrzu.

Przez kilka sekund tylko patrzył.

Raz na Yoncę.

Raz na Deryę.

Potem znowu na Yoncę.

Jego usta powoli się rozchyliły.

— Ty…

Yonca spuściła wzrok i nieśmiało skinęła głową.

— Dzień dobry, bracie Cemilu.

Mężczyzna nadal wyglądał tak, jakby nie był pewien, czy jeszcze śni, czy już się obudził.

Derya i Cemil siedzą przy stole z przekąskami i filiżankami w domowym wnętrzu. Patrzą w jednym kierunku.

***

Chwilę później cała trójka siedziała już razem przy stole. W niewielkim pokoju unosił się zapach świeżego pieczywa, herbaty i jajecznicy z sucukiem. Derya z apetytem sięgała po kolejne przysmaki, jakby urządziła rodzinne święto, podczas gdy Yonca siedziała spięta, obracając w dłoniach szklankę herbaty. Tylko Cemil próbował zachować powagę, choć co jakiś czas zerkał na niespodziewanego gościa z wyraźnym współczuciem.

Derya westchnęła ciężko i pokręciła głową.

— Dziecko od chwili narodzin przebywa w inkubatorze. Biedny maluch leży tam całkiem sam.

Cemil natychmiast spoważniał.

— O Boże… — mruknął. — Co mu jest?

Yonca spuściła wzrok na talerz. Derya odpowiedziała za nią:

— Ciąża nie przebiegała prawidłowo. Maleństwo przyszło na świat słabe i niedożywione. Takie drobne rączki… taka chudziutka twarzyczka…

Na moment zamilkła.

— Yonca chciała choć raz je zobaczyć, ale lekarze nie pozwolili jej wejść. Wyobrażasz to sobie? Dziecko nie poznało nawet zapachu własnej matki.

W oczach Yoncy pojawił się ból.

— Nie wiem nawet, czy otworzyło oczy — wyszeptała. — Nie wiem, czy płakało. Nie wiem nic.

Cemil odłożył kawałek chleba.

— Ale lekarze dają nadzieję?

— Tak — odpowiedziała Derya. — Powiedzieli, że wyzdrowieje. Potrzebuje tylko czasu i odpowiedniej opieki.

Przy stole zapadła krótka cisza. Cemil spojrzał na Yoncę, a potem westchnął.

— W takim razie nie ma o czym mówić.

Obie kobiety uniosły głowy.

— Yonca zostanie tutaj, dopóki dziecko nie wyjdzie ze szpitala.

Na twarzy Deryi natychmiast pojawił się szeroki uśmiech.

— Ach!

Złożyła dłonie w teatralnym geście. 

— Czy słyszałaś to, Yonco? Mój mąż jest chodzącym uosobieniem dobroci!

Cemil przewrócił oczami.

— Derya…

— Nie, pozwól mi mówić! — przerwała mu. — Ludzie ciągle pytają mnie, co takiego w tobie widzę. A ja odpowiadam: wszystko! Jak można nie kochać człowieka o tak wielkim sercu?

Pochyliła się i szturchnęła go lekko w ramię.

— Mój dobry, kochany mąż.

— Przestań już — mruknął zawstydzony.

Na twarzy Yoncy pojawił się delikatny uśmiech. Cemil dopił herbatę i wstał od stołu.

— Dobrze. Ja muszę już iść do kawiarni.

Sięgnął po kurtkę wiszącą przy drzwiach.

— Wy w tym czasie porozmawiajcie spokojnie. I zastanówcie się, co dalej. Dziecko w końcu wyzdrowieje, a wtedy Yonca będzie musiała gdzieś zamieszkać.

— Oczywiście — odparła Derya. — Niczym się nie martw. Miłego dnia.

— Miłego dnia — dodała cicho Yonca.

Cemil skinął głową i wyszedł. Po chwili rozległ się dźwięk zamykanych drzwi. W domu zrobiło się cicho.

Derya odprowadziła wzrokiem męża, po czym powoli odwróciła się do Yoncy. Na jej ustach pojawił się zadowolony uśmiech.

Pierwsza część planu właśnie się udała. Yonca nie odwzajemniła jednak uśmiechu. Przez chwilę nerwowo obracała filiżankę w dłoniach.

— Dobrze — powiedziała w końcu. — Teraz powiedz mi prawdę.

Derya uniosła brwi.

— O czym?

— O tym, co chodzi ci po głowie.

Yonca nachyliła się nad stołem.

— Nie uwierzę, że przyjęłaś mnie pod swój dach wyłącznie z dobroci serca. Masz jakiś plan. Jaki?

Derya sięgnęła po połówkę jajka na twardo i przez chwilę przyglądała się jej z zastanowieniem. Potem uśmiechnęła się.

— Bardzo prosty.

— Słucham.

— Szantaż.

Yonca aż zesztywniała.

— Co?!

— Szantaż.

— Zwariowałaś?

— Ani trochę.

Derya spokojnie nabiła jajko na widelec.

— Właściwie to dopiero teraz zaczynam myśleć rozsądnie.

— Kogo niby mamy szantażować?

— Wszystkich.

Yonca patrzyła na nią, nie rozumiejąc.

— Jakich wszystkich?

Derya odgryzła kawałek jajka i odpowiedziała z całkowitym spokojem:

— Cihana. Beyzę. Mukadder.

Każde imię wypowiedziała powoli, z naciskiem.

— Prawda jest warta fortunę. I zamierzam wykorzystać ją do ostatniego kurusza.

***

Hancer od dłuższego czasu krzątała się po domu. Z wilgotną ściereczką w jednej dłoni i butelką środka do czyszczenia w drugiej przecierała drewnianą balustradę na piętrze, próbując zająć czymś myśli.

Nie była jednak zmęczona pracą.

Męczyło ją wszystko to, co wydarzyło się w ostatnich dniach.

Rozstanie. Ślub z Melihem. Cihan. Ciągłe spojrzenia i szepty. Każda kolejna godzina przynosiła nowe zmartwienia.

Westchnęła ciężko i usiadła na oparciu pudroworóżowej kanapy stojącej przy oknie. Przez chwilę patrzyła przed siebie, po czym odruchowo położyła dłoń na brzuchu.

Jej twarz natychmiast złagodniała.

— Nie martw się, moja mała fasolko — wyszeptała. — Jeśli mama jest smutna, to tylko na chwilę.

Delikatnie pogładziła brzuch.

— Jestem silna. Silniejsza, niż wszystkim się wydaje. Poradzę sobie ze wszystkim. Z każdą przeszkodą, z każdym człowiekiem, który stanie mi na drodze.

Na jej ustach pojawił się słaby uśmiech.

— A ty urodzisz się tutaj. W spokoju i bezpiecznie. Obiecuję ci to.

Nagle rozległ się dźwięk dzwonka do drzwi.

Hancer drgnęła. Odstawiła środek do czyszczenia i ścierkę na komodę, po czym zeszła na dół.

— Kto tam? — zapytała przez zamknięte drzwi.

— To ja, sąsiadka! — odpowiedział znajomy głos.

Hancer przewróciła oczami.

— Oczywiście…

Przez chwilę zastanawiała się, czy w ogóle otwierać.

W końcu nacisnęła klamkę.

W progu stała Beyza. Elegancka, pewna siebie i uśmiechnięta tak szeroko, że od razu było wiadomo, że nie przyszła tu z dobrymi intencjami. W dłoni trzymała niewielką różową torebkę prezentową.

— Dzień dobry — powiedziała słodkim tonem. — Skoro nasi mężowie poszli do pracy, pomyślałam, że mogłybyśmy napić się razem porannej kawy.

Wyciągnęła w jej stronę torebkę.

— Przyniosłam nawet prezent.

Hancer spojrzała na nią chłodno.

— Nie pamiętam, żebym cię zapraszała.

— Sąsiedzi nie potrzebują zaproszeń.

Nie czekając na odpowiedź, Beyza minęła ją i weszła do środka.

Hancer zacisnęła szczęki.

— Niewiarygodna kobieta…

Beyza tymczasem swobodnie weszła na piętro, jakby była u siebie. Rozejrzała się po salonie.

— Nie zmieniłaś wystroju.

Przesunęła dłonią po oparciu kanapy.

— Meble, zasłony, dodatki… wszystko zostało po twoim byłym mężu.

Odwróciła się i spojrzała na Hancer z drwiącym uśmiechem.

— Wygląda na to, że twój były i obecny mąż mają dokładnie taki sam gust.

— Wynoś się stąd, Beyzo — syknęła Hancer.

— Ależ skąd.

Beyza usiadła wygodnie na kanapie i założyła nogę na nogę.

— Przyniosłam kawę.

Położyła torebkę na stoliku.

— Zakładam, że jesteś na tyle uprzejma, żeby ją przygotować i podać swojemu gościowi.

Hancer ponownie przewróciła oczami.

— Naprawdę nie masz za grosz wstydu.

— Nie bądź taka opryskliwa.

Beyza rozsiadła się jeszcze wygodniej.

— Skoro miałaś odwagę siedzieć przy moim stole ze swoim nowym mężem, moja obecność tutaj również nie powinna ci przeszkadzać.

Na chwilę spoważniała.

— Zachowałam się wobec ciebie z szacunkiem. Oczekuję tego samego.

Po chwili dodała:

— I nie żałuj cukru. Lubię słodką kawę.

Hancer miała ochotę wyrzucić ją za drzwi, ale wiedziała, że wtedy Beyza uznałaby to za swoje zwycięstwo.

Kilka minut później wróciła z kuchni z jedną filiżanką. Podała ją rywalce.

Beyza uniosła brwi.

— Tylko jedna?

— Tak.

— Nie dosypałaś trucizny?

— Nie schlebiaj sobie.

— Nie zrobiłaś kawy dla siebie.

— Bo nie zamierzam z tobą pić.

Hancer usiadła naprzeciwko niej.

— Ta filiżanka to rewanż za kolację. Wypij ją i wyjdź.

— Nie zamierzałam zostać długo.

Beyza uniosła filiżankę.

— Przyszłam tylko podziękować.

Hancer zmarszczyła brwi.

— Podziękować? Za co?

Beyza upiła łyk. Na jej twarzy pojawił się triumfalny uśmiech.

— Tobie i Melihowi zawdzięczam więcej, niż myślisz.

Hancer milczała.

— Dzięki wam moje małżeństwo odżyło.

Słowa Beyzy zaczęły spadać jedno po drugim niczym celnie wymierzone ciosy.

— Gdy Cihan wreszcie zobaczył cię z innym mężczyzną, przejrzał na oczy. Zrozumiał, jak wiele znaczy dla niego kobieta, która nigdy go nie zdradziła i zawsze była przy nim.

Hancer poczuła nieprzyjemny ucisk w piersi.

— Wczoraj wieczorem powiedział mi coś pięknego.

Beyza uśmiechnęła się szerzej.

— Powiedział: „Prawdziwa miłość była tuż obok mnie, a ja byłem ślepy”.

Hancer odwróciła wzrok.

— Przestań.

— Dlaczego?

— Powiedziałam: przestań.

— A to dopiero początek.

Beyza nachyliła się ku niej.

— Wczoraj czułam się tak, jakbyśmy przeżywali drugi miesiąc miodowy. Było magicznie. Tak bardzo się za sobą stęskniliśmy…

Jej głos stał się jeszcze bardziej prowokujący.

— Całą noc spędziłam w ramionach Cihana.

To wystarczyło. Hancer gwałtownie wyrwała jej filiżankę z dłoni.

— Dosyć!

Kawa rozlała się na spodek.

— Natychmiast stąd wyjdź!

— Dlaczego? Zabolało?

— Nie interesuje mnie twoje życie!

— Naprawdę?

Beyza spokojnie położyła ręce na kolana. Potem pochyliła się ku niej, a jej oczy nagle stwardniały.

— W takim razie może powiesz mi, co robiłaś w środku nocy w moim domu?

Hancer zamarła. Przez moment naprawdę nie była w stanie wydobyć z siebie głosu. Przecież była pewna, że nikt jej nie widział.

Po chwili odzyskała panowanie nad sobą.

— O czym ty mówisz?

— Nie udawaj.

— To bzdura.

— Zamknij się.

Tym razem w głosie Beyzy nie było już ani śladu uprzejmości.

— Nie próbuj ze mną grać. Nie dorastasz mi do pięt.

Wstała z kanapy.

— Jestem panią tej rezydencji. Mam oczy i uszy wszędzie.

Hancer również się podniosła.

— Nie masz żadnych dowodów.

— Dowodów?

Beyza zaśmiała się krótko.

— Uśpiłaś swojego nowego męża i pobiegłaś do byłego. Dlaczego? Liczyłaś, że Cihan rzuci mi się w ramiona?

Hancer zacisnęła pięści.

— Zamknij się.

— Zobaczyłaś nas razem i pękło ci serce, prawda?

— Obrażasz mnie!

— Nie. Mówię prawdę.

Beyza zrobiła krok w jej stronę.

— Żałujesz swojej decyzji. Żałujesz rozwodu. Żałujesz, że pozwoliłaś mu odejść.

Wskazała ją palcem.

— Ale jest już za późno, Hancer.

Jej głos stał się lodowaty.

— Jeśli jeszcze raz zobaczę cię w pobliżu mojego męża, przysięgam, że pożałujesz.

Hancer poczuła, jak narasta w niej gniew.

— Nie strasz mnie.

— Pamiętasz dzień, kiedy jechałyśmy razem samochodem?

Beyza spojrzała jej prosto w oczy.

— Byłam gotowa zaryzykować własne życie dla Cihana.

Położyła dłoń na brzuchu Hancer.

— A następnym razem zapłacisz nie tylko ty.

Jej spojrzenie powędrowało niżej.

— Zapłaci również ten bachor, którego nosisz.

Rozległ się głośny trzask. Policzek Beyzy odskoczył w bok.

Przez chwilę w pokoju panowała absolutna cisza.

Hancer drżała ze złości.

— Nie waż się.

Jej głos był niski i niebezpiecznie spokojny.

— Nigdy więcej nie mów o moim dziecku.

W oczach pojawiły się łzy.

— Nie masz pojęcia, przez co przeszłam, żeby je chronić. Nie masz prawa o nim mówić.

Wskazała schody. 

— Wynoś się z mojego domu.

Beyza przyłożyła dłoń do piekącego policzka. W jej oczach błysnęła nienawiść.

Podniosła pozostawiony na kanapie żakiet.

— To nie dawaj mi powodu, żebym musiała tu wracać.

Odwróciła się na pięcie i ruszyła do wyjścia.

Po chwili z dołu dobiegł huk zatrzaskiwanych drzwi.

Hancer została sama. Przez dłuższą chwilę stała nieruchomo pośrodku pokoju. Potem objęła ramionami brzuch i powoli osunęła się na kanapę.

Dopiero wtedy pozwoliła sobie na głęboki, drżący oddech.

***

Engin wrócił do swojego gabinetu i zamknął za sobą drzwi. W pomieszczeniu panowała cisza, przerywana jedynie cichym szumem klimatyzacji. Usiadł za biurkiem i przez chwilę patrzył na czarne pudełko stojące przed nim. Były w nim rzeczy należące do jego siostry — ostatnie ślady życia, które nagle i bezpowrotnie zgasło.

Z ciężkim westchnieniem otworzył pudełko.

Najpierw wyjął książkę, którą wcześniej przeglądał. Odłożył ją na bok, po czym jego wzrok zatrzymał się na białej kopercie.

Zmarszczył brwi.

Na kopercie widniał staranny, dobrze mu znany charakter pisma.

„Adwokat Engin Önder”

Serce zabiło mu mocniej.

— To pismo mojej siostry… — szepnął.

Przez chwilę obracał kopertę w dłoniach, jakby obawiał się tego, co może znaleźć w środku. W końcu ostrożnie ją otworzył.

Wyciągnął złożoną kartkę.

Nie była to krótka wiadomość.

List zajmował całą stronę.

Engin rozłożył papier i przebiegł wzrokiem pierwsze linijki.

Już po kilku zdaniach jego twarz spoważniała.

Opuścił kartkę.

Wpatrywał się przez moment w pustą przestrzeń przed sobą, próbując uporządkować myśli.

To, co przeczytał na początku, wystarczyło, by zrozumieć, że list nie był przeznaczony wyłącznie dla niego.

Nagle drzwi gabinetu otworzyły się z impetem.

Do środka wszedł Cihan.

Był wyraźnie wzburzony. Miał napięte szczęki, a w jego oczach buzowała złość.

— Enginie, nie wytrzymam tego! — wybuchł już od progu. — Przysięgam, że któregoś dnia zabiję tego człowieka!

Prawnik podniósł wzrok znad dokumentu.

Cihan zaczął nerwowo krążyć po gabinecie.

— Wiesz, co zrobił? Przyszedł z Hancer na kolację! Do mojego domu! Do mojego stołu! Wyobrażasz sobie taką bezczelność?

Uderzył dłonią o oparcie krzesła.

— On robi to specjalnie. Chce mnie sprowokować. Chce patrzeć, jak tracę panowanie nad sobą.

Engin milczał.

— A Hancer? — ciągnął Cihan z goryczą. — Nie rozumiem jej. Nie rozumiem, jak może na to pozwalać. Jak może siedzieć obok niego, jak gdyby wszystko było w porządku.

Przeczesał dłonią włosy.

— Skoro nie mogę wyrzucić ich z tamtego domu, zrobię coś innego. Odłączę wodę. Gaz. Prąd. Wszystko. Zobaczymy wtedy, jak długo wytrzymają.

Odwrócił się gwałtownie.

— Enginie, czy ty w ogóle mnie słuchasz?

Prawnik spokojnie złożył kartkę i odłożył ją na biurko.

— Usiądź.

Ton jego głosu był tak poważny, że Cihan natychmiast zamilkł. Spojrzał na przyjaciela zaskoczony.

— Co się stało?

— Usiądź.

Po krótkiej chwili zawahania Cihan opadł na krzesło naprzeciwko biurka. Dopiero wtedy Engin przesunął dłonią po kopercie.

— Mam coś ważniejszego niż twoja wojna z Melihem.

Cihan spojrzał na niego uważnie.

— Co to jest?

— Moja siostra zostawiła list.

Zapadła cisza.

— List?

— Napisała go dzień przed śmiercią.

Cihan natychmiast spoważniał. Jego gniew ustąpił miejsca niepokojowi.

— Co napisała?

Engin przez chwilę patrzył na kartkę.

— Jeszcze nie przeczytałem całości. Ale już wiem, że dotyczy nas wszystkich.

Cihan odruchowo wyciągnął rękę.

— Daj mi go.

Engin natychmiast cofnął list.

— Nie.

— Dlaczego?

Prawnik wskazał na kopertę.

— Spójrz.

Cihan przeczytał napis.

— „Adwokat Engin Önder”.

— Właśnie.

Engin oparł się o fotel.

— Kiedy moja siostra zwracała się do mnie w ten sposób, nie mówiła do brata. Mówiła do swojego prawnika.

Jego głos był spokojny, ale stanowczy.

— To oznacza, że powierzyła mi pewne zadanie. A ja mam obowiązek je wykonać.

Cihan zmarszczył brwi.

— Co zamierzasz zrobić?

— Zachowam się profesjonalnie.

Engin położył dłoń na liście.

— Jeśli siostra zostawiła ostatnią wolę, muszę dopilnować, żeby została uszanowana.

Przez chwilę obaj milczeli.

— Jutro rano zorganizujemy spotkanie.

— Jakie spotkanie?

— Chcę, żeby byli wszyscy, których dotyczy ten list.

Engin zaczął wyliczać:

— Ty. Twój wujek. Twoja mama. Beyza.

Cihan wyprostował się.

— Beyza też?

— Tak.

— Dlaczego?

— Bo moja siostra wyraźnie pisała o nas wszystkich.

Prawnik spojrzał przyjacielowi prosto w oczy.

— Przeczytam ten list dopiero wtedy, gdy wszyscy będą obecni.

Cihan patrzył na niego przez dłuższą chwilę.

— Myślisz, że napisała coś ważnego?

Engin zacisnął palce na kopercie.

W jego oczach pojawił się cień niepokoju.

— Nie wiem.

Spojrzał ponownie na pierwsze zdania listu.

— Ale mam przeczucie, że po jego przeczytaniu nic już nie będzie takie samo jak wcześniej.

W gabinecie znów zapadła cisza. Tym razem nawet Cihan nie miał nic do powiedzenia.

***

W niewielkim domu Deryi śniadanie trwało w najlepsze. Stół wciąż uginał się pod ciężarem jedzenia — świeżego chleba, serów, oliwek, jajek i pachnącej herbaty. Jednak rozmowa, którą prowadziły kobiety, była znacznie cięższa niż posiłek.

Yonca siedziała ze spuszczonym wzrokiem, obracając w dłoniach szklankę z herbatą. Naprzeciw niej Derya pochylała się coraz bardziej nad stołem, jak generał planujący kolejne ruchy przed bitwą.

— Hancer od razu wykluczamy — oznajmiła stanowczo. — Nie ma najmniejszego sensu dzielić się z nią tym, co wiemy.

Yonca uniosła głowę.

— Dlaczego?

— Bo nic na tym nie zyskamy. — Derya machnęła ręką. — Absolutnie nic. Powiemy jej prawdę, a ona pobiegnie ratować wszystkich dookoła. Nie, nie będziemy popełniać takiego błędu.

Nachyliła się jeszcze bliżej.

— Musimy znaleźć najsłabsze ogniwo.

Yonca zmarszczyła brwi.

— A kto nim jest?

Derya uśmiechnęła się pod nosem.

— Na pewno nie Beyza.

Chwyciła widelec i zaczęła nim lekko stukać o talerz.

— Ta kobieta jest nieobliczalna. Nigdy nie wiadomo, co zrobi. Z takimi ludźmi nie da się negocjować.

— To prawda — przyznała Yonca.

— Nusret też odpada. — Derya pokręciła głową. — Ten człowiek jest bezlitosnym mordercą. Jeśli poczuje się zagrożony, pozbędzie się problemu bez mrugnięcia okiem.

Na twarzy Yoncy pojawił się niepokój.

— A Cihan?

Derya parsknęła krótkim śmiechem.

— Cihan? Jeśli odkryłby, że próbujemy nim manipulować, własnoręcznie zamieniłby nasze życie w koszmar. Nie, jego również zostawiamy w spokoju.

Przez chwilę między kobietami zapadła cisza. Yonca zastanawiała się intensywnie.

— Więc zostaje tylko…

Zawahała się.

— Mukadder?

Derya natychmiast wycelowała w nią widelec.

— Brawo! Właśnie tak!

Na jej twarzy pojawił się triumfalny uśmiech.

— Pomyśl. Czy to nie ona dała ci telefon, kiedy byłaś w ciąży, żebyś mogła uciec?

Yonca powoli skinęła głową.

— Tak.

— A więc sama nie chciała tego dziecka w rezydencji. Została zmuszona do udziału w tej grze. 

Yonca zamyśliła się.

— Ale dlaczego miałaby nam płacić?

Derya westchnęła, jakby odpowiedź była oczywista.

— Bo ma więcej do stracenia niż ktokolwiek inny.

— Nie rozumiem.

— Naprawdę? — Derya spojrzała na nią z niedowierzaniem. — Wyobraź sobie, że prawda wychodzi na jaw. Cihan dowiaduje się o wszystkim. O wielkiej kłamstwie tej żmii Beyzy. Czy wybaczyłby swojej matce, że ukrywała przed nim coś takiego?

Yonca nie odpowiedziała.

— Mukadder może wiele znieść — ciągnęła Derya spokojniejszym tonem. — Ale nie utratę syna. Cihan jest całym jej światem.

Wzięła do ręki szklankę herbaty.

— Dlatego zrobi wszystko, żeby do tego nie dopuścić.

— Nawet zapłaci?

— Zwłaszcza zapłaci.

Derya uśmiechnęła się chytrze.

— W naszych rękach jest tajemnica. — Wypowiedziała to słowo niemal szeptem. — Tajemnica, która może zniszczyć nie tylko Mukadder, ale całą rodzinę Develioglu.

Na twarzy Yoncy pojawił się uśmiech. Powoli zaczynała wierzyć w plan Deryi.

A myśl o pieniądzach rozgrzała ją bardziej niż gorąca herbata stojąca przed nią.

***

Wieczorem w rezydencji panowała nietypowa cisza. Kryształowe żyrandole rzucały miękkie światło na eleganckie wnętrze salonu, lecz atmosfera daleka była od spokojnej. Cihan siedział na jasnej sofie, oparty o podłokietnik, z twarzą napiętą i zamyśloną. Naprzeciwko niego, na fioletowej kanapie, siedziały Mukadder i Beyza.

Obie wyczuwały, że syn i mąż nie zwołał ich bez powodu.

Mukadder pierwsza przerwała milczenie.

— Co się stało, synu? — zapytała z wyraźnym niepokojem. — Dlaczego wezwałeś nas tutaj o tej porze? Chcesz nam coś powiedzieć?

Cihan powoli uniósł wzrok.

— Jutro rano wszyscy musicie stawić się w firmie.

— W firmie? — zdziwiła się Mukadder.

— Engin odnalazł list Yasemin. Został napisany dzień przed jej śmiercią.

Słowa te sprawiły, że Beyza zesztywniała.

Przez ułamek sekundy przestała słyszeć wszystko, co działo się wokół niej.

Przed oczami stanął jej tamten dzień.

Dom Yasemin.

Jej spanikowana twarz.

Drżące dłonie chwytające klamkę.

***

— Będziesz trzymać język za zębami, jasne?! — syknęła wtedy Beyza, odciągając ją od drzwi. — W przeciwnym razie źle się to dla ciebie skończy.

— Puść mnie! — krzyknęła Yasemin, odpychając ją. — Nie możesz mnie zatrzymać!

W jej oczach nie było już strachu. Była tylko desperacja.

— Ta gra dobiegła końca! — ciągnęła drżącym głosem. — Wszyscy dowiedzą się o twoim obrzydliwym kłamstwie!

Beyza poczuła, jak ogarnia ją panika.

Yasemin ponownie ją odepchnęła i ruszyła w stronę drzwi.

Wtedy Beyza odruchowo szarpnęła za róg dywanu.

To miał być tylko moment.

Tylko sekunda.

Yasemin straciła równowagę.

Potknęła się.

Zachwiała.

A potem upadła.

Głuchy odgłos uderzenia głowy o kant pianina do dziś rozbrzmiewał w uszach Beyzy niczym przekleństwo.

***

— Beyzo?

Głos Cihana wyrwał ją z koszmarnego wspomnienia.

Mrugnęła kilka razy i wróciła do rzeczywistości.

Salon.

Mukadder.

Cihan.

Oddychała szybciej niż zwykle.

Ukryła dłonie na kolanach, by nikt nie zauważył ich drżenia.

— Co… co napisała? — zapytała, starając się zabrzmieć naturalnie.

Cihan wzruszył ramionami.

— Nie wiem.

— Jak to nie wiesz?

— Engin niczego mi nie zdradził. Powiedział tylko, że wszyscy mamy być obecni podczas odczytania listu. Dopiero wtedy poznamy jego treść.

Mukadder zmarszczyła brwi.

— O Boże…

Westchnęła ciężko i oparła się o sofę.

— Minęło tyle czasu od śmierci Yasemin. Dlaczego list pojawił się dopiero teraz?

— W klinice długo szukano lekarza na jej miejsce — wyjaśnił Cihan. — Dopiero niedawno opróżniono gabinet. Jedna z pielęgniarek znalazła list schowany w szufladzie biurka i zaniosła go Enginowi.

Każde kolejne słowo sprawiało, że Beyza czuła coraz większy ucisk w piersi.

Zaczęła nerwowo pocierać dłonie.

— Rozumiem, dlaczego mają tam być ty i ciocia — odezwała się po chwili. — Ale ja? Co ja mam wspólnego z listem Yasemin?

Cihan spojrzał na nią krótko.

— Tego też nie wiem.

— Naprawdę nic ci nie powiedział?

— Nic.

Zapadła krótka cisza.

Po chwili Cihan przypomniał sobie jeszcze jedną rzecz.

— Aha. Zadzwoń również do swojego ojca.

Beyza natychmiast podniosła głowę.

— Do taty?

— Tak. Engin powiedział, że on również musi być obecny.

Twarz Beyzy pobladła.

— Dlaczego?

— Bo, jak stwierdził, to, co napisała Yasemin, dotyczy całej naszej rodziny.

Serce Beyzy zamarło.

Przez moment miała wrażenie, że wszyscy słyszą jego gwałtowne bicie.

To niemożliwe…

Nie mogła nic napisać.

Nie mogła…

Próbowała zachować spokój, ale czuła, jak grunt usuwa się jej spod nóg.

Jeżeli Yasemin zdążyła opisać prawdę…

Jeżeli zostawiła dowody…

Wszystko mogło runąć.

Jej małżeństwo.

Jej pozycja.

Całe życie, które z takim wysiłkiem budowała.

Beyza szybko podniosła się z kanapy.

— Cihan Gurur pewnie niedługo będzie chciał jeść — powiedziała pospiesznie, unikając spojrzeń. — Pójdę do niego.

Mukadder spojrzała na nią podejrzliwie.

— Dobrze się czujesz?

— Oczywiście.

Odpowiedź padła zbyt szybko.

Beyza odwróciła się i ruszyła w stronę holu. 

Dopiero kiedy znalazła się poza salonem, pozwoliła sobie na głębszy oddech.

Jej nogi drżały tak bardzo, że ledwo utrzymywały ciężar ciała.

Szła korytarzem, zaciskając dłonie na materiale bluzki.

Naprawdę się bała.

Bo jeśli Yasemin przemówiła zza grobu, jutro mogło być dniem, w którym cały jej świat legnie w gruzach.

***

Beyza niemal wbiegła do pokoju dziecięcego. Zatrzasnęła za sobą drzwi i oparła się o nie plecami, próbując uspokoić oddech. Serce waliło jej tak mocno, że aż czuła jego uderzenia w skroniach.

Pokój tonął w ciepłych, pastelowych barwach. Na ścianach uśmiechały się namalowane zwierzątka — żyrafa, lew i małpka — a nad białą kołyską zwisał delikatny baldachim. To miejsce miało kojarzyć się ze spokojem i bezpieczeństwem.

Dla Beyzy było jednak teraz klatką.

Oderwała się od drzwi i zaczęła nerwowo krążyć po pokoju.

— Co ona napisała? — wyszeptała, przeczesując włosy drżącymi palcami. — Co mogła napisać?

Zatrzymała się na chwilę i zacisnęła dłonie w pięści.

— Czy wspomniała, że mnie podejrzewała? Że zleciła test? Czy zdążyła wszystko opisać?

Poczuła nagły skurcz w żołądku. Przed oczami znów stanęła jej twarz Yasemin. Jej upór. Jej determinacja.

— Nie… — pokręciła gwałtownie głową. — To niemożliwe.

Próbowała się uspokoić, lecz kolejne myśli atakowały ją ze zdwojoną siłą.

— Jak mogłam o tym nie pomyśleć? — wyrzuciła z siebie. — Jak mogłam być aż tak lekkomyślna?

Przycisnęła dłonie do skroni.

— Powinnam była przewidzieć, że zostawi jakiś ślad. Powinnam była sprawdzić wszystko. Każdą szufladę. Każdy dokument.

W jej głosie pobrzmiewała coraz większa panika.

— Jak mogłam popełnić taki błąd?

Odwróciła się nagle w stronę kołyski.

Leżący w niej Cihan Gurur spał spokojnie, otulony błękitnym kocykiem. Smoczek poruszał się lekko przy każdym oddechu dziecka. Nieświadomy burzy, która właśnie rozpętywała się wokół niego.

Beyza podeszła bliżej.

Przez chwilę wpatrywała się w chłopca w milczeniu.

Potem przygryzła paznokieć kciuka, co robiła zawsze, gdy ogarniał ją strach.

— Nie… — szepnęła bardziej do siebie niż do dziecka. — Nie pozwolę, żeby wszystko mi odebrali.

Jej spojrzenie stwardniało.

— Tak długo walczyłam o to życie. Tak długo budowałam swoje miejsce w tej rodzinie.

Pochyliła się nad kołyską.

— Nikt mi tego nie zabierze.

Dziecko poruszyło się przez sen, a Beyza natychmiast zamilkła.

Przez chwilę obserwowała jego spokojną twarz.

Jej własna była natomiast coraz bardziej napięta.

— Jutro… — wyszeptała. — Jutro wszystko się rozstrzygnie.

Przełknęła ślinę.

Jeśli Yasemin rzeczywiście opisała swoje podejrzenia…

Jeśli wspomniała o badaniach…

Jeśli zostawiła dowody…

Beyza poczuła, jak lodowaty dreszcz przebiega jej po plecach.

Po raz pierwszy od dawna nie zastanawiała się, jak wygrać.

Zastanawiała się, jak przetrwać.

***

Następnego ranka w siedzibie firmy panowała nienaturalna cisza. Przestronna sala konferencyjna, zwykle pełna rozmów i biznesowego gwaru, wydawała się dziś chłodna i przytłaczająca. Nad długim stołem wisiały rzędy mlecznobiałych lamp, których światło odbijało się od blatów i szklanych ścian, potęgując wrażenie sterylności.

Przy stole siedzieli już Cihan, Mukadder i Beyza. Każde z nich pogrążone było we własnych myślach. Cihan miał surową, nieprzeniknioną minę, Mukadder nerwowo splatała dłonie na kolanach, a Beyza nie potrafiła usiedzieć spokojnie nawet przez chwilę.

Wtedy do sali wszedł Nusret.

Rozejrzał się po zgromadzonych i zmarszczył brwi.

— O co chodzi? — zapytał z wyraźnym zniecierpliwieniem. — Dlaczego wezwaliście mnie tutaj o tak wczesnej porze?

Beyza natychmiast poderwała się z miejsca.

— Tato, mówiłam ci przez telefon, że to Engin nas zaprosił — odezwała się szybko. — Chodź ze mną na chwilę. Poczekajmy na zewnątrz, zanim wszyscy się zbiorą.

W jej głosie było coś, co sprawiło, że bez dalszych pytań ruszył za nią.

***

Gdy znaleźli się na korytarzu, Beyza zatrzymała się przy ścianie. Jej dłonie drżały tak bardzo, że musiała spleść je przed sobą, by to ukryć.

Nusret od razu zauważył jej stan.

— Co się stało? — zapytał ostrzej. — Wyglądasz tak, jakby świat miał się za chwilę zawalić.

Beyza przełknęła ślinę.

Najpierw rozejrzała się w obie strony korytarza, upewniając się, że nikt ich nie podsłuchuje. Dopiero wtedy pochyliła się ku ojcu.

— Muszę ci coś powiedzieć — wyszeptała.

— Mów.

— To dotyczy Yasemin.

Nusret momentalnie spoważniał.

— Co z nią?

Beyza zacisnęła powieki.

— Przydarzyło się coś strasznego…

— Konkretnie.

— To był wypadek…

Ojciec patrzył na nią bez słowa.

— Yasemin odkryła prawdę — ciągnęła łamiącym się głosem. — Zmusiła mnie do wykonania testu. Nie udało mi się podmienić wyników… Dowiedziała się, że nie jestem w ciąży.

Nusret zamarł.

— Co?

— Chciała powiedzieć wszystko Cihanowi. Pokłóciłyśmy się. Błagałam ją, żeby milczała. Nie chciała mnie słuchać…

Oddech uwiązł jej w gardle.

— A potem… przypadkowo ją zabiłam.

Przez kilka sekund Nusret po prostu patrzył na córkę. Jakby nie był pewien, czy dobrze usłyszał.

— Co ty właśnie powiedziałaś?

Jego twarz pobladła, a oczy rozszerzyły się z niedowierzania.

— Nie mamy czasu na szczegóły — powiedziała szybko Beyza. — Posłuchaj mnie do końca. Yasemin zostawiła list dla Engina. Dopiero wczoraj trafił w jego ręce. Dlatego wszyscy zostaliśmy wezwani do firmy.

Nusret zacisnął szczęki.

— Czy napisała w nim o tobie?

— Nie wiem…

— Nie wiesz?!

— Przysięgam, że nie wiem! — szepnęła rozpaczliwie. — Nie widziałam tego listu.

Nusret odwrócił głowę i potarł czoło drżącą dłonią. Wyglądał, jakby z każdą kolejną sekundą coraz bardziej tracił panowanie nad sobą.

— Ach, córko… — wycedził przez zęby. — Jesteś moim dzieckiem czy karą zesłaną przez los?

Beyza spuściła wzrok.

— Robisz wszystko, żeby zniszczyć nie tylko siebie, ale i mnie! — syknął. — Całe życie sprzątam po twoich błędach. Całe życie!

Nachylił się ku niej tak blisko, że niemal stykali się twarzami.

— Dlaczego nie powiedziałaś mi wcześniej?

— Bałam się…

— Bałaś się?! — przerwał jej. — Jeśli w tym liście wspomniała o wynikach testu, jesteśmy skończeni!

W jego oczach pojawił się autentyczny strach.

— Nie mówimy już o skandalu rodzinnym. Mówimy o więzieniu, Beyzo. O więzieniu!

Beyza poczuła, jak jej kolana robią się miękkie.

Właśnie wtedy na końcu korytarza pojawiła się sekretarka.

— Pan Cihan prosi państwa do sali konferencyjnej — oznajmiła uprzejmie.

Nusret i Beyza spojrzeli po sobie.

Żadne z nich nie odezwało się ani słowem.

Wiedzieli, że nie da się już niczego zatrzymać.

List Yasemin czekał.

A wraz z nim prawda, która mogła zniszczyć wszystko, co przez lata budowali.

***

Nusret i Beyza wrócili do sali konferencyjnej. W środku panowała ciężka, niemal namacalna atmosfera napięcia. Przy długim stole siedzieli już wszyscy, których Engin wezwał tego ranka. Jasne światło zwisających z sufitu kulistych lamp odbijało się od blatu, ale nie rozpraszało mroku, który zdawał się zalegać między zgromadzonymi.

Engin siedział na swoim miejscu z zamkniętą kopertą leżącą przed nim. Jego twarz była poważna i skupiona. Wyglądał bardziej jak prawnik przygotowujący się do odczytania testamentu niż brat zmarłej.

Nusret i Beyza usiedli obok niego. Oboje starali się zachować spokój, choć ich nerwowość była aż nadto widoczna.

Cihan, który od kilku minut bębnił palcami o blat stołu, stracił w końcu cierpliwość.

— Wszyscy już są — odezwał się chłodno, spoglądając na Engina. — Na co jeszcze czekamy? Dlaczego nie zaczynasz?

Engin uniósł wzrok znad koperty.

— Ponieważ jeszcze nie wszyscy dotarli.

— Kto jeszcze ma przyjść?

— Osoba, która powinna usłyszeć ten list równie wyraźnie jak my wszyscy.

W sali zapadła cisza.

Beyza poczuła, jak serce zaczyna bić jej szybciej. Mimowolnie spojrzała na ojca. Nusret siedział nieruchomo, ale jego zaciśnięte szczęki zdradzały rosnące napięcie.

Nagle drzwi uchyliły się i do środka zajrzała sekretarka.

— Panie Enginie, pański gość już jest.

Wszyscy odwrócili głowy w stronę wejścia.

Za plecami kobiety pojawiła się smukła sylwetka młodej kobiety o długich, ciemnych włosach.

Hancer.

Stanęła w progu niepewnie, ściskając pasek torebki przewieszonej przez ramię. Jej twarz była spokojna, ale w oczach czaiło się wyraźne zaniepokojenie.

Na widok Hancer Cihan natychmiast zesztywniał. Najpierw szeroko otworzył oczy ze zdumienia, a chwilę później jego twarz stężała.

Gniew błyskawicznie zastąpił zaskoczenie.

— Co ona tutaj robi? — zapytał ostro, nie kryjąc niezadowolenia. — Enginie, o co chodzi?

Hancer zatrzymała się przy drzwiach. Czuła na sobie spojrzenia wszystkich obecnych.

Engin odpowiedział spokojnie:

— Jest tutaj, ponieważ treść tego listu dotyczy przede wszystkim jej.

W pomieszczeniu zapanowała jeszcze większa cisza.

Mukadder wyprostowała się gwałtownie.

Beyza poczuła, jak krew odpływa jej z twarzy.

Nusret rzucił córce szybkie spojrzenie.

Oboje zrozumieli, że sytuacja jest znacznie poważniejsza, niż przypuszczali.

Hancer również wyglądała na zaskoczoną.

— Mnie? — zapytała cicho.

— Tak — odparł Engin. — Proszę, usiądź.

Dziewczyna podeszła do stołu i zajęła miejsce obok Mukadder, dokładnie naprzeciwko Beyzy.

Ich spojrzenia spotkały się na krótką chwilę.

Beyza natychmiast odwróciła wzrok.

Nie była w stanie patrzeć na nią dłużej.

Engin położył dłoń na kopercie.

Wszyscy mimowolnie skierowali wzrok na biały papier.

— Wczoraj otrzymałem ten list — oznajmił spokojnym, oficjalnym tonem. — Został odnaleziony podczas opróżniania gabinetu mojej siostry w klinice.

Przerwał na moment.

Nikt się nie odezwał.

Nawet Cihan milczał.

— Najbardziej niezwykłe jest jednak to — ciągnął Engin — że Yasemin napisała go dzień przed swoją śmiercią.

Słowa zawisły w powietrzu.

Beyza poczuła lodowaty dreszcz przebiegający po plecach.

Nusret zacisnął dłonie na oparciach krzesła.

Mukadder pobladła.

Hancer wstrzymała oddech.

A Cihan nie odrywał wzroku od koperty, jakby przeczuwał, że za chwilę pozna prawdę, która odmieni życie wszystkich obecnych.

Engin powoli wsunął palec pod zagięcie koperty.

Wszyscy wstrzymali oddech.

A potem zaczął czytać.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia był film Gelin 129.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

Podobne wpisy