„Panna młoda” Odc. 197 — streszczenie
Gulsum weszła do pokoju dziecięcego z Cihanem Gururem na rękach. Kołysała go ostrożnie, jakby bała się zakłócić jego sen, po czym pochyliła się nad łóżeczkiem i delikatnie ułożyła dziecko na pościeli. Tuż za nią weszła Beyza. Zdjęła płaszcz i niedbale rzuciła go na ławkę stojącą przy łóżku.
Pokojówka zerknęła na nią niepewnie.
— Nie zrozum mnie źle — zaczęła ostrożnie. — Nie oczekuję, że będziesz mi się tłumaczyć, ale… gdzie byłaś tak wcześnie rano?
Beyza bez słowa sięgnęła do torebki. Po chwili wyjęła małą, ciemną buteleczkę i uniosła ją na wysokość oczu.
— Poszłam to kupić.
Gulsum zmrużyła oczy i zrobiła krok w jej stronę.
— Co to jest? Co jest w środku?

Na ustach Beyzy pojawił się zimny, niepokojący uśmiech.
— Ta niewielka buteleczka pomoże nam pozbyć się Hancer. Próbowałam już wszystkiego i nic nie zadziałało. Tym razem mi się uda. Dzięki temu raz na zawsze pozbędę się tego wrzoda. Weź. Pomożesz mi.
Podała buteleczkę pokojówce. Gulsum przyjęła ją odruchowo, ale zaraz spojrzała na nią z narastającym przerażeniem.
— Dlaczego mi to dajesz? Co mam z tym zrobić?
— Zakradniesz się do starego domu i dodasz to do jedzenia albo picia Hancer.
Gulsum zamarła.
— Ty… naprawdę chcesz się jej pozbyć? Ostatecznie?
Beyza milczała. Jej spojrzenie było wystarczającą odpowiedzią.
Spod fałd czarnej spódnicy Gulsum wystawał telefon w czerwonym etui. Leżał tak, jakby pokojówka ukryła go tam celowo. Widoczny obiektyw sugerował, że urządzenie mogło nagrywać wszystko, co działo się w pokoju — słowa Beyzy, jej gesty i buteleczkę, którą trzymała w dłoni.
— Nie daj Boże, pani Beyzo — powiedziała Gulsum drżącym głosem. — Nie mogę tego zrobić. Czy ja wyglądam na morderczynię? Zabierz to ode mnie.
Szybko oddała jej buteleczkę, jakby parzyła ją w palce.
Beyza nawet nie drgnęła.
— Co w tym trudnego? Masz tylko dodać jej to do jedzenia. Z tym poradziłaby sobie największa oferma.
— Nie. Nie zrobię tego. Nie ma mowy.
— Zrobisz.
— Skoro to takie proste, zrób to sama — odparła Gulsum, zbierając resztki odwagi. — Ty jesteś odważniejsza.
Beyza powoli odkręciła buteleczkę. Jej twarz stężała.
— Masz rację. Jestem już przyzwyczajona do takich rzeczy. Zacznę więc od ciebie, Gulsum.
Zanim pokojówka zdążyła zareagować, Beyza rzuciła się na nią gwałtownie i przewróciła ją na łóżko. Przycisnęła ją całym ciężarem do materaca, a odkręconą buteleczkę zbliżyła do jej ust.
— Otwórz usta! — syknęła. — Otwieraj! Połknij to!

Gulsum wiła się w panice, próbując wyrwać się spod jej rąk. Zaciskała szczęki z całej siły, kręciła głową i desperacko odsuwała twarz. Była przerażona, ale nie zamierzała się poddać.
Nagle do pokoju wpadła Mukadder. Szła szybko i pewnie, jakby po niedawnym udarze nie pozostał nawet ślad.
— Co się tu dzieje?! — zawołała ostro.
Beyza natychmiast puściła Gulsum i odsunęła się od łóżka.
— A co ma się dziać? — rzuciła, próbując odzyskać panowanie nad sobą. — Za bardzo ją rozpieściłam, więc pokazuję jej, gdzie jest jej miejsce.
Odwróciła się do zapłakanej pokojówki i przeszyła ją morderczym spojrzeniem.
— Spakuj swoje rzeczy i wynoś się z tego domu.
Gulsum podniosła się z trudem. Drżała na całym ciele.
— Co ty mówisz? Zwalniasz mnie?
— Nie słyszałaś? — wtrąciła chłodno Mukadder, bez wahania stając po stronie Beyzy. — Spakuj rzeczy. Do jutra ma cię tu nie być.
Gulsum spuściła głowę i wyszła z pokoju, wciąż ocierając łzy.
Kiedy drzwi się za nią zamknęły, Mukadder spojrzała uważnie na bratanicę.
— Co zrobiła, że aż tak cię rozwścieczyła?
— Wszystkie pokojówki z tego domu powinny zostać zwolnione — odparła Beyza z pogardą. — Ale oczywiście Cihan nigdy by się na to nie zgodził.
— Przestań narzekać, Beyzo. Pytam, co zrobiła Gulsum.
— Zasłużyła. Po prostu.
Mukadder ściszyła głos, ale w jej tonie pojawił się niepokój.
— Ona zna naszą tajemnicę. Nie sprzeciwiłam ci się, ale to, co zrobiłaś, jest bardzo niebezpieczne. Reagujesz impulsywnie. Czy ty w ogóle potrafisz podjąć rozsądną decyzję przy tych swoich wahaniach nastroju? Co będzie, jeśli zacznie mówić? Teraz nie ma już nic do stracenia. A jeśli pójdzie do Cihana? Nie lepiej było trzymać ją blisko, na naszych oczach?
Beyza zacisnęła usta. Jej spojrzenie stało się lodowate.
— Nie martw się. Gulsum doskonale wie, co ją czeka, jeśli zacznie klepać ozorem. Jeśli spróbuje mnie zniszczyć, ja zniszczę cały jej świat.
***
Hancer i Melih weszli na niewielkie podwórko przed domem Cemila. Poranne słońce padało na drewniane barierki i obdrapane ściany starego budynku, ale Hancer nie zwracała uwagi na otoczenie. Zatrzymała się przed drzwiami, blada i spięta. Przez chwilę tylko patrzyła na klamkę, jakby za nią czekał wyrok.
— Przyszliśmy tutaj, ale… co, jeśli brat nawet nie będzie chciał na mnie spojrzeć? — zapytała cicho. — Co, jeśli znowu mnie wyrzuci?
Melih stanął obok niej i spojrzał na nią spokojnie.
— Nie panikuj. Rozmawialiśmy już o tym. Przez całe życie nigdy nie uciekałem i niczego się nie bałem. Ty też sobie radzisz. Nawet lepiej, niż myślisz. Nie jesteś kimś, kto powinien bać się czyichkolwiek słów. Pomyśl o wszystkim, przez co przeszłaś. Co mamy do stracenia? Albo się zgodzi, albo nie. Szanse są pół na pół. A ja jestem z tobą. Dalej, zapukaj.
Hancer odetchnęła głęboko. Słowa Meliha dodały jej odwagi. Uniosła rękę i zapukała do drzwi.
Po chwili otworzyła Derya. Jej twarz natychmiast spochmurniała.
— Czego tu szukacie? — zapytała szorstko.
Z głębi domu dobiegł głos Cemila:
— Kto przyszedł, Deryo?
Derya wyszła krok przed próg, jakby chciała zasłonić im wejście własnym ciałem.
— Jeśli nie chcecie, żeby Cemil wpadł w szał, lepiej odejdźcie, zanim was zobaczy.
— Pozwól nam wejść — poprosił Melih. — Niech powie nam w twarz wszystko, co ma do powiedzenia.
Derya przewróciła oczami.
— Dobrze. Ostrzegłam was. Nie biorę odpowiedzialności za to, co się teraz stanie. Skoro tak bardzo chcecie wejść, proszę bardzo.
Otworzyła szerzej drzwi i wpuściła ich do środka.
***

Cemil siedział na kanapie w salonie, pochylony nad rozebranym odkurzaczem. Na stoliku leżały śrubki, przewody i plastikowe elementy, które najwyraźniej przestały tworzyć jedną całość. Mężczyzna obracał w dłoni jedną z części i kręcił głową z narastającą bezradnością.
— Jak oni to w ogóle zmontowali? — mruczał pod nosem. — I co ja mam teraz z tym zrobić? Jeszcze jedna część mi została. Co za szajs…
Gdy do pokoju weszli Hancer, Melih i Derya, Cemil powoli uniósł wzrok. Jego twarz natychmiast stężała.
— Co ty tutaj robisz? — zapytał chłodno, patrząc na siostrę. — I jeszcze tego drania przyprowadziłaś ze sobą.
Hancer spuściła oczy, ale Melih zrobił krok do przodu.
— To ja nalegałem, żebyśmy przyszli — powiedział spokojnie. — Chcemy zaprosić was do nas na kolację.
Cemil parsknął z niedowierzaniem.
— Żartujecie sobie ze mnie? Twój były mąż mieszka po drugiej stronie podwórka. Jakby tego było mało, że nadal tam jesteście, to jeszcze zapraszacie nas na kolację?
— Boże drogi… — Derya spojrzała na Hancer z mieszaniną zdumienia i wyrzutu. — Zamiast prosić o przebaczenie, przychodzisz z zaproszeniem? I to do domu przy rezydencji? Co to za pomysł?
— Właśnie — dodał Cemil, unosząc śrubokręt, jakby był kolejnym argumentem w tej rozmowie. — To teren Cihana. Sam fakt, że tam mieszkacie, jest najbardziej niewłaściwą rzeczą na świecie.
— Rozmawialiśmy z Cihanem — oznajmił Melih. — Nie ma już żadnego problemu.
Derya aż otworzyła szerzej oczy.
— Jak to nie ma problemu? Pobraliście się z zemsty, zamieszkaliście naprzeciwko niego i twierdzisz, że wszystko jest w porządku?
— Masz rację. Z boku wygląda to dziwnie — przyznał Melih. — Chcieliśmy się wyprowadzić, ale Cihan nas powstrzymał. Powiedział, żebyśmy zostali. Więc zostaliśmy.
— Cihan wam to powiedział? — Derya nie kryła niedowierzania. — Ten Cihan, którego znam, prędzej zburzyłby wam dom na głowę, niż pozwolił zostać.
— Nie wiem, co naprawdę chodzi mu po głowie — odezwała się Hancer. — Ale właśnie to nam powiedział.
— Jeśli tak zrobił, to znaczy, że coś planuje — stwierdziła Derya z przekonaniem. — Nie ufajcie mu zbyt łatwo.
— Porozmawialiśmy, doszliśmy do porozumienia i zakończyliśmy spory między sobą — powiedział Melih. — Możemy przyjmować gości w naszym domu, nikomu nie przeszkadzając. Postanowiliśmy zacząć od najbliższych. Od was.
Cemil odłożył część odkurzacza na stolik i ponuro spojrzał na żonę.
— Deryo, powiedz im, żeby mnie bardziej nie denerwowali. Niech oboje stąd wyjdą.
Melih nie cofnął się ani o krok.
— Możesz być na nas zły. Możesz czuć się zraniony i rozczarowany. Masz do tego prawo. Ale nie bądź okrutny wobec Cemila.
Cemil zmarszczył brwi.
— Jakiego Cemila?
Na twarzy Meliha pojawił się delikatny uśmiech.
— Twojego siostrzeńca. Czy to byłoby złe imię dla chłopca?
Cemil zamarł. Dopiero teraz jego spojrzenie powędrowało ku Hancer. Zauważył lekko zaokrąglony brzuch pod płaszczem i przez chwilę nie potrafił wypowiedzieć ani słowa.
— Zaprosimy też brata Ertugrula i kilku przyjaciół — dodał Melih. — To będzie skromna, rodzinna kolacja. Zrobimy grilla na podwórku.
— Grill? — Derya natychmiast złagodniała. — W sumie… moglibyśmy wpaść.
— Deryo — przerwał jej Cemil sucho. — Odprowadź ich. Mam pracę do dokończenia. Naprawiam odkurzacz.
Melih spojrzał na rozłożone części.
— Pozwól, że ci pomogę. Spędziłem pół życia na morzu. Tam człowiek musiał nauczyć się naprawiać wszystko, co tylko przestało działać.
Nie czekając na odpowiedź, pochylił się nad odkurzaczem. Połączył kilka przewodów, dopasował luźny element, dokręcił śrubę i sprawdził mechanizm. Po chwili urządzenie nagle ożyło.
Derya klasnęła z zachwytu.
— O Boże! Naprawdę działa!
— Działa — przyznał Melih — ale filtry są już bardzo stare. Musicie je wymienić.
Wyprostował się i spojrzał na Cemila.
— Na nas już czas. Jeśli się zdecydujecie, przyjdźcie wcześniej. Dni są chłodne, lepiej nie siedzieć na dworze do późna.
Hancer jeszcze przez moment patrzyła na brata, jakby miała nadzieję, że zatrzyma ją choć jednym słowem. Cemil jednak milczał.
Ona i Melih opuścili dom. Nie wiedzieli, czy Cemil rzeczywiście przyjdzie na kolację, ale jedno było pewne: zrobili pierwszy krok. Mały, niepewny, lecz ważny. A czasem właśnie od takiego kroku zaczynało się pojednanie.
***
Melih odwiedził Ertugrula w jego domu. Usiedli w przytulnym pokoju, którego ścianę zajmowała biblioteczka pełna książek, a pod oknami stały szerokie, wzorzyste siedziska. W powietrzu panował spokój, jakby to miejsce odgradzało ich od całego zamieszania, które toczyło się za drzwiami.
Ertugrul spojrzał na Meliha z łagodnym uśmiechem.
— Sąsiedzi czasem odwiedzają się bez zapowiedzi, to prawda — powiedział spokojnie. — Ale obawiam się, że na kolację nie będziemy mogli przyjść. Moja żona ostatnio nie czuje się najlepiej. Nie mogę zostawić jej samej. Nie miej mi tego za złe, proszę.
Melih natychmiast pokręcił głową.
— Oczywiście, że nie mam. Zdrowie jest najważniejsze. Czy możemy coś dla niej zrobić?
— Wystarczy modlitwa — odparł Ertugrul. — A jak wygląda sytuacja u ciebie? Domyślam się, że nie jest ci łatwo mieszkać na jednym podwórku z Cihanem.
Melih spuścił wzrok na splecione dłonie. Przez chwilę milczał, jakby ważył każde słowo.
— Mieliśmy się wyprowadzić, ale… Cihan nagle zmienił zdanie. Powiedział, żebyśmy zostali. Skoro tak, postanowiliśmy zostać.
— Więc zrozumiał swój błąd? — zapytał Ertugrul.
— Nie sądzę, bracie. — Melih westchnął cicho. — Myślał, że odejdę od Hancer, kiedy ona odda majątek na rzecz fundacji. Gdy zobaczył, że tak się nie stało, odpuścił. Przynajmniej na razie.
Ertugrul przyglądał mu się uważnie. W jego spojrzeniu nie było osądu, tylko cierpliwość człowieka, który wiele już widział i wiele zrozumiał.
— Cihan powinien skupić się na tym, co dobre dla niego — powiedział po chwili. — A ty rób to, co uważasz za słuszne. Resztę zostaw losowi. Woda zawsze znajdzie sobie drogę. Bóg łączy właściwych ludzi we właściwym czasie.
Sięgnął do stojącej obok reklamówki, w której znajdowały się świeże warzywa. Wyjął z niej dorodną, zieloną sałatę i obejrzał ją z lekkim uśmiechem.
— Wygląda na to, że wyhodowałem tę sałatę specjalnie dla ciebie. Weźmiesz ją do domu. Przyda się na kolację.

Odchylił jeden z liści i wskazał niewielką dziurkę.
— Widzisz? Robak też zostawił tu swój ślad. On również miał w tym swój los. Czy mogę go teraz zapytać: „Dlaczego zjadłeś moją sałatę? Dlaczego zniszczyłeś to, co pielęgnowałem?”.
Schował sałatę z powrotem do torby i znów spojrzał na Meliha.
— Nie zapominaj. Wszystko, co spotyka człowieka, jest częścią jego walki z samym sobą. Ten, kto pokona własne ego, zaczyna dostrzegać Bożą łaskę. A ten, kto ją dostrzega, nie szuka już własnej racji za wszelką cenę. Szuka tego, co ma Bożą aprobatę. Powiedz mi więc, Melihu: czy coś, na co Bóg pozwolił, może być naprawdę błędem?
Melih powoli pokręcił głową. Nie musiał odpowiadać głośno. Zrozumiał, co Ertugrul próbował mu przekazać. W jego słowach nie było prostej rady ani gotowego rozwiązania. Było jednak coś więcej — przypomnienie, że nie wszystko da się kontrolować, a czasem człowiek powinien zaufać drodze, na której już się znalazł.
***
Derya i Cemil siedzieli obok siebie na kanapie w salonie. Kobieta zerkała na ekran telefonu, udając obojętność, choć kątem oka uważnie obserwowała męża. Cemil z kolei próbował wyglądać na niewzruszonego, ale na jego twarzy coraz wyraźniej przebijało się poruszenie. Ekscytacja mieszała się w nim z dawnym żalem i upartą złością na siostrę.
— Dadzą mu na imię Cemil — odezwał się w końcu, jakby sam przed sobą próbował umniejszyć znaczenie tych słów. — Jakbym nie wiedział, że robią to tylko po to, żeby mnie udobruchać.
Derya oderwała wzrok od telefonu i spojrzała na niego z lekkim rozbawieniem.
— Nie zaprzeczaj. Przyznaj, że jesteś podekscytowany.
Cemil prychnął pod nosem.
— A jeśli to będzie dziewczynka? Nie będzie im wstyd, że mnie oszukali?
— Wtedy nazwą ją Cemila — odparła Derya i roześmiała się, nie mogąc powstrzymać rozbawienia.

Cemil rzucił jej urażone spojrzenie, ale nie odpowiedział. Derya znała go jednak zbyt dobrze. Widziała, że słowa Meliha trafiły dokładnie tam, gdzie powinny. Pod warstwą gniewu, dumy i obrazy poruszyło się coś miękkiego.
Jeśli jeszcze trochę go urobię, w końcu zmięknie i zgodzi się na tę kolację — pomyślała. — Sama też mam ochotę pójść. Tylko ta myśl, że mogłabym zobaczyć tam Mukadder… a może jeszcze ojca Beyzy, skutecznie odbiera mi apetyt. Chociaż z drugiej strony…
Odłożyła telefon i westchnęła tak głośno, by Cemil na pewno to usłyszał.
— Możemy być źli na Meliha, ile chcemy, ale to, co powiedział, naprawdę mnie poruszyło — zaczęła ostrożnie. — Emir nie ma ani wujka, ani stryjka. Gdyby nie ty, nie miałby nikogo tak bliskiego. A przecież ma jeszcze ciocię Hancer, za którą bardzo tęskni.
Cemil poruszył się niespokojnie, ale nadal milczał. Derya uznała, że trafiła w czuły punkt. Podniosła się z kanapy i poprawiła spódnicę.
— No nic, pójdę podgrzać zupę na kolację — powiedziała z pozorną obojętnością. Po chwili dodała, już z wyraźną pretensją w głosie: — Emir uwielbia grillowane potrawy, ale cóż… jest skazany na to, co ma w domu, prawda, Cemilu?
Nie czekała na odpowiedź. Szybkim krokiem wyszła z salonu, zostawiając męża samego z własnymi myślami.
Cemil odprowadził ją wzrokiem. Próbował jeszcze utrzymać surową minę, lecz kąciki ust drgnęły mu nieznacznie. Derya miała rację. Imię dziecka poruszyło go bardziej, niż chciał przyznać.
Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia był film Gelin 146.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.






